Tag: Magdalena Grzebałkowska

  • Drugi rok stworzenia

    Drugi rok stworzenia

    Dlaczego Åsbrink jest lepsza od Grzebałkowskiej? Bo nie jest taka ckliwa, więcej w niej moralnego oburzenia, wytyka grzechy Europie. Nie tyle współczuje człowiekowi, ile pokazuje, jaki jest głupi.  Dlatego.

    Elisabeth Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz

    Wydawnictwo Poznańskie 2017

    Dwa lata temu wyszła w Polsce książka 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej – otóż Åsbrink ze swoim 1947 jest dużo lepsza. Grzebałkowska pozostawia dużo więcej niedosytu niż satysfakcji, jest ilustracyjna, jakby rok końca wojny można było przedstawić w kilku prostych obrazkach. Można polecić znajomym z Indiany albo Borneo – gdyby bardzo chcieli się czegoś dowiedzieć o tym, co się działo w Polsce i jednocześnie nie znali w ogóle nic nie wiedzieli o Europie połowy wieku.

    W najnowszej reporterskiej książce Åsbrink chodzi o to, żeby opisać świat i jego wstrząsy z 1947 roku. Przecina ona historię w poprzek, zbiera wydarzenia z różnych krajów, pokazuje je w układzie miesięcznym.  Mamy zatem 3 wpisy o Polsce, wiele o Palestynie i sporze o nowe państwo, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Węgrzech, Francji, Niemczech. Pojawiają się fragmenty liryczne: poświęcone romansowi Simone de Beauvoir z Nelsonem Algrenem z okresu, gdy przymierzała się do napisania Drugiej płci, widzimy Nelly Sachs piszącą po ciemku, przy stole kuchennym swe kompletnie inne wiersze, pogrążoną w samotności, osobną. Jest tu też mnóstwo wojny, konfliktów politycznych – czytelnik wcale nie ma wrażenia, że obcuje z opisem jakiegoś spokojnego, powojennego okresu. Wielka Brytania w ciągu jednego tygodnia porzuca swe kolonie w Palestynie i Indiach, odmawia pomocy Grecji i Turcji. W Indiach narasta wojna domowa na podłożu religijnym, której ofiarami w olbrzymim stopniu stają się kobiety (mordowane przez wszystkie zwaśnione strony, bo chodzi przecież o całkowitą eksterminację wrogiej grupy etnicznej). Stany Zjednoczone nie otwierają granic przed Żydami uciekającymi z Europy, uznając, że taka fala emigracji zachwieje gospodarką. Świetnie trzyma się segregacja rasowa, nawet w Hollywood, powoli zaczyna się nagonka na amerykańskich komunistów. W Rumunii i na Węgrzech narasta fala aresztowań politycznych, morduje się przywódców opozycji, w Polsce tylko jej szeregowych członków, a przywódcę nakłania do ucieczki za granicę. Przez Europę przetaczają się kolejne fale uchodźców – żydowscy uciekinierzy maszerują wzdłuż tych samych torów, którymi kilka lat wcześniej ich krewni jechali do obozów koncentracyjnych. Rozpoczynają się kolejne procesy nazistów, Rafał Lemkin próbuje przekonać prawników, by zaczęli używać pojęcia ludobójstwa, bo nie ma kategorii, która opisywałaby to, co się wydarzyło w czasie wojny. Amerykanie nie mają ochoty na nowe procesy, ale okazuje się, że trzeba przeprowadzić jeszcze jeden – przeciwko Einsatzgruppen, bo w ruinach kwatery głównej Gestapo znaleziono właśnie dokumenty potwierdzające zbrodniczą działalność tych jednostek. Alianci mówią tylko o tych obozach, które sami wyzwalali: dla Brytyjczyków symbolem jest Bergen-Belsen, dla Amerykanów – Dachau, nikt nie wspomina o Auschwitz, nie zna nazwy Bełżec. Romowie nie są jeszcze uznani za ofiary Zagłady, nikt o tym nie mówi – widać wyraźnie zatem, że autorka buduje swą opowieść jako rodzaj wspomnienia, którego brakuje cywilizacji, przywołuje początki pewnych ruchów, koniec innych, pokazuje, jak kształtowała się pamięć, jak budowano świadomość takich zjawisk, które dzisiaj są dla nas oczywiste.

    Nie oszukujmy się, książka Åsbrink też nie jest bez wad, a główną stanowi chyba brak czytelnych przypisów, łatwe i płynne przejścia między kolejnymi rozdziałami, kiedy nie wiemy do końca, co jest prawdą, a co fantazją. Znajdziemy tu wiele takich momentów, portretów psychologicznych, przemyśleń postaci historycznych i ich wątpliwości – i nie dowiemy się, czy powstały one na podstawie konkretnych źródeł czy wczucia się autorki. Nie udało mi się połączyć ostatniego rozdziału zwierającego bibliografię i listę odniesień z poszczególnymi partiami książki. Sprawę ułatwiłyby przypisy w tekście, ale wiemy, że nie lubią ich polscy wydawcy, którym wydaje się, że nie lubią ich polscy czytelnicy…

    Åsbrink udaje się uniknąć jednego z poważniejszych błędów 1945: potrafi z małych fragmentów zbudować szeroką panoramę, nie tnie swej opowieści na osobne historie. Dlatego też w sumie bardzo ciekawi mnie, co napisze Aleksandra Boćkowska, składająca książkę o jednym tylko dniu 4 czerwca 1989 roku. Czy takie ograniczenie, zawężenie pola wyjdzie na dobre? Zobaczymy.

