Tag: malarstwo

  • Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Wikimedia Commons

    Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna

    Marginesy 2015
    Przeczytałam tę książkę prawie rok po publikacji, ale ciągle jeszcze – myślę sobie – zmieściłam się w granicach 100 rocznicy I wojny światowej, której powieść jest poświęcona.
     
    Wojna, a właściwie Wielka Wojna, wysuwa się tu na plan pierwszy, stanowi centralne doświadczenie życia Urbaina Martiena, choć ten umiera dopiero w 1981 roku, a więc szmat życia przypada na okres powojenny. Martien, chłopak z ubogiej rodziny, dostaje powołanie na front, i na własnej skórze przekonuje się, jak toczy się nowoczesną wojnę. Hertmans jest fantastycznie konsekwentny w tej swojej perspektywie: całą I wojnę obserwujemy z pozycji okopów, z pozycji niedoświadczonych, szeregowych, przestraszonych żołnierzy, którym dowódcy na przemian nakazują maszerować i kopać. W opowieści Hertmansa widać, jak dokonuje się zderzenie słabego ludzkiego ciała z nowoczesną bronią, gazami bojowymi, nowymi sposobami prowadzenia działań militarnych. Martien, cudem przeżywający kilka największych bitew, poza przerażeniem wciąż odczuwa zdziwienie, pewnego rodzaju zaskoczenie, że ciało tak łatwo poddaje się kulom, że umiera się tak szybko i bez wysiłku.
     
    To właśnie odróżnia go od Remarque’a i Cendrarsa, którzy całą swą energię poświęcili pokazaniu bezsensu wojny. Hertmans, przystępując do pisania Wojny i terpentyny niedługo przed setną rocznicą wybuchu wojny, miał świadomość, że włącza się w olbrzymi nurt literacko-historyczny, liczący – bagatela – jakieś 25 tysięcy tytułów. Trudno tu znaleźć własną drogę, powiedzieć coś nowego. Wydaje mi się jednak, że mu się to udało: Martien jest chłopakiem prostym, poczciwym i obowiązkowym, bardzo religijnym. Udział w wojnie nie wyrywa go z życia, trauma nie powoduje wykorzenienia, alienacji. Płaczącemu w okopach pociechę przynosi modlitwa i powtarzane w kółko słowa, swojskość modlitwy pozwalają przetrwać kompletnie obce doświadczenie wojny.
     
    Wszyscy piszą, że to piękna historia o pamięci. Zgoda. Wydaje mi się jednak, że to jeszcze piękniejsza opowieść o pokorze, z jaką przyjmuje się to, co przynosi życie. Hertmans na bohatera wybieram bowiem człowieka, którego los doświadcza wielokrotnie, konfrontuje go ze śmiercią, głodem, żałobą, rozpaczą, chorobą, poczuciem wstydu, niższości, z konfliktami klasowymi i narodowymi. Udział w wojnie to tylko jeden z zakrętów na drodze Martiena. To także historii o człowieku prostym, pozbawionym wykształcenia, ale jednocześnie obdarzonym niezwykłą samoświadomością, zdolnością obserwacji, wrażliwością na sztukę. Martien zaczyna pracować jako nastolatek, specjalnie odkłada pieniądze, by uczyć się rysunku, po wojnie pracuje na kolei jako robotnik, na emeryturze dopiero poświęca się całkowicie malowaniu. W powieści Hertmansa nie ma jednak w ogóle dystansu, nie ma wyższości wobec sposobu przeżywania świata przez robotnika. Robotnika, który zna swoje miejsce i nie próbuje spierać się z dowódcami wojskowymi, choć zdaje sobie sprawę z bezcelowości ich rozkazów, który w milczeniu przyjmuje ataki wymierzone w żołnierzy o flamandzkim pochodzeniu, a stosowane przez walońskie dowództwo. Martien znosi swój los z pokorą, nie buntuje się przeciwko wyrokom boskim i ludzkim, wypełnia swoje obowiązki, dba o rodzinę, wciąż żyje pełnią życia – ten jego upór w jakiś przewrotny sposób właśnie budzi w czytelniku największy podziw. Kilka razy cudem uratowany przed śmiercią – w odlewni żelaza i na froncie – zna wartość życia, choć jednocześnie wie, jak łatwo to życie stracić. Dlatego właśnie nigdy z życia się nie wycofuje. Nie znajdziemy tu dramatycznych uniesień, buntu przeciwko ontologii, ani oporu wobec politycznych decyzji, a jednocześnie wciąż widzimy, że Martien, skrupulatnie wykonując wszystkie polecenia kolejnych przełożonych, jest ponad nimi.
     
