Tag: Mariusz Szczygieł

  • Popyt i podaż

    Popyt i podaż

    W grudniu prowadziłam spotkanie on line z Krzysztofem Vargą, dotyczące jego książki „Dziennik hipopotama”. W spotkaniu – a właściwie debacie – brali też udział Michał Nogaś i Justyna Sobolewska, rozmawialiśmy dużo o rynku książki, jego praktykach i wypaczeniach. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie radośnie pohukujący Varga, potępiający wszystko w czambuł i domagający się zamknięcie większości wydawnictw, z wyższością (oraz arogancją płynącą z błogiej nieświadomości) domagający się publikowania tylko prozy wysokiej.

    To spotkanie uświadomiło mi (poza rozmiarami niewiedzy niektórych aktorów pola literackiego), że ciągle jeszcze w Polsce żyje i świetnie się ma mit OPUBLIKOWANIA KSIĄŻKI.

    Otóż święcie wierzymy, że to, co wychodzi w okładkach nie tylko ma status nieomal prawdy objawionej, ale że jeszcze sam fakt publikacji jest wartościowy, wydanie książki po prostu jest dobre(m).

    Ten sposób myślenia dzieli stary wyjadacz Varga z wieloma młodymi autorami, którzy po to, aby debiutować, biorą kredyty i oddają rok-dwa z życia. Nie chodzi mi jednak o kredyt na wydanie książki, ale o kredyt na jej napisanie, a zatem raczej o obszar reportażu niż prozy. Prozę pisze się wcale nie łatwiej, ani nie szybciej, można jednak uciąć podróże i kwerendę, jak się na nie kompletnie nie ma forsy. Reportaż, który przeżywa teraz najazd debiutantów, z całą pewnością bez tego się nie obędzie.

    Kryzys prasy, pogłębiający się ciągle i właściwie stały (a już się wydawało, że jesteśmy na dnie…) w połączeniu z tym właśnie myśleniem o wydaniu książki jako o jakimś wyróżniku i rodzaju dobra, nieprawdopodobna ilość osób, próbujących swoich sił w reportażach, w sumie sprawiają, że rynek zaczyna się tutaj dziwnie chwiać. Autorzy szukają środków, by móc się utrzymać w czasie pisania, wyjechać do bohaterów, zrobić reaserch, a wydawnictwa starają się odsiewać płynące szeroką falą propozycje wydawnicze. Oczywiście, reporterzy mogą starać się o stypendia ministerialne i miejskie, mogą startować w konkursach. Wydawnictwo Poznańskie do czterech lat prowadzi Konkurs Reporterski, w 2021 można zgłaszać swoje projekty do 1 marca. Projekty oceniane są do 24 kwietnia, a nagroda wynosi 15 tysięcy złotych.

    Nie wiem – i to jest właściwie pytanie do moich Czytelników, z których spora część funkcjonuje w tym polu – czy łatwo jest dostać takie środki? Czy wystarczają one na pisanie? Trochę próbowałam o to pytać w różnych miejscach i wnioski są dość przerażające: publikowanie książki, które miało być ratunkiem w sytuacji, gdy drastycznie zmniejszyła się ilość tytułów drukujących reportaże (wliczając portale i serwisy internetowe), nie tylko nie przynosi spodziewanych zysków, ale i wymusza wyjątkowo duże nakłady własne. Nadobecność reportażu sprawia bowiem, że sprzedają się coraz mniejsze jego nakłady, a to sprawia, że zmniejszają się też zaliczki. Wydawcy boją się ryzykować, podpisując umowy z debiutantami – choć łatwiej jest doprowadzić tom reportażu (niż tom prozatorski) do poziomu „wydawalności” i „czytelności”. I nie chodzi mi tutaj o zarzut wobec młodych, debiutujących twórców, bo to samo można powiedzieć o Justynie Kopińskiej – jej styl jest płynny jak ruchy c3po.

