Tag: Nagroda Boya-Żeleńskiego

  • Kwestionariusz tłumaczy – Ryszard Wojnakowski

    Kwestionariusz tłumaczy – Ryszard Wojnakowski

    Kwestionariusz tłumaczy:

    1. Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

    Całą książkę – prawie 40 lat temu, ale ukazała się dopiero w 1986. Brakowało papieru na niektóre publikacje… Pojedyncze drobne teksty w prasie i/lub w antologii w 1979 i 1981.

    2. W jakim rytmie Pan pracuje?

    Całorocznym, siedmiodniowym i 24-godzinnym. Pracoholizm w czystej postaci. Doba jest stanowczo za krótka, żeby starczyło czasu na wszystko, mam na myśli także zajęcia okołotłumaczeniowe, researche, ogólne dokształcenia się i bieżącą orientację „w temacie”. Ale taki rytm-tryb pracy to nie przymus. We wspomnieniach wszystko pięknieje, dlatego z rozrzewnieniem wracam do pierwszego okresu w moim życiu tłumackim, kiedy zarabiałem na chleb w inny sposób i wydzierałem (wykradałem) jak najwięcej godzin na tłumaczenia.

    3. Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Tłumaczenie książek nie jest pracą z przymusu, sposobem na dorobienie się, i choćby dlatego powinno być przyjemne. Ale przyjemność sprawia nie tylko pasjonatom, którzy traktują to jak odskocznię od stałej pracy,  przygodę, szlachetne hobby, święto, spełnienie marzeń. Od tego trzeba zresztą zaczynać, a nie od razu rzucać się na głęboką wodę, czyli zawodowstwo. Dla zawodowego tłumacza literatury ww. przyjemności też są dostępne, ale to przede wszystkim „blood, sweat and tears”. Ja do tego „wyższego etapu” dochodziłem blisko 10 lat. Za długo, owszem, ale w tamtych czasach straceńców i ryzykantów nie było wielu. I kapitalizmu, który jest przekleństwem ludzi książki, też wtedy nie było.

    Domyślam się, że pytanie dotyczy cierpień przeżywanych na innym poziomie obcowania z przekładaną książką. Najogólniej mamy do czynienia z oporem materii – w języku oryginału i/lub przekładu. Zaryzykuję twierdzenie, że takie cierpienie nobilituje, uszlachetnia – ale nie odstrasza, raczej hartuje. Motywuje do wzmożonych wysiłków, ale też uczy pokory.

    4. Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

    „Boi” to niewłaściwe słowo. Prędzej chodzi o respekt. Nie wszystko da się przetłumaczyć i nie wszystko dany tłumacz może/powinien tłumaczyć. Mój respekt obejmuje przede wszystkim poetów, „ojców modernizmu”, że tak się wyrażę. Rilkego, Georgego, a z wcześniejszych także Hölderlina. Możliwe, że z powodu nieprzystawalności polskiej poezji tego okresu. Przede wszystkim ci niemieckojęzyczni poeci nie trafiają do mojego ucha, nie wywołują rezonansu. Są na wskroś nowocześni, ale to za mało. U nas, mimo że poezja polska zawsze była w czołówce, rzadziej w awangardzie,  mamy młodopolszczyznę. Też piękną i nowatorską, ale nieodłącznie związaną z brzmieniem mowy polskiej.

    5. Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz?

    Dla mnie to moment ukazania się książki. Moja cierpliwość tak często była wystawiana na próbę, książki, te najwartościowsze,  tak długo przetrzymywane w wydawnictwach na różnych etapach produkcji, że oddycham z ulgą dopiero wtedy. Po drodze są oczywiście sukcesy cząstkowe, od końca wyliczając: zadowolenie ze szczegółowych rozwiązań, z utrafienia – oczywiście niekoniecznie już na „dzień dobry” – w ton oryginału, rozgryzienie i zdefiniowanie specyfiki autora, odkrycie dobrej książki lub świetnego pisarza. Last but not least znalezienie polskiego wydawcy, który zechce realizować nasze pomysły i marzenia.

