Tag: Nagroda za przekład

  • Nerki i poezja

    Nerki i poezja

    Kiedy co roku z okazji Światowego Dnia Książki dzwoni ktoś z radia i prosi o komentarz, zawsze odpowiadam, że obchodzenie tego święta, podobnie jak biadolenie nad statystykami czytelnictwa monitorowanymi przez Bibliotekę Narodową, jest bez sensu. Bez sensu, bo oba te wydarzenia wzmacniają tylko fetyszyzację książki, sprawiają też, że do lektury podchodzimy konsumencko, domagając się, by Polacy czytali więcej. Więcej, ale po co?

    No więc właśnie lektura Hruški dostarcza takiej odpowiedzi na pytanie po co się czyta, choć rozpisanie tego w tekście jest super trudne, bo sam autor tworzy „poezję zrozumiałą”, czyli taką która w tekście krytycznym okazuje się zawiła, a próba jej wyjaśnienia śmierdzi banałem.

    Hruška spośród piątki nominowanej w tym roku do Europejskiego Poety Wolności jest najszerzej w Polsce znany, bo Instytut Mikołowski wydał już jego dwa tomy – w 2011 i 2017 roku, oba w przekładzie Franciszka Nastulczyka, do którego w tym wydaniu stanowiącym wybór jego wierszy dołącza Dorota Dobrew.

    Wracając jednak do pytania, po co czytać książki – po to przede wszystkim, że możemy z nich zapożyczyć język do opisu własnych doświadczeń, znaleźć zasób słów na zdefiniowanie uczuć, albo też przejrzeć się w cudzym przeżywaniu świata i porównać z własnym. Wszystko to brzmi z jednej strony prosto, z drugiej górnolotnie, czyli sumuje się w banał. A ponieważ chciałabym go jednak uniknąć, to prosty przykład: w książce Hruški jest taki wiersz zatytułowany „Nerki” – o naciąganiu na dziecięce plecy nocą piżam, żeby im się właśnie ta część ciała nie przeziębiła. W tej codziennej czynności wyraża się jednak nie troska, ale odkrywanie obcości ciał dziecięcych, ich zupełnej odrębności od ciał rodziców, życia osobnego i równoległego, niepowiązanego z wolą i świadomością dorosłych. Strasznie to jest prosty wiersz i dość proste odkrycie, do którego każdy z nas w którymś momencie własnego rodzicielstwa dochodzi, często po wielokroć, na różnych etapach życia potomstwa. Ja bardzo lubię ten wiersz, może właśnie dlatego, że dokładnie nocne przykrywanie dzieci, naciąganie kołderek skopywanych niemowlęcą nogą, uświadomiło mi chyba po raz pierwszy i bardzo mocny właśnie osobny bieg ich życia. Ja nad nimi roztaczam parasol ochronny, kontroluję co jedzą, co noszą, gdzie idą, a oni w nocy swoje partyzanckie wojny toczą z kołdrą i przejmują kontrolę.

    Drugi powód, dla którego Hruška jest ciekawy w lekturze, to poza właśnie jego grami z tradycją literacką, którą sobie oczyszcza, pragnieniem budowania komunikatu maksymalnie prostego i zrozumiałego, jest jego stosunek do starości. Bo nie tylko wiersz o nerkach dziecięcych mu się udał, ale też cały zamykający zbiór szereg wierszy o starości, zapominaniu, odchodzeniu, opiece. To nie są wiersze o pracy prekaryjnej, raczej o relacji, która się rozluźnia, bo albo starzejąca się pamięć na nią nie pozwala, albo dlatego, że zbudowana została wiele lat temu, trochę się już zużyła. Hruška wiele razy powraca do pary bohaterów, którzy spędzili ze sobą życie i ciągle są razem, ale już bardziej koło siebie niż dla siebie. Pojawia się tu już inny rodzaj czułości, wynikający z przyzwyczajenia, stałości, zażyłości, zrozumienia. Ale obok tej relacji widać też właśnie jej przyszłość, oczekiwanie na nadejście starości pełnej, takiej z amnezją i uwiądem. I to też Hruška opracowuje w ramach języka akceptacji, a nie buntu, zrozumienia, a nie pogardy. I to kolejny powód, żeby czytać książki – bo dają szansę, by uczyć się języka bardziej inkluzywnego, dostępnego, by nazywać doświadczenia i stany, które ciągle jeszcze błędnie uznajemy za marginesowe.

    Petr Hruška, Chcielibyśmy się uratować

    Instytut Kultury Miejskiej 2022

    Tom Petra Hruški w przekładzie Doroty Dobrew i Franciszka Nastulczyka jest nominowany do Europejskiego Poety Wolności w tym roku.

    Partnerem tego cyklu, prezentującego wszystkie finałowe książki, jest Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, organizator Nagrody.

     

  • Kwestionariusz tłumaczy – Olga Czernikow

    Kwestionariusz tłumaczy – Olga Czernikow

    Kwestionariusz tłumaczy:

    1. Kiedy przełożyła Pani swoją pierwszą książkę? 

    W 2008 roku.

    2. W jakim rytmie Pani pracuje?

    W dość nieregularnym. Tłumaczenie nie jest niestety moim głównym zajęciem, dlatego pracuję, kiedy mogę i gdzie mogę. Najczęściej w domu, ale zdarzało mi się tłumaczyć lub poprawiać swój przekład w tramwajach, autobusach, stołówkach, kanciapach dla lektorów czy salach prób. Często też tłumaczę w ruchu i to jest chyba mój ulubiony sposób: po prostu zapamiętuję problematyczny fragment i idę z nim na spacer, a potem chodzę tak długo, aż znajdę rozwiązanie. Oczywiście tę metodę można stosować tylko „lokalnie”, na konkretnych, dających się wyodrębnić fragmentach, które potem trzeba wszyć w całość – i to tak, żeby nie było widać szwów. A ta całość powstaje już w warunkach stacjonarnych. W domu najchętniej pracuję bardzo wcześnie rano, jeszcze przed świtem, bo wtedy – tak to sobie naiwnie wyobrażam – cały świat jeszcze śpi i nie będzie próbował czegoś ode mnie chcieć. 

