Tag: Noir sur Blanc

  • Jak nosi się żakiet od Armaniego w zachodniej Estonii

    Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii

    Noir Sur Blanc 2015
    Nastała moda na relacje z podróży, na opisy dalekich wypraw – problem polega jednak na tym, że nawet połowa z nich nie powinna się ukazać drukiem, bo to teksty infantylne, płytkie. W zamierzeniu autora takie zapiski mają pokazywać jego wrażliwość, umiejętność wczuwania się w sytuację Innego, ciekawość świata – rezultat tekstowy jest oczywiście odwrotny:  opublikowana relacja dowodzi ciasnych horyzontów autora i nieuświadomionych uprzedzeń, pokazuje rozdęte ego, różne śmieszne małe grzeszki. Tak było w przypadku fatalnej książki Joanny Bator, Wyspa łza. Tak jest też w przypadku wspomnień Sigrid Rausing. Dawno już żadna książka nie doprowadziła mnie do takiej absolutnej furii, do zdziwienia, jak durny i pozbawiony elementarnej wprost zdolności do refleksji może być pisarz. Ale po kolei: Rausing to antropolożka, wybitna badaczka, która skończyła studia na University of York i University College London, ma doktorat, współpracuje z „Guardianem” i „Sunday Timesem”. Przepisuję to wszystko z okładki, bo nic, ale to nic w tekście nie potwierdza tych wszystkich tytułów. Gdyby wziąć pod uwagę poziom refleksji, to matura byłaby szczytowym życiowym osiągnięciem Rausing. Pod warunkiem, że na maturze dostałaby temat „Ja i moje ego”.
     
    Zawsze mi się wydawało, że antropolog to badacz, który skupia się na innych, na otoczeniu, że jego praca jest trudna, bo musi całkowicie otworzyć się na Innego, wejść w obcą kulturę, patrzeć ze zdziwieniem, ale niczego nie przyjmować za dziwne, odrzucić kategorię „nienormalności”. Obawiam się jednak, że Rausing idzie dokładnie w przeciwną stronę. Urodzona w Szwecji i wychowana w Wielkiej Brytanii, na Estonię patrzy z góry i co chwila serwuje frazy: „Estonia nadal nie była normalna”. Do rzeczywistości postsowieckiej, do wsi, w której dopiero co zlikwidowano kołchoz przyjeżdża, by badać warunki życia i światopogląd mieszkańców w 1993 roku. Jest zimno, wszyscy noszą jakieś bezkształtne, szare grube ubrania. Rausing jeździ Volvo i nosi gruby żakiet od Armaniego. Ciągle notuje ze zdziwieniem, że większość nie ma wszystkich zębów, ani nie ma zwyczaju uśmiechania się do przechodniów. Język estoński, którego zaczęła uczyć się na studiach, wydaje jej się wyjątkowo trudny i uznaje, że to „język wymyślony w zimowe noce przez starszyznę plemienną”, komplikowany z premedytacją. Przydzielone jej mieszkanie, do którego wprowadza się na czas badań, wydaje się brudne i wymaga nieustannego szorowania i polewania wrzątkiem. Wszystko jest głupie i brudne, wywołuje w autorce opór i poczucie zagrożenia. Warunki życia porównuje do Szwecji i Wielkiej Brytanii, co wypada zawsze na niekorzyść Estonii. Rausing nie rozumie, dlaczego mieszkańcy zachodniej Estonii boją się powrotu Szwedów (którzy wyjechali w czasie wojny), jest bowiem przekonana, że ich powrót dałby szanse na rozwój. Cytuje Doktora Żywago (powieść z roku 1957) i traktuje go jako tekst współczesny, szuka w nim opowieści o szyldach i umieszcza jako kontekst dla estetyki miasta w 1993 roku.
     