    Rozpacz jest wtedy, gdy dochodzimy do ściany. I w jakimś punkcie albo nie potrafimy zrozumieć oryginału – wtedy musimy pytać oby żyjącego autora – albo nie umiemy przekuć tej nowej wiedzy na możliwości polszczyzny. Chyba że polszczyzna mimo swojego skomplikowania i bogactwa nie ma do dyspozycji instrumentów pozwalających tłumaczowi zarządzać jakimś chwytem stylistycznym.

    6. Kiedy stawia Pan kropkę?

    Kiedy nie mogę już nic zmienić. Jest po wszystkich korektach i rewizjach i wydawca nie pozwala. Często – w poezji o wiele częściej – przyłapuję się na tym, że w wydrukowanej książce zmieniłbym jeszcze to i owo. Zaobserwowałem też u siebie, ale domyślam się, że inni mają to samo, skażone patrzenie na tekst literacki, oczywiście bardziej krytyczne na przełożony niż na oryginalny polski. W swojej pracy zbyt jesteśmy skupieni na warsztacie i na szczególe, że wszędzie dostrzegamy szwy. I albo podziwiamy robotę innych twórców, kolegów pracujących w materii słownej, albo się czepiamy…

    7. Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Za niska. Ale na pocieszenie od razu dodam, że w innych krajach jest podobnie. W sensie prestiżu, powagi… Oczywiście w krajach bardziej cywilizowanych sytuacja ekonomiczna jest trochę lepsza i więcej jest zawodowych tłumaczy literatury, większa też świadomość branżowa. My dochodzimy do tego powoli – ale postęp na przestrzeni swoich 40 lat w zawodzie widzę ogromny – do rozwiązań systemowych i do wyższego statusu w odczuciu społecznym. Trochę brakuje mi większej solidarności między wydawcami i tłumaczami. Irytuje spychanie kosztów tłumaczenia do kategorii „zła koniecznego”, najlepiej gdyby przekład nic nie kosztował albo (dodam złośliwie) gdyby autorzy od razu pisali w językach przekładów. Muszę się ugryźć w język: to zbyt szeroki temat…

    Niestety, nie przebiła się do powszechnej świadomości – z winy krytyków literackich – egzystencja i działalność tłumacza w toku powstawania książki. Jak można chwalić w recenzji styl autora, rozpływać się w zachwytach i nie zająknąć się, komu polski czytelnik to zawdzięcza? Nawet w notce bibliograficznej brakuje nazwiska „sprawcy”. Nie mówię tu  o mediach branżowych, gdzie znajdujemy też fachową krytykę, której też za mało.

    8. Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

    Jest. Choć dawniej był bardziej, co miało plusy i minusy. Jego promotorska rola przynosi z jednej strony prestiż i dodatkową satysfakcję, z drugiej jako darmowa siła robocza tłumacze zastępują wykwalifikowane kadry, „łowców tytułów”, których zatrudniają tylko nieliczne wydawnictwa. Oczywiście taka rola tłumaczy to zaszczyt,  a ich działalność w tym zakresie doceniają i wspierają kraje mające w nich ambasadorów swojej kultury. Z drugiej strony mamy chyba naiwne wyobrażenie, że to się przekłada na wzrost czytelnictwa czy zainteresowanie nauką języka autora, który przypadł do gustu czytającej publiczności.

    9. Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Jeśli tłumacz podejmuje się przekładu, to bardzo wiele musi i ponosi dużą odpowiedzialność. To widać zwłaszcza na przykładach nieudanych przekładów, których niestety nie brakuje. Tłumacz nie może się schować się za autora, jest jego „głosem”, i to bardzo ważnym, bo gdy zafałszuje, polscy czytelnicy nigdy nie dowiedzą się, jaki skarb kultury światowej utracili. Bywa zresztą, że dziwią się, jak ten i ów mógł np. dostać Nobla za tak wątpliwej jakości literaturę. Rzetelność i jakość tłumackiej pracy są zdecydowanie najważniejsze, jeśli ktoś narzeka na warunki tejże pracy, powinien pomyśleć o tym w porę przy ważeniu argumentów za i przeciw. W każdym razie nie wolno podejmować się zadań niewykonalnych albo z braku czasu godzić się na obniżenie poziomu. Wiem, jakie to trudne i że decyzje tłumaczy są często nieracjonalne.