    3. Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Bardzo przyjemny jest dla mnie etap wmyślania się w tekst, odkrywania jego wewnętrznych powiązań, wsłuchiwania się w jego oddech, puls. Potem następuje jeszcze przyjemniejszy proces dostrajania się do oryginału, szukania odpowiedniej tonacji i artykulacji, czemu towarzyszy ekscytujące i wyzwalające poczucie, że w tym duecie nigdy nie trzeba grać unisono, że można tworzyć harmonie i kontrapunkty, a tu i ówdzie nawet małe improwizacyjne kadencje. Tak, to wręcz upajające. Tyle że ta przyjemność obarczona jest dość dużym ryzykiem, bo wystarczy drobne wykoślawienie rytmu, omsknięcie przy wyborze rejestrów czy niefortunne rozłożenie akcentów – i wszystko zaczyna brzmieć fałszywie. Świadomość tego ryzyka, mimo że jest chyba pożyteczna (bo chroni przed kompromitującymi wpadkami i przed zgubnym przeświadczeniem o własnej wirtuozerii), bywa – przynajmniej u mnie – także źródłem cierpień, ponieważ nierzadko prowadzi do stanów obsesyjnej wręcz nieufności wobec języka przekładu, a w końcu również wobec języka jako takiego. Co słowo, to podejrzenie: że może to kalka, że może zwiodła mnie etymologia, że może to echo czyjegoś idiolektu, że może ten rzeczownik wcale się nie lubi z tym czasownikiem i tak dalej, i tak dalej, aż w końcu dochodzę do punktu, w którym każde słowo w każdym języku wydaje mi się tworem nieostatecznym i niekoniecznym, a każdy tekst, w tym również przekład – jakimś negatywem wszystkich niezrealizowanych potencjalności. No, nie są to przyjemne stany.

    4. Czy jest jakiś autor, którego się Pani boi? 

    Właściwie przed wszystkimi autorami odczuwam coś w rodzaju tremy, ale to uczucie zbliżone do tego, które towarzyszy zawiązywaniu chyba każdej znajomości. Czyli ciekawość połączona z obawami o to, czy uda się znaleźć wspólny język (jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało w kontekście przekładu). Oczywiście są autorzy, których tak czy inaczej nie tłumaczę – nie tyle dlatego, że się ich boję, ile z tej racji, że piszą o sprawach, o których nie mam pojęcia (nie wpakowałabym się więc raczej w książkę o, dajmy na to, piłce nożnej czy o Instagramie), albo że najzwyczajniej w świecie ich gusta są zbyt odległe od moich (nie bardzo na przykład pociąga mnie dosadny humor i w ogóle wszelka przaśność, więc tłumacząc coś takiego, tylko bym się umordowała – a po co, skoro ktoś inny mógłby to zrobić z łatwością i jeszcze się przy tym zdrowo pośmiać).

    5. Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz? 

    O rozpaczy powiedziałam już chyba aż za dużo, a co do radości: zdarzają się momenty, kiedy w przekładanym tekście odnajduję coś, co zaskakująco rezonuje z jakimś moim dawnym, nie całkiem jasnym dla mnie samej spostrzeżeniem, z jakąś nie sformułowaną, ale domagającą się tego sformułowania myślą, i co temu spostrzeżeniu czy tej myśli nagle nadaje precyzyjny wyraz i kształt. To trudne do opisania, przyprawiające o zawrót głowy doznanie. Wyobrażam sobie, że coś podobnego mógł czuć Franciszek Pik Mirandola podczas pracy nad Fragmentami Novalisa, w których, jak pisał, odkrywał „rzeczy wprost jakby zgodne” z jego zapiskami w dzienniku. U Pika te olśnienia w ogóle były zakrojone na szeroką skalę – ale cóż się dziwić, skoro on nawet śnił to samo co Novalis!

    Oprócz tego bardzo mnie cieszy, kiedy bliskiej osobie, czy też – mówiąc ogólniej – osobie, której zdanie jest dla mnie ważne, spodoba się przełożona przeze mnie książka. Nawet nie sam przekład, po prostu książka. To dla mnie zawsze wielka radość i wielka nagroda. Tak, tłumaczę głównie dla przyjaciół.

    6. Kiedy stawia Pani kropkę? 

    Kiedy naprawdę muszę, to znaczy kiedy wydawca przestaje odpowiadać na moje maile z prośbami o poprawienie jeszcze tego jedno powtórzenia w czwartym wierszu od dołu na siedemdziesiątej pierwszej stronie.

    7. Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Na pewno lepsza niż, powiedzmy, dziesięć czy nawet pięć lat temu – i duża w tym zasługa Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, które jest konkretną, widzialną i słyszalną siłą w walce (to militarne słownictwo jest tu niestety uzasadnione) o interesy tłumacza. Dzięki cierpliwej działalności edukacyjnej STL-u, ale i osób niezrzeszonych, zwolennicy wydawniczego feudalizmu stopniowo zaczęli się przełamywać i teraz już większość z nich liczy się z faktem, że tłumaczowi też trzeba zapłacić i że w dobrym tonie jest zrobić to, zanim dostanie się wezwanie do sądu. Jeszcze tylko przekonać niektóre media, że nie wszystkie książki były od razu po polsku, oświecić „nieświadomych” wydawców, czym jest licencja oraz co należy zrobić po jej wygaśnięciu, i będziemy tu mieć jak w raju.

    8. Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego? 