    W tej opowieści o drugim roku powojennym widać szkic, potężnych rozmiarów rysunek dowodzący, że w 1947 słabo potrafiono jeszcze rozpoznać konsekwencje wojny, spierano się nad jej przyczynami i skutkami. Upłynęło zbyt mało czasu, by można było ogarnąć to, co się stało, a równocześnie w Europie władzę w różnych instytucjach wciąż sprawowali ludzie, którzy wywołali zdarzenia wojenne. Po drugie, to także wielkie oskarżenie moralne – pod adresem tych państw, których z reguły nie obciąża się jakąkolwiek odpowiedzialnością, tymczasem Åsbrink pokazuje tu amerykańską paranoję, naiwność młodego ONZ-u, dzielącego Palestynę, okrucieństwo Wielkiej Brytanii zarówno wobec mieszkańców kolonii, jak i Żydów próbujących uciec do Palestyny. Obojętność Szwecji, która pozwala na działanie białego szlaku, sieci kontaktów przerzutowych służących byłym pracownikom III Rzeszy do ucieczki do Ameryki Południowej.

    Tego oskarżenia moralnego brakowało mi właśnie u Grzebałkowskiej, która wolała iść w autentyzm życia w 1945 i współczucie dla ofiar wojny. Tymczasem Åsbrink pokazuje, że ofiary wojny wcale nie przestały nimi być, gdy skończyła się zawierucha, świat nie odniósł się do nich ze współczuciem, a szlaki uchodźcze zaroiły się nowymi wędrowcami. Tutaj mamy emocje, zderzanie pozornego chłodu autorki z obrazami wielkich niesprawiedliwości społecznych i etnicznych, partie opisowe i śledcze, liryczne i ironiczne. Ważny jest właśnie ten mechanizm polityczny zahaczający o cały świat – to wniosek w sumie banalny, ale u Grzebałkowskiej poszczególne rozdziały, wątki i zdarzenia i nie łączyły się w jeden fresk, wszystko działo się równolegle, poszatkowane na osobne rozdziały. Åsbrink próbuje pokazać, jak wojna poruszyła całym światem, wysadziła go z orbity, wywołała jeszcze większe wstrząsy. Wolę 1947 od 1945.

     

  • Uciekinierzy z historii

    Uciekinierzy z historii

    Na trzech rzeczach znają się wszyscy Polacy – na polityce, na piłce nożnej i na historii. Nasza znajomość polityki to temat, którego na tych łamach nie wypada poruszać, bo obowiązuje pewne decorum. Znajomość piłki nożnej jest powszechna i dogłębna, ale jak pokazują kolejne porażki reprezentacji i drużyn ligowych – wyłącznie teoretyczna. Natomiast naszej znajomości historii nikt nie jest w stanie zweryfikować, podobnie jak trwających od jakichś 200 lat sporów o jej interpretację. To nasza narodowa pasja, w której wszyscy egalitarnie mogą sobie pofolgować, nawet jeśli mylą im się daty kolejnych powstań. Postrzegany świat dzisiejszy przez odniesienia do historii: kolejne mecze piłkarskie z Niemcami ustawiamy w porządku Grunwald-Westerplatte, żywiołowo reagujemy na polityczne hasła sięgające do historii. „Dziadek z Wehrmachtu” zelektryzował całe społeczeństwo, stał się też przyczyną politycznej przegranej wnuka. Nie dziwi zatem fakt, że historia staje się dla nas główną przestrzenią przedstawień literackich.

     
    Cała wstecz
    W wyobraźni kulturowej czas przeszły objawia się jako coś materialnego, jako potok dat symbolizujących kolejne klęski czy niepokoje polityczne, wojny i bitwy. Nasza świadomość wydaje się zatem uwięziona pomiędzy współczesnością, której procesów nie obejmujemy w całości i historią, której cały obraz ujawnia nam się w bezpiecznych ramach. Teraźniejszość ma dla nas ukryte przepływy, domyślamy się w niej spisków i zakulisowych działań, wydaje nam się nieprzewidywalna, podczas gdy przeszłość ujawnia się jako czytelna, jasna. To oczywiście paradoks, bo nie mamy przecież pełnej wiedzy o świecie minionym. Jednak kolejne prace historyczne sprawiają, że „dzisiaj” postrzegamy jak porozrzucane puzzle. „Wczoraj” – to już gotowa, złożona układanka, której wszystkie elementy do siebie przylegają. Ta pozorna czytelność sprawia jednak, że przestrzenią bardziej oswojoną staje się dla nas historia, nawet jeśli widzimy w niej pasmo nieszczęść. Nasze światoodczucie zasadza się na spoglądaniu wstecz i na nakładaniu kolejnych warstw, sklejaniu kolejnych doświadczeń. Taki tok jest całkowicie naturalny dla pamięci społecznej, w której obowiązuje porządek nie chronologiczny, a skojarzeniowy: w ten sposób właśnie myślimy o meczu Polska-Niemcy jako o nowym Grunwaldzie (choć za każdym razem jest tak samo: my liczymy na Grunwald, a oni robią nam Blitzkrieg). Kopernik sąsiaduje tu ze Skłodowską-Curie i Janem Pawłem II, kolejne powstania zlewają się w jedno, armia carska jest tożsama z Armią Czerwoną. Jan Sobieski kojarzy się z Władysławem Jagiełłą, Tadeuszem Kościuszką i Lechem Wałęsą.
    Właśnie to nakładanie się i przenikanie kolejnych płaszczyzn historii stanowi ważną cechę polskiej prozy, w której dominuje czas przeszły, czas doświadczenia historycznego. Żywimy się „przeszłością rozbitą, odebraną, zrujnowaną” (Jak twierdzi Andrzej Zieniewicz), filtrujemy ją przez przeżycia osobiste, biografię jednostki. Większość bohaterów i narratorów polskiej prozy to niewolnicy przeszłości, którzy za wszelką cenę chcą stać się uciekinierami z historii. Uwolnienie się od niej, zrzucenie jarzma jest jednak niemożliwe i owa klęska jednostki w walce z historią lub pamięcią przeszłości stanowi jeden z najważniejszych tematów polskiej powieści. Sprawdźmy tę tezę: przeszłość, historia wkraczająca w pojedynczy los, łamiąca często biografię, wyznacza oś najlepszych lub najgłośniejszych powieści po 1989 roku: tak jest w opowieściach Jerzego Pilcha, w Madame Antoniego Libery, w Lali Jacka Dehnela, w Traktacie o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego, w Hannemanie Stefana Chwina, w Ciemno, prawie noc Joanny Bator, w Morfinie Szczepana Twardocha, w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk.  Za każdym razem to historia staje się kluczem do zrozumienia teraźniejszości, wszyscy bohaterowie są też jej ofiarami, niezależnie od tego, czy angażują się w politykę, interesuje ich życie wspólnoty, czy ustawiają się z boku, poza nią. 
     