    Ten brak środków na rynku w przypadku książek, których napisanie wymaga dużo czasu, oznacza, że reporterzy muszą stać się mistrzami nie tylko tej jednej literackiej formy, ale też specjalistami od gatunków bardziej przyziemnych. Ewa Winnicka przyznaje: „podstawową umiejętnością młodego autora jest pisanie projektów, zdobywanie grantów i stypendiów, kolędowanie od drzwi do drzwi, organizowanie zbiórek czyli zbieranie funduszy z różnych źródeł”.

    Ponieważ na wyjazd i „duży projekt” debiutantowi trudno jest zdobyć środki, to rację ma chyba Katarzyna Kobylarczyk, gdy twierdzi, że pierwszą książkę pisze się „przy okazji” – wyjazdu, projektu, jakichś badań naukowych, własnych nietuzinkowych zainteresowań.

    Kamil Bałuk, współpracownik Instytutu Reportażu i juror w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego, podkreśla właśnie rolę owego pragnienia, przewyższającą rachunek ekonomiczny: „Mało znam osób, które odmówiły podpisania umowy na książkę reporterską z powodu zbyt niskiej zaliczki czy ogromnych kosztów dokumentacji. Pragnienie zadebiutowania, wskoczenia poziom wyżej niż publikacja w prasie, jest zwykle nie do odparcia. Kiedyś przed debiutem książkowym autorzy mieli zwykle na koncie sporo publikacji w prasie, dzisiaj to już nie jest konieczne, bo niektóre wydawnictwa zgłaszają się do potencjalnych autorów po lekturze jednego ich tekstu. Znam przypadki, że umowę podpisywali ludzie bez opublikowanych dotychczas tekstów, z samym pomysłem”.

    Kiedy prowadziłam spotkanie z Julianną Jonek-Springer na temat reportażu z odległych miejsc, redaktorka naczelna Dowodów na Istnienie powiedziała, że pandemia i zakaz podróży zwiększą zainteresowanie tematami lokalnymi, że na rynku książki za dwa lata pojawi się fala książek z Polski, analizujących na różne sposoby „nasze życie tutaj”. Sądzę cynicznie, że taki zwrot ku lokalności będzie miał nie tylko pandemiczne uzasadnienie, ale też właśnie u jego podstaw będzie leżało myślenie małą skalą wymuszone przez ograniczone fundusze. Kłopot polega jednak na tym, że pisanie o sprawach polskich i sąsiedzkich wcale nie jest proste. O tym właśnie opowiada często Katarzyna Kobylarczyk w czasie spotkań dotyczących jej ostatniej książki: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy” – napisanej właśnie na temat jej własnej dzielnicy, w dużym stopniu po rozmowach z sąsiadkami (choć jeszcze przed pandemią). Inna jest relacja reporterów i bohaterów, inny rodzaj więzi, inna odpowiedzialność. Nie da się umknąć po napisaniu tekstu, nie bardzo można odmówić pokazania tekstu, nie da się wyostrzyć tez, słów i zdarzeń, by stały się jaśniejsze dla czytelników, bo autor będzie się spotykał pod piekarnią ze swoimi postaciami. Albo wyrzucał śmieci do tego samego kosza. A oni także nie będą tak wolni i nieskrępowani w swoich opowieściach i zwierzeniach, gdy będą wiedzieć, że książkę przeczyta się w sąsiednich domach. I co z tego, że to będzie tańsze w produkcji?