    Myślę, że dobry tłumacz może być kimś w rodzaju ambasadora danej literatury czy danego autora. Tylko że w czasach, w których czytanie książek nie jest zbyt popularnym zajęciem ani szczególnie hołubioną cnotą, musiałoby się to pewnie wiązać ze wzmożoną aktywnością w sferze publicznej – a, o ile mi wiadomo, nie każdy tłumacz to lubi. Promotorem języka? Już chyba nie, teraz w tej roli lepiej się sprawdzają korporacje oferujące atrakcyjną pracę w młodym, dynamicznym zespole i w przyjaznej atmosferze benefitów z możliwością rozwoju osobistego.

    9. Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Nie mnie formułować uniwersalne nakazy czy zakazy, powiem więc tylko, na co pozwalam lub nie pozwalam samej sobie. Przede wszystkim narzucam sobie pewien rygor logiczny, czyli pilnuję, żeby nawet najbardziej zawiłe zdania były komunikatywne, patrzę, czy jakieś wyrazy nie wylądowały w środowisku wrogim ich naturze, wreszcie: sprawdzam, czy między kolejnymi zdaniami jest odpowiednia ciągłość i czy związek przyczynowo-skutkowy nie został zaburzony. To niby oczywistości, ale wydaje mi się, że łatwo o nich zapomnieć. No i staram się po sobie sprzątać, to znaczy nigdy nie mówię: „Dobra tam, to już zrobi redakcja albo korekta”. Redaktorzy i korektorzy są różni – jedni bardzo się angażują w pracę nad tekstem i zauważają mnóstwo rzeczy, których tłumacz mimo najlepszych chęci nigdy by nie spostrzegł, inni ograniczają się do wyłapywania literówek i poprawiania „ale również” na „lecz także” albo „stanowi” na „tworzy”. Ani jedni, ani drudzy nie muszą jednak wgryzać się w materię oryginału ani czytać w myślach tłumacza. Jeśli chodzi o grubsze kwestie, takie jak sens jakiegoś fragmentu czy zawarte w tekście aluzje, wolę sama za nie odpowiadać, bo w końcu przekład ma mówić moim głosem (nie znaczy to oczywiście, że głos redaktora czy redaktorki brzmi brzydko – brzmi po prostu inaczej). Co do drobiazgów typu przecinki, też zwracam na nie uwagę, bo po co przysparzać komuś pracy. 

    Pozwalam sobie za to na pewną swobodę w podejściu do (lub odejściu od) oryginału, ale wtedy co jakiś czas oglądam się za siebie i sprawdzam, czy przypadkiem nie tracę go z pola widzenia.

    10. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Powiedziałabym, że do takiego samego jak dzieło napisane po polsku.

    11. Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Tak, ale wymaga to śmiałości i znakomitego opanowania rzemiosła. Już „zwykła” gwara zmusza do solidnego główkowania, bo trzeba zdecydować, czy przełożyć ją w skali jeden do jednego (czyli za pomocą konkretnej gwary w języku docelowym), czy wykoncypować jakąś mieszaninę gwar, czy może oddać tę brzmieniową odmienność za pomocą zupełnie innych środków. A potem trzeba zrealizować swój zamysł konsekwentnie i ze znajomością rzeczy, jednocześnie dbając, by czytelnik coś z tego zrozumiał. To trudna sztuka, ale znam takich, którzy mają ją w małym paluszku – na przykład Agatę Wróbel, która w powieści Z Baťą w dżungli Markéty Pilátovej pięknie i z polotem odwzorowała dialekt hanacki, czy Sebastiana Musielaka, który (wiem z pewnego źródła!) w powstającym właśnie tłumaczeniu Polowania na małego szczupaka Juhaniego Karili szykuje dla nas prawdziwą gwarową (i nie tylko taką) bombę.

    Równie trudno, a może i trudniej, jest oddać idiolekt postaci czy jakiejś grupy, bo wtedy – jak przypuszczam – trzeba stworzyć jego ekwiwalent praktycznie od zera. Było w polskich przekładach trochę takich przypadków. Mnie najbardziej zapadł w pamięć (no dobrze: powalił mnie na kolana) zjidyszyzowany wszechświat językowy Związku żydowskich policjantów Michaela Chabona w wykonaniu Barbary Kopeć-Umiastowskiej. Koloryt, zaśpiew, emigrancka gadka, soczyste określenia, neologizmy – wszystko tam było doskonale trafione i wyważone, a przy tym w jakiś cudowny sposób nieokiełznane, wariackie. Do dziś – a czytałam to ładnych parę lat temu – mam w głowie wiele powiedzonek, a nawet całych fragmentów z tej powieści.

     

    12. Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Nie przesadzałabym z tym starzeniem się przekładów. W ogóle chyba jesteśmy trochę niesprawiedliwi – kiedy oryginał brzmi nam archaicznie, kiwamy głową i wzdychamy ze zrozumieniem: „No tak, wtedy tak się po prostu mówiło”, a kiedy analogiczna sytuacja zachodzi w tłumaczeniu, w najlepszym przypadku kwitujemy to pobłażliwym prychnięciem: „Pfff, niezła ramotka”. To nie fair. Zarówno oryginał, jak i przekład są świadectwem stanu języka (i kultury) w danym miejscu i czasie – tylko tyle i aż tyle. Oczywiście jako kontrargument mógłby tu paść casus Szekspira i jego niezliczonych przekładów, których aktualność jest nieustannie rewidowana. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: Szekspir to zupełnie inna kategoria, to jest artyzm w stanie chemicznie czystym, absolutny punkt odniesienia – a jako taki w ogóle nie powinien być brany pod uwagę w tej rozgrywce, bo żaden przekład nie odtworzy w pełni tych wszystkich magicznych formuł, tego kryształowo pięknego tragizmu. 