    Polska szkoła
    Choć często mówimy, że w Polsce tłumaczy się lub naśladuje to, co ukazuje się na Zachodzie, to jednak zdecydowanie więcej uwagi poświęcamy historii – wprowadzamy ją do gatunków, które w teorii przynajmniej skupiać się powinny na współczesności. Polska szkoła reportażu, jedno z najciekawszych dzisiaj zjawisk w naszej literaturze, coraz częściej zwraca się ku historii. Tak pisze starsze, średnie i młodsze pokolenie: Hanna Krall we wszystkich swoich książkach wraca do II wojny światowej, Mariusz Szczygieł w Gottlandpokazuje przenikanie się historii i współczesności Czech, Filip Springer w Miedziance rekonstruuje losy małego miasteczka na Śląsku. 
     
    Genealogia pamięci
    Nie podam Państwu przypisu do mojej tezy, ale przemawia za nią czytelnicze doświadczenie: o ile polska proza coraz częściej sięga po historię, bo nie potrafi opisać współczesności, o tyle polski reportaż odwołuje się do przeszłości, bo szuka w niej źródeł najbardziej istotnych zjawisk współczesnych lub chce pokazać genealogię naszej okaleczonej pamięci. Współczesna polska powieść en masse przywołuje przeszłość, by zaspokoić naszą nostalgię, by pozwolić uciec nam od niezrozumiałej teraźniejszości. Dekoracja historyczna – nieważne czy z XIX wieku, czy z lat 40. XX wieku – stanowi tło egzotyczne i bezpieczne zarazem, wnosi powiew nowości i swojskości. Polacy nie lubią czytać i nie lubią kupować książek, a jeśli już to robią, to wybierają najczęściej proste, gatunkowe powieści z historią w tle. Stąd właśnie popularność powieści historyczno-obyczajowych, kryminałów retro, pseudo-reportaży o biografiach dam XX-lecia międzywojennego, królowych, żon prezydentów, łączniczek, sybiraczek, itp. Wypróbowaną już poetykę wykorzystują więc także autorzy literatury ambitnej, skoro bowiem sprawdził się ten przepis raz, sprawdzi się i kolejny. Kłopot polega jednak na tym, że do rąk czytelnika trafiają odgrzewane, historyczne kotlety: Paweł Huelle kopiuje sam siebie, gdy osadza w przeszłości akcję kolejnych utworów. O ile jednak Weiser Dawidek był genialny, a Mercedes-Benzświetny, o tyle Castorp, a przede wszystkim Śpiewaj ogrody należy uznać za odcinanie kuponów od własnej popularności, ogrywanie ciągle tego samego motywu. W tej kategorii można umieścić i innego autora z Gdańska – Stefan Chwin stworzył w Hannemanie nową jakość, połączył bowiem perspektywę obcą polskiej tożsamości (niemieckiego mieszczanina, który nie chce po II wojnie opuścić Gdańska) z fantastyczną historią przedmiotów, historią materialną. Tego sukcesu nie udało mu się już jednak powtórzyć ani w Esther, ani tym bardziej w Pannie Ferbelin.
     