    10. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Trudne pytanie. Najlepiej, kiedy tłumacz nie staje przed oklepanym dylematem: piękna czy wierna. Ma stworzyć dobry literacki polski tekst, który nie razi obcością. Ale umówmy się, że taka literatura już się nam przejadła i że szukamy – jako tłumacze i czytelnicy – czegoś nowego. Jak dalece tłumaczom pomaga polszczyzna, kiedy trzeba ją „ruszyć”, zmusić do wysiłku, do giętkości? Nie jest łatwo. Język ojczysty funduje nam krępujący gorset, który z natury tłamsi fantazję. Ale jaka za to czeka nas satysfakcja, gdy coś wymyślimy i zmieścimy się w szeroko pojętej normie, a przynajmniej zostaniemy przez czytelników zrozumiani! Rozciągliwość polszczyzny i świadomość językowa to dziedziny, nad którymi trzeba pracować. Oczywiście więcej mogą tu zdziałać autorzy polscy, ale wobec masowej produkcji tłumaczeń także my musimy się włączyć. Wymaga to od tłumaczy – co z drugiej strony w tym zawodzie piękne – ciągłego kształcenia i rozwoju. Nie można uznać się za ukształtowanego tłumacza, który wszystko umie. Tłumacz ma umieć się uczyć. Niech to wystarczy za dewizę.

    11. Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Teoretycznie może, ale to karkołomne zadanie. I na początek trzeba dokonać rozrachunku zysków i strat. Może nie warto, skórka niewarta wyprawki? W historii literatury nie brakowało zabaw językowych, które z różnym powodzeniem odtwarzano w językach obcych. Nasuwa się pytanie, jak dalece rezultat takich zabiegów jest jeszcze przekładem. Wg mnie takich zabiegów adaptacyjnych możemy dokonywać punktowo, śladowo, zauważalnie – ale zabawy polegające na tworzeniu nowych języków zostawmy informatykom i lingwistom.

    Z własnego doświadczenia wiem, co jest możliwe. Tłumaczyłem „większy” utwór, tzn. dwustronicowy, w którym występowała jedna samogłoska. Tłumaczyłem powieść z rozbudowaną w zamyśle interpunkcją, która spełniała dodatkowo funkcje semantyczne – oczywiście w węższym zakresie niż autor (R. Jirgl), ale z powagą odtwarzając jego pomysł na rozruszanie niemczyzny. W powieści alternatywnej (O. Basil) próbowałem oswoić język III Rzeszy: zamieściłem dość obszerny glosariusz.

    Dialektów nie zdarzyło mi się tworzyć, bo w języku polskim ich właściwie nie mamy, ale często musiałem sobie radzić z dialektem używanym świadomie, często z pobudek sentymentalnych, przez moich autorów.12.

    12. Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Zwłaszcza w Niemczech tłumaczy się bardzo dużo, przy czym oprócz aktualnej bogatej oferty tytułowej w wielu oficynach wydaje się nowe przekłady nie tylko klasyki, ale i literatury XX-wiecznej. W myśl zasady: każde pokolenie zasługuje na swojego Szekspira. Sądzę, że dużo łatwiej tam o kolejny konkurencyjny przekład niż u nas. Może dlatego, że nie mają złudzeń, że przekład musi się zestarzeć. Podzielam ten pogląd, choć – także i pod tym względem – w ograniczonym zakresie. Oprócz „Fausta”, przy którym już kilkudziesięciu tłumaczy mierzyło siły na zamiary – lub odwrotnie – niewiele jest w literaturze niemieckiej takich wyzwań niebudzących wątpliwości, czy warto podejmować kolejne próby. Jeden tzw. dobry przekład wystarczy, chyba że zagrają inne argumenty. Co potwierdzam przykładami-przekładami z własnego podwórka: E.M. Remarka i M. Endego.