    W powyższych teoriach widać kolonialną perspektywę autorki: przekonanie, że normą jest poziom życia, jaki zna z Zachodu i dopiero, gdy Estonia do niego doszlusuje, to stanie się państwem normalnym. Reprezentantka wyższej kultury wybiera się na Wschód do egzotycznej krainy i z idiotycznym wprost zacięciem opisuje, jak to ludzie piją, nie pracują, nie są przedsiębiorczy, w kinach śmierdzi papierosami. Rausing nie pyta o przyczyny pewnych zjawisk (np. o fatalny stan uzębienia), traktuje je za to jako kolejne dowody niższości cywilizacyjnej Estończyków. Nie przeczytała, biedactwo, wystarczająco dużo o wojnie, skoro nie rozumie lęku przed powrotem Szwedów. Nie kwestionuje słów swoich rozmówców, nie potrafi usłyszeć tego, co pada między słowami. Jedna z jej estońskich przyjaciółek mówi, że w kraju zaczyna się rozrastać mafia. Zjawisko to jest przerażające z powodu przemocy, ale także dlatego, że szeregowi członkowie mafii rekrutują się głównie spośród „ludzi z Kaukazu” – dzikich i barbarzyńskich. Rausing nie pyta, skąd to przekonanie, nie widzi, jak pracuje tu mitologia narodowa i stereotypy socjologiczne. Skąd miałaby to przecież wiedzieć, skoro ani w Szwecji, ani w Wielkiej Brytanii nie ma takich zjawisk.
     
    Sięgnęłam po tę książkę, bo uwielbiam Sofi Oskanen, bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o Estonii, a książka o życiu byłych kołchoźników wydawała mi się idealna (zwłaszcza tak nieefektowna, jak zapiski antropolożki, która odwiedza nadmorską wieś). Kołchoz to przecież świetny filtr, jego dzieje pokazują zarówno proces sowietyzacji, narzucania obcego porządku zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym. Andrzej Stasiuk z opowieści o polskich pegeerach wielokrotnie przecież czynił wstęp do opowieści o polskich peryferiach, o polskiej biedzie i wychodzeniu z komunizmu. Obawiam się jednak, że Stasiuk w życiu swoim nie założyłby żakietu od Armaniego, a z pewnością nie pisałby o nim w relacji z podróży. Tymczasem Sigrid Rausing nic nie wie o miejscu, o którym napisała pracę doktorską, w którym przez rok pracowała jako nauczycielka angielskiego (biadając, że kolejne sprawdziany wypadają bardzo źle). Nie zadawała odpowiednich pytań, nie potrafiła patrzeć. Jej promotor powiedział, że badania terenowe to wstęp do odkrycia prawdziwego „ja” badacza i to faktycznie chyba Rausing potraktowała jako zadanie do wykonania. W jednym z listów zwierza się promotorowi, że musi opuścić swoją kwaterę, bo jej współlokator, gdy pije (a robi to ciągle), wykazuje nią niezdrowe zainteresowanie. Cóż, kogo nie uwiodłaby czysta i higieniczna księżniczka z Zachodu….

     

    Rozpacz. 
  • Zbiornica gówna pełna drani

    Blaise Cendrars, Odcięta ręka i inne wojenne opowieści

    Noir sur Blanc 2014

    Zbiornica gówna pełna drani
    Blaise Cendrars, Odcięta ręka i inne wojenne opowieści
    Noir sur Blanc 2014
    Mundur, broń, papierosy, czekolada, skórzany plecak, maska gazowa – wszystkie te atrybuty żołnierskie wytwarza cywilizacja. Żołnierz to produkt różnych, często odległych fabryk, zlepek dzieł różnych rąk. W ten paradoksalny sposób Blaise Cendrars opisuje wojnę i żołnierzy tuż po pierwszej wojnie światowej! Wojna z jego perspektywy nie jest jakimś wybrykiem w historii, ale celem, do którego zmierza cały przemysł, cała produkcja tysięcy fabryk. Konflikt zbrojny to spełniony sen fabrykantów, handlarzy i dostawców. Podaję ten jego wniosek na początku, by pokazać, że wojenna opowieść Cendrarsa jest równie nowoczesna co historie Cercasa, Bineta czy Littella.

    Cendrars na wojnie walczył tylko przez rok. Urodzony w Szwajcarii, zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej w 1914 roku. W 1915 w czasie ofensywy w Szampanii pocisk oderwał mu prawą dłoń. Trauma wojenna była jednak tak duża, że o doświadczeniach I wojny zaczął pisać 30 lat później, pod koniec II wojny światowej, w czasie dla autora dramatycznym, bo na odnawiający się koszmar wojenny nałożyła się jeszcze żałoba po śmierci jednego z synów (Remy był pilotem wojskowym i zginął w Maroku w 1945 roku).

