Tag: literatura historyczna

  • Kossak-Szczucka a poetyka kultury

    Kossak-Szczucka a poetyka kultury

    Twórczość Zofii Kossak-Szczuckiej przez lata cieszyła się olbrzymią popularnością – i dziś czyta się jej powieści, lecz zawsze jako teksty tradycyjne, gwarantujące odbiorcy odprężenie, a nie wysiłek intelektualny, związane bardziej z nurtem literatury rozrywkowej niż wysokiej. Miano autorki katolickiej, jakie przylgnęło do niej jeszcze w latach 30. sprawia, że zalicza się ją do niższego rejestru literatury, wpycha do pewnego rodzaju niszy, odmawia prawa do poważnego odczytania, podobnie jak neguje się artystyczną wartość każdego innego tematycznego rodzaju literatury – fantastycznej, kryminalnej, czy historycznej. Katolicyzm silnie restytuowany w powieściach autorki „Beatum scelus” w okresie przedwojennym i w czasie PRL-u gwarantował jej grono wiernych czytelników, dziś zaś jest przyczyną jej lekceważenia.

    Kossak-Szczucka interpretowana w sposób tradycyjny, musi być dzisiaj widziana jako pisarka drugorzędna. W dotychczasowej recepcji stosowano przede wszystkim narzędzia typowe dla krytyki genetycznej, tematycznej i ideologicznej[1], a te nie pozwalają wskazać w jej tekstach elementów wartościowych z naszej, współczesnej perspektywy. Zarówno bowiem powieściowa forma, jak i świat przedstawiony zaprezentowany w tekstach Zofii Kossak-Szczuckiej nie wnosi do literatury polskiej nowych zjawisk, umacnia raczej i powiela schematy wypracowane wcześniej przez autorów powieści historycznych. Przez lata krytycy, pisząc o Kossak-Szczuckiej, widzieli w niej kontynuatorkę modelu literatury zapoczątkowanego przez Sienkiewicza, podkreślali jej zanurzenie w tradycji, zrozumienie narodowego światopoglądu i umiejętność jego opisania[2]. To właśnie sposób przedstawienia tożsamości narodowej w powieściach Kossak-Szczuckiej był analizowany najczęściej, a stanowisko ideologiczne krytyka wobec tego etosu decydowało o ocenie jej dorobku –  marksiści negowali jego wartość, katolicy zaś aprobowali.

    Jeśli spojrzeć na polską literaturę XX wieku przez pryzmat stosunku do tożsamości narodowej, to jawi się ona jako splot postawy apologetycznej i szyderczej, przy czym postawa apologetyczna w tej epoce była już wyczerpana, żerowała na mitach romantycznych, bez lepszych rezultatów starając się je ożywić. Tymczasem to właśnie postawa szydercza – czego dowodzą Gombrowicz, Mrożek, Brandys, Konwicki i Różewicz – konstruowała nowe kategorie ujmowania problemu polskości, dostarczała materiału do budowania tożsamości na innych filarach, nicując romantyczny paradygmat, budowała nowoczesną perspektywę. W tym porządku miejsce Zofii Kossak-Szczuckiej znajduje się zdecydowanie po stronie apologetów, spychanych coraz bardziej na obrzeża literatury przez badaczy i krytyków drugiej połowy XX wieku – to jest druga, obok stereotypu katolickości, przyczyna dezaktualizacji twórczości Kossak-Szczuckiej w społecznym odbiorze. Kossak-Szczucka przestała być interesująca dla szerokiego kręgu odbiorców, a przede wszystkim dla młodzieży, ponieważ umieszczono ją (i zamrożono) w paradygmacie kultury patriotycznej i katolickiej, ten zaś po 1989 roku budzi coraz mniej podniet w społeczeństwie. Idąc dalej za tą tezą, można stwierdzić, że twórczość Kossak-Szczuckiej uległa dezaktualizacji nie dlatego, że jest ona drugorzędna i „nienowoczesna”, lecz z winy krytyki i badaczy, którzy lokują ją ciągle w tych samych, nieproduktywnych już kategoriach. Sądzić można, że wartościowanie opierające się na dychotomicznym stosunku wobec narodowej tradycji nie jest już płodne dla historii literatury, nie służy twórczej interpretacji, ale jedynie opisowi i systematyzacji.

    Do czytania Kossak-Szczuckiej stosujemy złe strategie – złe w sensie, w jakich piszą o kierunkach interpretacji Paul de Man i Stanley Fisch, złe, ponieważ nie ożywiają one procesu lektury, nie pokazują wartości dla nas obecnie istotnych, lecz wskazują jedynie pewne schematyczne odczytania, które uległy dezaktualizacji. Skoro więc krytyka tematyczna, genetyczna czy ideologiczna nie dostarczają odpowiednich narzędzi do ponownego otwarcia tekstów Kossak-Szczuckiej, wydaje się, że należy sięgnąć po taki sposób czytania, który ulokuje Kossak-Szczucką nie w perspektywie diachronicznej, umieszczając ją na osi czasu po Sienkiewiczu, lecz w perspektywie synchronicznej, bo tylko interpretacja Kossak-Szczuckiej w kontekście jej epoki umożliwi zrozumienie, że tradycyjna forma nie jest tu spowodowana postawą epigonki, lecz wynika z całkowicie świadomego wyboru i wiąże się z podjęciem pewnych obowiązków światopoglądowych. Odwołanie do kontekstu epoki i poszukiwanie szerszych układów odniesienia to dwie podstawowe cechy teorii Stephena Greenblatta: poetyki kulturowej i związanego z nią Nowego Historycyzmu.

    Rozumienie historii w XX wieku uległo przemianie, ponieważ zakwestionowano dwa prawa, postrzegane wcześniej jako aksjomat: możliwość dotarcia do prawdy o przeszłości i obiektywny status źródła historycznego. Podważenie tych przekonań spowodowało, że w różnych szkołach i nurtach filozofii zaczęto relatywizować historię, a także podkreślać niemożność dotarcia do jej jedynego i właściwego kształtu. „Historia rodzi się z zerwania, które pozwala zaistnieć przeszłości, różnej od tego, co dzieje się teraz”[3] – napisał Michel de Certeau. Tym samym historia stała się subiektywną nadbudową na nieuporządkowanej, magmowej przeszłości, do której dostęp fizyczny i niekwestionowany nie jest możliwy. Nowy Historycyzm, w odróżnieniu od „starego”, bada tekstowe mechanizmy konstruowania lub wynajdywania przeszłości[4]. Greenblatt w swoich założeniach Nowego Historycyzmu oparł się na tezie Nietzschego przedstawionej w „Genealogii moralności”, a głoszącej, że nasze przekonania są zdeterminowane przez dwa elementy: kulturę i historię[5]. Każdy tekst można więc czytać, dopiero gdy znamy warunki jego powstania, język i styl. Skoro przeszłość jako taka jest niepoznawalna, Greenblatt uznał, że należy skupić się na analizie języka i ideologii, jakie ujawniają się w danym tekście. Nowy Historycyzm nadał więc tekstowi historyczność, a historii – tekstualność[6], jak pisał Louis Montrose: w obliczu braku dostępu do przeszłości, w naszym konstruowaniu przeszłości skazani jesteśmy na zapośredniczenie[7].  Historia bowiem dostępna jest tylko poprzez tekst, nie ma jej innych dowodów – materialnych, żywych, obiektywnych. Możemy poznać przeszłość jedynie poprzez jej reprezentacje tekstualne[8], a te poddawane są zabiegom narracyjnym, zniekształcającym przekaz i czyniącym go subiektywnym. Teksty historyczne tworzą autorzy zakorzenieni w konkretnej rzeczywistości, ich wypowiedzi mają zawsze charakter interwencji.

