Tag: literatura II WŚ

  • Pękają granice świata

    Pękają granice świata

    Katja Kettu, Akuszerka
    Świat Książki 2016
    przekł. Bożena Kojro
    Trudno napisać powieść wojenną, która byłaby melodramatem i jednocześnie w sposób serio stawiała pytania moralne. Kettu – młodej fińskiej autorce – w pełni się to udało. Akcja jej Akuszerki rozgrywa się w 1944 roku na północnym krańcu Finlandii, niedaleko granicy z ZSRR, pod okupacją nazistowską. Dzikie Oko, tytułowa akuszerka, to kobieta dysponująca tajemniczym darem leczenia i uśmiercania, reprezentująca nieujarzmioną siłę natury, budząca lęki zabobonnej ludności. Ucieka od mężczyzn, nie chce domu, w którym byłaby uwięziona i zmuszona do leczenia dzieci skazanych na śmierć z niedożywienia. Zakochuje się jednak w esesmanie, odchodzi za nim do obozu przejściowego, w którym zatrudnia się jako pomoc medyczna. Widzi w nim człowieka pięknego i czystego, choć ten ma na koncie udział w masakrze w Babim Jarze. Kobieta chce pomagać więźniom, nie wie, czemu w rzeczywistości służy obóz, ratuje przed rozstrzelaniem nastolatkę z lokalnego plemienia Skoltów.  Wszystko zmienia się jednak, gdy Dzikie Oko zachodzi w ciążę, a Finlandia podpisuje sojusz z ZSRR. Dotychczasowi więźniowie przejmują w obozie władzę i dziewczyna musi porzucić te wartości, których starała się strzec.
     
    Kettu pyta o to, czy można oskarżyć kobietę, która za wszelką cenę chcę ratować swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Równocześnie opowiada o dramatycznych zmaganiach wojennych na granicy fińsko-radzieckiej,  o splątanych losach uczestników wojny, o konflikcie między oświeconymi oficerami armii nazistowskiej i ciemnym ludem rdzennych mieszkańców Północy, których trudno przypisać do jakiejkolwiek znanej rasy. O kryzysie umysłu racjonalnego wydanego na pastwę przyrody północy. W tym wszystkim miejsce muszą znaleźć sobie jej bohaterki, bo to wysuwają się na plan pierwszy w stosunku do słabych mężczyzn. Podstępne, zaborcze, zaślepione, naiwne i chutliwe – Kettu rysuje portrety wielu postaci kobiecych, z których tworzy panoramę, wokół nich skupia swą opowieść. 
     
     
    Ten tekst ukazał się pierwotnie w 41 nr „Polityki” (2016). 
  • I poszli dalej

    I poszli dalej

    Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój
    Agora 2015 
    1945. Wojna i pokój to opowieść reporterska o końcu wojny w Polsce. Autorka umieszcza tu 12 reportaży poświęconych różnym problemom związanym z zakończeniem działań zbrojnych: przesiedleniom, ekshumacjom, odbudowie, przejmowaniu władzy przez komunistów, ustalaniu granic, opiece nad sierotami wojennymi. Jednocześnie jednak jest to opowieść o ludziach, którzy walczą o przetrwanie, o lepszy byt, ocalenie życia i rodziny – ruszają zatem na szaber, na handel, sięgają po broń, wstępują do milicji, oddają dzieci pod opiekę obcym, zmieniają nazwiska. Jej bohaterami są osadnicy przepędzeni spod Lwowa pod Wrocław i Szczecin, ludzie powracający z robót przymusowych w Rzeszy, Ślązacy wypędzani do Niemiec, małorolni chłopi, mężczyźni siłą osadzani na urzędach, matki, poszukujące ciał chłopców zaginionych w powstaniu warszawskim, bezdomne dzieci, których rodzice wracają do Warszawy po końcu wojny.
     