    Cendrars rozpoczynał swoją karierę jako poeta, przez wiele lat właśnie z poezją wiązał duże nadzieje. Dzisiaj jednak, ten pisarz zmarły w 1961 roku, pamiętany jest właśnie dzięki swoim opowieściom wojennym. Tyle faktografii.

    Opowieść wojenna Cendrarsa to historia męskiego zaangażowania, honoru i poświęcenia, utrzymana jednak w całkowicie antyheroicznym tonie, szalenie nowoczesna w obrazowaniu. Autorowi udaje się tu łączyć zupełnie skrajne zjawiska: podniosłość i ironię, patos i wylewające się flaki. Poświęcenie dla ojczyzny i rozmowy o panienkach. Opowiada o wielu swoich kolejnych kolegach, każdemu z nich poświęca pewnego rodzaju epitafium (są to często epitafia prześmiewcze, skrajnie realistyczne i obraźliwe), opowiada o odwadze wojennej, z pogardliwą wyższością wymienia tych swoich kolegów-artystów, którzy nie odważyli się walczyć (m. in. Pabla Picassa, Marcela Duchampsa, Francisa Picabię), ale jednocześnie ukazuje wojnę jako całkowity absurd, dowód ludzkiej bezmyślności i okrucieństwa. Uważa, że udział w wojnie to obowiązek moralny wobec świadomie wybranej ojczyzny, ale jednocześnie konflikt ten realizuje się w sposób bezsensowny: pasmo bezcelowych marszów, drążenia okopów, szarżowania na kolczaste druty, ostrzeliwania zza fortyfikacji. Wojna to męska rzecz i męski świat, ale jednocześnie ulgę w tym rzemiośle śmierci niesie wyłącznie kobieta – obozowa kurwa albo matka, której imienia wzywają nadaremno:  

    Aż pozostaje tylko jeden, który jęczy na polu bitwy do utraty tchu: „Mamo! Mamo!…”, bo śmiertelnie ranny nie chce jeszcze umrzeć, a zwłaszcza nie tam i nie tak, opuszczony przez wszystkich… i ten słaby instynktowny krzyk, co dobywa się z głębin umęczonego ciała, krzyk, w który się wsłuchujemy, żeby wiedzieć, czy nie ponowi się raz jeszcze, jest tak przerażający, że dajemy salwę w ten głos, aby zamilkł na zawsze… z litości… z wściekłości… z rozpaczy… z niemocy… z obrzydzenia… z miłości, o moja mamo!  

    Walka nie ma w sobie nic z godności, nie jest czynnością umysłu, a ciała. Rozgrywa się w ułamkach sekund, gdy wskakuje się do okopu wroga i zadaje cios nożem. To nie jest walka o wolność, lecz o życie, o baryłki z wódką, o cygara. Wojna, w której na linii wroga w noc wigilijną banda rozbawionych legionistów umieszcza patefon, ale podpina do niego kilka wielkich ładunków wybuchowych, które mają rozwalić ciekawskich Prusaków.

    Cendrars opisuje zwykłe, szare życie legionistów. Ich codzienną wojenną pracę: długie marsze, wydawanie posiłków, wielodniowe oczekiwanie na ofensywę. Aż wreszcie następuje atak: bieg na setkę, pęd do okopu i wymiana ciosów. Długie oczekiwanie, błyskawiczna kumulacja, która spycha człowieka do poziomu automatu, ciała wykonującego wyuczone czynności, działającego na oślep, instynktownie. Cendrars wydobywa zatem to, co ukrywa cała literatura patriotyczna. Na tym spięciu ciała-automatu i walki o ojczyznę buduje napięcie swojej relacji.

    Nad tę opowieścią o męskiej walce nadbudowuje się opowieść o moralności, o tym, że najgorszy w okopach nie jest lęk przed śmiercią, a konieczność czekania. Adrenalina nie pozwala na czekanie, podnosi za to poziom agresji, ułatwia stosowanie przemocy. Młodzi legioniści uczą się tego od starej gwardii.

    Zaczynaliśmy w okopach zdychać z nędzy i pohańbienia– pisze Cendrars.