     
    Czas Abla i czas Kaina
     
    Polska powieść wykorzystuje historię jako główny swój punkt odniesienia, wypełniacz fabularny, dostarczycielkę tła. Sięga po nią – dzisiaj już – bezrefleksyjnie, automatycznie, rozumiejąc, że liczy się w większym stopniu rekwizytorium niż to, do czego można go użyć. Czytelnik bowiem pragnie przede wszystkim retro. Wydaje mi się, że tego błędu nie popełnia polski reportaż, który w większym stopniu niż powieść problematyzuje zagadnienia historyczne. Beata Chomątowska w Stacji Muranów i Pałacu. Biografii intymnej, Magdalena Grzebałkowska w 1945. Wojnie i pokoju, Anna Kłys w Brudnych sercach,  Filip Springer w Miedziance nie starają się budować obrazu przeszłości fantazmatycznej, zastępczo-nostalgicznej. Mechanizm kompensacyjny (który w prozie stanowi ukrytą przyczynę, stelaż opowieści) w ich reportażach jest ujawniany, zawsze pytają, jakie są jego źródła, czemu on służy, co próbujemy sobie kompensować. Jak pokazują reportażyści, polska historia nie jest czysta moralnie, nie stanowi wyłącznie przestrzeni naszej krzywdy, ani nie jest polem triumfu. Obowiązuje u nich też rozkład akcentów: 1945 rok nie stanowi tak oczywistej cezury, jak wydaje się po lekturze podręczników, czas przeszły nie jest zdominowany przez walkę z komunizmem. Czas przeszły to czas Kaina w większym stopniu niż Abla, bo doświadczenie przeszłości zasadza się na przesiedleniach, wywózkach i bratobójczych walkach. Te zdarzenia historyczne, które polska proza wypiera lub opowiada w ramach narracji sentymentalnej, znajdują ostatnio swoje miejsce w reportażu. Chomątowska pisze o tym, jak na gruzach getta warszawskiego budowano nową dzielnicę i jak pod tymi gruzami chowano pamięć żydowską, zastępując ją propagandowymi hasłami odbudowy. Grzebałkowska pokazuje, że rok 1945 to nie wyłącznie rok zwycięstwa, a wielkich migracji, wzmocnienia pewnych wyniesionych z wojny konfliktów oraz narodzin nowych. Jej opowieść, osadzona przede wszystkim na zachodzie Polski, pokazuje koszty poniesione w wojnie przez ludność cywilną, próbuje walczyć z mitem „odzyskiwania” Ziem Odzyskanych, których poprzedni mieszkańcy zostali wygnani. Temat czasu przeszłego, który ciągle trwa i niezakończonych konfliktów opisywał w 2011 roku Filip Springer w swoim debiutanckim reportażu Miedzianka. Springer sięgnął po studium – losy małego śląskiego miasteczka, które prześledził od momentu jego założenia aż do upadku w latach 60. XX wieku. Miedzianka, położona poza wielkimi szlakami, staje się w jego opowieści świadkiem historii, axis mundi. To z niej odjeżdżają w wagonach bydlęcych Niemcy, to tu przenosi się z nakazem pracy Polaków, tu pracują w kopalni uranu i tu zapada się ziemia po latach drążenia. W historii zdaje się też żyć Anna Kłys, która w Czarnych sercach sięga po oś konfliktu polsko-polskiego, opowiadając o wyroku na młodego AK-owca wykonanym przez młodego milicjanta w 1945 roku. Kłys widzi w tym nie tylko niesłuszny wyrok i niesprawiedliwość historii, ale też więcej – ślepy traf, który ustawia Stanisława Cichoszewskiego w pozycji partyzanta, a Jana Młynarka na miejscu egzekutora. Bohaterką jej opowieści jest też ironia historii, powodująca, że niewielkie różnice między oboma chłopcami, dzielące ich w przeddzień końca wojny w ciągu kilku miesięcy urastają do gigantycznego konfliktu, wplątują ich w wojnę domową i  z jednego czynią niewinną ofiarę, z drugiego zaś bezlitosnego kata. Tę samą prawidłowość dostrzec możemy u Włodzimierza Nowaka, najstarszego z przywoływanych tu reporterów, autora Obwodu głowy, opublikowanego w 2006 oraz 2015 roku. Książka ta mieści teksty poświęcone pograniczu polsko-niemieckiemu oraz relacjom między przedstawicielami oby tych nacji. W 2006 roku czytaliśmy jednak te historie w większym stopniu przez pryzmat ekonomii, porównywaliśmy sytuację polskiej gospodarki do niemieckiego dobrobytu. W nowym wydaniu Nowak dodał jeden tekst, „Co ja mogę zrobić dla Niemców”, w którym pokazuje, że dzisiaj kluczowa nie jest sprawa rozwoju gospodarczego, a problem pamięci o wojnie (w Niemczech tłumiony, w Polsce eksponowany), problem tożsamości, winy, przebaczenia, rozliczenia moralnego. W tej perspektywie najważniejsze stają się jego teksty poświęcone II wojnie światowej, powikłanej historii polsko-niemieckiej: „Noc w Wildenhagen” (o niemieckich kobietach popełniających samobójstwo ze strachu przed nadciągającą Armią Czerwoną) oraz „Mój warszawski szał” (relacja szeregowego żołnierza Wehrmachtu biorącego udział w tłumieniu powstania warszawskiego). Te dwa teksty działają najmocniej, wchodzą pod skórę zarówno Polakom, jak i Niemcom, pozwalają bowiem zabrać głos drugiej stronie, pokazują takie świadectwa zdarzeń, które nie przechowały się w naszej pamięci kulturowej. Czas przeszły okazuje się zatem tutaj ciągle żywy, ciągle teraźniejszy – Nowak kilka razy podkreśla, że w niemieckich domach w dalszym ciągu milczy się o tym, co dziadkowie robili na froncie wschodnim w latach 40. i co robiły babcie, gdy zbliżała się Armia Czerwona. Opowieści o czasie przeszłym, który rozbija rodziny i nie pozwala na prawdziwe zbliżenie, mają więc tutaj znaczenie terapeutyczne. Nie są ucieczką przed problemami czasu współczesnego, ale właśnie próbą odnalezienia różnych źródeł naszych dzisiejszych trudności.  
     
    Niezależnie jednak od tego, czy wolimy czytać opowieści Nurowskiej o II wojnie, fantastyczne  historie Tokarczuk czy też emocjonalne reportaże Kłys i refleksyjne teksty Springera, wszyscy ciągle jesteśmy zanurzeni w historii. Nasza pamięć, nawet ta dotycząca zdarzeń sprzed naszego urodzenia, steruje nami dzisiaj. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy polityczne i co sądzimy o piłce nożnej, skazani jesteśmy na czas przeszły, bo tylko on daje nam klarowność, na której budujemy swoją tożsamość.

     

  • I poszli dalej

    I poszli dalej

    Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój
    Agora 2015 
    1945. Wojna i pokój to opowieść reporterska o końcu wojny w Polsce. Autorka umieszcza tu 12 reportaży poświęconych różnym problemom związanym z zakończeniem działań zbrojnych: przesiedleniom, ekshumacjom, odbudowie, przejmowaniu władzy przez komunistów, ustalaniu granic, opiece nad sierotami wojennymi. Jednocześnie jednak jest to opowieść o ludziach, którzy walczą o przetrwanie, o lepszy byt, ocalenie życia i rodziny – ruszają zatem na szaber, na handel, sięgają po broń, wstępują do milicji, oddają dzieci pod opiekę obcym, zmieniają nazwiska. Jej bohaterami są osadnicy przepędzeni spod Lwowa pod Wrocław i Szczecin, ludzie powracający z robót przymusowych w Rzeszy, Ślązacy wypędzani do Niemiec, małorolni chłopi, mężczyźni siłą osadzani na urzędach, matki, poszukujące ciał chłopców zaginionych w powstaniu warszawskim, bezdomne dzieci, których rodzice wracają do Warszawy po końcu wojny.
     