    Autorka ratuje się przed chaosem, jaki niesienie ze sobą tak rozległy temat, narzucając sobie żelazną dyscyplinę kompozycyjną: 12 rozdziałów układa według miesięcy, dzięki czemu opowiada o różnych zdarzeniach z całego roku 1945. Do każdego z rozdziałów dodaje wprowadzenie ułożone z fragmentów ogłoszeń drobnych z prasy, co pokazuje, jak zmienia się życie społeczne, jakie kłopoty nękają ludność cywilną i jak próbują się odbudowywać różne instytucje. Jednocześnie te rozdziały sprawiają, że powstaje 12 zupełnie osobnych historii, funkcjonujących koło siebie, osobno. 
     
    Grzebałkowska planowała swój reportaż jako rodzaj optymistycznej historii o końcu pewnego cierpienia, jako happy end straszliwej wojny. Okazuje się jednak, że jej bohaterowie zupełnie inaczej pamiętają 1945 rok – jako rozciągnięte w czasie pasmo nowych klęsk, okres obrachunków, nowej walki:
     
    A pani pyta, czy jakieś szczęście mnie w 1945 roku spotkało. Więc odpowiadam: szczęściem było, że nikt z mojej rodziny w tamten rok nie umarł.
     
    Wojna kończy się stopniowo, i choć znika nazistowska armia, to pustka po niej natychmiast zostaje zastąpiona nowym konfliktem: Rosjanie ustanawiają nową władzę, Polacy organizują obozy dla Niemców, nasila się wojna z Ukraińcami, nie ma opału, natomiast wszędzie wala się broń, mnożą się epidemie.  
     
    W 1945 najcenniejsza wydaje się wielowymiarowość obrazu – nie ma bowiem historii oczywistych, choć po 70 latach pisania o wojnie trudno powiedzieć o niej coś nowego. Grzebałkowskiej się to jednak udaje – zdarzenia z 1945 roku ukazują się u niej bowiem jako obrazy już znane i zarazem zupełnie nowe, jako historie polskie i jednocześnie uniwersalne. Rozdział zatytułowany „Nie jesteśmy przecież Niemcami” poświęcony jest obozowi dla przesiedleńców. Grupowano w nim ludność niemiecką przed wysłaniem pociągami repatrianckimi za granicę na Odrze. Łambinowice przeszły jednak do historii jako miejsce, w którym na rozkaz polskiego dowódcy torturowano, głodzono i mordowano ludność cywilną, męczono i znęcano się na całymi rodzinami tylko z powodu ich pochodzenia. Można czytać ten rozdział jako historię o polskiej winie, o nienawiści narodowej, pragnieniu zemsty na dawnym okupancie, ale można widzieć w nim też uniwersalną opowieść o tym, jak zaraźliwe jest zło, jakie spustoszenia psychiczne pozostawia wojna, w jaki sposób dokonuje się całkowita destrukcja moralności nawet u tych, którzy nie brali bezpośredniego udziału w wojnie. Takie same dwa poziomy odnajdziemy w „Sanoku”, poświęconym konfliktowi polsko-ukraińskiemu. Grzebałkowska opowiada, jak zwalczały się dwie partyzantki, jak grabiono i podpalano wsie podejrzane o sprzyjanie przeciwnikowi. A przecież widać tu i poziom uniwersalny – opowieść o dwóch zwalczających się narodach, które przez wieki żyły blisko obok siebie, a teraz porywają do oddziałów młodych chłopców, nadużywają władzy, sieją terror. 
     
    To przejście z poziomu narracji o jednym narodzie na poziom opowieści o uniwersalnej wojnie udaje się osiągnąć Grzebałkowskiej dzięki prostemu chwytowi, w którym specjalizuje się polski reportaż – za każdym razem sięga ona po relację żywego człowieka, po doświadczenie jednostki, konkretnego uczestnika zdarzeń. Niezbyt często pojawiają się tu wielkie liczby i instytucje, wiele za to wspomnień: o ucieczce przez lód Zalewu Wiślanego, o matce, która pakowała chleb przed ucieczką, o lęku młodego dezertera przed kontrolą w pociągu, o wielu dniach czekania na dworcu, w pyle i między klatkami ze zwierzętami. Autorka posiada jeszcze jedną niezwykłą umiejętność, która czyni jej opowieść tak interesującą – niezwykły pazur, umiejętność zderzania faktów, rysowania plastycznego obrazu. W jej reportażu znajdziemy wiele takich zderzeń: młody niemiecki dezerter, który ucieka w styczniu 1945 roku przed wcieleniem do Wehrmachtu i żydowska dziewczynka zamurowana w kryjówce w getcie; wspomnienia niemieckich sierot, które w polskich gospodarstwach pracowały jak niewolnicy oraz wspomnienia wojennych sierot zgromadzonych w sierocińcu w Otwocku, które nie są już wcale dziećmi;  3 tysiące ofiar, jakie pochłonęła budowa lotniska w Festung Breslau oraz fakt, że z tego lotniska wystartował tylko jeden samolot – uciekającego przed kapitulacją gauleitera Hancke; niemieckie rodziny uciekające z Prus Wschodnich przed frontem wschodnim i Polacy wysiedlani z Ukrainy przez Armię Czerwoną.  
     