    Wojenną zmianę zasad nazywa „moralnością pałki”, a o okopach pisze: „zbiornica gówna pełna drani”.

    Nie jest więc to lubiany przez chłopaków świat przygody, nie jest to jednak także wyrafinowany pacyfizm, bo ze stron Cendrarsa – niezwykle plastycznych, obrazowych i konkretnych – czuć smród, o którym opowiada:

    Leje po pociskach wypełnione po brzegi jak kubły, brytfanny pełen nieokreślonych rzeczy, soku, mięsa, odzieży i łajna.

    Cendrars pokazuje człowieka w formie nagiej, na czynniki pierwsze rozkłada zasadniczy instynkt – instynkt samounicestwienia.   
    PS.  O ile Remarque opisywał kwik ginących koni, a o tyle w Odciętej ręce na plan pierwszy wysuwa się rozkładające się ludzkie ciało: brodzenie w błocie, wszy, oderwane kończyny, trupy z poprzednich walk, które wysuwają się z ziemi w czasie kopania nowych umocnień – dla każdego, kto czytał Cendrarsa źródło najlepszych scen z Dracha Twardocha będzie oczywiste.  
  • Tropiki

    Patrick Deville, Dżuma i cholera
    Noir sur Blanc 2014
    Na polskim rynku wydawniczym zalewanym przez powieścidła anglosaskie, coraz rzadziej trafiają się teksty, których autorzy nie przeszli kursów creative writing i nie zostali przez nie odpowiednio sformatowani. Wyjątek stanowi powieść Dżumy i cholery, bo jej autor, Patrick Deville, jest jednym z najciekawszych i najlepszych pisarzy francuskich. Powieść została w 2013 roku nagrodzona Prix Femina, nagrodą ważną, cieszącą się prestiżem niewiele ustępującym Goncourtom.

    Dżuma i cholera to powieść biograficzna, a jej głównym bohaterem jest Aleksander Yersin, francuski naukowiec, badacz, lekarz, odkrywca. Urodzony w 1863 roku, bierze udział w najważniejszych zdarzeniach historycznych − jest jednym z uczniów Ludwika Pasteura, pracuje w jego słynnym Instytucie, ale po kilku latach porzuca go i przenosi się do Azji Południowo-Wschodniej, na tereny stanowiące jeszcze wtedy białe plamy. Zamieszkuje w Indochinach, francuskiej kolonii,  zajmuje się krzyżowaniem nowych gatunków roślin i organizacją wielkiego gospodarstwa rolnego.

    Yersin jest genialnym naukowcem, ale też surowym, pracowitym, wiecznie trzeźwym człowiekiem, z góry traktującym innych. Jego ojciec zmarł tragicznie, gdy matka była jeszcze w ciąży. Jednym źródłem utrzymania rodziny była pensja dla dziewcząt – Yersin nienawidził tych uczennic, nazywał je koczkodanami. Wychowany przez matkę, blisko związany z nią i siostrą, otoczony falbanami koczkodanów, uciekł dość szybko z domu i nigdy nie związał się z żadną kobietą. Całe życie poświęcił pasji badawczej. Deville’owi udaje się tu stworzyć doskonały portret człowieka, który jest szalenie namiętny, ludzki w swoich pasjach, targany silnymi uczuciami, a jednocześnie całkowicie intelektualny, stroniący od kobiet (nie z pogardy dla nich, ale z przekonania, że na miłość i seks żal czasu), rozrywek i alkoholu. Yersin, którego francuska prasa przełomu wieków przedstawiała jako księcia z haremem, okrutnego i rozpustnego nababa, prowadził w gruncie rzeczy protestancki tryb życia, higieniczny i pracowity. To życie jednak było też niezwykle intensywne, bo w jednej biografii Yersina mieści się z dziesięć zwykłych żywotów.