    Autorka ratuje się przed chaosem, jaki niesienie ze sobą tak rozległy temat, narzucając sobie żelazną dyscyplinę kompozycyjną: 12 rozdziałów układa według miesięcy, dzięki czemu opowiada o różnych zdarzeniach z całego roku 1945. Do każdego z rozdziałów dodaje wprowadzenie ułożone z fragmentów ogłoszeń drobnych z prasy, co pokazuje, jak zmienia się życie społeczne, jakie kłopoty nękają ludność cywilną i jak próbują się odbudowywać różne instytucje. Jednocześnie te rozdziały sprawiają, że powstaje 12 zupełnie osobnych historii, funkcjonujących koło siebie, osobno. 
     
    Grzebałkowska planowała swój reportaż jako rodzaj optymistycznej historii o końcu pewnego cierpienia, jako happy end straszliwej wojny. Okazuje się jednak, że jej bohaterowie zupełnie inaczej pamiętają 1945 rok – jako rozciągnięte w czasie pasmo nowych klęsk, okres obrachunków, nowej walki:
     
    A pani pyta, czy jakieś szczęście mnie w 1945 roku spotkało. Więc odpowiadam: szczęściem było, że nikt z mojej rodziny w tamten rok nie umarł.
     
    Wojna kończy się stopniowo, i choć znika nazistowska armia, to pustka po niej natychmiast zostaje zastąpiona nowym konfliktem: Rosjanie ustanawiają nową władzę, Polacy organizują obozy dla Niemców, nasila się wojna z Ukraińcami, nie ma opału, natomiast wszędzie wala się broń, mnożą się epidemie.  
     
    W 1945 najcenniejsza wydaje się wielowymiarowość obrazu – nie ma bowiem historii oczywistych, choć po 70 latach pisania o wojnie trudno powiedzieć o niej coś nowego. Grzebałkowskiej się to jednak udaje – zdarzenia z 1945 roku ukazują się u niej bowiem jako obrazy już znane i zarazem zupełnie nowe, jako historie polskie i jednocześnie uniwersalne. Rozdział zatytułowany „Nie jesteśmy przecież Niemcami” poświęcony jest obozowi dla przesiedleńców. Grupowano w nim ludność niemiecką przed wysłaniem pociągami repatrianckimi za granicę na Odrze. Łambinowice przeszły jednak do historii jako miejsce, w którym na rozkaz polskiego dowódcy torturowano, głodzono i mordowano ludność cywilną, męczono i znęcano się na całymi rodzinami tylko z powodu ich pochodzenia. Można czytać ten rozdział jako historię o polskiej winie, o nienawiści narodowej, pragnieniu zemsty na dawnym okupancie, ale można widzieć w nim też uniwersalną opowieść o tym, jak zaraźliwe jest zło, jakie spustoszenia psychiczne pozostawia wojna, w jaki sposób dokonuje się całkowita destrukcja moralności nawet u tych, którzy nie brali bezpośredniego udziału w wojnie. Takie same dwa poziomy odnajdziemy w „Sanoku”, poświęconym konfliktowi polsko-ukraińskiemu. Grzebałkowska opowiada, jak zwalczały się dwie partyzantki, jak grabiono i podpalano wsie podejrzane o sprzyjanie przeciwnikowi. A przecież widać tu i poziom uniwersalny – opowieść o dwóch zwalczających się narodach, które przez wieki żyły blisko obok siebie, a teraz porywają do oddziałów młodych chłopców, nadużywają władzy, sieją terror. 
     
    To przejście z poziomu narracji o jednym narodzie na poziom opowieści o uniwersalnej wojnie udaje się osiągnąć Grzebałkowskiej dzięki prostemu chwytowi, w którym specjalizuje się polski reportaż – za każdym razem sięga ona po relację żywego człowieka, po doświadczenie jednostki, konkretnego uczestnika zdarzeń. Niezbyt często pojawiają się tu wielkie liczby i instytucje, wiele za to wspomnień: o ucieczce przez lód Zalewu Wiślanego, o matce, która pakowała chleb przed ucieczką, o lęku młodego dezertera przed kontrolą w pociągu, o wielu dniach czekania na dworcu, w pyle i między klatkami ze zwierzętami. Autorka posiada jeszcze jedną niezwykłą umiejętność, która czyni jej opowieść tak interesującą – niezwykły pazur, umiejętność zderzania faktów, rysowania plastycznego obrazu. W jej reportażu znajdziemy wiele takich zderzeń: młody niemiecki dezerter, który ucieka w styczniu 1945 roku przed wcieleniem do Wehrmachtu i żydowska dziewczynka zamurowana w kryjówce w getcie; wspomnienia niemieckich sierot, które w polskich gospodarstwach pracowały jak niewolnicy oraz wspomnienia wojennych sierot zgromadzonych w sierocińcu w Otwocku, które nie są już wcale dziećmi;  3 tysiące ofiar, jakie pochłonęła budowa lotniska w Festung Breslau oraz fakt, że z tego lotniska wystartował tylko jeden samolot – uciekającego przed kapitulacją gauleitera Hancke; niemieckie rodziny uciekające z Prus Wschodnich przed frontem wschodnim i Polacy wysiedlani z Ukrainy przez Armię Czerwoną.  
     