    W dyskusjach o trwałości przekładów najczęściej mówi się o relacji przekład–oryginał, ale warto wziąć też pod uwagę stosunek przekładu na dany język do rówieśnego mu tekstu oryginalnego w tymże języku. Mam wrażenie, że i w tym zestawieniu przekład jest na straconej pozycji, że jakoś automatycznie zakłada się jego krótszą datę ważności. Właściwie dlaczego? Jest w tym przekonaniu jakaś nie wypowiedziana sugestia, że przekład to importowany towar, który po drodze pewnie nieźle się potłukł, a tu i ówdzie ani chybi i nadgnił. A przecież wiemy, że dobry i wrażliwy tłumacz potrafi nie tylko zapewnić bezpieczny transfer, ale też sprawić, że owoc myśli autora pięknie dojrzeje podczas długiej podróży z języka A do języka B. 

    13. W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Trzeba po prostu uważnie go słuchać, wyławiać powiązania między poszczególnymi elementami, sprawdzać, czy dane sformułowanie znalazło się w tekście przez przypadek, czy też jest świadomym zabiegiem autora, tropić wszystkie wychylenia od normy językowej. A potem przekuć wnioski z tych badań w zdania i akapity, chuchając i dmuchając, żeby tekst nie stracił rumieńców.

    14. W jakich rejestrach szukała Pani inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    W bardzo, bardzo różnych. Wertowałam najrozmaitsze teksty: od kioskowych książeczek z dowcipami, przez artykuły naukowe, po staropolskie kazania, czytałam też sporo poezji, bajek, ptasiarskich kompendiów. No i jak zwykle dużo podsłuchiwałam na przystankach.

  • Kwestionariusz tłumaczy – Ryszard Wojnakowski

    Kwestionariusz tłumaczy – Ryszard Wojnakowski

    Kwestionariusz tłumaczy:

    1. Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

    Całą książkę – prawie 40 lat temu, ale ukazała się dopiero w 1986. Brakowało papieru na niektóre publikacje… Pojedyncze drobne teksty w prasie i/lub w antologii w 1979 i 1981.

    2. W jakim rytmie Pan pracuje?

    Całorocznym, siedmiodniowym i 24-godzinnym. Pracoholizm w czystej postaci. Doba jest stanowczo za krótka, żeby starczyło czasu na wszystko, mam na myśli także zajęcia okołotłumaczeniowe, researche, ogólne dokształcenia się i bieżącą orientację „w temacie”. Ale taki rytm-tryb pracy to nie przymus. We wspomnieniach wszystko pięknieje, dlatego z rozrzewnieniem wracam do pierwszego okresu w moim życiu tłumackim, kiedy zarabiałem na chleb w inny sposób i wydzierałem (wykradałem) jak najwięcej godzin na tłumaczenia.

    3. Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Tłumaczenie książek nie jest pracą z przymusu, sposobem na dorobienie się, i choćby dlatego powinno być przyjemne. Ale przyjemność sprawia nie tylko pasjonatom, którzy traktują to jak odskocznię od stałej pracy,  przygodę, szlachetne hobby, święto, spełnienie marzeń. Od tego trzeba zresztą zaczynać, a nie od razu rzucać się na głęboką wodę, czyli zawodowstwo. Dla zawodowego tłumacza literatury ww. przyjemności też są dostępne, ale to przede wszystkim „blood, sweat and tears”. Ja do tego „wyższego etapu” dochodziłem blisko 10 lat. Za długo, owszem, ale w tamtych czasach straceńców i ryzykantów nie było wielu. I kapitalizmu, który jest przekleństwem ludzi książki, też wtedy nie było.

    Domyślam się, że pytanie dotyczy cierpień przeżywanych na innym poziomie obcowania z przekładaną książką. Najogólniej mamy do czynienia z oporem materii – w języku oryginału i/lub przekładu. Zaryzykuję twierdzenie, że takie cierpienie nobilituje, uszlachetnia – ale nie odstrasza, raczej hartuje. Motywuje do wzmożonych wysiłków, ale też uczy pokory.

    4. Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

    „Boi” to niewłaściwe słowo. Prędzej chodzi o respekt. Nie wszystko da się przetłumaczyć i nie wszystko dany tłumacz może/powinien tłumaczyć. Mój respekt obejmuje przede wszystkim poetów, „ojców modernizmu”, że tak się wyrażę. Rilkego, Georgego, a z wcześniejszych także Hölderlina. Możliwe, że z powodu nieprzystawalności polskiej poezji tego okresu. Przede wszystkim ci niemieckojęzyczni poeci nie trafiają do mojego ucha, nie wywołują rezonansu. Są na wskroś nowocześni, ale to za mało. U nas, mimo że poezja polska zawsze była w czołówce, rzadziej w awangardzie,  mamy młodopolszczyznę. Też piękną i nowatorską, ale nieodłącznie związaną z brzmieniem mowy polskiej.

    5. Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz?

    Dla mnie to moment ukazania się książki. Moja cierpliwość tak często była wystawiana na próbę, książki, te najwartościowsze,  tak długo przetrzymywane w wydawnictwach na różnych etapach produkcji, że oddycham z ulgą dopiero wtedy. Po drodze są oczywiście sukcesy cząstkowe, od końca wyliczając: zadowolenie ze szczegółowych rozwiązań, z utrafienia – oczywiście niekoniecznie już na „dzień dobry” – w ton oryginału, rozgryzienie i zdefiniowanie specyfiki autora, odkrycie dobrej książki lub świetnego pisarza. Last but not least znalezienie polskiego wydawcy, który zechce realizować nasze pomysły i marzenia.

    Rozpacz jest wtedy, gdy dochodzimy do ściany. I w jakimś punkcie albo nie potrafimy zrozumieć oryginału – wtedy musimy pytać oby żyjącego autora – albo nie umiemy przekuć tej nowej wiedzy na możliwości polszczyzny. Chyba że polszczyzna mimo swojego skomplikowania i bogactwa nie ma do dyspozycji instrumentów pozwalających tłumaczowi zarządzać jakimś chwytem stylistycznym.