    Tym samym jakakolwiek analiza przeszłości jest jedynie jej interpretacją, kolejnym odczytaniem. Nowy Historycyzm podkreśla również, że wszystkie wersje historii są równoprawne, nie można zhierarchizować ich według prawdopodobieństwa, bo nie podlegają one weryfikacji. Także mechanizm interpretacji rozumiany jest inaczej przez Nowy Historycyzm: zamiast definicji przyjętej przez Nową Krytykę, a mówiącej, że interpretacja to czytanie tekstu samego, Nowy Historycyzm głosi, że interpretacja musi połączyć się z wyjaśnianiem, czyli „ujawnianiem społecznego kontekstu tworzenia”[9]. Bada przede wszystkim relacje tekstu i rzeczywistości politycznej, w kontekście której powstał: „pełna analiza kulturowa zmusi w końcu badacza do wyjścia poza obręb tekstu i określenia związków między nim a wartościami, zwyczajami oraz praktykami obowiązującymi w danej kulturze”[10]. W przypadku Kossak-Szczuckiej ważne są więc nie tylko fakty historyczne, które opisuje, ale też wydarzenia, które ukształtowały jej biografię i przełożyły się na zaprezentowaną w „Dziedzictwie” wizję historii, gdyż dla nowych historycystów poznanie przeszłości nie dokonuje się w próżni, a każdy badacz (czy też pisarz, bo znoszą oni podział na różne typy dyskursu) operuje kategoriami, jakie wdrukowała mu jego własna epoka. Za każdym razem bowiem w tekście historia podlega aktualizacji, staje się metaforą współczesności, jej kształt ustalony zostaje pod wpływem doświadczeń własnych autora. Prawidłowość ta dotyczy nie tylko tekstów fikcjonalnych, ale też historiograficznych, a na splocie właśnie tych konwencji przedstawienia porusza się Kossak-Szczucka w „Dziedzictwie”.

    Greenblatt skupia się na tym, w jaki sposób teksty uczestniczą w kreowaniu momentu historycznego, w którym zostały wytworzone: „nie można oddzielić badanego tekstu od społecznego, ideologicznego i materialnego schematu, zgodnie z którym cała sztuka jest tworzona i konsumowana”[11] pisze on w „Poetyce kulturowej”. Dużo bardziej niż sfera czysto ideowa, interesują go fenomeny władzy[12]. Badacz czyta Szekspira, szukając w nim śladów ideologii czasów elżbietańskich, ale też polemiki z nimi. My zaś możemy zapożyczyć jego metodę, by pokazać, jak w „Dziedzictwie” Kossak-Szczucka, opisując lata 1848-1863, podejmuje polemikę z ideologią marksistowską. Perspektywa ta pozwala zobaczyć Kossak-Szczucką nie jako pisarkę katolicką i patriotyczną, ale szerzej: jako twórcę forsującego swój model kultury, sprzeczny z modelem obowiązującym.

    Nowy Historycyzm bada literaturę jako zbiór tekstów, które umacniają władzę i tych, które są przez ideologię wypierane poza kulturowe centrum. To założenie, zaczerpnięte przez Greenblatta od Michela Foucaulta, opiera się na przekonaniu, że każdy tekst jest zapisem walki między tym, co dominujące w społeczeństwie i tym, co w danej epoce zdominowane. Kultura zaś, jego zdaniem, stanowi pole sporu między władzą a jednostką, przy czym jednostka ze swą osobistą, indywidualną prawdą skazana jest na klęskę, zagłuszona zostaje bowiem przez dominującą ideologię, podobnie jak wszystkie dyskursy sprzeczne z  panującym światopoglądem[13] muszą ulec ograniczeniu i zdławieniu. Bazując na tej teorii, postawić można tezę, że twórczość Kossak-Szczuckiej była w okresie powojennym w kraju marginalizowana nie ze względu na niską wartość artystyczną, lecz z powodu sposobu aktualizacji historii, jaki stosowała ona w swoich utworach. „Dziedzictwo” należy właśnie do grupy tekstów wypychanych poza dyskurs władzy, ponieważ wybór świata przedstawionego i prezentowany przez autorkę światopogląd kształtowały się w opozycji do wyznawanej w PRL-u ideologii. „Dziedzictwo” głosi pochwałę dawnych, tradycyjnych wartości, rugowanych z życia Polaków w czasach komunizmu, przesuwanych na marginesy życia kulturowego, wtłaczanych do nisz – katolickiej czy patriotycznej, umieszczanych poza obiegiem oficjalnym, poza głównym nurtem kultury.

    Greenblatt w swoich badaniach zajmuje się przede wszystkim tekstami, które sprzeciwiają się dominującemu systemowi myślenia, analizuje te realizacje, które starają się ominąć oficjalny system nakazów i zakazów, poddaje interpretacji te teksty, które za pomocą aluzji lub metafory nicują lub podważają obowiązujące zasady. Właśnie takie strategie najbliższe były Kossak-Szczuckiej, widać też ich obecność w „Dziedzictwie”, w scenach, które prezentują tradycje szlacheckie i rodowody inteligencji, sprzeczne z tożsamością i tradycjami państwa ludowego.

    Greenblatt pisze, że poetyka kulturowa traktuje teksty literackie jako przestrzeń, w której uwidaczniają się stosunki władzy, każdy tekst bowiem nie jest wolnym od pozaliterackiego znaczenia opisem świata, gdyż bierze udział w budowaniu rzeczywistości,  kształtowaniu poglądów, walczy o  „ponowne określenie zasadniczych wartości społecznych, rozważenie kategorii pojęciowych, za pomocą których kreowany jest świat”[14]. W tej perspektywie można spojrzeć na „Dziedzictwo” jak na sposób zdobycia władzy, podważenia ideologii bazującej na dominacji ludu, równości społecznej i ateizmie, za pomocą obrazu świata przedstawionego, w którym system wartości opiera się na katolicyzmie, znaczeniu szlachty jako przewodniczki narodu i  historiotwórczej roli jednostki.