    I jeszcze jedna rzecz wydaje mi się tu bardzo ważna, choć wiąże się ona pośrednio z kapitałem i dystrybucją środków. Chodzi o to, że zmiana, jaka dokonała się, gdy gros reportaży przeszło z prasy do publikacji książkowych, nie jest tylko zmianą ilościową (zbiór tekstów zamiast jednego), ale też jakościową, a ta nie wydaje mi się do końca uświadomiona i zwerbalizowana. Bo gdy reporter publikował tekst np. w „Dużym Formacie”, w czasach gdy DF miał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakładu (nostalgiczne wspomnienie), to jego tekst był czytany masowo przez ludzi z różnych środowisk i to w stosunkowo krótkim czasie (około tygodnia), a zatem miał szansę wywołać masową reakcję – rodzaj spiętrzenie emocjonalnego, prowadzącego do publicznej debaty na dany temat, a nawet lepiej – do zmiany – choćby drobnych przepisów prawa (tak było choćby z tekstem Mariusza Szczygła „Grzeczny i posłuszny”). W chwili, gdy wydaje się książkę, grupa odbiorców jest dużo mniejsza (bo nakład średnio wynosi 3-5 tys. egzemplarzy), a lektura dokonuje się w długim czasie (liczyć trzeba też przecież tych, którzy wypożyczają książkę z biblioteki kilka lat po jej publikacji). Nie ma co więc liczyć na to spiętrzenie, reakcję gwałtowną i nasiloną. Autorzy książek reporterskich muszą zatem przemyśleć nie tylko układ kompozycyjny, który zmienia się, gdy piszą książkę, ale też funkcje, które ma ich opowieść spełniać. Jeśli publikacja reportażu w prasie przypomina nam sprint, to publikacja w książce jest raczej półmaratonem – czyli kompletnie innym rodzajem biegu.

    Ten tekst nie chce stawiać tez, raczej wskazuje miejsca słabe, wymagające refleksji. I stara się uchwycić pewne zjawiska w zarodku, a nie kogokolwiek sekować. Zapraszam do rozmowy (choć każdy wpis jest takim zaproszeniem), bo ja jestem spoza branży, w życiu swoim nie próbowałam napisać reportażu. Nie biegłam też ani sprintu, ani półmaratonu.

    Dajcie znać, drodzy Czytelnicy, jak te sprawy wyglądają z Waszej perspektywy?

  • Ciasny gorset? o felietonie

    Ciasny gorset? o felietonie

    Felieton przypomina ciasny gorset. Nie każdy pisarz potrafi ten gorset zasznurować luźno, by nie zadusić czytelnika, ani samemu nie pozbawić się tchu. Bieńczyk, Pilch, Szczygieł nie mają z tym kłopotu.

    Publiczność czytająca, ale niezaangażowana w obieg krytycznoliteracki, zarzuca literaturze wysokiej i jej twórcom parnasizm, snobizm, niezrozumiałość. Za wzór do naśladowania stawia jej kryminał i (ostatnio) reportaż – czyli gatunki, które mówią o życiu, nie analizują do nieprzytomności wydumanych problemów, angażują się we współczesną rzeczywistość, ale też dostarczają rozrywki. Nade wszystko zaś zaletą gatunków popularnych jest mówienie wprost, bez skomplikowanych i trudnych do wyśledzenia środków retorycznych. Tymczasem po drugiej linii frontu także umacnia się zasieki: literatura wysoka i obieg akademicki pogardzają literaturą rozrywkową, uznając ją często za płytką, schlebiającą niewyrobionym gustom, wyrachowaną, bo nastawioną na zarobek, wtórną i bezmyślną. Szydzą z książkopodobnych produktów Janusza L. Wiśniewskiego, z wyznań celebrytów i biografii 20-letnich piłkarzy.

    Ziemia niczyja

    Pomiędzy tymi dwoma polami – gdy popatrzymy na rynek wydawniczy z dystansu – rozciąga się pas ziemi niczyjej, który rzadko jest analizowany jako tzw. literatura środka. Gdy zniżymy jednak lot naszego Bristol Scouta zobaczymy, że ta przestrzeń wcale nie jest pusta, że kopią w niej swoje tunele autorzy próbujący zachować częściowo przynajmniej swą wyjściową pozycję i wystąpić z niej ku czytelnikowi masowemu, nieprzepadającemu za literaturą zbyt skomplikowaną formalnie. Dostęp do czytelnika masowego zapewnia prasa i Internet, twórcy literatury wysokiej muszą zatem sięgnąć po gatunki medialne – najczęściej felieton. Marek Bieńczyk, oprócz dwóch postmodernistycznych, cieszących się sympatią krytyków powieści „Terminal” i „Tworki”, opublikował dwa tomy felietonów i artykułów „Książka twarzy” oraz „Jabłko Olgi, stopy Dawida”. Niekoronowanym mistrzem felietonu jest powieściopisarz Jerzy Pilch, zbierający je w kolejnych książkach. Mariusz Szczygieł do swoich reportaży może dodać także felietony – podsłuchańce publikowane w „Gazecie Wyborczej”, a potem w książce „Projekt: prawda”.