    Genialny naukowiec szybko nudzi się pracą z Pasteurem, prowadzi wykłady na uniwersytecie w Paryżu, które przyciągają tłumy, ale nie uważa tego zajęcia za ciekawe. Porzuca więc pozycję, szacunek, szanse na karierę i wyjeżdża do Azji jako zwykły lekarz okrętowy. Pracuje jako medyk na promie, w przerwach między kursami zwiedza Azję i odkrywa nowe tereny. Wezwany na pomoc przez Pasteura, płynie do Hongkongu, gdzie trwa właśnie epidemia dżumy. Udaje mu się wyodrębnić jej bakterię, zbadać ją i znaleźć na nią szczepionkę – dlatego właśnie bakteria dżumy nazywana jest Yersinia pestis. Później z równym sukcesem walczy z cholerą. Dla Yersina nie są to jednak wystarczające wyzwania, ciągle szuka czegoś nowego, czegoś większego, czegoś ciekawszego.

    Lubię powieści, które udają literaturę popularną i używają różnych, właściwych jej chwytów, ale jednocześnie mówią dużo, dużo więcej. Tutaj właśnie Deville daje nam taką powieść, bo żeby opowiedzieć o Yersinie, używa konwencji powieści przygodowej. Jest więc zarazem historia barwnego, fascynującego życia, ale też jednocześnie próba przebudowy gatunku biograficznego. Autor pojawia się tu często jako zjawa, duch, który stara się wejść jak najgłębiej w materię. Deville zmaga się tu przecież z dwoma kłopotami − z cudzym życiem, które musi ująć w jakieś ramy, nadać porządek, i z przeszłością, bo historia stanowi tu ważny kontekst. Polskiemu czytelnikowi zwłaszcza powieść ta wyda się barwna, bo rozgrywa się w latach 1863-1943, a opowiada o zupełnie obcych nam zdarzeniach. Trzeba przecież pamiętać, że historia powszechna tej epoki była zupełnie daleka od naszej narodowej. Yersin włącza się w dwa najważniejsze nurty swych czasów, jego rękami niejako dokonuje się zmiana – rozwój nauki, wynalezienie szczepionek na najważniejsze choroby zakaźne oraz odkrycia geograficzne, rozwój kolonii. Yersin, Francuz, urodzony i wychowany w Szwajcarii, wykształcony w Niemczech, wybiera na swój dom Azję, opuszcza zgniłą, nudną, zamkniętą Europę. Deville świadom jest, jaka tradycja uruchamia się tu automatycznie i często do niej sięga: jego bohater to po części drugi Artur Rimbaud, trochę lord Jim, ale też „biały Kurtz” (jak nazwała go Kinga Dunin) z powieści Conrada.

    Świetna, gładka, barwna powieść. Mnóstwo smaczków literackich, a jednocześnie piękna, płynna fraza. 
  • Obsesje mężczyzny w wielki średnim