    6. Kiedy stawia Pan kropkę?

    Kiedy nie mogę już nic zmienić. Jest po wszystkich korektach i rewizjach i wydawca nie pozwala. Często – w poezji o wiele częściej – przyłapuję się na tym, że w wydrukowanej książce zmieniłbym jeszcze to i owo. Zaobserwowałem też u siebie, ale domyślam się, że inni mają to samo, skażone patrzenie na tekst literacki, oczywiście bardziej krytyczne na przełożony niż na oryginalny polski. W swojej pracy zbyt jesteśmy skupieni na warsztacie i na szczególe, że wszędzie dostrzegamy szwy. I albo podziwiamy robotę innych twórców, kolegów pracujących w materii słownej, albo się czepiamy…

    7. Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Za niska. Ale na pocieszenie od razu dodam, że w innych krajach jest podobnie. W sensie prestiżu, powagi… Oczywiście w krajach bardziej cywilizowanych sytuacja ekonomiczna jest trochę lepsza i więcej jest zawodowych tłumaczy literatury, większa też świadomość branżowa. My dochodzimy do tego powoli – ale postęp na przestrzeni swoich 40 lat w zawodzie widzę ogromny – do rozwiązań systemowych i do wyższego statusu w odczuciu społecznym. Trochę brakuje mi większej solidarności między wydawcami i tłumaczami. Irytuje spychanie kosztów tłumaczenia do kategorii „zła koniecznego”, najlepiej gdyby przekład nic nie kosztował albo (dodam złośliwie) gdyby autorzy od razu pisali w językach przekładów. Muszę się ugryźć w język: to zbyt szeroki temat…

    Niestety, nie przebiła się do powszechnej świadomości – z winy krytyków literackich – egzystencja i działalność tłumacza w toku powstawania książki. Jak można chwalić w recenzji styl autora, rozpływać się w zachwytach i nie zająknąć się, komu polski czytelnik to zawdzięcza? Nawet w notce bibliograficznej brakuje nazwiska „sprawcy”. Nie mówię tu  o mediach branżowych, gdzie znajdujemy też fachową krytykę, której też za mało.

    8. Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

    Jest. Choć dawniej był bardziej, co miało plusy i minusy. Jego promotorska rola przynosi z jednej strony prestiż i dodatkową satysfakcję, z drugiej jako darmowa siła robocza tłumacze zastępują wykwalifikowane kadry, „łowców tytułów”, których zatrudniają tylko nieliczne wydawnictwa. Oczywiście taka rola tłumaczy to zaszczyt,  a ich działalność w tym zakresie doceniają i wspierają kraje mające w nich ambasadorów swojej kultury. Z drugiej strony mamy chyba naiwne wyobrażenie, że to się przekłada na wzrost czytelnictwa czy zainteresowanie nauką języka autora, który przypadł do gustu czytającej publiczności.

    9. Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Jeśli tłumacz podejmuje się przekładu, to bardzo wiele musi i ponosi dużą odpowiedzialność. To widać zwłaszcza na przykładach nieudanych przekładów, których niestety nie brakuje. Tłumacz nie może się schować się za autora, jest jego „głosem”, i to bardzo ważnym, bo gdy zafałszuje, polscy czytelnicy nigdy nie dowiedzą się, jaki skarb kultury światowej utracili. Bywa zresztą, że dziwią się, jak ten i ów mógł np. dostać Nobla za tak wątpliwej jakości literaturę. Rzetelność i jakość tłumackiej pracy są zdecydowanie najważniejsze, jeśli ktoś narzeka na warunki tejże pracy, powinien pomyśleć o tym w porę przy ważeniu argumentów za i przeciw. W każdym razie nie wolno podejmować się zadań niewykonalnych albo z braku czasu godzić się na obniżenie poziomu. Wiem, jakie to trudne i że decyzje tłumaczy są często nieracjonalne.

    10. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Trudne pytanie. Najlepiej, kiedy tłumacz nie staje przed oklepanym dylematem: piękna czy wierna. Ma stworzyć dobry literacki polski tekst, który nie razi obcością. Ale umówmy się, że taka literatura już się nam przejadła i że szukamy – jako tłumacze i czytelnicy – czegoś nowego. Jak dalece tłumaczom pomaga polszczyzna, kiedy trzeba ją „ruszyć”, zmusić do wysiłku, do giętkości? Nie jest łatwo. Język ojczysty funduje nam krępujący gorset, który z natury tłamsi fantazję. Ale jaka za to czeka nas satysfakcja, gdy coś wymyślimy i zmieścimy się w szeroko pojętej normie, a przynajmniej zostaniemy przez czytelników zrozumiani! Rozciągliwość polszczyzny i świadomość językowa to dziedziny, nad którymi trzeba pracować. Oczywiście więcej mogą tu zdziałać autorzy polscy, ale wobec masowej produkcji tłumaczeń także my musimy się włączyć. Wymaga to od tłumaczy – co z drugiej strony w tym zawodzie piękne – ciągłego kształcenia i rozwoju. Nie można uznać się za ukształtowanego tłumacza, który wszystko umie. Tłumacz ma umieć się uczyć. Niech to wystarczy za dewizę.

    11. Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Teoretycznie może, ale to karkołomne zadanie. I na początek trzeba dokonać rozrachunku zysków i strat. Może nie warto, skórka niewarta wyprawki? W historii literatury nie brakowało zabaw językowych, które z różnym powodzeniem odtwarzano w językach obcych. Nasuwa się pytanie, jak dalece rezultat takich zabiegów jest jeszcze przekładem. Wg mnie takich zabiegów adaptacyjnych możemy dokonywać punktowo, śladowo, zauważalnie – ale zabawy polegające na tworzeniu nowych języków zostawmy informatykom i lingwistom.