    13. W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Kolejne trudne pytanie, nad którym się dotąd nie zastanawiałem. Zawsze starałem się zachować oryginalny styl autora, choć zdarzało mi się też tłumaczyć pisarzy tuzinkowych, poniekąd pracujących przy taśmie produkcyjnej. Nie była to jednak literatura wysoka. W pozostałych przypadkach staram się ustalić szeroko rozumiany idiom danego autora, naturalnie wykraczający poza taki czy inny sposób prowadzenia fabuły. Nie przeceniałbym tutaj roli tłumacza, bo dobry tekst oryginalny poprowadzi go niezawodnie. Trzeba oczywiście uważać na pokusy, żeby nie narzucać własnego tłumackiego stylu, zwłaszcza tam, gdzie widać, że autor sobie nie radzi lub odpłynął za daleko…

    14. W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    Inspiracja do przekładu? Czyli pewnie wzorzec, podpora, drogowskaz… Usytuowanie dzieła w historii literatury to zadanie dla krytyków literackich, którzy przeważnie mają z nim do czynienia po ukazaniu się przekładu. Oni tłumaczowi nie podpowiedzą, musi poradzić sobie sam. Najprościej byłoby oprzeć się na utworze oryginalnym, gdyby tylko ten zechciał czytelnie przekazywać wszelkie tropy i aluzje. Sądzę, że byłoby mi łatwiej, gdyby „Maskarada geniuszy” powstała „po bożemu”, a nie miała skomplikowanych losów wydawniczych. Nie ma na to miejsca, więc tylko powiem, że tłumaczyłem na podstawie 3. wydania, czyli drugiego z prawdziwego zdarzenia, ale wciąż niedoskonałego. Bo choć autor zmarł ok. ćwierć wieku po napisaniu swojego opus magnum, to nie zdołał go opublikować. Siłą rzeczy zostałem więc wmanewrowany w redakcję ostatecznej wersji tekstu – mniejsza o to, czy wydawca austriacki skorzysta kiedyś z moich doświadczeń. Krótko na temat, czyli lista moich przewodników. K.L. Immermann to autor „Münchhausena”, dzieła sprzed niemal 200 lat, przełożonego przeze mnie 30 lat temu. Ważniejsze są polskie odniesienia stylistyczne. To przede wszystkim S.I. Witkiewicz i W. Gombrowicz. Czyli literatura awanturniczo-łotrzykowska, fantastyczna, groteskowa, przerysowana, wręcz barokowa – a w przypadku mojego autora przeładowana humorem językowym i potężną dawką informacji nie tylko o starożytności greckiej – „Maskaradę geniuszy” można też odczytać jako kolejną wersję mitu o Akteonie – nie tylko o c.k. Austrii, ale właściwie o wszystkim.

  • Kwestionariusz tłumaczy – Wawrzyniec Brzozowski

    Kwestionariusz tłumaczy – Wawrzyniec Brzozowski

     

    • Kiedy przełożył Pan swoją pierwszą książkę?

    Zadebiutowałem jako tłumacz w 2001 roku, zbliżając się do pięćdziesiątki. Kilka lat wcześniej, przeczytawszy La Vie mode d’emploi Georges’a Pereca, uznałem, że jest to arcydzieło, które koniecznie trzeba przetłumaczyć na polski. Nigdy wcześniej nie myślałem o tłumaczeniu literatury, ale los sprawił, że przełożyłem potem kilkanaście książek. Od kilku lat myślałem o tym, by skończyć moją translatorską przygodę, ale nie byłem szczególnie konsekwentny. Sądzę jednak że przekład W cieniu rozkwitających dziewcząt jest rzeczywiście ostatni (na wydanie czekają jeszcze przełożone wcześniej dwa opasłe tomy: Pisma olimpijskie barona de Coubertin i drugi wybór pamiętników króla Stasia, dotyczących schyłku jego życia). Tak zatem niektóre z moich odpowiedzi na ankietę są w czasie przeszłym.

    • W jakim rytmie Pan pracuje? 

    Przekładami zajmowałem się niezbyt regularnie, ale kiedy tłumaczyłem, zazwyczaj pracowałem bardzo intensywnie, goniony terminami. Miałem to szczęście, że zwykle musiałem w tym czasie zajmować się niczym innym, co zapewne należy uznać za luksus w przypadku większości tłumaczy.