    Felieton to gatunek zupełnie inny niż powieść, nie podlega tym samym podziałom i klasyfikacjom. Lubimy czytać felietony, mamy poczucie, że pisarz zwraca się do nas bezpośrednio, że odrzuca płaszcz Konrada, który nałożyła nań powieść, staje się mniej koturnowy. Cieszy nas, gdy znajdziemy w felietonie naszego ulubionego autora celną obserwację społeczną, wyraźne odniesienie do rzeczywistości. Felieton musi być okolicznościowy, zakorzeniony mocno w świecie, często zaangażowany.

    Często jednak to, co lubimy w felietonie, jest w gruncie rzeczy dla autora ciasnym gorsetem. Cała dynamika tego gatunku polega bowiem na niedostarczaniu satysfakcji – chodzi w nim nie o to, by złapać króliczka, ale by gonić go. Piotr Stasiński podkreśla, że felieton musi podtrzymywać zaciekawienie czytelnika, ale jednocześnie nigdy nie może go zaspokoić. Nie ma w tym gatunku miejsca na domyślenie problemu do końca, bo felieton pracuje na zahaczaniu wielu spraw, na ich zahaczaniu.

    Jeszcze jeden element z rozbudowanej definicji Stasińskiego jest dla nas ważny: felieton to gatunek pasożytniczy, salonowy w tym sensie, że ma budzić zainteresowanie, ale nie wzywać do działania; chciałby bulwersować, a może jedynie osiągnąć zrozumienie ze strony publiczności. Jego naturalnym tonem jest parodia, dowcip, czasem ironia i szyderstwo, czasem łagodny humor. Wszystkie te cechy odróżniające powieść od felietonu, cały ten ciasny gorset staje się dla pisarzy wyzwaniem, a ich praca ma na celu przełamanie ograniczeń gatunkowych. Felieton wydaje się bliższy czytelnikom, służy za pomost, po którym autor przechodzi do swego odbiorcy, mówi do niego bez pośredników i osłonek. A przynajmniej tak nam się wydaje…

    Bieńczyk czyli profil

    Marek Bieńczyk to pisarz, który z powodzeniem i od lat funkcjonuje w dwóch rejestrach: wysokim i popularnym. Jego dwie powieści oraz dwa tomy esejów „Melancholia” i „Przezroczystość” należą z całą pewnością do książek trudnych, erudycyjnych, zanurzonym mocno w filozofii i teorii literatury. Jego powieści czyta się na uniwersytecie jako przykłady polskich tekstów postmodernistycznych (skutecznie zniechęcając studentów). Jednocześnie dwa tomy felietonów i dwa tomy artykułów o winie „Kroniki wina” oraz „Nowe kroniki wina” czynią z niego autora popularnego, z powodzeniem poruszającego się po niższych rejestrach. Bieńczyk nie popada jednak w żaden rodzaj literackiej schizofrenii, bo motywy znane z powieści pojawiają się w esejach, melancholicy z esejów tworzą kontekst, a czasem pretekst do rozważań o winie, felietony nawiązują i do wina, i do literatury. W przedziwny sposób Bieńczykowi udaje się zachować spójność w opowiadanych historiach. Wszystkie jego tematy spina bowiem, także często analizowany przez badaczy i krytyków, temat opowiadania, budowania narracji, języka. Bieńczyk w „Tworkach” przedstawia nam dwupoziomową historię – o wydarzeniach w szpitalu psychiatrycznym w czasie II wojny światowej, których zwieńczeniem jest zniknięcie i śmierć Żydówki Sonii. Równocześnie buduje w powieści drugi wątek – autora tworzącego współcześnie swoją historię, sterującego opisem, tym, co do narracji wpuścić, a co z niej usunąć, co czytelnikowi powiedzieć, co zasugerować, a co pozostawić w tajemnicy.