    Wielowymiarowość, plastyczność, szczegółowość i intymność tej opowieści sprawiają, że wyróżnia się ona na tle wielu wydanych w Polsce w ostatnim czasie opowieści o wojnie. Czuć tu jednak pewien niedosyt – wynikający z pośpiechu (to na pewno), ale też z koncyliacyjnego tonu, jaki Grzebałkowska zdaje się tu faworyzować. Mało oskarżenia moralnego, bo pochylamy się ze współczuciem nad losem jednostki – ofiary historii. Powstaje z tego książka, którą można przetłumaczyć i pokazać za granicą. Tymczasem ja bym wolała, żeby jednak ktoś z takim talentem jak Grzebałkowska,  sięgnął do narodowych trzewi i trochę nimi zatargał. Użył ostrego pazura. 

     

  • Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Włodzimierz Nowak, Obwód głowy, Dowody na Istnienie 2015
    To już drugie wydanie książki Nowaka, pierwsze ukazało się w 2006 roku w wydawnictwie Czarne. Teraz Nowak dopisał do niej obszerne posłowie, które jednak zmienia w dużym stopniu sens tej książki, przesuwa akcenty, pokazuje też, jak żyje reportaż (teoretycznie przecież gatunek doraźny i prasowy). Otóż w 2006 roku czytałam Obwód głowy jak opis pogranicza polsko-niemieckiego, historię wstrząsów gospodarczych, zderzenie Europ dwóch prędkości. Jednym z najważniejszych zjawisk, jak ukazywały te opowieści, była żelazna kurtyna, blizna po niej, resentymenty bliskich sąsiadów. Tak czytałam teksty: Adam z Ewką żyli w raju czy Brzegi coraz bliżej, rybka daleko.
     
    Inna jest zupełnie lektura po kolejnych kilku latach, w dużym stopniu dzięki dodanemu przez Nowaka tekstowi Co ja mogę zrobić dla Niemców. Zapiski z podróży z Obwodem głowy, bo ten każe dostrzec inne zjawiska. Na plan pierwszy wysuwa się pamięć o wojnie, doświadczenia polskie i niemieckie, trwałe urazy i próby pojednania. Nowak opowiada o tym, jak przyjmowano go w Niemczech w czasie spotkań autorskich. Gospodarczo-społeczne rozważania usuwają się w cień, a na plan pierwszy wychodzą historie Kobiety z Wildehaged (o samobójstwach Niemek w 1945 roku) i Mój warszawski szał (o Niemcu, który tłumił powstanie warszawskie).  Nowak pokazuje, jak słuchano fragmentów tekstów (w skupieniu, z półprzymkniętymi oczami), jak wylewano żale, przerywano milczenie. Oto bowiem nowym bohaterem Obwodu głowy, którego nie widziałam wcześniej, staje się milczenie − milczenie które ciąży na trzecim pokoleniu Niemców i sprawia, że wnuki nie potrafią poradzić sobie z tym, czym na wojnie zajmowali się ich dziadkowie. Dziadkowie, wymierający powoli, czekający kresu swoich dni w domach opieki, opowiadają swoje życie pielęgniarkom. Ich opowieści są zaś tak drastyczne, że pracownice te kieruje się na zajęcia psychologiczne:
     
    Słyszałem, że te pielęgniarki przechodzą specjalne szko­lenie, żeby nie zabiły ich okrucieństwa i potworności, jakie opowiadają umierający staruszkowie z pokolenia sprawców. – Niech pani myśli wtedy o czymś innym – uczył pielęg­niarkę psycholog – na przykład jakie syn ma dziś lekcje, czy wziął śniadanie do szkoły, co kupić, co było w telewizji…
    Tak umierający nazista spotyka pielęgniarkę przeszko­loną w niesłuchaniu. Spowiedź trafia w pustkę.
     