    • Dlaczego tłumaczenie może być przyjemne? Czy jest raczej źródłem cierpień?

    Bywa przyjemne, ale częściej, przynajmniej w moim przypadku, łączyło się nie tyle z cierpieniem, ile raczej zniechęceniem. Myślę, że mechanizm jest ten sam, co u pisarza lub artysty czy choćby solidnego rzemieślnika – z jednej strony satysfakcja, z drugiej ponure poczucie bezsilności, kiedy nie potrafi się nadać właściwej formy temu, co chce się wyrazić, a w przypadku tłumacza, oddać to, co stworzył autor oryginału.

    Zdarzało się, że coś, co uznałem za raczej marnie przełożone, przyjęte było przez „konsumentów” o wiele lepiej niż się spodziewałem. Niestety, bywało również odwrotnie.

    • Czy jest jakiś autor, którego się Pan boi?

    Są ich grube tysiące, ale trudno chyba mówić o strachu – chodzi o książki źle napisane, ale też te, których nie potrafiłbym porządnie przetłumaczyć. Albo dlatego, że są mi dalekie, albo czuję, że przekład przekracza moje możliwości. 

    • Co wywołuje największą radość tłumacza? A co jego rozpacz?

    Uzupełniając to, o czym wspomniałem powyżej, z pewnością tłumaczy, jak i wszystkich innych, cieszy porządne honorarium, a do rozpaczy doprowadzić mogą kłopoty z jego wypłaceniem.

    • Kiedy stawia Pani/Pan kropkę?

    Prawie nigdy nie zależało to ode mnie, lecz od popędzającego mnie wydawcy. Sądzę, że aby tłumacz mógł ocenić rzetelnie przekład, musiałby o nim zapomnieć na kilka miesięcy i dopiero potem zrewidować go ostatecznie z dystansu. Ale taka możliwość zdarza się bardzo rzadko, kiedy przekłada się na zamówienie, jak prawie zawsze było w moim przypadku. Powiedzmy, że kończę, kiedy uznam, że nie muszę za bardzo wstydzić się przed redaktorem, instytucją szalenie ważną, niestety na wymarciu. Zazwyczaj miałem szczęście do redaktorów, od których nauczyłem się naprawdę sporo.

    • Jaka jest pozycja tłumacza w Polsce?

    Z jednej strony, siłą rzeczy, służebna – jak wszędzie. Z drugiej, o ile się orientuję, w niektórych krajach tłumacze prestiżowo i finansowo miewają się gorzej niż w Polsce, w innych za to zdecydowanie lepiej.

    Jak to naprawdę jest u nas z tłumaczami? W ostatnich latach rozmnożyły się rozmaite nagrody za przekłady, coraz więcej jest rozpoznawalnych nazwisk w tej branży, ale cóż – kiedy kilka dni temu, siedząc przy komputerze, zapragnąłem nagle zajrzeć do Ziemi jałowej Eliota, okazało się, że w dwóch pierwszych pojawiających się w sieci przekładach zabrakło nazwiska tłumacza, a były to przekłady Miłosza.

    • Czy tłumacz jest mecenasem literatury, jaką przekłada? Promotorem języka obcego?

    Jeśli już, promuje raczej literaturę niż język (choć może się zdarzyć, że ktoś zachęcony – albo zniechęcony – przekładem, sięgnie do oryginału. A mecenas to chyba niewłaściwe słowo – Gajusz Pliniusz obsypywał hojnie literatów złotem…

    Rzecz jasna, bardzo wielu autorów istnieje w pewnych krajach tylko dzięki inicjatywie tłumaczy, a niekiedy dzięki nim robią światową karierę.

    • Czy tłumacz coś musi? A może czegoś mu nie wolno?

    Myślę, że przede wszystkim powinien się starać wykonać dobrą robotę, nie wypaczając nadmiernie przekazu dzieła, nie tracąc zbyt wiele z walorów oryginału i nie zniechęcając czytelnika.