    Te ogólne wyjaśnienia niezbędne są, by wskazać, że Kossak-Szczucka przejęła od historyków przekonanie o płynności i subiektywności historii. Dotychczas badacze jej twórczości historycznej podkreślali wierność przekazom historycznym, a także daleko posuniętą faktograficzność[15]. Nowe interpretacje (patrz tekst w tym tomie Joanny Teresy Wydmus) dążą jednak do wykazania manipulacji, jakich na materii historii dokonuje Kossak-Szczucka. Nie miejsce tu, by wyliczać nieścisłości czy anachronizmy zawarte w jej powieściach, gdyż ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, dlaczego autorka dokonuje takich przemieszczeń. Greenblatt podkreśla: „historia straciła swą epistemologiczną niewinność”[16], dzieło sztuki nie jest wolne od sensów pozatekstowych, stanowi ono wynik negocjacji z tą formą kultury, w której zanurzony jest jego twórca. Produkuje ono i puszcza w obieg społeczny wartości i znaczenia. Należy więc zastanowić się, jakie wartości puszcza w obieg „Dziedzictwo” – one bowiem decydują o luźnym stosunku do faktów historycznych. Kossak-Szczucka odchodzi od wierności historiografii, by zbliżyć obraz przeszłości budowany dla czytelnika do sytuacji politycznej i społecznej, w jakiej się on znajduje. Autorka nagina fakty, przesuwa punkty ciężkości w dyskusjach swych bohaterów, by z przeszłości uczynić czytelną metaforę współczesności, by poprzez opowieść o historii mówić o teraźniejszości. Odstępstwa od tradycyjnego przedstawiania powstania styczniowego służą więc tu aktualizacji, uwspółcześnieniu treści. Stosując metaforykę Greenblatta, można powiedzieć, że Kossak-Szczucka – wypędzona z kraju w ramach „aktu łaski” przez Jakuba Bermana – poprzez tekst podejmuje walkę z systemem socjalistycznym. Prezentuje tu ona na przykładzie dziejów jednej rodziny różne warianty jednego i trwałego systemu wartości:  opartego na pojęciu służby ojczyźnie, działaniu na rzecz zbiorowości, osadzeniu w tradycji, pojmowaniu swojego miejsca w świecie jako dziedzictwa, które musi zostać przekazane następnym pokoleniom.

    Dla analizy najciekawszy będzie tu tom trzeci „Dziedzictwa”, opublikowany w 1967 roku, a przedstawiający pięć miesięcy roku 1863. Jak pisze A. Szafrańska, kronika rodzinna przekształca się w stopniowo w epopeję narodową[17] i w tej części Zofia i Juliusz Kossakowie nie są już głównymi bohaterami. Stają oni w szeregu wielu postaci, które zaangażują się w tworzenie historii – przy czym będzie to historia inna niż dotychczasowe, utrwalone wyobrażenia powstania styczniowego. Choć w tekście wielokrotnie pojawiają się odwołania do boskiego planu historii, dzięki któremu Polska musi się odrodzić, powstanie styczniowe widziane tu jest jako pasmo klęsk, porażek, kłótni, zdrad i kłamstw. Kossak-Szczucka wierzy w zdolność jednostki do kształtowania historii, w okresie powstania jednak nie wskazuje nikogo, kto byłby zdolny podźwignąć ciężar walki i kierowania narodem. Historia pozbawiona przywódcy staje się tu plątaniną poglądów i sprzecznych działań, prowadzących do upadku. Rok 1863 rozpoczyna się relacją o dumnym, romantycznym wyjściu z miasta „Dzieci Warszawy”, młodych chłopców, którzy w lesie mieli czekać na wybuch powstania, a tom kończy się relacją o śmierci Bobrowskiego, intrygach Mierosławskiego i zsyłce arcybiskupa Felińskiego. Kossak-Szczucka próbuje opisać chaos, jak panował w polskiej polityce na przełomie lat 50. i 60. XIX wieku. O ile większość powieści opisujących ten okres i powstanie styczniowe dążyła do prezentacji jednego punktu widzenia, przyznawała rację białym lub czerwonym, zmierzała do uspójnienia zjawisk historycznych i nadania im sensu, o tyle w „Dziedzictwie” celem jest reprezentacja zamętu, konfliktu między zwalczającymi się obozami. Stronami w sporze nie są jedynie Polacy i Rosjanie, gdyż autorka z równym zaangażowaniem relacjonuje dyskusje toczone w różnych stronnictwach polskich: pobyt Zofii i Juliusza w Paryżu pozwala pokazać nastroje emigracji, Stefan Bobrowski wprowadza poglądy skrzydła czerwonych, Jarosław Dąbrowski i Zygmunt Padlewski – podejście wykształconych wojskowych, Popiel i Feliński – poglądy białych, Kossak mówi o zmianach w świecie artystycznym, Agaton Giller wypowiada się w imieniu umiarkowanego skrzydła białych, Jan Majkowski to reprezentant teorii mistycznych i męczeńskiego zbawienia narodu. Z drugiej zaś strony mamy świat władzy: księcia Konstantego, który chciałby zostać królem polskim, generała Ramsaya dążącego do krwawego i ostatecznego zdławienia jakichkolwiek polskich ruchów wolnościowych, i margrabiego Wielopolskiego forsującego plan stopniowego uniezależnienia się od rosyjskich radykałów.

    Dla nowych interpretacji „Dziedzictwa” ożywcza zdaje się być teza nowych historycystów o badaniu „tekstowych mechanizmów konstruowania lub wynajdywania przeszłości” – zamiast pytać, co dotychczas robili krytycy, jak Kossak-Szczucka widzi powstanie styczniowe, należy zapytać raczej, w jaki sposób „wynajduje” ona historię powstania 1863 roku. Otóż Kossak-Szczucka stara się zbudować paralelę między historią połowy XIX wieku, a współczesnymi jej losami Polski. Wizja historii, jaką tworzy tutaj, opiera się na repetycji, przekonaniu, że losy polityczne tego kraju powtarzają się, stawiając kolejne pokolenia przed tymi samymi dylematami. Kossak-Szczucka postrzega historię poprzez ramy, jakie narzuciła jej własna epoka: Polska zależna jest od Rosji, spod wpływu wiecznego okupanta nie można się wyzwolić.

    Według Foucaulta, pozycja w dyskursie zarówno autora i czytelnika określana jest przez nadrzędną wobec nich władzę – i dzieje się tak niezależnie od ich woli. Tym samym należy umieścić Kossak-Szczucką na marginesie polskiego życia literackiego. W chwili wydania tomu pierwszego „Dziedzictwa” Kossak-Szczucka znajdowała się zarówno poza życiem kulturalnym emigracji, jak i Polski. Wyjechała z paszportem, emigracja traktowała ją więc jak współpracownicę systemu. W Londynie rozpuszczono plotkę, że była sekretarką Bieruta. W Polsce nie wydawano jej tekstów ze względu na „ucieczkę na Zachód”, na Zachodzie zaś nie publikowano, bo odmówiła zeznań obciążających w procesie oświęcimskiego lekarza Władysława Deringa[18]. Autorka – zawieszona pomiędzy dwoma systemami i dwoma obszarami kultury, sama znajdująca się w centrum sporu, sięga do historii, by przedstawić inny konflikt dzielący społeczeństwo. Nadrzędna dla Kossak-Szczuckiej, nawet w czasie pobytu na emigracji, była kwestia publikowania w Polsce. Pierwszy tom „Dziedzictwa” ukazał się w Londynie w roku 1956, ale szybko został przedrukowany w kraju. Autorka starała się wyrwać ze swego ideologicznego marginesu, z przestrzeni ograniczanej przez władzę, dzięki poruszeniu aktualnej tematyki – „Dziedzictwo” opisuje problem sensu i celowości walki narodowowyzwoleńczej. W pierwszym tomie wątek ten powraca w przemyśleniach Wojciecha Gałczyńskiego,  w tomie drugim w rozmowach na emigracji, w błądzeniu Juliusza Kossaka między Czartoryskim i Mierosławskim i w scenach ulicznych Warszawy ogarniętej gorączką manifestacji. Tom trzeci właściwie w całości realizuje właśnie tę kwestię – śledzimy obrady czerwonych i spotkania białych. Wszystkie te sceny można czytać jako wizję ukształtowaną pod wpływem doświadczeń własnych autorki z lat 1944-1945. „Dziedzictwo” powstało w okresie, gdy przełamywane były tendencje socrealistyczne w sztuce, a ich miejsce zajmowały problemy rozliczenia z okresem stalinizmu. Nigdy więc kronika Kossak-Szczuckiej nie należała do tekstów umacniających władzę, zawsze znajdowała się po stronie tekstów marginalizowanych poza centrum, cały cykl zaś był dla władzy niewygodny.