    W polskim myśleniu o doświadczeniu wojny w centralnym miejscu ustawia się powstanie 1944 i  obozy koncentracyjne, w Obwodzie głowy istotniejsze jest jednak cierpienie jednostkowe i prywatne, mało znane problemy: odbieranie dzieci o aryjskim wyglądzie i przekazywanie ich nowym, niemieckim matkom, gwałty zadawane przez żołnierzy. Nowak nie zapomina o banalnej z pozoru prawdzie, że wojna dotyka nie tylko mężczyzn:
     
    Mężczyźni byli słabi i kobiety musiały same sobie radzić, odbudowywać kraj. Nie tylko ulice i domy, ale także tych złamanych mężczyzn, swoich mężów. Żeby mężczyzna znowu mógł usiąść przy stole jako głowa rodziny. Za to wszystko płaciły milczeniem.  
     

    Widać wiec wyraźnie, że problem pamięci, ułożenia sobie życia po traumie, przekazania

    doświadczenia kolejnym pokoleniom wysuwa się na plan pierwszy. To nie jest zadanie, które można odłożyć i zająć się wzrostem gospodarczym. O tym, że tutaj właśnie czeka nas prawdziwa praca, niech świadczą słowa czytelnika, które z Internetu przepisuje Nowak w posłowiu:

     

     

    „ŻADEN NIEMIEC NIE BĘDZIE MOIM BRATEM ZERO POJEDANIA ZERO WYBACZENIA MOGĘ ICH TYLKO TOLEROWAĆ BO TEN NARÓD NIC SIĘ NIE ZMIENIA DALEJ MASZERUJE TYLKO W DOMU!!!”.
  • Pół samobójstwa i inne figury karkołomne

    Anna Janko, Mała zagłada
     Wydawnictwo Literackie 2015
    Coraz silniej rozwija się w Polsce literatura non-fiction, której tematem staje się wojna widziana oczami kolejnych pokoleń. Nie chodzi zatem o przybliżenie zdarzeń II wojny światowej, ale o ukazanie pamięci kulturowej, o przedstawienie sposobów pamiętania i upamiętniania zdarzeń. Pokolenie tych, którzy wojnę przeżyli, ustępuje drugiemu pokoleniu – urodzonym po wojnie, żyjącym w cieniu cudzych wspomnień. Pamięć kulturowa drugiego pokolenia ocalonych z Holocaustu to dzisiaj temat nie tylko refleksji literackiej, ale i naukowej. Coraz więcej pisze się też o innych przeżyciach drugiego pokolenia – o sierotach wojennych, dzieciach repatriantów, potomkach wypędzonych.
     
    O sprawiedliwość dla tych, którzy przeżyli pacyfikację wsi upomina się Anna Janko w swoim szalenie kontrowersyjnym eseju Mała zagłada. Punktem wyjścia dla jej refleksji historycznej jest pacyfikacja Soch na Zamojszczyźnie w czerwcu 1943 roku, w której zginęli jej dziadkowie wraz z większością mieszkańców wsi. Przeżyła trójka dzieci Ferenców, w tym Teresa – matka Anny Janko. W czasie pacyfikacji Teresa ma 9 lat, musi zaopiekować się dwójką młodszego rodzeństwa, zająć się nimi później w kolejnych sierocińcach. Janko opisuje trudną młodość i dorosłość matki, osieroconej i skazanej na przyspieszone dorastanie. Dorosła Teresa staje się jednak w paradoksalny sposób córką swojej córki, to mała Anna musi się opiekować matką, która ciągle żyje pamięcią wydarzeń wojennych. Mała zagłada jest zatem próbą opowiedzenia historii matki, ale też terapeutycznego oczyszczenia z odziedziczonej traumy. Ta część eseju jest bardzo spójna, wyrazista, mocna także z psychologicznego punktu widzenia. Mała zagłada staje się bardzo złą literaturą dopiero wtedy, gdy Anna Janko stara się do historii swojej matki dopisać szeroki kontekst. Teresa Ferenc opowiada bowiem córce o przeszłości jako o doświadczeniu dziecka, nie zna danych, nie interesuje jej polityczne ani historyczne tło, nie uruchamia wszystkich skomplikowanych narzędzi poznawczych. Te wprowadza Janko, szukając dla opowieści matki poszerzenia, wyjaśnienia, potwierdzenia.
     