    Swoją drogą, czasami pojawia pokusa poprawiania autora – w zasadzie nie należy tego robić, ale cóż, nie da się ukryć, że Kubuś Puchatek i Byczek Fernando w przekładzie Ireny Tuwim są naprawdę lepsze od oryginału…

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Przekład zmusza niekiedy tłumacza do przekraczania granic wyznaczonych przez słowniki i zasady poprawności językowej. I z tej perspektywy dobrze jest przekładać na język polski, który dzięki elastyczności składniowej, ogromnym możliwościom tworzenia zrozumiałych dla czytelników neologizmów i kilku innym cechom oferuje znacznie większe możliwości niż większość języków, tak zatem większe problemy miewają zazwyczaj tłumacze z polskiego, próbując na przykład z lepszym czy gorszym skutkiem przekładać słowotwórcze dokonania Stanisława Lema.

    • Czy tłumaczenie może stworzyć język, którego nie ma w języku docelowym? Jakiś socjolekt? Dialekt?

    Jeśli autor zrobił to w języku oryginału, wręcz powinno.

    • Czy można przygotować przekład, który nie będzie się starzał?

    Nic nie jest wieczne, ale przekłady Paszkowskiego, Dmochowskiego czy Porębowicza – przy wszystkich swych brakach i niedoskonałościach – trzymają się całkiem nieźle.

    Nie wspominając już o znakomitej większości przekładów Boya (jednym z wyjątków, nie tylko moim zdaniem, jest jednak Proust w jego tłumaczeniu).

    • W jaki sposób należy myśleć o tekście, by zachować jego językową odrębność w polszczyźnie?

    Sądzę, że jest to nie tyle kwestia rozmyślań, ile raczej intuicji i wyczucia poetyki oryginału.

    • W jakich rejestrach szukał Pan inspiracji do przekładu nominowanego do nagrody?

    Każdy z tomów W poszukiwaniu utraconego czasu w nowym przekładzie tłumaczy kto inny, siłą rzeczy starałem się więc stosować pewne zasady, ustalone przez panią Krystynę Rodowską, znakomitą tłumaczkę pierwszego tomu, która w wielkim stopniu przyczyniła się do całej tej inicjatywy. A poza tym nie szukałem jakichś szczególnych inspiracji, może tylko starając się wczuć w Prousta, który pisałby w tamtej epoce po polsku.

  • Przekład – warsztat. Wawrzyniec Brzozowski

    Przekład – warsztat. Wawrzyniec Brzozowski

     

    Poprosiłam tłumaczy nominowanych w tym roku do Nagrody Translatorskiej im. Boya-Żeleńskiego o wskazanie takich zdań, nad którymi się męczyli – bo przecież często chodzi o inną melodię języka, zupełnie obcy kontekst, słownictwo sprzed kilku epok, zupełnie dzisiaj niezrozumiałe, lub takie, które nie ma odpowiednika w polszczyźnie. 

    Języki nie są wobec siebie równoległe, nie są symetryczne, każdy wprowadza swoje uniwersum i nie da się go przełożyć ani szybko, ani prosto. 

    Dzisiaj fragment, który wskazał Wawrzyniec Brzozowski – wraz z jego komentarzem: 

    Co jest najtrudniejsze w tłumaczeniu? Bywa z tym bardzo różnie. Zdarzało mi się przekładać rzeczy dość karkołomne, przede wszystkim u Pereca – na przykład 179 zdań dotyczących zdarzeń opisanych w „Życiu instrukcji obsługi”, długich na 60 znaków wraz ze spacjami, ułożonych w trzy bloki, dwa po 60 wersów, a ostatni liczący ich 59, przy czym ostatnia litera pierwszego zdania w każdym bloku, w drugim musiała być druga od końca, w trzecim trzecia itd., tak by tworzyły ich diagonalne osie, składające się na trzyliterowe słowo, które tłumaczy brak ostatniego, 180 wersu. W pierwszym wydaniu „Życia” spełniłem tylko pierwszy wymóg – 60 znaków w wersie. Dowiedziawszy się dopiero potem od perecologów, że kolejność zdań, oprócz jednego, może być dowolna, w drugim wydaniu pokusiłem się o  spełnienie pozostałych warunków. I okazało się to dość przyjemną łamigłówką.