    Równocześnie jednak jej powieść podległa zawłaszczeniu przez władzę – wydaje się, że dla Kossak-Szczuckiej, poza wszystkimi konkretnymi problemami politycznymi, kluczowym zagadnieniem było pokazanie polskiej losu w perspektywie długiego trwania, stworzenie obrazu rodziny, która na co dzień żyje sprawami państwa, przypomnienie społeczeństwu, że jego egzystencja jako narodu nie zaczęła się w roku 1944 w Lublinie, lecz ma długą tradycję walki i budowania. Z perspektywy władzy socjalistycznej przedstawienie tradycji szlacheckiej jako elementu narodowo i kulturotwórczego było niekorzystne. Dlatego też próbowano dokonać zawłaszczenia – wpychano autorkę w schemat pisarki katolickiej, drukującej w PAX-ie, rozpatrywano jej teksty jako realizację twórczości religijnej, choć problem ten w przypadku „Dziedzictwa” nie ma istotnego znaczenia, ustępując miejsca kwestiom politycznym.

    Greenblatt zapytałby więc, od jakiego społecznego kontekstu rozumienia dzieło to jest uzależnione?[19] Wydaje się, że obraz społeczeństwa polskiego został ukształtowany w powieści pod wpływem przeżyć osobistych autorki i jej sytuacji w rzeczywistości tuż powojennej. O wiedzy, jaką na temat konfliktów wewnętrznych z 1945 roku miała autorka świadczyć może raport, jaki zawiozła na Zachód. Tekst tego sprawozdania politycznego składa się między innymi z relacji na temat sporów między pozbawionymi silnego zwierzchnictwa resztami Narodowych Sił Zbrojnych i mieszkańcami dworów. Oddziały partyzanckie dziczeją, stają się bandami grabiącymi wsie i dwory. Przedstawiciele „obszarników” – niewybici jeszcze – proszą zatem rząd londyński o narzucenie dyscypliny lub rozwiązanie tych struktur. Konflikt między warstwami posiadającymi i nieposiadającymi, tak bardzo lubiany przez władzę, Kossak-Szczucka przedstawia zupełnie inaczej, na przekór oficjalnej ideologii. U niej doły walczą o to, co do nich nie należy, próbują wzbogacić się cudzą pracą, żerują na dworach. W latach 60. taki sposób przedstawiania nie mógł spotkać się z akceptacją.

    Pesymizm, widoczny w narracji o powstaniu, swe źródło miał z pewnością w sytuacji politycznej, w jakiej przyszło żyć autorce po powrocie do kraju. Pisanie trzeciego tomu „Dziedzictwa” zakończyła w 1966 roku, już po odwilży, gdy powszechnie odczuwano zaostrzenie polityki państwowej. W listopadzie 1965 roku biskupi polscy skierowali list do biskupów niemieckich, który wywołał w kraju gwałtowną nagonkę antykościelną. Kossak-Szczucka, która wróciła do kraju na fali przemian 1956 roku, stała się świadkiem umacniania politycznego nowej władzy, rozwoju propagandy marksistowskiej, budowania nowego, socjalistycznego ładu opartego na „małej stabilizacji”. To właśnie ten społeczny kontekst wpłynął na wyobrażenie przeszłości widoczne w powieści, on też zadecydował o roli, jaką religii przypisuje autorka. Ostatni rozdział – „Chwalcie łąki umajone” – to opis konfliktu między wielkim księciem Konstantym Mikołajowiczem a arcybiskupem Felińskim, który nie chce zrezygnować ze zorganizowania warszawskiej procesji na Boże Ciało, a za swój opór zostaje odwołany ze stanowiska i skazany na zesłanie. Gest ten ma podwójne znaczenie, bowiem w rozdziale poprzedzającym „Na rozstaju” Rząd Tymczasowy, aby ratować powstanie, decyduje się na zdradę ideałów rewolucyjnych i zamierza podjąć działania na dworach europejskich i w gabinetach polityków. Tak więc Kościół polski okazuje się jedyną ostoją, ostatnim bastionem wierności ideałom.

    Ideologia, która ujawnia się w „Dziedzictwie” skierowana jest przeciwko panującej władzy. Kossak-Szczucka, opisując konflikt z Rosją, kwestionuje powtarzane przez propagandę hasła o przyjaźni obu narodów, której przeciwstawiano odwieczną nienawiść niemiecką. W czasie przygotowywania do druku wszystkich trzech tomów autorka zmagała się z cenzurą, która wykreślała jej wiele uwag dotyczących natury relacji polsko-rosyjskich i gdzie tylko to możliwe, zamieniała przymiotnik „rosyjski” na „carski”, równocześnie usuwając najbardziej drastyczne sceny. Kossak-Szczucka pisała w jednym z listów: „(…) fatalne opuszczenie całego ustępu na str. 279. Ze zdumieniem dowiedziałam się, że nie było to, jak sądziłam przeoczenie redakcyjne, ale świadome skreślenie cenzury. (…) Z niepokojem myślę, że skoro ujawnienie złych stron caratu jest przez nasze władze niemile widziane, to co będzie z 3. tomem „Dziedzictwa”, gdzie na scenę wejdzie kat Litwy – Murawiew?”[20].

    Na wyobrażenie przeszłości mają wpływ wydarzenia historyczne, które dokonały się za życia autorki. Gdy generał Ramsay postanawia się sprzeciwić wielkiemu księciu i nakazuje swoim oficerom nie blokować wyjścia powstańców spod Warszawy, to jego słowa czytać należy jako aluzję do bierności rosyjskiej armii w czasie powstania warszawskiego. Celem Ramsaya było doprowadzenie do rozwoju powstania, bo tylko atak ze strony Polaków umożliwiłby mu ostateczne stłumienie ruchu: „Otrzymałeś pan rozkaz Jego Cesarskiej Wysokości Konstantego Mikołajewicza, lecz ja daję panu moją własną odmienną instrukcję. Poufną instrukcję. Pozwólcie miateżnikom iść, gdzie im się podoba. Nie doganiajcie ich, nie otaczajcie, nie zatrzymujcie. Niech się rozejdą, owszem, po całym kraju jak robactwo”[21].  Zamiast rozbroić grupujące się oddziały, jak nakazuje mu namiestnik, postanawia biernie czekać, by urosły w siłę, aby aktywność powstańców wykorzystać jako pretekst do agresywnego ataku: „Zadanie swoje widzę jasko: przeciwnie niż chce Konstanty Mikołajewicz, dopuścić, żeby się ten pożar rozszerzył, rozpalił, ogarnął całe Królestwo. (…) Wtenczas dopiero my z całą mocą przyjdziemy robić porządek… Bez idylli, panowie! Ruszamy z nabitą bronią, nie obawiając się rozlewu krwi! Nie zostawimy kamienia na kamieniu. Raz na zawsze zgnieciemy to plemię obrzydłe!” (s. 110). Nienawiść przebijająca ze słów Ramsaya, pragnienie całkowitego zniszczenia w optyce Kossak-Szczuckiej stanowią paralelę z oczekiwaniem Armii Czerwonej na wykrwawienie powstania w 1944 roku, co pozwoliło na zagarnięcie władzy, przejęcie zniszczonej i wyludnionej stolicy.