    Z własnego doświadczenia wiem, co jest możliwe. Tłumaczyłem „większy” utwór, tzn. dwustronicowy, w którym występowała jedna samogłoska. Tłumaczyłem powieść z rozbudowaną w zamyśle interpunkcją, która spełniała dodatkowo funkcje semantyczne – oczywiście w węższym zakresie niż autor (R. Jirgl), ale z powagą odtwarzając jego pomysł na rozruszanie niemczyzny. W powieści alternatywnej (O. Basil) próbowałem oswoić język III Rzeszy: zamieściłem dość obszerny glosariusz.

    Dialektów nie zdarzyło mi się tworzyć, bo w języku polskim ich właściwie nie mamy, ale często musiałem sobie radzić z dialektem używanym świadomie, często z pobudek sentymentalnych, przez moich autorów.12.

    12. Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Zwłaszcza w Niemczech tłumaczy się bardzo dużo, przy czym oprócz aktualnej bogatej oferty tytułowej w wielu oficynach wydaje się nowe przekłady nie tylko klasyki, ale i literatury XX-wiecznej. W myśl zasady: każde pokolenie zasługuje na swojego Szekspira. Sądzę, że dużo łatwiej tam o kolejny konkurencyjny przekład niż u nas. Może dlatego, że nie mają złudzeń, że przekład musi się zestarzeć. Podzielam ten pogląd, choć – także i pod tym względem – w ograniczonym zakresie. Oprócz „Fausta”, przy którym już kilkudziesięciu tłumaczy mierzyło siły na zamiary – lub odwrotnie – niewiele jest w literaturze niemieckiej takich wyzwań niebudzących wątpliwości, czy warto podejmować kolejne próby. Jeden tzw. dobry przekład wystarczy, chyba że zagrają inne argumenty. Co potwierdzam przykładami-przekładami z własnego podwórka: E.M. Remarka i M. Endego.

    13. W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Kolejne trudne pytanie, nad którym się dotąd nie zastanawiałem. Zawsze starałem się zachować oryginalny styl autora, choć zdarzało mi się też tłumaczyć pisarzy tuzinkowych, poniekąd pracujących przy taśmie produkcyjnej. Nie była to jednak literatura wysoka. W pozostałych przypadkach staram się ustalić szeroko rozumiany idiom danego autora, naturalnie wykraczający poza taki czy inny sposób prowadzenia fabuły. Nie przeceniałbym tutaj roli tłumacza, bo dobry tekst oryginalny poprowadzi go niezawodnie. Trzeba oczywiście uważać na pokusy, żeby nie narzucać własnego tłumackiego stylu, zwłaszcza tam, gdzie widać, że autor sobie nie radzi lub odpłynął za daleko…

    14. W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    Inspiracja do przekładu? Czyli pewnie wzorzec, podpora, drogowskaz… Usytuowanie dzieła w historii literatury to zadanie dla krytyków literackich, którzy przeważnie mają z nim do czynienia po ukazaniu się przekładu. Oni tłumaczowi nie podpowiedzą, musi poradzić sobie sam. Najprościej byłoby oprzeć się na utworze oryginalnym, gdyby tylko ten zechciał czytelnie przekazywać wszelkie tropy i aluzje. Sądzę, że byłoby mi łatwiej, gdyby „Maskarada geniuszy” powstała „po bożemu”, a nie miała skomplikowanych losów wydawniczych. Nie ma na to miejsca, więc tylko powiem, że tłumaczyłem na podstawie 3. wydania, czyli drugiego z prawdziwego zdarzenia, ale wciąż niedoskonałego. Bo choć autor zmarł ok. ćwierć wieku po napisaniu swojego opus magnum, to nie zdołał go opublikować. Siłą rzeczy zostałem więc wmanewrowany w redakcję ostatecznej wersji tekstu – mniejsza o to, czy wydawca austriacki skorzysta kiedyś z moich doświadczeń. Krótko na temat, czyli lista moich przewodników. K.L. Immermann to autor „Münchhausena”, dzieła sprzed niemal 200 lat, przełożonego przeze mnie 30 lat temu. Ważniejsze są polskie odniesienia stylistyczne. To przede wszystkim S.I. Witkiewicz i W. Gombrowicz. Czyli literatura awanturniczo-łotrzykowska, fantastyczna, groteskowa, przerysowana, wręcz barokowa – a w przypadku mojego autora przeładowana humorem językowym i potężną dawką informacji nie tylko o starożytności greckiej – „Maskaradę geniuszy” można też odczytać jako kolejną wersję mitu o Akteonie – nie tylko o c.k. Austrii, ale właściwie o wszystkim.

  • Kwestionariusz tłumaczy – Wawrzyniec Brzozowski

    Kwestionariusz tłumaczy – Wawrzyniec Brzozowski

     

    • Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

    Zadebiutowałem jako tłumacz w 2001 roku, zbliżając się do pięćdziesiątki. Kilka lat wcześniej, przeczytawszy La Vie mode d’emploi Georges’a Pereca, uznałem, że jest to arcydzieło, które koniecznie trzeba przetłumaczyć na polski. Nigdy wcześniej nie myślałem o tłumaczeniu literatury, ale los sprawił, że przełożyłem potem kilkanaście książek. Od kilku lat myślałem o tym, by skończyć moją translatorską przygodę, ale nie byłem szczególnie konsekwentny. Sądzę jednak że przekład W cieniu rozkwitających dziewcząt jest rzeczywiście ostatni (na wydanie czekają jeszcze przełożone wcześniej dwa opasłe tomy: Pisma olimpijskie barona de Coubertin i drugi wybór pamiętników króla Stasia, dotyczących schyłku jego życia). Tak zatem niektóre z moich odpowiedzi na ankietę są w czasie przeszłym.

    • W jakim rytmie Pan pracuje? 