    W jednym ze swych esejów składających się na tom „Przezroczystość” Bieńczyk deklaruje, że przezroczystość stanowiła od lat jego obsesję, powracające w życiu zjawisko i motyw literatury. I tak przezroczystość ujawnia się też w „Książce twarzy”, gdzie autor stara się zbliżyć do innych „twarzy” – tekstów i osób, gdzie tworzy ich profile (tu żartobliwe nawiązanie do Facebooka). Bieńczyk wciąż wykonuje wolty, przemieszcza się między tym, co wysokie i popularne. Pisze o Winnetou, Agassim, sportach, perfumach. A w innych tekstach komentuje melancholijne zachowania Zygmunta Krasińskiego, analizuje nowy przekład „Niebezpiecznych związków” i „Pamiętniki” Chateaubrianda. Okazuje się nagle, że ani nie temat, ani nie język autora decydują o tym, do jakiego rejestru należy go przypisać, bo Bieńczyk właśnie z przełamywania obu rejestrów tworzy energię dla swoich kolejnych tekstów.

    Pilch czyli mit osobisty

    Różnica między wysoką prozą i pozornie niskim felietonem nie opiera się tylko na różnych obiegach, ale i na inaczej funkcjonalizowanej czasowości. Powieść powinna dążyć do uniwersalizacji, felieton musi być „komentarzem chwili”. Jak pokazuje jednak felietonowa praktyka Jerzego Pilcha, z powodzeniem można zarzucić tę opozycję, a z osobistego mitu zbudować świetne teksty.

    Pilch, publikujący przez lata w kilku najważniejszych czasopismach w Polsce swe cotygodniowe zapiski, nigdy nie uważał się za felietonistę zawodowego, w jednym z wywiadów mówił, że jest prozaikiem pisującym felietony. Mamy więc tu nawias podwójny, podwójne mrugnięcie okiem. Felieton wymaga zdystansowana się od parodystycznie przedstawianej rzeczywistości, Pilch zaś dystansuje się i od tej formy. Jak pisze Arkadiusz Luboń w szkicu monograficznym poświęconym autorowi „Pod Mocnym Aniołem”, felieton i dziennik są u Pilcha fragmentami, didaskaliami, rozszerzeniem powieści i opowiadań, dlatego lepiej mówić o jego twórczości, używając terminu „proza”, pozwala on bowiem na równych prawa traktować te gatunki.

    Pilch zaciera różnice rejestrów, filtrując swoje historie przez pryzmat przeżyć i pamięci, nakładając na opis zdarzeń realistycznych prywatną mitologię z właściwymi jej krakowskimi bohaterami. Odwraca się od aktualności, zaangażowania, od komentowania rzeczywistości. Z tego odwrócenia czyni gest programowy i świadomy:

    Na jaką jasną cholerę na przykład odnotowałem powołanie nowego rządu i teraz się zawile i mętnie z tego zapisu tłumaczę, po co mi zdanie o ewangelickim premierze, czemu mówię o rzeczywistości, która nie jest moją rzeczywistością? Ile razy w przyszłości taki nie polityczny, a kompozycyjny lapsus popełnię, ile razy w najbliższych miesiącach wiedziony zwodniczą pokusą wychylę się ku rzekomemu światu i pod pretekstem odnotowywania rzeczywistości gazetową rzeczywistość zacznę zapisywać (że rząd, że premier, że olimpiada w Nagano, że Lech Wałęsa, że Wiaczesław Tichonow, że Yoko Ono), tylekroć pochopności własnej pożałuję i korygować, i przepisywać będę musiał na nowo…

    – pisze w felietonie otwierającym „Bezpowrotnie utraconą leworęczność”. Felieton zazwyczaj pasożytuje na cudzym problemie, zahacza o zdarzenia bieżące. Oba te elementy Pilcha zupełnie nie interesują, bo woli on podążać za własnym rytmem, własnym przeżyciem. Czytamy jednak Pilcha, żeby zobaczyć, co przeciwstawia rzeczywistości, czym się zajmuje w czasie, gdy my śledzimy medialne debaty.