    O wiele gorsze wspomnienia z polowań na właściwe słowo, frazę, poetykę, mam ze zmagań z Proustem. O ile pamiętam, poniższy fragment, pośród wielu innych, sprawił mi o wiele więcej niemiłych kłopotów.

    “Les levers de soleil sont un accompagnement des longs voyages en chemin de fer, comme les œufs durs, les journaux illustrés, les jeux de cartes, les rivières où des barques s’évertuent sans avancer. À un moment où je dénombrais les pensées qui avaient rempli mon esprit pendant les minutes précédentes, pour me rendre compte si je venais ou non de dormir (et où l’incertitude même qui me faisait me poser la question était en train de me fournir une réponse affirmative), dans le carreau de la fenêtre, au-dessus d’un petit bois noir, je vis des nuages échancrés dont le doux duvet était d’un rose fixé, mort, qui ne changera plus, comme celui qui teint les plumes de l’aile qui l’a assimilé ou le pastel sur lequel l’a déposé la fantaisie du peintre. Mais je sentais qu’au contraire cette couleur n’était ni inertie, ni caprice, mais nécessité et vie. Bientôt s’amoncelèrent derrière elle des réserves de lumière. Elle s’aviva, le ciel devint d’un incarnat que je tâchais, en collant mes yeux à la vitre, de mieux voir, car je le sentais en rapport avec l’existence profonde de la nature, mais la ligne du chemin de fer ayant changé de direction, le train tourna, la scène matinale fut remplacée dans le cadre de la fenêtre par un village nocturne aux toits bleus de clair de lune, avec un lavoir encrassé de la nacre opaline de la nuit, sous un ciel encore semé de toutes ses étoiles, et je me désolais d’avoir perdu ma bande de ciel rose quand je l’aperçus de nouveau, mais rouge cette fois, dans la fenêtre d’en face qu’elle abandonna à un deuxième coude de la voie ferrée ; si bien que je passais mon temps à courir d’une fenêtre à l’autre pour rapprocher, pour rentoiler les fragments intermittents et opposites de mon beau matin écarlate et versatile et en avoir une vue totale et un tableau continu”.

     I wersja polska:

             “Wschody słońca są takim samym rekwizytem długich podróży koleją jak pisma ilustrowane, jajka na twardo, talie kart lub rzeki, na których mozolą się barki, prawie nie posuwając się naprzód. W pewnej chwili, kiedy od kilku już minut zbierałem myśli, chcąc ustalić, czy udało mi się przespać, czy też nie (już sama niepewność, co kazała mi zadać sobie owo pytanie, udzieliła twierdzącej na nie odpowiedzi), ujrzałem w prostokącie okna unoszące się ponad niewielkim czarnym lasem postrzępione obłoki, których delikatny, różowawy puch miał zdecydowaną i jakby martwą barwę, niezdolną już się odmienić, podobnie jak kolor ptasich skrzydeł, które przejmują go od składających się na nie piór, albo też pastel, na jakim znalazł się on za sprawą fantazji artysty. Czułem jednak, iż rzecz przedstawia się odwrotnie, a barwy te nie znalazły się tam bezwolnie i nie są niczyim kaprysem, lecz koniecznością i oznaką życia. Wkrótce spiętrzyły się za nimi rezerwy światła, kolor obłoków się ożywił, a niebo oblało się pąsem. Starałem się, przylepiając nos do szyby, dobrze się temu przyjrzeć, czułem bowiem, że ma to związek z ukrytym, niematerialnym życiem natury, lecz szyny znienacka zmieniły kierunek, pociąg skręcił, scenę świtu zastąpił zaś w ramie okna nocny widok wioski z dachami błękitnymi od księżycowej poświaty oraz z basenem dla praczek, którego woda opalizowała perłową masą nocy pod niebem wciąż jeszcze usianym gwiazdami; i zacząłem już popadać w rozpacz, że utraciłem ów pas różowego nieba, gdy dostrzegłem go, teraz już całkiem czerwony, w przeciwległym oknie, z którego znów mi uciekł przy kolejnym zakręcie szyn; biegałem więc od okna do okna, próbując jakoś przybliżyć, połączyć te migające mi przed oczami, nieprzystające do siebie fragmenty w jeden spójny, zatrzymany w czasie obraz tamtego, tak dla mnie pięknego i jakże zmiennego poranka w szkarłatach”.