    Mariusz Wilk, Dom włóczęgi
    Noir sur Blanc 2014
    Kończy się powoli podróż Mariusza Wilka przez Rosję. Niedawny włóczęga zakłada rodzinę i osiada, znajduje dom nad Oniego, jednym z największych jezior Północy. Wcześniej przez lata ciągle wędrował i pisał, teraz − zapuszcza korzenie i z rzadka tylko opuszcza dom. Cała uwaga przesuwa się zatem ze świata na najbliższe otoczenie I własne wnętrze. We wcześniejszych jego tekstach rządziło przeciwstawienie: Wschód − Zachód, zepsuta cywilizacja Zachodu − świeżość i pierwotnej Wschodu. W Domu włóczęgi zostaje ona zastąpiona przez zderzenie świat − ja:
    Powrót do siebie − to powrót do własnych myśli ze świata medialnego zgiełku. Do ciszy, w której Rzeczywistość się nie tylko widzi, ale i słyszy. Do milczenia. Powrót do siebie to powrót włóczęgi do swojego domu.
    A jednocześnie w te parę świat − ja wchodzi jeszcze jedna postać: córka Wilka i ona właśnie ustanawia zupełnie inne tematy i inną optykę. Wilk ma 59 lat i zaczyna spoglądać na siebie trochę już z perspektywy drugiego brzegu, starzenia i śmierci. Spojrzenie to paradoksalnie umacnia relacja z córką Martuszą, radosną 4-latką, powoli poznającą świat, wchodzącą dopiero w życie. Cały Dom włóczęgi jest właśnie opowieścią o dwóch rodzajach czasu, o tym, jak jedno z nich rośnie, a drugie się starzeje, o punkcie przecięcia, jakim jest moment, w którym są razem. Upływ czasu nie jest bowiem neutralny, im szybciej rośnie Martusza, tym Wilk jest bliżej śmierci:
    12 sierpnia
    Zdmuchnęłaś czwartą świeczkę na swoim urodzinowym torcie… Ciekawe, ile ich jeszcze dla ciebie zapalę? Pięć? Sześć? Dziesięć? Piętnaście?
    Wilk, wcześniej lekko skandalizujący i miejscami wulgarny, dosadnie opisujący życie rosyjskie, teraz pisze o doświadczeniu ojcostwa, o obserwowaniu świata z nowej perspektywy, jaką wyznacza spojrzenie małej dziewczynki.  Jego podróż przez życie zmienia zupełnie swój charakter, bo staje się teraz wprowadzaniem córki w świat. Dość ironicznie więc, Wilk uciekający od zwykłych, nudnych, życiowych obowiązków, poszukujący w życiu egzotyki i niezwykłości, kończy na opiewaniu tego, co znamy wszyscy: wychowywania własnego dziecka.
    Ale to właśnie dialog z Martuszą staje się osią tego tekstu, wyznacza jego porządek, narzuca formę. Dom włóczęgi staje się próbą przedłużenia kontaktu, ostatnim słowem skierowanym w przyszłość, do córki już dorosłej. U jednego ze swoich ulubionych autorów − W. G. Sebalda − Wilk znajduje teorię, że
     umarli żyją poza czasem i wszystkie momenty czasu istnieją jednocześnie obok siebie i że to, co niby się wydarzyło, wcale się jeszcze nie wydarzyło, ale wydarza dopiero, kiedy o tym myślę, albo trwa w tych linijkach, które właśnie teraz piszę − dla ciebie.
    Dziennik staje się więc tutaj sposobem na przezwyciężenie własnej śmierci, na podtrzymanie więzi z córka poza własną śmierć, daje wyście poza czas linearny.
     I tak zmienia się sposób kontemplowania świata, któremu ma służyć dziennik. Fascynacja rozumieniem czasu przez Sebalda, gatunkiem dziennika (dużo rozsianych tu refleksji o dziennikach Czapskiego, Herlinga Grudzińskiego, Gombrowicza, a wiec mistrzów Wilka) stanowi jeden rejestr, a drugi to zachwyt nad światem: przemiana pór roku, dzika przyroda Jeziora Oniego i ziemi Zaonieża. Jest to więc Wilk, jakiego znamy, ale tez zupełnie inny Wilk. Znajdziemy tu oczywiście krytykę cywilizacji i postępu, która i w poprzednich tomach dziennika stanowiła ich największa słabość. Teraz Wilk pisze po prostu o „syfilizacji”, dużo tu wycofania ze świata, pogardy dla nowoczesności, niechęci wobec ludzi z miasta. Ale jednocześnie pojawiają się nowe kategorie: czułość, którą obudziła córka, ale która teraz pozwala inaczej patrzeć na innych. Z niezwykłym szacunkiem, ale i właśnie czułością opisuje Wilk Lusię, samotną staruszkę, starowierczynię, która opowiada mu o represjach, jakich poddawano stary zakon przez wieki (najpierw Cerkiew prawosławna, a później stalinizm prowadziły szeroko zakrojone akcje represyjne). Lusia buduje jednak swój chram, kaplicę, w której starowiercy mogą się teraz modlić.
    To, co w tym dzienniku najważniejsze, nie ma żadnego już związku z podróżowaniem, z Rosją czy Północą. Wilk wchodzi w zupełnie inny krąg tematów, przestaję czytać te zapiski  jako zapiski podróżnicze, a zaczynam szukać w nich doświadczenia spotkania z Innym: człowiekiem, dzieckiem.