    Podobną paralelę do wydarzeń  II wojny światowej znajdziemy też w dyskusji Gillera i Bobrowskiego nad listem Hercena adresowanym do zaangażowanych w ruch rewolucyjny rosyjskich oficerów. Hercen pisze: „Na tych tezach: ziemia chłopom, mniejszym narodom prawo decydowania o swojej przyszłości – zawarliśmy sojusz z polskimi braćmi (…). Polacy jednak winni zrozumieć, że i naszym, całego narodu rosyjskiego, dążeniem będzie zachowanie związku federacyjnego z tymi prowincjami. Każdy Rosjanin uważa – i słusznie – Kijów za miasto równie rosyjskie jak Moskwa” (s. 168). Słowa te budzą w Bobrowskim wściekłość, bo sam wywodzi się z Ukrainy. Przywołane tu cytaty wyraźnie wskazują, że Kossak-Szczucka schemat porządkujący historię, konstrukt, na którym wspiera się jej narracja, buduje w oparciu o wydarzenia, które rozegrały się od II wojny światowej do lat 60.

    Opisując powstanie styczniowe, autorka podejmuje polemikę z etosem romantycznym. Wydaje się, że można wskazać trzy przyczyny podjęcia przez nią tego wątku: świadomość, że wydarzenia 1863 roku zakończyły właściwie romantyzm w Polsce; znajomość konsekwencji, jakie tradycja romantyczna przyniosła w wieku XX, jakie postawy społeczne zbudowała i skłonność do jakich gestów patriotycznych wywołała; konieczność odniesienia się do toczącej się po 1956 roku dyskusji w polskim życiu kulturowym na temat oceny dziedzictwa romantycznego.

    Postawa Kossak-Szczuckiej wobec romantyzmu okazuje się ambiwalentna: przywołuje postacie romantycznych bojowników o wolność – pozytywnie ocenia Henrykę Pustowójtównę (wzorowaną na Emilii Plater), wierność tradycji widoczną w życiu dworków szlacheckich, gotowość do walki i gorący patriotyzm uwięzionych konspiratorów (Jarosław Dąbrowski nawet w Cytadeli rozmawia tylko o ucieczce i dołączeniu do powstania), ale jednocześnie rozbija romantyczny mit wodza („Langiewiczowi zabrakło odwagi. Bał się porzucić oddział, bał się aresztowania. Podobno w Warszawie bywają wystawiane w sklepach jego fotografie. Ktoś pozna, doniesie. Wsadzą go do Cytadeli. Nie pojechał i teraz żałuje” (s. 328), przekonanie o solidarności całego społeczeństwa, heroiczne wyobrażenia na temat walki partyzanckiej (młode panienki wiozą partyzantom do lasu fiołki zamiast jedzenia), czystości moralnej walczących (Emilia i Władysław Jeske dyskutują o rozwodzie, ponieważ ona ma romans z Ignacym Chmieleńskim) i zgodzie między powstańcami (Stamirowski – przywódca oddziału opuszcza Langiewicza i odchodzi ze swoją partią, ponieważ dyktator zwrócił mu uwagę, że salutuje przed nim z fajką w zębach). Obala też mi romantycznej miłości – to ona bowiem doprowadza Zygmunta Padlewskiego do melancholii, słabości, a ostatecznie – upadku. Obnażając słabości konspiratorów, Kossak-Szczucka pokazuje, że nie dorośli oni do wyzwań, jakie stawia przed nimi historia, że decydując się na walkę, nie potrafią zrezygnować ze swoich partykularnych celów i wcielić w życie romantycznych haseł, którymi ciągle się posługują (Ksiądz Kamiński czyta w obozie partyzanckim „Polskie dogmaty narodowe” zaczynające się od słów: „Kochać swoją ojczyznę i poświęcić dla niej życie” (s. 351), w chwili gdy biali namawiają Langiewicza, by się poddał i odszedł z powstania).

    Piętno, jakie tradycja romantyczna wycisnęła na postawachnarodowych, staje się jednym z tematów „Dziedzictwa”. Narrator i bohaterowie powieści nieustannie zadają sobie pytania o to, jak ukształtuje się sytuacja po klęsce? Czy naród zdoła się po niej odrodzić? W jakim stopniu zaciążą na nim porażki polityczne? Czy przegrana pogrąży naród w marazmie?[22] – a przecież nie są to kwestie dotyczące tylko okresu powstania styczniowego. Można je czytać (i takie znaki odnajdujemy w recenzjach prasowych) jako odniesienia do sytuacji powojennej i do rozliczeń z „okresem błędów i wypaczeń”. Wątek ten jest szczególnie istotny w trzecim tomie „Dziedzictwa”, które powstało w roku 1966, czyli już po odwilży. Kossak-Szczucka zastanawia się, czy walka, widziana przez czerwonych rewolucjonistów i ulicę Warszawy jako wierność tradycji insurekcyjnej, działanie dowodzące patriotyzmu, nie jest jednak sprzeczne z trwaniem narodu. Problem ten w żaden sposób nie zostaje w powieści rozwiązany – z jednej strony pojawia się bowiem prący do powstania Bobrowskiego, z drugiej burmistrza Kutna, który odracza termin powstania, bo wypada w imieniny kanonika i przygotowania do walki uniemożliwiłyby bal. Tak więc ani pokojowe trwanie – reprezentowane w „Dziedzictwie” przez białych i Wielopolskiego, ani walka nie stanowią dla autorki perspektywy na przyszłość. Koegzystencja z zaborcą staje się w powieści wyraźną metaforą małej stabilizacji lat 60, w którym szare, codzienne życie zastępuje wzniosłe wartości. O ile walka prowadzić może do wyniszczenia biologicznego i kulturowego narodu, o tyle bezczynność wydaje się jej rodzajem zdrady: „Jak ksiądz śmiał? Manifestu ksiądz nie przeczytał! O powstaniu nie wspomniał ani słowem! Co to znaczy?” – woła obywatel Jerzy do Sykstusa, członka Rządu Narodowego (s. 187). Na co te mu odpowiada: „Służę: jako Styksu jestem rewolucjonistą. Jako proboszcz tej parafii mam obowiązek ustrzec ją od spiskowania” (s.188).