    Szczygieł czyli podsłuchaniec

    Jeszcze 1o lat temu nie ośmieliłabym się zaliczyć reportażu do literatury wysokiej. Dzisiaj jego status jest już jednak zupełnie inny, bo na rynku książki pojawiło się wiele książek reporterskich, które stawiają sobie cele ambitne, realizują skomplikowaną formę, a jednocześnie opowiadają o istotnych zjawiskach. Nie są wąsko rozumianymi książkami publicystyczno-dziennikarskimi, a zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu (Szejnert, Krall, Nowak, Łazarewicz, Grzebałkowska). Takie właśnie są reportaże Szczygła – czy to pierwsza książka poświęcona Polsce lat 90., zatytułowana „Niedziela, która zdarzyła się w środę”, czy też ostatnia – „Projekt: prawda”. Szczygieł to taki autor, który potrafi ukryć szwy swoich historii, ciężko pracujący nad tym, by oddać w ręce czytelnika tekst łatwy w lekturze, pod tą gładą formą kryje się zaś często skomplikowana kompozycja. Gładkość Szczygła to pewien programowy chwyt, często pisze bowiem o zdarzeniach skomplikowanych pod względem etycznym, o splątanych ścieżkach historii. Na swoich bohaterów wybiera świadków historii, ofiary polskiej transformacji gospodarczej, trudne kwestie obyczajowe. Inaczej jest w felietonach – publikowanych co tydzień w „Gazecie Wyborczej”. To krótkie dialogi lub zapis monologu bohaterów, czasem podsłuchane w komunikacji publicznej, czasem wydobywane powoli z cierpiących interlokutorów. „Projekt: prawda” polega na zbieraniu osobistych historii o najważniejszych wydarzeniach życiowych, traumatycznych lub ekstatycznych wypadkach, z których jego bohaterowie wyprowadzają jakąś zasadę, motto życiowe. Teksty składające się na ten projekt różnią się zasadniczo od reportaży – są krótkie, esencjonalne, skupione. Nie wymagają lektury intelektualnej, pozwalają na większe spektrum nastrojów i tonów. Łatwiej je czytać w Internecie, łatwiej się nimi podzielić, wydają się bardziej medialne. Jednocześnie oddają w całości głos Innemu, często przypadkiem napotkanemu człowiekowi. Skrótowość pozwala Szczygłowi wyłącznie na szkicowe zarysowanie sytuacji, w jakiej odbywa się rozmowa, nie ma tu miejsca na wprowadzenie konwencji, co sprawia, że w ręce czytelnika trafiają formy bardziej surowe (choć wiadomo, że u Szczygła teksty surowy to tekst cyzelowany, wystylizowany na „szybką notatkę”). Wydają się bliższej skóry, są bardziej emocjonalne.

    Rozwiązywanie gorsetu

    I tak dokonuje się u każdego z tych autorów dwustronny transfer: adaptują oni swój wysoki styl na potrzeby felietonu, ale też adaptują felieton na potrzeby swojej formy, łamią lub naginają cechy gatunku. Bieńczyk przekreśla dość stanowczo nakaz pretekstowości, bo w kolejnych swoich tekstach nawraca do wciąż tych samych zagadnień i oświetla je na róże strony. Pilch odrzuca postulat tymczasowości i zaangażowania felietonu, wybierając w  jego miejsce własne przeżycia i przemyślenia. Szczygieł zrywa z tradycją pisania intymnego – w jego felietonowych zapiskach niewiele miejsca zajmuje bowiem „ja”, więcej miejsca oddaje autor innemu.

    Tylko pozornie felieton jest mocno skodyfikowany, bo każdy autor realizuje go inaczej. Jeden z najpopularniejszych gatunków, jest w gruncie rzeczy szalenie trudny (o czym nie wiedzą pisarze-celebryci z uporem godnym lepszej sprawy opisujący topornym stylem swoje życie prywatne na różnych portalach i gazetach), ponieważ wymaga właśnie ograniczenia i ogromnej dyscypliny, by utrzymać lekkość wywodu, nie osunąć się w farsową intymność z jednej strony, a z drugiej – w przydługie tyrady.