  • Malarz, którego nie było

    Metin Arditi, Turquetto
    Noir Sur Blanc 2013
    Świetna powieść przygodowa z ważnym, dającym do myślenia wątkiem religijnym. Akcja najnowszej powieści Arditiego (Turka mieszkającego w Szwajcarii i piszącego po francusku) osadzona jest w XVI wieku, na styku wielu kultur i religii: w muzułmańskim Konstantynopolu – stolicy imperium osmańskiego i chrześcijańskiej Wenecji oraz  w gettach żydowskich, które funkcjonują w obu państwach. Młody Eliasz marzy o tym, by malować. Jednak zarówno wspólnota żydowska, w której został urodzony, jak i muzułmańskie społeczeństwo, w którym żyje, traktują tworzenie wizerunków jako grzech. Dlatego też Eliasz ucieka do Europy, podszywa się pod greckiego chrześcijanina i w Wenecji terminuje w szkole Tycjana. Dzięki talentowi, pokorze, ciężkiej pracy, ale i absolutnemu milczeniu udaje mu się osiągnąć sukces – zostaje poproszony o wykonanie takiego wyobrażenia Ostatniej Wieczerzy, które nie tylko ozdobi salę konfraterni Scuola Grande, przywróci pamięć o początkach chrześcijaństwa, ale i rozsławi Wenecję. Eliasz podejmuje się tego wyzwania i tu właśnie rozpoczyna się najważniejsza dla całej powieści intryga.

    Arditi w swej powieści nawiązuje do szalenie popularnego gatunku historii alternatywnych. Punktem wyjścia dla historii o miłości, zdradzie, oszustwie i wielkim malarstwie staje się podpis Tycjana na portrecie Mężczyzna z rękawiczką. Jak twierdzi Arditi, badania laboratoryjne tego podpisu wykazały, że złożyły go dwie osoby i że składa się on z dwóch zupełnie różnych farb. Na tej podstawie właśnie buduje swoją historię – o uczniu-Eliaszu nazywanym przez Wenecjan Turquettem, który przerasta mistrza-Tycjana, ale z powodu intryg Wenecjan przepada jako twórca.

    Eliasz jest w tej historii Każdym, ma wiele twarzy i nazwisk – rodzi się jako Żyd, maluje jako chrześcijanin, w końcu musi podszywać się pod muzułmanina. Jednocześnie zaś ciągle jest nikim, nie przywiera do niego żadna tożsamość, wszystkie nosi jako rodzaj kostiumu: między jego osobowością a zewnętrzną formą nie ma żadnej łączności. Ma ciągle tylko jeden cel: malować. Najpierw maluje jako chłopczyk – dorabia portretami służących, niewolnic i marynarzy, potem zakłada własną pracownię, by ostatecznie malować tylko w wyobraźni, przeżywać, wspominać swe obrazy, rozpamiętywać każdy ich szczegół.

    Wciągająca polityczna intryga (rozgrywka między różnymi stronnictwami w Wenecji, spory między papiestwem a ambitnymi politykami świeckimi) zostaje tu przedstawiona na tle ważnego konfliktu religijnego – chrześcijanie i muzułmanie w równym stopniu prześladują Żydów, walczą też ze sobą: akcja powieści rozgrywa się kilka lat po bitwie pod Lepanto, w której Święta Liga pokonała imperium Osmańskie. Wyznawców każdej z tych religii cechuje przekonanie o własnej wyższości i o nieczystości innych, brak szacunku dla obcości, skłonność do przemocy, poświęcenie piękna w imię swobodnie interpretowanego prawa. Żydzi żyją w gettach, mogą wykonywać tylko określone zawody, ich wspólnota jednak – choć nękana – okazuje się tak samo opresywna wobec nieposłusznego wyznawcy, jak pozostałe. Francuscy czytelnicy widzą w powieści Arditiego krytykę Kościoła katolickiego, wydaje się jednak, że w Turquetcie chodzi o coś więcej – o obnażenie restrykcyjnych przepisów religijnych, ujawnienie skłonności do przemocy, jakie tkwią w każdym z kultów. Eliasz-Turquetto nie pasuje do żadnej, nie może się  żadnej podporządkować, dlatego też każdą wykorzystuje, by ostatecznie zdradzić. To nie on jednak okazuje się „winny”, a nakazy religijne, które nie pozwalają na wolność.  

    Arditi posługuje się lekkim, bardzo obrazowym, plastycznym stylem. Pisze powieść przygodową, ale zarazem nowoczesną – swobodnie nawiązującą do historii, dopowiadającą tajemnicze wątki. Pewnie porusza się po faktach historycznych, jest erudytą, ale bez zadęcia. Jeśli ktoś szuka sensacyjnej powieści o przeszłości, to Merit Arditi z pewnością lepszy jest od Dana Browna.