    Walka między Kossak-Szczucką a systemem dokonuje się przede wszystkim na polu odwołań do tradycji romantycznej – tradycji, która w latach 50. była przez państwową ideologię manipulowana lub ośmieszana. Równocześnie wykorzystywano ją do umacniania i uzasadniania modelu kultury socjalistycznej – propaganda państwowa chętnie posługiwała się wygodnymi dla siebie figurami, ale te, które były z nią sprzeczne, spychano do poziomu rekwizytorium, przedstawiano jako archaiczny system wartości odpowiedzialnych za klęskę. Tymczasem to między innymi dzięki aktywizacji tradycji romantycznej na przełomie lat 50. i 60. dokonał się odwrót od socrealizmu w literaturze, to poprzez romantyczne media właśnie przywoływano całą, zapoznaną w latach powojennych, tradycję myśli polskiej. Bohaterowie, jakich w „Dziedzictwie” kreuje Kossak-Szczucka, stanowią zaprzeczenie tez, które formułował Zbigniew Załuski w „Siedmiu polskich grzechach głównych” czy Stanisław Grochowiak w programowym artykule „Karabela zostaje na strychu”. Literatura lat 60. zaczęła swój rozrachunek ze stalinowskim modelem literatury poprzez odwołania pozytywne lub negatywne do modelu heroicznego. Grochowiak odrzucał mit romantycznego szwoleżera, uważał, że ten model osobowy nie pasuje do nowej epoki: „Przeciw tym wszystkim dziwactwom pokolenie posiada najostrzejszą broń: niespotykane dotychczas poczucie śmieszności”[23]. Zastąpił go nowym wzorcem parenetycznym: „młody wrocławski ekonomista, który rewolucjonizuje system organizacji pracy w przemyśle, (…) młody zapaleniec, który ze sznurków i tektury zrobił sobie samochód. W każdym bądź razie będzie to bohater, którego cechę wyróżniającą stanowi wyraźna i niedwuznaczna użyteczność jego działań”[24]. Załuski próbował reaktywować tradycję romantyczną, ale przemodelowaną, podporządkowaną takiej interpretacji, jaką mogła zaakceptować władza. Ten pułkownik Ludowego Wojska Polskiego stworzył wizję romantyzmu służebną wobec wymagań systemu, wizję romantyzmu komunistycznemu. Jednak podobnym próbom przepisywania historii sprzeciwiała się Kossak-Szczucka, tworząc swoje własne aktualizacje. Należy więc czytać „Dziedzictwo” nie tylko jako przypomnienie trudnej przeszłości (której obraz Załuski mocno upraszczał, by bardziej pasowała do jego jednoznacznych tez), ale też jako obronę modelu kultury, który w jej epoce podlegał procesowi zawłaszczania. Kossak-Szczucka stworzyła w „Dziedzictwie” postacie, które możemy nazwać romantycznymi pozytywistami. Dzięki temu anachronizmowi, co wyrzucali jej krytycy, stworzyła kontrę wobec marksistowskich interpretacji romantyzmu. Jej bohaterowie – począwszy od pradziadka – Wojciecha Gałczyńskiego, łączą w sobie cechy romantyczne – myślenie o społeczeństwie, trwaniu narodu, gotowość do obrony ojczyzny i poświęcenia, z cechami pozytywistycznymi – pragnieniem budowania raczej niż walki zbrojnej, stopniowego działania, w miejsce natychmiastowego zrywu. Przybliżeniu haseł romantycznych mają służyć też wykłady o Mickiewiczu, jakie młodej Zosi dają w Paryżu przyjaciele wieszcza. Opowiadają oni o roli duchowości w życiu społecznym, o swoistymi mistycyzmie i profetyzmie Mickiewicza, co w I tomie „Dziedzictwa” spełnia funkcję dydaktyczną – ma przybliżyć czytelnikowi inny wymiar romantyzmu, który w prasie przełomu lat 50. i 60. przedstawiany był jako zlepek szaleństwa, egzaltacji i chaosu.

    Idąc za tezami Foucaulta przyswojonymi przez Greenblatta, można zastanowić się,  jaki model kultury wpisany jest w „Dziedzictwo”? Jak wynika bowiem z założeń poetyki kultury, tekst operuje pewną ideologią, którą należy zdekodować, roztrząsając kwestie: „Jakie style zachowań, wzorce działania zdaje się narzucać dane dzieło? Dlaczego było ono interesujące dla czytelników w danym czasie i miejscu?”[25]. Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania pozwala wyprowadzić Kossak-Szczucką ze stosunkowo wąskiej domeny, jaką stanowi gatunek powieści historycznej i katolickiej. W tej nowej perspektywie widać bowiem, jak autorka wpisuje się w szerszy kontekst – polemiki i obalania marksistowskich wątków w kulturze polskiej przełomu lat 50. i 60., możemy ją więc usytuować w głównym nurcie literatury.

    Kossak-Szczucka we wszystkich swoich tekstach, tak publicystycznych, jak i literackich, podkreślała funkcję dydaktyczną, jaką sztuka spełnia w życiu społecznym. To jej nastawienie doskonale wpisuje się w stosowaną tu teorię Greenblatta, który głosi, że literatura jest aktywnie zaangażowana w tworzenie historii. Literatura jawi się tu jako sposób na zdobycie władzy w sensie metaforycznym, na płaszczyźnie ideologicznej, przeforsowanie danej wizji świata. Tak też działa Kossak-Szczucka w „Dziedzictwie”. Rozpoczyna swój cykl na „zesłaniu” w Kornwalii i o ile geneza tekstu łączy w sobie funkcję dydaktyczną i pragnienie osobistego wspomnienia rodzinnej przeszłości, o tyle literacka realizacja całości tekstem osobistym absolutnie nie jest. Nurt historii domowej ustępuje w części drugiej historii politycznej Królestwa Polskiego, autorka poddaje zaś analizie różne postawy społeczeństwa wobec zaborcy i problemu odzyskania niepodległości.

    Poetyka kultury poddaje analizie teksty, nie bacząc na ich poziom artystyczny – dopuszcza połączenie różnych typów dyskursu, a sama wychodzi poza literaturę. Tekst literacki dla Greenblatta jest tylko jednym z typów tekstów kultury, co łączy się z odrzuceniem przekonania o autonomiczności literatury. Teza ta uwalnia nas tym samym od konieczności określania miejsca Kossak-Szczuckiej w panteonie twórców polskiej powieści historycznej i odrzucania jej twórczości z powodu nienowoczesnej formy. Nie jesteśmy tym samym zmuszeni ani do jej obrony przed atakami o anachronizm, nadmierny tradycjonalizm, ani też do szukania paralel i śledzenia ewolucji gatunku między nią a takimi twórcami jak Niemcewicz czy Kraszewski. Po ukazaniu się „Dziedzictwa” krytyka podzieliła się – jedni (jak Lesław Eustachiewicz) widzieli w cyklu nową epopeję narodową, opus magnum w twórczości autorki[26], inni – kładli nacisk na niewielki stopień opracowania materiału historycznego, skłonność do streszczania, nazywali cały cykl sprawozdaniem z historii[27]. Wiele miejsca poświęcano więc ocenom krytycznym samego tekstu, uznawano go raz to za epigoński, raz to za panoramę narodowego losu. Próbowano określić, jaki status przyjmuje historia w „Dziedzictwie”, a ponieważ nie jest to klasyczna powieść historyczna, szukano nowych kategorii. Wydaje się jednak, że badanie „Dziedzictwa” jedynie jako słabej czy mocnej realizacji gatunku rozmywało semantyczną warstwę tego tekstu, gdyż to nie problem gatunkowości wydaje się tu najbardziej istotny. Zastanawiać się można, o ile właśnie takie refleksje krytyczne, określanie „Dziedzictwa” jako czytanki i vie romancé było właśnie spychaniem książki na marginesy pola kulturowego.