    Ten drugi tor opowieści wprowadza jednak takie treści, uruchamia taki język i ten rodzaj emocji, który przekreśla nieomal wartość opowieści o matce. Janko, starając się zbudować w świadomości czytelnika pewną ramę, próbując unaocznić mu cierpienie osieroconych dzieci i zło wojny, często posługuje się szantażem emocjonalnym, nie cofa przed żadnym chwytem retorycznym wywołującym zaangażowanie uczuciowe. Sama pisze zresztą otwarcie: „Wszystko, co nami wstrząsa, musi być pojedyncze i mieć swoje imię”. Dlatego właśnie w Małej zagładziedominuje wyliczenie i zbliżenie – autorka wprowadza całe szeregi imion pomordowanych czy osieroconych, powtarza opisy analogicznych sytuacji cierpienia po to właśnie, by wywołać emocjonalną odpowiedź czytelnika, epatuje bólem i przemocą. Tymczasem o wojnie napisano tyle, że liczy się nie tylko to, co mówi (a Janko nie mówi niczego nowego), ale właśnie, jak o tym opowiada.  
     
    Skupiając się zaś tak bardzo na wywołaniu uczuć, zapomina autorka o intelektualnym porządku refleksji, sama tym uczuciom się poddaje. Mała zagłada stanowi też rodzaj pamiętnika, w którym Janko zapisuje przemyślenia dotyczące kolejnych filmów wojennych, spektakli, książek, dokumentów, muzeów. Notuje skrupulatnie swoje wrażenia z wizyt w obozach, przebieg rozmów z ocalonymi w Sochach, za każdym razem jednak osuwa się w banał, zarzuca czytelnika histerycznymi puentami. O strachu pisze tak:
     
    Bo czy można ubrać w słowa pustkę, która wyje? Pustkę, która wyje, biegnąc na oślep? Pustkę, która wyje i biegnie na oślep, nie ruszając się z miejsca? Jak płonący lód pali i ziębi zarazem? Od czegoś takiego słowa odpadają jak papierowe strzałki. Właściwie zanim dolecą, to już się spalą. Nie ma słów.
     
    Ten karkołomny stylistycznie fragment jest niestety reprezentatywny dla całości tekstu.
     
    Poczucie winy, skomplikowaną sytuację córki Amona Gotha przedstawia Janko następująco:
    A nienawiść do siebie jest jak pół samobójstwa, jakby się było w ciąży z własną śmiercią.
     
    O nazistowskiej technice rozstrzeliwań:
    Tymczasem oni szli sobie dalej i strzelali dalej, szczególnie zawzięci nie byli, robili swoją robotę, zabijali zwyczajnie, tak jak krowa je trawę.  
     
    Te cytaty najlepiej pokazują rozwichrzony styl, pomieszanie pozornej nonszalancji i cynizmu z sentymentalnymi, kulawymi metaforami.
     
    Opowieść Anny Janko wzbudza kontrowersje – wiele osób bowiem uważa, że nie wolno krytykować tej słabo napisanej historii, że chroni ją temat. Z jakichś tajemniczych, pozaliterackich powodów czytelnicy uważają, że nie można patrzeć krytycznie na opowieść poruszającą temat tak ważny, osobisty. Otóż można. Bo ja nie krytykuję doświadczeń Anny Janko, a tekst, który wydała. Jej opowieść wpisuje się bowiem w dość niestety rozległy nurt kiczu wojennego. Żaden temat – a tym bardziej temat tak istotny – nie usprawiedliwia histerycznego i kwiecistego zarazem języka, nieuporządkowania, chaotycznej formy, prymitywizowania wniosków. Anna Janko szantażuje czytelników, narzucając im swoje emocje, dążąc do takiego usytuowania swojej narracji, która może być analizowana wyłącznie na poziomie emocji: Janko chce naszego współczucia, a nie intelektualnej recepcji – wbrew temu, o czym mówi w licznych wywiadach.
     