    Wielowymiarowość, plastyczność, szczegółowość i intymność tej opowieści sprawiają, że wyróżnia się ona na tle wielu wydanych w Polsce w ostatnim czasie opowieści o wojnie. Czuć tu jednak pewien niedosyt – wynikający z pośpiechu (to na pewno), ale też z koncyliacyjnego tonu, jaki Grzebałkowska zdaje się tu faworyzować. Mało oskarżenia moralnego, bo pochylamy się ze współczuciem nad losem jednostki – ofiary historii. Powstaje z tego książka, którą można przetłumaczyć i pokazać za granicą. Tymczasem ja bym wolała, żeby jednak ktoś z takim talentem jak Grzebałkowska,  sięgnął do narodowych trzewi i trochę nimi zatargał. Użył ostrego pazura. 

     

  • Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Kilka tygodni temu Michał Witkowski wystąpił publicznie w kapeluszu przystrojonym wzorem przypominającym runy SS, a sprawa ta wywołała skandal nie tylko w środowisku modowym. Wydawnictwo Znak, które kończyło drukować właśnie jego najnowszą powieść „Funf und cfancyś”, zawiesiło wydanie tekstu i rozważa także rozwiązanie umowy z samym Witkowskim. Jak widać więc, wizerunek pisarza stał się naczelnym zagadnieniem współczesnego życia literackiego. Nie jest to zjawisko nowe, bo o stylizowanie się, budowanie dla publiczności oraz potomnych własnego pomnikowego wizerunku dbali już autorzy doby baroku, dzisiaj jednak problem image’u, medialnego oblicza nabiera zupełnie nowych znaczeń.
     
    Ile zostało z romantycznego mitu
    Z przekonania, że życie narzuca kierunek dziełu, że pisze się własnym wnętrzem i w każdym dziele rozprawia z własnymi demonami, romantycy uczynili centralny problem literatury, odrzucając całkowicie dydaktyczne porywy swoich antenatów. Jednak i w ich przypadku nie można mówić o szczerości, bo wyraźnie widać przecież, że byli oni mistrzami w kreowaniu wizerunku. W korespondencji zachowały się portrety genialnych szaleńców, opętanych duchem literatury, niewiele tam trosk o notowania giełdowe, wysokość czynszów, zaliczki od wydawców. Zatem już w chwili, gdy w literaturze ujawniła się postać autora, wraz z nią zawitał problem zarządzania jego wizerunkiem. Rodzi się „spektakl osobowościowy”.
    Ten spadek romantyczny pozostaje dzisiaj wciąż aktywny, z powodu jednak wzrostu ilości mediów, w założeniu romantycznej autentyczności dokonały się istotne przesunięcia. Każdy autor, by osiągnąć sukces, musi budować swoją rozpoznawalność, z własnego nazwiska czyni markę, której identyfikację buduje przez lata. Praca autora zatem jest trudniejsza niż praca romantyków, bo musi on równolegle tworzyć dwa rodzaje tekstu: tekst powieściowy oraz tekst życiowy, w którym to głównym bohaterem jest zawsze on sam, jego nazwisko i biografia. W utworach literackich, wywiadach, felietonach, kwestionariuszach, w czasie spotkań buduje on zatem wciąż dwa portrety: jeden zmienny, czyli związany z danych dziełem, oraz jeden stały – wizerunkowy, wykreowany w równym stopniu, co ten pierwszy. Drugi portret powstaje przez całe życie pisarza, konstruuje się go ze zdarzeń życiowych, przemyśleń, nałogów, związków. O wszystkim tym informuje się w czasie wywiadów, w których pisarz, deklarując całkowitą szczerość i obiecując obnażenie duszy, precyzyjnie i przy użyciu narzędzi literackich, wytwarza swój portret publiczny. Walka między autorami jednej epoki nie toczy się więc wyłącznie o stworzenie najlepszego dzieła, ale trwa też rywalizacja o wyrazistszy, bardziej interesujący wizerunek. Na początku lat 90. Andrzej Stasiuk umacniał swój wizerunek artysty niepokornego, opowiadając o wyroku, jaki odsiedział za uchylanie się od służby wojskowej. Jacek Dehnel kilkanaście lat temu szybko wyrobił sobie nazwisko, bo czytelnicy zapamiętali jego styl dandysa. Michał Witkowski wypłynął jako pierwszy zdeklarowany homoseksualista, który właśnie swoją płciową tożsamość ustawił w centrum powieści. Wojciech Kuczok zaistniał dzięki „Gnojowi”, w którym opisywał przemoc w katolickiej, porządnej rodzinie. Gdy jednak osłabła fala sławy, pozwolił się sfotografować z nagą żoną u boku w kolorowym czasopiśmie.
     
    Wojaczek wiecznie żywy
    We współczesnej kulturze obserwujemy zatem wojnę na biografie, rywalizację autorów, którzy własnym życiem promują dzieło, ujawniają w wywiadach kontekst biograficzny, dramatyczne przeżycia, traumy, lęki i wątpliwości, dające genezę literaturze. Wygrywają ci, którzy prowadzą życie kaskaderów, chorują, umierają młodo, mają na koncie prawdziwe skandale. Wciąż żyje romantyczny mit twórcy, spalającego się z powodu talentu i dlatego poetą wciąż inspirującym pozostaje Rafał Wojaczek, a każdy z młodych prozaików musi przejść (niczym ospę) fascynację Jackiem Kerouackiem i Williamem Burroughsem. Każdemu marzy się też amerykański sen Jerzego Kosińskiego, choć oczywiście bez takiego zakończenia. Pisarz – kaskader literatury, genialny samobójca, poświęcający życie na ołtarzu weny to jeden z mitów naszej kultury. W ramach tego mitu istnieje tylko problem wielkiej literatury i walki z własnymi demonami, nie ma za to w ogóle zagadnienia sprzedaży tekstu, publikowania. Kosiński nie musiał przecież zabiegać o wydawców i przekłady! To sami wydawcy wyrywali mu spod ręki dopiero co ukończony maszynopis.
     