    Jednocześnie to forma bardzo dla pisarzy kusząca, bo pozwala umocnić własną autorską markę, a także sprzedać różne skomplikowane, „wysokie” pomysły w formie przystępnej. Felieton to nie tylko rodzaj pomostu, jak napisałam wcześniej. To także rodzaj adaptacji, w której pisarz sam swoją twórczość przepisuje w innym, popularnym gatunku. Niekwestionowaną zaletą felietonu jest możliwość zbliżenia się do czytelników, pozyskania nowych – dzięki zaangażowaniu, ciętemu dowcipowi, wyrazistym sądom. To także szansa na wypowiedź na szerszym forum, która jednocześnie nie jest obciążona żadnym negatywnym ładunkiem medialnym. Nikt nie powie, że znany pisarz publikując felietony, sprzedaje się, rozmienia na drobne, choć przecież mówi do szerokich kręgów, zabiera głos w debacie publicznej, często w felietonie ujawnia siebie, swoje życie, swoje sprawy, sytuacje ze swojego życia. Pisanie felietonu w przestrzeni rynku książki i świata medialnego stanowi przecież jednak czynność uznaną, jest wciąż jeszcze rodzajem nobilitacji, redakcja proponuje przecież pozycję komentatora z przekonaniem, że to autor cieszący się dużą popularnością. Dla pisarza to potwierdzenie jego wysokiej pozycji, ale też szansa, by pokazać się czytelnikom, którzy jeszcze go nie znają. Choć ciasny gorset pije i uwiera, czasem trzeba go założyć.

     

    Korzystałam z:

    Jerzy Jarzębski, Walka felietonu z prozą, „Tygodnik Powszechny” 1990, nr 3.

    Arkadiusz Luboń, Futbol i kaznodziejstwo: o pisarstwie Jerzego Pilcha (w:) Skład osobowy. Szkice o prozaikach współczesnych, cz. 1, red. An. Nęcka, D, Nowacki, Katowice 2014.

    Piotr Stasiński, Poetyka i pragmatyka felietonu, Wrocław 1982.

     

    Do lektury:

    Marek Bieńczyk, Tworki, Warszawa 2012.

    Marek Bieńczyk, Książka twarzy, Warszawa 2011.

    Jerzy Pilch, Indyk bestville. Opowiadania zebrane, Kraków 2016.

    Jerzy Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność, Kraków 2015.

    Mariusz Szczygieł, Projekt: prawda, Warszawa 2016.

    Mariusz Szczygieł, Gottland, Wołowiec 2017.

    Tekst ukazał się w „Polonistyce”, nr 2/2017.

  • Wypisy – Szczygieł o dziennikarzach kulturalnych

    Kiedy wydałem jedną ze swoich książek, pracownik sektora nagłaśniania z regionalnego radia po spotkaniu autorskim stanął przede mną i oznajmił: – Będzie Pan głównym gościem naszego świątecznego programu, który poświęcimy w c-a-ł-o-ś-c-i pana książce. Rzadko to robimy, ale tym razem jesteśmy przekonani, że warto.
    Prawie oszalałem ze szczęścia.
    – Ma pan trzy wejścia po dwie minuty i teraz je nagramy – ciągnął. Będę prowadził ten program.
    – Bardzo mi miło – nadmieniłem.
    – Oczywiście nie przeczytałem pana książki, ale mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza?

    Mariusz Szczygieł, Sektor nagłaśniania książek, „Magazyn Książki”
  • Prawdziwe życie jest tutaj

    100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku, pod red. Mariusza Szczygła
    Czarne 2014
    Sam pomysł na tę książkę był świetny, ale też ryzykowny z rynkowego punktu widzenia: Polacy kupują stosunkowo mało antologii czy tematycznych zbiorów tekstów, wolimy jednego autora. Tutaj zaś autorów jest 100, dwa tomy opasłe, książka droga i ciężka. Ale wydaje się, że Szczygieł wraz ze swoimi współpracownikami stworzył rodzaj evergreena, do którego trzeba będzie się odwoływać – czy to w życiu literackim, czy to w kolejnych, innych wyborach reportaży.