    Stawką w Małej zagładzie nie jest odkrywanie prawdy o przeszłości, ale forsowanie własnej wizji. Autorka nie chce dyskusji o pamięci drugiego pokolenia, o dziedziczeniu traumy, o ramach pamięci kulturowej i o tym, w jaki sposób pamięć kulturowa musi przedstawicielom drugiego pokolenia ocalonych zastąpić rodzinne wspomnienia. Kształt jej opowieści nie daje szans na dyskusję, bo jakikolwiek sprzeciw od razu umieszcza krytyka po stronie okrutników bez serca, zimnych formalistów. Cóż, chętnie sama ustawiam się w tym gronie.  
     
     Mała zagłada to zła, ckliwa opowieść o II wojnie światowej, której chaotycznej formy sam temat w żaden sposób nie usprawiedliwia. Anna Janko to tutaj druga Kossak-Szczucka, bardzo słuszna i bardzo sentymentalna, wybielająca polską przeszłość, jednocześnie osuwająca  się w banał.
     
    Ten tekst w pierwotnej, dłuższej wersji ukazał się w „Twórczości”. 

     

  • Wojna w Tallinie

    Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie
    Czarne 2015
    Precyzyjna jak skalpel, bolesna jak lewy sierpowy – taka jest Sofi Oksanen. Jej najnowsza książka daje tego najlepszy dowód.
     
    Oksanen opowiada o zdarzeniach z lat 40., jakby miały miejsce wczoraj, jakby II wojna i dylematy jej uczestników stanowiły problem całkowicie współczesny. Potrafi też bez sentymentalizmu opowiadać o porządku uczuć, to on bowiem – a nie jak w tradycyjnej powieści historycznej dylemat intelektualny – stanowi klucz do tego świata, przyczynę wszystkich wypadków, motywację bohaterów.
     
    Gdy zniknęły gołębie rozgrywa się w Estonii: w mieszkaniu wysoko postawionego urzędnika SS, w obozie koncentracyjnym, w leśnej partyzantce, na estońskiej wsi, w Tallinie pod okupacją nazistowską lat 40. i sowiecką lat 60., w obserwowanej przez KBG ekskluzywnej restauracji i akademiku-mrówkowcu. Cała intryga, w której bierze udział troje bohaterów, ostatecznie zamknięta zostaje dopiero w ostatnim akapicie epilogu, nie mogę więc zdradzać zbyt dużo. Ważne jest jednak to, że Oksanen potrafi wprowadzić komplikacje w tych miejscach, które omija tradycyjna proza. Schemat fabularny jej książki wyznaczają dwa, skrzyżowane tutaj, gatunki – romans i powieść szpiegowska. W trójkącie miłosnym (a przez chwilę nawet czworokącie) znajdujemy Juudit, jej męża Edgara i jego kuzyna Rolanda. Juudit marzy o wielkim uczuciu i nie może go zaznać, bo mąż jej nie lubi, oszukuje, ukrywa się przed nią. Paradoksalnie, to jej niemiecki kochanek (czwarty bohater) okazuje się tym dobrym i czułym. Na fabułę romansową nakłada się fabuła szpiegowska – rozgrywa między wywiadem i wojskiem, partyzantami, którzy walczą zarówno przeciwko Niemcom, jak i Sowietom oraz wydziałem policji nazistowskiej, korzystającym z usług kolaborantów. Gdy Oksanen przesuwa akcję o 20 lat naprzód, gra wywiadów przekształca się w poszukiwanie szpiegów: towarzysz Parts szuka w przeszłości Estonii tych, którzy kolaborowali z Niemcami, i prowadzili walkę przeciwko Sowietom. Sam jest oddanym pracownikiem aparatu bezpieki, na który Estończycy mówią po prostu „KGB”. Świetne jest to połączenie gatunków, bo Oksanen udaje się związać w jedno fabułę ze świata kobiecego i wątki typowo męskie, opisać dylematy bohaterów w całym ich bogactwie. Tej umiejętności komplikowania opowieści, pogłębiania jej, uszczegóławiania (wprowadzania życiowego kontekstu) mógłby się od niej nauczyć niejeden pisarz. Taki efekt próbował osiągnąć przecież Twardoch, w którego książkach jednak nie znajdziemy takiego poziomu wrażliwości, współodczuwania z postaciami. Tak samo chciał pisać Karpowicz, u którego nie ma nawet połowy autentyzmu Oksanen.
     