    Menadżer własnej marki
    Skandalem można dzisiaj sprzedać co najwyżej jedną książkę, później każdy z autorów musi zabrać się za ciężką literacką robotę, cyzelowanie tekstu, mało widowiskową pracę przy biurku. Nikt dzisiaj jednak nie zwierza się z niemocy twórczej, opowiada wyłącznie o konieczności zmieszczenia się w wyznaczonych przez wydawcę terminie. O tym, że pisanie to trud, męka, poszukiwanie tematów, języka, godziny spędzone na twardym krześle przed komputerem, przezwyciężanie lenistwa i Bóg wie, jakie jeszcze problemy piszą dzisiaj wyłącznie Ci, którzy znajdują się poza podejrzeniem,  którzy opublikowali niedawno swą kolejną wybitną książkę. Jonathan Franzen o trudnościach z pisaniem opowiada na Book Expo America, w rozmowie zapowiadającej wydanie jego najnowszej powieści. Magdalena Grzebałkowska w artykule opublikowanym w „Książkach. Magazynie do czytania” opowiada o tym, jak to oszalała, decydując się pisać o zakończeniu wojny w Polsce. Wykorzystuje też topos skromności, gdy w całym swoim artykule udowadnia, że jej wiedza o 1945 roku była zbyt mała, powierzchowna, błędna: „Myślałam o nim mgliście, naiwnie i po dziecięcemu”. Grzebałkowska może pozwolić sobie na taką kokieterię literacką, bo do księgarni na początku maja weszła jej reporterska książka, grube tomiszcze, zbierające świetne recenzje.
    Pisanie to dziedzina lifestyle’owa, coś trendy  – taki komunikat wysyłają do czytelników pisarze za pomocą mediów społecznościowych. Za ich pomocą reklamują też  opublikowane fragmenty, wrzucają zdjęcia ze wstępne obróbki: wydruk całości na domowej drukarce, siermiężną okładkę próbnego egzemplarza (jeszcze sprzed ostatecznej korekty), dziękuje wydawnictwu za pomoc i wsparcie. Pokazują, jak wygląda ich biblioteczka, biurko, pokój do pracy. Pozują na tle elegancko (lub nonszalancko) zaaranżowanych blatów.
     
    I tutaj właśnie natrafiamy na mit drugi: pisarza – menadżera własnej marki. To mit nowoczesny: literatura to pewnego rodzaju projekt, przedsięwzięcie, pisarz zaś to stypendysta państwowych instytucji kultury i zachodnich fundacji, szykujący notatki do powieści na MacBooku w kawiarni, zdyscyplinowany gość targów książki, uczestników paneli, debat, autor felietonów w prasie wysokonakładowej, obfotografowywany w RayBanach z grubymi oprawkami. Korzystający z iPhone’a i iPada, jeśli piszący na papierze to tylko w notatniku Moleskine’a, z torbą Michaela Korsa na ramieniu. Pisarz-menadżer dba o stałą obecność swojego nazwiska w mediach, publikuje z żelazną dyscypliną co rok lub dwa lata, bo tylko takie tempo pozwala utrzymać się cały czas w modzie. Pokazuje swoje mieszkanie w kolorowych czasopismach, czyta swoje książki w wersji na audiobooka lub w radiu, ustawia się na ściankach na galach, na Facebooku komentuje sytuację polityczną, wybory, ruchy społeczne. Nie interesuje go skandal, ale umacnianie marki, ciągle pracuje nad kolejnymi utworami oraz nad własną rozpoznawalnością. Zabiega więc o tłumaczenia, wyjeżdża na zagraniczne targi książki, często spotyka się z czytelnikami. W tym micie – dokładnie przeciwnie niż w micie romantyczno-demonicznym – nie istnieje problem weny i oryginalności, cała zaś uwaga przesuwa się na proces wydawania, publikowania, zarabiania na pisaniu.
     
    Pisarz w drodze do Biedronki
    Jak wszystkie mity, zarysowane tutaj dwie postawy, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Prawda leży gdzieś pośrodku, a rzeczywistość polskiego twórcy literatury często ociera się o biedę. To zatem drugi element mitu romantycznego (obok problemu publicznego wizerunku pisarza), który pozostał ciągle aktualny. W kraju, gdzie żyje więcej pisarzy niż czytelników trudno dorobić się na pisaniu. Astronomiczne zaliczki, jakie podobno otrzymali za swoje książki Jerzy Pilch czy Janusz Głowacki dostępne są niewielu, a i im plotka miejska dodaje jedno zero. Rzeczywistość polskiego pisarza to, jak przyznała Kaja Malanowska, honorarium w wysokości 6800 złotych – takiej wysokości tantiemy otrzymała za swoją książkę, która miała niezłą promocję i zdobyła nominację do Nagrody Nike.
    Wielu autorów przyznaje, że z literatury nie da się utrzymać, dlatego większość z nich pracuje na etatach w szkołach, pisze scenariusze seriali, zabiega o wyjazdy stypendialne i programy rezydencjalne. Jakobe Mansztajn w wywiadach promujących swój drugi tom poetycki opowiada szczerze, że przez kilka lat po debiucie, aby zarobić na życie, pracował w sklepie Ikei jako monter mebli.

    O ile prozaik, jeśli sprzyja mu szczęście, może utrzymać się z pisania, o tyle polski poeta nie ma takich szans. Jedynym ratunkiem dla poetów są zatem nagrody literackie, których jednak nie ma w Polsce tak dużo, by dawały utrzymanie wszystkim piszącym. Poezję drukuje się w bardzo niskich nakładach, często w instytucjach, które z powodów formalnych (np. z powodu dofinasowań ministerialnych) nie mogą sprzedawać książek z zyskiem i nie mają pieniędzy na ich promocję. Najnowszy tom poetycki Jacka Podsiadły wydała (przepięknie!) Brama Grodzka, która jednak nie może dystrybuować tej książki, a jej nakład wyniósł 300 egzemplarzy. Podsiadło otrzymał za nią Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius, jest także nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej i Nagrody Literackiej Nike, niestety sam tekst okazuje się efemerydą.