    Trudno oceniać wartość tej publikacji, bo składają się na nią teksty najciekawszych autorów ostatnich 100 lat, teksty o bardzo zróżnicowanej tematyce i problematyce. Łatwiej zapytać raczej, jak czytać ten zbiór – tematami? dekadami? autorami? Nie jest to bowiem całość, którą można pochłonąć na raz. Ja czytałam autorami – najpierw nazwiska najbardziej szokujące, negatywni bohaterowie polskiej historii, od których Szczygieł nie stroni: Wanda Wasilewska, Ferdynand Goethel, Edmund Osmańczyk, Jerzy Urban. Później wróciłam do początku wieku, gdy reportaże wychodziły spod piór pisarzy, na marginesie ich pracy twórczej – reportaż Marii Rodziewiczówny czy Juliusza Kaden-Bandrowskiego z I wojny światowej, Władysława Reymonta z prześladowaniach unitów czy tekst Stefana Żeromskiego o plebiscycie z 1920. Jeszcze później czytałam moich ulubionych autorów – Jacka Hugo-Badera, Lidię Ostałowską, Małgorzatę Szejnert, ale też reportaże o PRL-u, bo to temat wyjątkowo interesujący – zapis ze środka systemu, z wnętrza socjalistycznego państwa.  

    W wielu tekstach wyraźnie ukazuje się historia Polski i to jeszcze widziana z perspektywy ludzkiej, z dołu, a nie z perspektywy politycznych szczytów: właśnie plebiscyt na Mazowszu i strajk we Wrześni, a nie decyzje Belwederu. Także przemiany społeczne, rejestrowane przez reportaż, odgrywają tutaj ważną rolę: Małgorzata Szejnert pisze o warunkach, w jakich żyje w PRL polska arystokracja, Barbara Pietkiewicz – o homoseksualistach w komunistycznej Polsce, w 1992 roku Barbara Stanisławczyk i Dariusz Wilczak pokazują sposób myślenia byłych ubeków (to jeden z najbardziej wstrząsających tekstów w tym zbiorze). Obraz życia różnych grup składa się na gigantyczny mozaikowy obraz, mówi, kim byliśmy i jaka była nasza świadomość. Wiele tekstów ma charakter zaangażowany, to właściwie teksty interwencyjne: Jerzy Lovell próbuje wskazać przyczyny przemocy i znieprawienia młodzieży pod koniec lat 60.,  Włodzimierz Nowak opisuje życie na „dzikim Zachodzie” czyli przy granicy polsko-niemieckiej w latach 90.

    Szczygieł we wstępie zwierza się, że chciał zamieścić w zbiorze reportaż o każdym z najważniejszych wydarzeń historycznych. Ze zdziwieniem odkrył jednak, że w wielu wypadkach takich tekstów nie ma – nikt nie napisał reportażu o odzyskaniu niepodległości w 1918. Nie wydaje mi się to jednak dziwne, bo ta sama prawidłowość dotyczy literatury – o powstaniu listopadowym napisał dopiero Wyspiański, o powstaniu styczniowym dopiero dzieci i wnuki powstańców. Do dziś nie ma też wielkiej powieści o transformacji ustrojowej lat 90. Poza tym zaś taki układ, jaki otrzymaliśmy, wydaje się znacznie ciekawszy, reportaże o wydarzeniach historycznych układałyby się w dość nudny ciąg, i nie widać byłoby tego, co wydaje się najciekawsze – prawdziwego, codziennego życia, które tutaj właśnie się ujawnia w każdym tekście.

    Szczygieł stroni od dydaktyki, ale wydaje mi się, że Antologia…ma też walory podręcznika literatury non-fiction: zawarto tu bowiem teksty przełomowe, często ważne dla przemian społecznych i rozwoju tego nurtu piśmiennictwa. Do takich tekstów należą z całą pewnością reportaż Józefa Mackiewicza o mordowaniu Żydów w podwileńskich Ponarach z 1945 roku, czy tekst Ryszarda Kapuścińskiego o Nowej Hucie z 1955 roku. Oba przeszły do historii literatury faktu choć z zupełnie innych powodów. Szczygieł, poprzez swój wybór, buduje więc pewnego rodzaju kanon. Warto sięgnąć, żeby zobaczyć, co w nim umieścił.