    Tutaj właściwie mogłabym skończyć ten tekst, ale kusi mnie, żeby tę fantastyczną, złożoną powieść przeciąć ostrym nożem polonistycznym, żeby pokazać choćby kilka zastosowanych w niej chwytów, które sprawiają, że otwiera się przed nami inna opowieść, daleko wykraczająca poza problem pamięci i wojennej traumy.
     
    Obok tej prostej, ale zarazem głębokiej historii o akceptacji życia w najgorszych warunkach, Hertmans buduje tutaj i drugą warstwę opowieści. Większość piszących o tej książce dała się złapać na lep stworzonej tutaj formuły: autor wymyśla bowiem pewnego rodzaju klamrę, historię w historii. Hertmans-wnuk pisze o przeżyciach wojennych Martiena-dziadka. Cała opowieść zbudowana jest bardzo misternie, symetrycznie splatają się tu różne wątki, albo też mamy ich zwierciadlane odbicie, przeciwstawienie przeszłości i teraźniejszości. Taki chwyt zadomowił się we współczesnych opowieściach wojennych – znamy go z Cercasa, Bineta, Littella.
     
    Skomplikowana formuła ujawnia się zarówno na poziomie przedstawionych w powieści wątków, jak i samej formy. Tekst stylizowany na autentyczną opowieść jest w gruncie rzeczy bardzo skomplikowaną grą w szczerość, tworzeniem masek i przesłon. Widać tu bowiem dwa rodzaje narracji, obie stworzone przez Hertmansa-pisarza. W jednej mówi wnuk, pisarz, intelektualista. W drugiej dziadek-żołnierz-robotnik, obie jednak wyszły spod pióra tego samego autora, oba w równym stopniu są tekstem literackim. Hertmans-pisarz, zdając sobie sprawę z tego, że samoistna opowieść wojenna nie utrzyma się w zalewie historii z I wojny, wybiera gatunki i zagadnienia, które mają wspomóc i zarazem skomplikować ten główny wątek. A zatem mamy tu elementy sagi rodzinnej (bo mamy tu sportretowane 4 pokolenia, przy czym ważniejsi są pradziadkowie niż rodzice), powieści o artyście (bo pradziadek maluje freski i miłość do nich go właściwie zabija, dziadek to malarz sztalugowy, a wnuk to pisarz), melodramatyczny romans (miłość dziadka i jego małżeństwo) i wreszcie jako czwarty gatunek – opowieść o wojnie. Nie mają zatem racji ci recenzenci i krytycy, którzy widzą w Wojnie i terpentynie prosty zabieg montażu – zderzenie opowieści dziadka i wnuka. Obie części są wykreowane, stworzone przez tego samego autora.  
     
    I tak prostemu, pozbawionemu wykształcenia dziadkowie autor przeciwstawia wnuka-pisarza, erudytę, cenionego intelektualistę. Trudowi budowania, tworzenia Martiena autor przeciwstawia postać wnuka jako dziecka, które niszczy cenne przedmioty, z dziecięcej nieporadności. W I części finguje autentyczność przeżyć dziadka, dysponuje pełną wiedzą, w II zaś – poświęconej związkowi miłosnemu i małżeństwu – podkreśla swą niewiedzę, wielokrotnie wskazuje, że snuje tylko domysły, stawia czytelnikowi przed oczyma tajemnicę i mnoży hipotezy, aluzyjnie podsuwając intymne szczegóły.
     

     

     Świetna lektura, fantastyczna opowieść o trwaniu i pokorze. Ale też kapitalna lektura dla wielbicieli metanarracyjnych, autotematycznych smaczków, dla zwolennikó1) wyrafinowanej, skomplikowanej formy. 
  • Wysokie i niskie czyli esej o pin up girls

    Wysokie i niskie czyli esej o pin up girls

    Daniel Arasse, Nie widać nic. Opowiadanie obrazów
    DodoEditor 2012
    przekł. Anna Arno
    Zebrane w tym tomie teksty Arasse’a stanowią świetny przykład na to, jak można połączyć wysoki temat (malarstwo renesansowe) i trudny gatunek (esej) z popularną retoryką, tworząc  lekturę wciągającą i atrakcyjną. Arasse, opowiadając o klasycznych motywach ikonograficznych, łamie tabu kulturowe i oburza. Wybiera klasyczne motywy artystyczne (jak pokłon Trzech Króli, nagą Wenus, Zwiastowanie), ale pokazuje je jak obrazy skandalizujące i podniecające. Buduje wywód zbuntowanego krytyka, enfant terrible w środowisku badaczy  sztuk plastycznych.
     