    Badania kulturowe rozumieją znaczenie tekstu jako efekt praktyki społecznej, produkt działania wielu osób i instytucji, których dążenia mogą być ze sobą skonfliktowane. Każda z praktyk stara się narzucić pozostałym swój sposób rozumienia tekstu, dąży do legitymizacji swojej interpretacji. W przypadku Kossak-Szczuckiej pole walki i dążenie do narzucenia interpretacjimiało znaczenie nie tylko estetyczne, ale i polityczne. Jak pisze Barbara Pytlos w swojej książce, autorkę „Dziedzictwa” władza ludowa przedstawiała w jednoznacznie złym świetle, jako epigonkę wielkich powieści, zarzucała jej naiwność i nieznajomość historii właśnie z powodu konfliktu ideologicznego. Narzucenie jej wizerunku epigonki sprawiało, że na dalszy plan, a właściwie w interpretacyjny niebyt spychano aktualizujące wyobrażenie historii jako sfery ścierania się frakcji, walki ideologicznej, która przenosi się na płaszczyznę konfliktu fizycznego. Zapominano, lub też celowo ukrywano, wątek tragizmu polskich losów stanowiący problem nadrzędny – w trzeciej części „Dziedzictwa” Kossak-Szczucka analizuje nie samą ideologię, ale sposoby tworzenia polityki, techniki wygrywania politycznego, chwyty wykorzystywane do sprawowania władzy. Rozgorączkowany tłum, rozpięty między Wielopolskim, czerwonymi i Felińskim, poddawany jest obróbce, manipulacji. Nastrojom plebsu podporządkowuje się inteligencja, która nie może sprawować władzy, ale nie chce znaleźć się na bocznym torze historii. Poczucie wyższości, jakie szlachta żywi wobec czerwonych, widząc w nich synów prostych rzemieślników, czeladników, ludzi niewykształconych znajduje swoje odbicie w pogardzie odczuwanej przez czerwonych wobec białych – charakteryzowanych w odezwach jako służalców cara, tchórzy, egoistów i wsteczników. Kossak-Szczucka opisuje wewnętrzny dramat polskich losów, rozdarcie i konflikt wewnątrz narodu, który nie może być pozytywnie rozwiązany (możemy więc dostrzec analogie między sytuacją w latach 50. i 60. XIX wieku oraz latami 50. XX wieku).

    Teorie kulturowe Greenblatta pozwalają stworzyć produktywną interpretację „Dziedzictwa”, ożywić rozumienie tekstu, który został potraktowany jako wspomnieniowy, jako saga rodzinna. Czytany bowiem za pomocą poetyki kulturowej i Nowego Historycyzmu ukazuje się on nam jako próba stworzenia nowego model kultury polskiej – świadomej własnych korzeni i tragizmu, wolnej od naleciałości marksistowskich.

    [1]B. Pytlos:„Córa Sienkiewicza” czy „Alicja w krainie czarów”. Z dziejów recepcji twórczości Zofii Kossak, Katowice 2002, s. 188.

    [2]Tamże, s. 198.

    [3] M. de Certeau: Tworzenie historii, „Znak” 1973, nr 11-12.

    [4] D. Heck: Wokół nowego historycyzmu, „Pamiętnik Literacki” 1997, nr 2, s. 100.

    [5] M. P. Markowski: Historycyzm. W zbiorze: A. Burzyńska, M. P. Markowski: Teorie literatury XX wieku. Podręcznik, Kraków 2006, s. 508.

    [6], D. Heck: Wokół nowego historycyzmu, dz. cyt., s. 103.

    [7] Tamże, s.103.

    [8] J. Madejski: Opowiedzieć historię. Nowy Historycyzm w interpretacji literatury. W zbiorze: „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa. Pod red. I. Iwasiów i J. Madejskiego, Szczecin 1999, s. 234.

    [9] Tamże, s. 236.

    [10]S. Geenblatt: Poetyka kulturowa. Pisma wybrane.Przeł. i opatrzyła wprowadzeniem K. Kujawińska-Courtney, Kraków 2006s. 147.

    [11] S. Greenblatt:Poetykakulturowa…, dz. cyt., s. 174.

    [12] D. Heck: Wokół nowego historycyzmu, dz. cyt., s.106.

    [13] K. Kujawińska-Courtney: Wprowadzenie. Stephen Greenblatt i poetyka kulturowa/nowy historycyzm. W zbiorze: S. Greenblatt: Poetyka kulturowa. Pisma wybrane, Kraków 2006, s. IX.

    [14] S. Geenblatt: Poetykakulturowa…, dz. cyt., s. 71.

    [15] A. Szafrańska: Kossak-Szatkowska, Warszawa 1968, s. 6.

    [16] S. Greenblatt: Poetyka kulturowa…dz. cyt.,s. 68.

    [17] A. Szafrańska: Kossak-Szatkowska, dz. cyt., s. 48.

    [18] Z. Kossak: Na emigracji, pod red. M. Pałaszewskiej, Warszawa 1998, s. 41.

    [19] S. Greenblatt: Poetyka kultury… dz. cyt., s. 147.

    [20] B. Pytlos: O powieściach historycznych Zofii Kossak, Katowice 2005, s. 62.

    [21] Z. Kossak, Z. Szatkowski: Dziedzictwo, Warszawa 1974, t. III, s. 108. Kolejne cytaty pochodzą z tego wydania i numery stron podawane są w nawiasach.

    [22]E. Szonert: Bóg, człowiek, historia. O twórczości Zofii Kossak-Szczuckiej, „Życie i myśl” 1969, nr 2.

    [23] S. Grochowiak: Karabela zostaje na strychu, „Współczesność” 1959, nr 4.

    [24][24] Tamże.

    [25] S. Greenblatt: Poetyka kultury… dz. cyt., str. 147.

    [26]E. Szonert: Bóg, człowiek… dz. cyt.

    [27] Z. Florczak: Dziedzictwo bez ostatecznej definicji, „Nowe Książki” 1969, nr 1.

  • Wydrążona ziemia

    Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Czarne 2012
    Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania, Czarne 2011
     
     
     
     
    Zarówno Springer, jak i Chomątowska piszą o ruinach i gruzach, o wydrążonej ziemi, na której w kolejnych dekadach próbuje się budować na nowo. Ta figura właśnie – ziemi wydrążonej − staje się w ich opowieści kluczowa dla myślenia o naszej przeszłości, stanowi pewnego rodzaju synekdochę określającą wyobrażenie PRL-u. Pozwala ona obojgu autorom pokazać w całym skomplikowaniu powiązanie tożsamości własnej i wrogiej, splot wspomnień katów i ofiar, odtworzyć wreszcie dialektykę pamięci i zapominania, prześledzić manipulacje, którym podlegała polska pamięć kulturowa. Ta pamięć, którą przedstawiają reportażyści, stoi w sprzeczności z mitem odbudowy, ale też mitem walki (który zastąpił mit odbudowy w naszej pamięci zbiorowej po 1989 roku). Figura wydrążonej ziemi każe się bowiem skupić na tym, co zniszczone i nienaprawione, na pracy, którą kolejni „zwycięzcy” wkładają w zatarcie śladów poprzedników, na gruzach, jałowych polach, zamkniętych kopalniach i rozkradzionych fabrykach, zmienionych nazwach geograficznych. U Chomątowskiej pierwszy ślad tej figury pojawia się na początku opowieści, gdy próbuje uchwycić istotę Muranowa jako miejsca-po-getcie. Springer pisze zaś:
     
    Wkrótce Karl Heinz Friebe dowiaduje się też, że Kupferberg nie jest Kupferbergiem. Jego nowa nazwa to Miedziana Góra. Jannowitz staje się Janowicami, Rudelstadt to Ciechanowice, Marzdorf to Marciszów, a Waltersdorf to Mniszków.
     