    Na czym polega wielkość prozy Oksanen? Na tym, że akcję powieści historycznej rozpisuje ona jak kryminał, że możemy czytać Gdy zniknęły gołębie jako powieść popularną i wysoką, jako powieść polityczną i obyczajową. Oksanen buduje konflikty i napięcia w tych miejscach, które tradycyjna proza historyczna omija, bo ściga jakiś wyobrażony stereotyp (jak Twardoch). A jednocześnie potrafi wygładzić te miejsca, które powieść tradycyjna wyostrza – Juudit angażuje się w związek z przedstawicielem każdej ze stron konfliktu, nie staje jednak przed sądem, nikt nie ma żadnego widowiskowego rozliczenia, żadnej społecznej anatemy.  Estonka mieszka z oficerem SS, ale jednocześnie pomaga w nielegalnym przerzucie uciekinierów do Finlandii. Nie jest ani oddaną ojczyźnie patriotką, ani nazistowską dziwką.
    W Gdy zniknęły gołębie szczególną rolę spełnia odwrócenie schematów historii wojennych, to ono dynamizuje akcję. Juudit boi się dźwięku telefonu, lęka się jednak wiadomości o tym, że mąż przeżył i wraca do domu, co oznacza dla niej powrót do bolesnego, toksycznego związku. Nie jest więc tu bohaterka Oksanen zwykłą wojenną wdową, oczekującą z drżeniem serca na powrót bohatera na łono rodziny. W jej powieściach napięcie na linii kobieta – mężczyzna nakłada się na konflikt polityczny i etniczny, na walkę o władzę (jeśli nie nad państwem, to przynajmniej na własnym ciałem i losem).
     
    Po trzecie zaś wielość Oksanen widać w takim sposobie opowiadania, który przywraca wagę spranym wartościom: honorowi, poświęceniu, oddaniu. Oksanen wysoki kodeks moralny rozciąga także i na swoje bohaterki, nie uznaje męskiej perspektywy, która wyłącznie mężczyznom w mundurach pozwalała wychodzić poza sferę domowo-emocjonalną.
     
    Oksanen opowiada w absolutnie fascynujący sposób historie, które już doskonale znamy. Bo przecież ile razy opisywano konflikt między partyzantem i wiernym urzędnikiem? Buntownikiem i oficerem? Roland nie ma tu jednak cech, jakie tradycyjnie przypisuje się wyjętemu spod prawa bojownikowi, nie jest też kryształowym „żołnierzem wyklętym”. Podobnie różnicuje Oksanen rysy swojego bohatera negatywnego – towarzysz Parts to przecież postać nędznego urzędniczyny, czyniącego zło zza biurka, sprytnego, pamiętliwego i wyjątkowo zawistnego człowieczka, żyjącego jednak na co dzień w stanie absolutnego przerażenia, wszędzie wietrzącego zdradę i nienawiść. Nie ma więc mowy o demonicznym złu, jakiejś barwnej makabrze. Największe dramaty dokonują się tu w ściszeniu, w samotności, a awantury domowe zakłóca głośno nastawione radio, bo nikt nie mógł ich podsłuchać.
     
    Świetna, głęboka, precyzyjnie skomponowana powieść, którą powinni czytać wszyscy polscy autorzy z upodobaniem rąbiący kolejne złe powieści o przeszłości.