    Pracujący na etacie w szkole lub domu kultury pisarz robi zatem zakupy w Biedronce, książki pisze w czasie wakacji, bierze urlop bezpłatny, by wyjechać na festiwal literacki lub spotkanie autorskie. Poeta musi jeszcze ustawić się w kolejce do wydawcy, bo liczących się wydawców poetyckich jest tak mało, że publikujący i uznani twórcy muszą czekać na swoją kolej. I znów wydaje się, że jedynym wybawieniem, jedyną dźwignią, która wyrzuci ich ponad grupę i pozwoli przejść do dużych domów wydawniczych jest ich wizerunek, moc nazwiska. Znów zatem trzeba odwołać się do „spektaklu osobowościowego”.
     
    Autentyzm i promocja
    Dlatego właśnie współczesna dyskusja o literaturze zmienia stopniowo swój kierunek. Przeciętny czytelnik nie pyta już o wartość estetyczną utworu, ale o autentyzm autora, chce wiedzieć, czy to, co w powieści zawarte, jest szczerą wypowiedzią (zmienia się więc i kryterium prawdy, prawdziwości dzieła), rzeczywistym sądem autora o otaczającym go świecie, czy też raczej historią wykreowaną w celach marketingowych, uszytą pod nagrody i kolejne trendy literackie. Na ile autentyczne są opowieści o przeszłości rodziny, o śląskich lub kresowych korzeniach, o homoseksualnej tożsamości, traumatycznym dorastaniu, dzieciństwie na wsi? Kolejne wystąpienia pisarzy na festiwalach literackich, w programach telewizyjnych, wpisy w mediach społecznościowych, udzielane przez nich wywiady dają bowiem możliwość wypowiadania się wprost, poza ramami literatury. Nie ma pisarza, który mówiłby o sobie szczerą prawdę, wszyscy tworzą jakiś swój wizerunek, część z nich jednak stylizuje się na autentyczność, ukrywając samą czynność stylizowania. Część zaś podejmuje z odbiorcą grę, stawiając problem autopromocji w centrum, uznając go za zasadnicze działanie, zagadnienie z przestrzeni kultury (jak czyni przywołany we wstępie Michał Witkowski). Czytelnicy według własnego wyczucia oceniają szczerość autorów, z upodobaniem czytają dzienniki i pamiętniki, studiują wywiady, śledzą profile swoich ulubionych pisarzy. Zgadzają się na grę, skandal, ewokowanie własnego ja do zanudzenia, za każdym razem pragną jednak autentyczności. Pisarz pozwolić sobie może na skandal, wybaczymy mu wyrok sądu, niepoprawne politycznie poglądy, słowem wybaczymy wszystko, z wyjątkiem kłamstwa marketingowego. W walce na wizerunki przegrywa nie ten, kto tworzy sobie wizerunek słaby, ale ten, kto przyznaje się do pisania dla pieniędzy, pod publiczkę, do cynicznego wykorzystywania mody na dane zjawisko. I to właśnie w nowej medialnej rzeczywistości jest największy grzech literata.
     
    Robię sobie trzy biografie…

     

    Nie piszę tego tekstu przeciwko pisarzom kreującym swoje wizerunki, lecz przeciwko czytelnikom naiwnym, szukającym szczerej prawdy i czytającym teksty literackie à la lettre. Przeciwko tym święcie przekonanym, że wywiady z pisarzami nie zawierają żadnej pozy, że korespondencja, dzienniki czy pamiętniki powstawały jako teksty intymne, prywatne, całkowicie szczere i autentyczne. Nie ma czegoś takiego, a ten, kto zaczyna pisać, od razu zaczyna też wytwarzać jakiś publiczny wizerunek, zwodzić odbiorcę, ustanawiać kierunki interpretacji. Nie ma więc autentyczności, a jedynie stylizacja na autentyczność. „Robię sobie w listach trzy biografie, każda inna (…) za swój święty obowiązek uważam wytworzenie zamętu w głowach szperaczy i przyczynkarzy do historii sztuki polskiej w drugiej połowie XX w. (…) Nie ma w tym (dbam o to) ani obrazu epoki, ani obrazu mojej psychiki, bo ten, od kiedy się dowiedziałem, że scripta manent, staram się gruntownie zakłamać” − pisał w 1970 r. Zdzisław Beksiński w liście do Marii Turlejskiej. Takie uproszczenia prowadzą bowiem do tego, że nie rozumiemy tekstów literackich (tak było w 1947 roku, gdy część czytelników po publikacji „Pożegnania z Marią” domagała się postawienia Tadeusza Borowskiego przed sądem jako obozowego drania), formułujemy błędne oceny wobec samych pisarzy (rozważamy cechy ich wyglądu i stroju zamiast cech dzieła), wreszcie dajemy sobie zamydlać oczy (gdy czytamy „Kronosa” Gombrowicza w poszukiwaniu nagiej prawdy życia, a dostajemy jedynie katalog chorób i kochanków lub gdy wierzymy Paolo Coelho, który w wywiadach opowiada o metafizycznej głębi swoich płytkich jak kałuża książczyn). Dla dobra własnego intelektu i zdolności poznawczych powinniśmy zatem potraktować literaturę oraz życie literackie jako pole walki i uzbroić się w podejrzliwość.

    Ten artykuł ukazał się w „Polonistyce” (numer lipiec-sierpień 2015)