    Przekładami zajmowałem się niezbyt regularnie, ale kiedy tłumaczyłem, zazwyczaj pracowałem bardzo intensywnie, goniony terminami. Miałem to szczęście, że zwykle musiałem w tym czasie zajmować się niczym innym, co zapewne należy uznać za luksus w przypadku większości tłumaczy.

    • Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Bywa przyjemne, ale częściej, przynajmniej w moim przypadku, łączyło się nie tyle z cierpieniem, ile raczej zniechęceniem. Myślę, że mechanizm jest ten sam, co u pisarza lub artysty czy choćby solidnego rzemieślnika – z jednej strony satysfakcja, z drugiej ponure poczucie bezsilności, kiedy nie potrafi się nadać właściwej formy temu, co chce się wyrazić, a w przypadku tłumacza, oddać to, co stworzył autor oryginału.

    Zdarzało się, że coś, co uznałem za raczej marnie przełożone, przyjęte było przez „konsumentów” o wiele lepiej niż się spodziewałem. Niestety, bywało również odwrotnie.

    • Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

    Są ich grube tysiące, ale trudno chyba mówić o strachu – chodzi o książki źle napisane, ale też te, których nie potrafiłbym porządnie przetłumaczyć. Albo dlatego, że są mi dalekie, albo czuję, że przekład przekracza moje możliwości. 

    • Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz?

    Uzupełniając to, o czym wspomniałem powyżej, z pewnością tłumaczy, jak i wszystkich innych, cieszy porządne honorarium, a do rozpaczy doprowadzić mogą kłopoty z jego wypłaceniem.

    • Kiedy stawia Pani/Pan kropkę?

    Prawie nigdy nie zależało to ode mnie, lecz od popędzającego mnie wydawcy. Sądzę, że aby tłumacz mógł ocenić rzetelnie przekład, musiałby o nim zapomnieć na kilka miesięcy i dopiero potem zrewidować go ostatecznie z dystansu. Ale taka możliwość zdarza się bardzo rzadko, kiedy przekłada się na zamówienie, jak prawie zawsze było w moim przypadku. Powiedzmy, że kończę, kiedy uznam, że nie muszę za bardzo wstydzić się przed redaktorem, instytucją szalenie ważną, niestety na wymarciu. Zazwyczaj miałem szczęście do redaktorów, od których nauczyłem się naprawdę sporo.

    • Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Z jednej strony, siłą rzeczy, służebna – jak wszędzie. Z drugiej, o ile się orientuję, w niektórych krajach tłumacze prestiżowo i finansowo miewają się gorzej niż w Polsce, w innych za to zdecydowanie lepiej.

    Jak to naprawdę jest u nas z tłumaczami? W ostatnich latach rozmnożyły się rozmaite nagrody za przekłady, coraz więcej jest rozpoznawalnych nazwisk w tej branży, ale cóż – kiedy kilka dni temu, siedząc przy komputerze, zapragnąłem nagle zajrzeć do Ziemi jałowej Eliota, okazało się, że w dwóch pierwszych pojawiających się w sieci przekładach zabrakło nazwiska tłumacza, a były to przekłady Miłosza.

    • Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

    Jeśli już, promuje raczej literaturę niż język (choć może się zdarzyć, że ktoś zachęcony – albo zniechęcony – przekładem, sięgnie do oryginału. A mecenas to chyba niewłaściwe słowo – Gajusz Pliniusz obsypywał hojnie literatów złotem…

    Rzecz jasna, bardzo wielu autorów istnieje w pewnych krajach tylko dzięki inicjatywie tłumaczy, a niekiedy dzięki nim robią światową karierę.

    • Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Myślę, że przede wszystkim powinien się starać wykonać dobrą robotę, nie wypaczając nadmiernie przekazu dzieła, nie tracąc zbyt wiele z walorów oryginału i nie zniechęcając czytelnika.

    Swoją drogą, czasami pojawia pokusa poprawiania autora – w zasadzie nie należy tego robić, ale cóż, nie da się ukryć, że Kubuś Puchatek i Byczek Fernando w przekładzie Ireny Tuwim są naprawdę lepsze od oryginału…

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Przekład zmusza niekiedy tłumacza do przekraczania granic wyznaczonych przez słowniki i zasady poprawności językowej. I z tej perspektywy dobrze jest przekładać na język polski, który dzięki elastyczności składniowej, ogromnym możliwościom tworzenia zrozumiałych dla czytelników neologizmów i kilku innym cechom oferuje znacznie większe możliwości niż większość języków, tak zatem większe problemy miewają zazwyczaj tłumacze z polskiego, próbując na przykład z lepszym czy gorszym skutkiem przekładać słowotwórcze dokonania Stanisława Lema.

    • Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Jeśli autor zrobił to w języku oryginału, wręcz powinno.

    • Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Nic nie jest wieczne, ale przekłady Paszkowskiego, Dmochowskiego czy Porębowicza – przy wszystkich swych brakach i niedoskonałościach – trzymają się całkiem nieźle.

    Nie wspominając już o znakomitej większości przekładów Boya (jednym z wyjątków, nie tylko moim zdaniem, jest jednak Proust w jego tłumaczeniu).

    • W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Sądzę, że jest to nie tyle kwestia rozmyślań, ile raczej intuicji i wyczucia poetyki oryginału.

    • W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    Każdy z tomów W poszukiwaniu utraconego czasu w nowym przekładzie tłumaczy kto inny, siłą rzeczy starałem się więc stosować pewne zasady, ustalone przez panią Krystynę Rodowską, znakomitą tłumaczkę pierwszego tomu, która w wielkim stopniu przyczyniła się do całej tej inicjatywy. A poza tym nie szukałem jakichś szczególnych inspiracji, może tylko starając się wczuć w Prousta, który pisałby w tamtej epoce po polsku.