    Tytuł odnosi się tutaj do strategii Arasse’a, który rozpoczyna swoją analizę obrazu od jakiegoś wybranego detalu, czyli właściwie od końca. Nie interesują go postaci centralne, autoportrety malarzy, którzy ukrywają się w dziele, ale niepasujące do całości szczegóły, często pomijane w klasycznych interpretacjach. Arasse patrzy więc na przekór utartym interpretacjom, wydobywa elementy dysharmoniczne, te, które niepokoją badaczy: w Zwiastowaniu Franscesco del Cossy skupia się na ślimaku pełznącym u stóp Maryji Panny, w Marsie i WenusTinorettiego interesuje go odbicie w lustrze wiszącym nad łóżkiem cudzołożącej pary, w Pokłonie trzech króli Bruegla wybiera postać Kaspra, czarnoskórego władcy.
     
     Wenus jako pin up girl, ślimak jako klucz do zrozumienia sensu Zwiastowania, czarnoskóry król symbolizujący boskość Chrystusa, lustro w Las Meninas podkreślające potencjalność malarstwa – to tylko kilka z wprowadzonych przez Arasse’a tez. Krytyk czyta tutaj obrazy w podwójnym kontekście, próbuje ustalić horyzont poznawczy autora, wskazać to, co mógł umieścić na obrazie malarz w świadomym procesie prezentacji, a jednocześnie uruchamia sensy anachroniczne, takie, które dopowiadają kolejne epoki. Ważny jest ten rozdział, bo tylko dzięki niemu ujawnia się hipotetyczność interpretacji stawianych przez innych krytyków. Arasse zarzuca na przykład badaczom, że zgadzają się na przyjęcie tez wątpliwych tylko dlatego, że godzą one elementy sprzeczne, uładzają niejasności. Tak robi właśnie, gdy pokazuje, że ślimak w Zwiastowaniu del Cossy wcale nie jest symbolem dziewictwa Maryji (średniowiecze uważało, że ślimaki zapładnia rosa, stąd proste przełożenie na Matkę Boską), jak uważa część badaczy. Według niego ślimak ten stanowi odniesienie do postaci samego Boga, który ujawnia się właśnie w ten sposób. To interpretacja ważna, dzięki niej bowiem ujawnia się wyższy sens zwiastowania, czyli wejścia w stworzenie, niewidzialnego, które staje się wizją.  
     
    Świetny jest też tekst Kobieta w kufrze o Wenus z Urbino Tycjana. Arasse – przeskakując od renesansowego Tycjana do impresjonisty Maneta (i jego Olimpii) − pokazuje, jak zmienia się przedstawienie kobiety, jak ręka położona na nagim łonie wskazuje na zmiany obyczajowe w kolejnych wiekach.
     
    Arasse wydaje mi się frapujący z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że opowiada o malarstwie bez snobizmu, pozwala krytyce malarstwa zejść z piedestału. Wybiera przecież temat nad wyraz ambitny, a jednocześnie opowiada o renesansowych obrazach, jakby były komiksami Marvela. Potrafi więc, nie obniżając poziomu interpretacji, wciągnąć na swe pole takiego odbiorcę, któremu na co dzień obca jest kontemplacja Velasqueza. Po drugie zaś dlatego, że wybiera własne ścieżki. Uwypukla to, co nie pasuje, co kłóci się z utartymi interpretacjami, bo nie interesuje go analiza  totalna, spięcie wszystkich elementów w całość uładzoną i kompletną (łatwo zauważyć więc, że chwalę u Arasse’a to, co najwyżej cenię w krytyce także literackiej). Polemizuje z innymi badaczami, wybiera własną drogę między historykami i teoretykami sztuki, studiuje inne teksty krytyczne po to, by się z nimi pokłócić, pokazać słabe punkty gotowych interpretacji.  Żywołem Arasse’a jest spór, nie zgoda – jako student wyleciał z seminarium Lacana (jak pisze tłumaczka, Anna Arno), spierał się z największymi krytykami swoich czasów (E. H. Gombrich, Erwin Panofsky), w swojej interpretacji Panien dworskich Velasqueza kłóci się z anachroniczną analizą Foucaulta. Warto więc sięgnąć po taką niepokorną lekturę.