    Wawrzyniec Brzozowski, tłumacz literatury francuskojęzycznej i historyk sztuki. Laureat Nagrody „Literatury na Świecie” za debiut translatorski, nominowany do Nagrody Literackiej Miasta Gdańska Europejski Poeta Wolności za przekład poezji Jeana Portante’a, dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii przekład na język polski. Tłumaczył dzieła takich twórców jak m.in.: Alfred Jarry, Georges Perec, Marcel Proust, a także pamiętniki króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.

     

     

  • Warsztat – przekład. Teresa Tyszowiecka blasK!

    Warsztat – przekład. Teresa Tyszowiecka blasK!

    Poprosiłam tłumaczy nominowanych w tym roku do Nagrody Translatorskiej im. Boya-Żeleńskiego o wskazanie takich zdań, nad którymi się męczyli – bo przecież często chodzi o inną melodię języka, zupełnie obcy kontekst, słownictwo sprzed kilku epok, zupełnie dzisiaj niezrozumiałe, lub takie, które nie ma odpowiednika w polszczyźnie. 

    Języki nie są wobec siebie równoległe, nie są symetryczne, każdy wprowadza swoje uniwersum i nie da się go przełożyć ani szybko, ani prosto. 

    Dzisiaj fragment, który wskazała Teresa Tyszowiecka Blask! – wraz z jej komentarzem: 

    Zdanie, które stało się przedmiotem niezliczonych domysłów, w sensie dosłownym nie było szczególnie niezrozumiałe:

     „His voice had the deep burr of a man who kept fishooks in his beard” („Miał niski, chropawy głos, jak ktoś, kto nosi haczyki wędkarskie w brodzie”), ale niejasny był jego związek ze zdaniem następnym: („Wskoczyłem w biały muślinowy skafander, obciągnąłem rękawy, zaciągnąłem drążki… i gaz do dechy po orbicie”).

    Ponieważ Afrykańskie korzenie UFO tłumaczyłam z doskoku, do szuflady i trwało to parę lat, odpuściłam sobie ten fragment, a potem, zwyczajnie, o nim zapomniałam.

    Kiedy książka znalazła Wydawcę, brak króciutkiego zdania do ostatniej chwili umknął uwadze nawet podczas redakcji.

    W czym rzecz?  Było to PIERWSZE zdanie powieści, które, nie dosyć, że niejasne, mogło wywrócić do góry nogami cały akapit, stronę, itd.

    Czy chodziło o zwykłe haczyki wędkarskie (niechby aborygeńskie), czy drapały tajemniczego „jego” po grdyce, albo ją wręcz przebiły na wylot, stąd chrypa? Hipotezy – a do researchu ruszyli ofiarnie Redaktorzy – mnożyły się: ostrza we włosach alegorii Dialektyki, haczyki w ogonie Skorpiona, tekst kapeli, która przeszła u nas niezauważona? A przede wszystkim, jakie były dalsze losy posiadacza charakterystycznego głosu? Czy został na odległej planecie porzucony przez narratora? Czy był to może głos komputera pokładowego na statku, który wszak był produktem zaawansowanej technologii „voodoo-funk”?

    Czas naglił i nie pozostało mi nic innego, jak przyznać się Autorowi do – ważkiego strategicznie – zaniedbania. W odpowiedzi przyszło wyjaśnienie, że głos należy do „wrednego” Joe Sama i, sobie tylko znanym sposobem, (wspomnienia? telepatia? słuchawka w uchu?) dociera do umysłu narratora, skłaniając go do podróży.

    A co z haczykami w brodzie? „Its like saying he’s so badass he keeps razor blades in his pocket. (Inaczej mówiąc był takim zakapiorem, że nosił po kieszeniach żyletki)” – wyjaśnił Autor.

    Na czym stanęło ostatecznie?

    „Jego głos brumił hardo. No to. Wskoczyłem w biały muślinowy skafander… i gaz do dechy.”

    Czas był najwyższy, bo tekst już szedł do składu.

     

    Fot. z archiwum autorki