  • Przekład – warsztat. Olga Czernikow

    Przekład – warsztat. Olga Czernikow

    Poprosiłam tłumaczy nominowanych w tym roku do Nagrody Translatorskiej im. Boya-Żeleńskiego o wskazanie takich zdań, nad którymi się męczyli – bo przecież często chodzi o inną melodię języka, zupełnie obcy kontekst, słownictwo sprzed kilku epok, zupełnie dzisiaj niezrozumiałe, lub takie, które nie ma odpowiednika w polszczyźnie. 

    Języki nie są wobec siebie równoległe, nie są symetryczne, każdy wprowadza swoje uniwersum i nie da się go przełożyć ani szybko, ani prosto. 

    Dzisiaj fragment, który wskazała Olga Czernikow – wraz z jej komentarzem: 

    Wybrałam pierwsze zdanie z rozdziału LXIII Corviny, czyli Książki o krukach Petra Rákosa. Rozdział ten nosi tytuł Havrani a racci, czyli dosłownie „Kruki i mewy”. W oryginale zdanie brzmi tak:

    „Racci je italské slovo, označující seskupení vodních ptáků převážně bílé barvy”.

    A w przekładzie tak:

    „Łyski” (czyt. whisky) to słowo szkockiego pochodzenia, oznaczające grupę ptaków z charakterystyczną białą blaszką na czole.

    Nic się tu nie zgadza, prawda? Miały być mewy, a są łyski, w miejsce włoskiego wskoczył szkocki, a wszystko zostało ujęte w jakąś quasi-słownikową definicję, która w oryginale przecież wcale się nie pojawia. Kto jednak zna książkę Rákosa, ten wie, że każdy z jej dwustu siedmiu rozdzialików to małe studium absurdu, parodii, groteski i językowej wolnoamerykanki, przy czym osią dla tej rozpędzonej karuzeli gatunków i stylów jest oczywiście kruk i jego świat. Żywiołem wprawiającym tę machinę w ruch jest zaś, jak mi się wydaje, żywioł zabawy, choć może mądrzej byłoby powiedzieć: gry (w tym wzniosłym, kastalskim znaczeniu, ale też w tym całkiem przyziemnym, podwórkowym), i to gry samozwrotnej, gry dla gry – a więc arcygry.

    Nie inaczej to wygląda w rozdziale LXIII. Punktem wyjścia stała się tu domniemana eufonia formy „racci”, czyli liczby mnogiej od słowa „racek” (mewa). Po czesku wymawia się to, rzecz jasna, przez „c” (racci), ale zapis istotnie prowokuje, by czytać ów wyraz z włoska, z miękkim „cz” (raczczi). I tyle Rákosowi wystarczy, żeby ruszyć w erudycyjną galopadę. Motyw „włoskości” mew nieoczekiwanie rozwija się w uczoną teorię, zgrabnie przedstawioną za pomocą szeregu opozycji: czerni i bieli, północy i południa, śródziemnomorskiej harmonii i nordyckiej surowości. Szybko zrozumiałam, że z mewami daleko nie polecę, ponieważ ich polska nazwa nie kojarzy się z żadnym obcym słowem (ani istniejącym, ani hipotetycznym). Trzeba było znaleźć innego ptaka – i tu zaczęły się schody, bo po tym pierwszym zdaniu następowało jeszcze wiele innych, a z nich jasno wynikało, że musi to być ptak: 1) wodny, 2) raczej pospolity w naszej szerokości geograficznej, 3) najlepiej biały i 4) o wyraźnie odmiennym charakterze niż kruk. No i oczywiście musi mieć potencjał fonetyczny. Dość sporo wymagań jak na rodzimą awifaunę. Po kilku godzinach wertowania przewodnika Collinsa i odrzucania kolejnych kandydatur uznałam, że chyba pora się przejść – i tak też zrobiłam.

    Dalej jest już niestety przewidywalnie: park, rzeka, trzcinniczki, krzyżówki, jedna czapla, kokoszki. I łyski. Nie żeby nastąpiło jakieś filmowe olśnienie, w końcu prawie codziennie widuję łyski na ślęziańskich mieliznach, ale jakoś dopiero wtedy przyszło mi na myśl, że te niepozorne chruściele mogą się okazać pomocne. Z łyskami coś już się dało zrobić: białe wprawdzie nie są, ale mają lśniąco białą blaszkę, do tego występują w Polsce dość licznie i zachowują się zupełnie inaczej niż kruki (choć też potrafią być agresywne). I jeszcze ta alkoholowa nazwa. Koncept z „wymową” (w cudzysłowie, bo tu jednak mamy do czynienia z sytuacją odwrotną: zapis fonetyczny zamienił się z zapisem graficznym) pozostaje, jak sądzę, w duchu Rákosowskich gier i zabaw – ostatecznie przecież na końcu Corviny znajduje się cały słowniczek „wymowy wymownych wyrazów obcych i wyrazów w ogóle”, pełen rozmaitych onomatopeicznych fiksacji i fonetycznych qui pro quo. Potem wystarczyło zamienić w dalszej części rozdziału realia włoskie na szkockie, dostosować przeciwieństwa i nadać temu wszystkiemu formę. Jak to się skończyło? Mam nadzieję, że dobrze i że zarówno kruki, jak i łyski będą żyły długo i szczęśliwie – nie tylko w książce Rákosa.

     

    Olga Czernikow – tłumaczka i redaktorka. Przełożyła m.in. książki Jana Balabána („Zapytaj taty”, „Którędy szedł anioł”), Vladimíra Binara („Pianka od Chińczyka”), Terezy Boučkovej („Rok Koguta”), Radki Denemarkovej („Pieniądze od Hitlera”, „Przyczynek do historii radości”, „Kobold” – we współpracy z Agatą Wróbel – i „Wady snu”), Vladimíra Macury („Guwernantka” – we współpracy z Michałem Kunikiem) i Petra Rákosa („Corvina, czyli Książka o krukach”).