    To bardzo ważny cytat, bo pokazuje, jak za pomocą gestów administracyjnych zmienia się tożsamość miejsc i jak rozpoczyna się budowanie nowej pamięci zbiorowej. Chomątowska i Springer mówią bowiem to, co coraz głośniej rozbrzmiewa w publicystyce, badaniach naukowych i historiografii – podkreślają, że głównym doświadczeniem wojennym Polaków jest przesiedlenie. I natychmiast dodają, że nie jest to wyłącznie doświadczenie Polaków jako ofiar, repatriantów usuwanych przymusowo z Wilna i Lwowa, ale że jest to również doświadczenie wejścia do cudzego domu, zajęcia cudzego mienia. Jak lapidarnie pisze Ryszard Nycz, polskie społeczeństwo powojenne to „społeczeństwo przesiedlone, zdeterytorializowane, zdyslokowane”, jednak nasza pamięć kulturowa nie zachowała takiego doświadczenia. W PRL-u o repatriacji, przesuwaniu granic nie mówiono. Ustalenie granicy zachodniej przedstawiano jako odzyskanie „ziem odwiecznie piastowskich”, wszelkie wzmianki o usuwaniu żywiołu polskiego ze Wschodu w latach 1944-1946 cenzurowano. Tymczasem w perspektywie badaczy, to właśnie przesiedlenie okazuje się najważniejszą konsekwencją II wojny światowej, zdarzeniem, które w największym stopniu zmieniło losy Europy i ciągle ujawnia swoje kolejne skutki. Jak pisze Keith Lowe, wszystkie czystki etniczne, które miały miejsce po 1945 roku w Europie, wyrosły z rozpadu idei stabilnych społeczeństw, jaki dokonał się w trakcie działań zbrojnych. Okazuje się zatem, że dwa porządki dyskursu – komunistyczny, skupiony na budowaniu nowego ładu oraz demokratyczny, zajęty rozliczaniem z komunizmem i systemową transformacją – usunęły poza pole refleksji istotne doświadczenie wojenne. Ono zaś, niewypowiedziane i odsuwane w niepamięć, staje się nieprzepracowaną traumą. W reportażach Chomątowskiej i Springera właściwie wszyscy bohaterowie to ludzie przesiedleni – Springer pokazuje wypędzenie Niemców i osiedlanie w ich domach Polaków. Obraz Polaków jako wypędzających kłócił się z wyobrażeniem Polaków jako skrzywdzonych przez historię tragicznych ofiar, a taki obraz właśnie utrwalała propaganda PRL-u. Tymczasem w Miedziance autor unika łatwych ocen, daleki jest od tak pojmowanej sprawiedliwości dziejowej. W rozdziałach opisujących koniec wojny sięga po perspektywę dziecięcego bohatera, pół-sieroty, głodnego, żebrzącego o mleko Karla Heinza Friebego:
     
    Nagle alarm, na niebie radzieckie samoloty, ludzie wybiegają na zewnątrz. Jest zima, śnieg, w oddali jakieś miasto. Biegną, samoloty są coraz bliżej. Karl trzyma siostrzyczkę za jedną rękę, a matkę za drugą. Najbardziej boi się tego, że puści którąś z nich.
     
    To właśnie mały Hans, zanim jeszcze zostanie ostatecznie przepędzony ze swojego domu, będzie musiał nauczyć się nowych nazw miejscowości i ulic. Stanie się świadkiem nie tylko wojny, ale i modelowania rzeczywistości przez zwycięzców, pisania nowej historii:
     
    Karl szybko liczy, że w jednym pociągu zmieści się całe miasteczko, a nawet dwa. Mogliby zatrzasnąć cały Kupferberg w wagonach i powieźć to wszystko na Zachód. Ale miasteczko zostaje. To tylko oni znikają.
     
     Później zaś opowieść o wypędzeniu Niemców zostaje więc uzupełniona historią o polskiej biedzie, o konieczności zdobywania wszystkiego na nowo. I znów narracja ta ustanawiana jest jako rodzaj kontroopowieści wobec dominującego w polskiej pamięci przeszłości przekonania, że ziemie poniemieckie stanowiły w okresie powojennym krainę mlekiem i miodem płynącą.
     
    Chomątowska udowadnia, że nie tylko na obszarach przygranicznych odbywały się wędrówki ludów: nowa dzielnica posługuje się nową topografią, znika wiele nazw ulic lub przynajmniej zmieniają one kierunek i przebieg. Nie ma już przedwojennych Nalewek, Tłomackiego, Tamki,  na nowym Muranowie zamieszkują nowi mieszkańcy – ludzie z awansu, ale też przesiedleni, wrzuceni w miejski krajobraz, otrzymujący przydział na mieszkanie:
     
    Na przykład Stanisław Korycki, lakiernik z Mostostalu, wyróżniony tytułem przodownika pracy przy budowie trasy W–Z, a mimo to gnieżdżący się dotąd w jednym pokoju razem z żoną, dzieckiem i bratem. Albo Marian Jackowski, kontroler w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych, przesiedlony z przeznaczonego do rozbiórki domu na Litewskiej.
     
    Zasadniczym elementem naszej powojennej pamięci w perspektywie Chomątowskiej i Springera jest gruz: pagórki, które pozostały po zburzonym getcie, leje i zapadliska po nigdy nie zbadanych dokładnie piwnicach, poniemieckie domy i cmentarze, kopalniane osuwiska i zapomniane szyby, hałdy ziemi, przytłaczające małe dolnośląskie miasteczko. Jednocześnie zgliszcza te mają wymiar symboliczny, bo przywołują pamięć niechcianą, wspomnienie grup etnicznych, które nie mieściły się w komunistycznym projekcie Polski powojennej. Wraz z pozostałościami po niemieckich cmentarzach i żydowskich kamienicach usuwano zatem pamięć o przedwojennych mieszkańcach terenów nowej Polski. Znikanie gruzów miało wymiar nie tylko polityczny, ale też etyczny, bowiem umacniający swoją władzę komuniści pozwolili na profanację, na rozbudowę kurników i przydomowych komórek dzięki cegłom wywiezionym z getta czy tablicom nagrobnym zapisanych gotykiem. Springer cytuje też polskie pisma urzędowe: „germańskie plugastwo” ma być tak traktowane, by zechciało „samo uciekać z nowych terenów Polski”. Wraz z gruzem rugowano też wspomnienia wstydliwe, w których to Polacy wchodzili w rolę agresorów, szabrowali pożydowskie mienie czy skuwali ściany w poniemieckich domach w poszukiwaniu ukrytego złota. Jednym z celów młodych reportażystów jest więc przypomnienie cywilnych ofiar wojny – mieszkańców gett żydowskich i wypędzonych Niemców, umieszczenie ich w obrazie przeszłości obok polskiej martyrologii, której pamięć forsowano w dobie PRL-u jako zasadnicze doświadczenie wojenne. Chomątowska dobitnie podkreśla, że Muranów stał się dla komunistów sceną, na której odgrywali propagandowy spektakl, że pamięć Holocaustu wraz z opowieścią o polskim antysemityzmie była dla nich zbędna, niemożliwa do opracowania, została więc przykryta opowieścią o wojnie polsko-niemieckiej. Dlatego też modelowano historię: gdy wznoszono kolejne bloki Muranowa i pisano o zwycięstwie właściwego nurtu historii, to jednocześnie rozwiązywano Bund. Narastały też przejawy antysemityzmu, które zaowocowały w połowie lat 50. wielką falą żydowskiej emigracji. Sterowana odgórnie amnezja przynosiła skutki i nowi mieszkańcy Muranowa – przesiedleni z innych obszarów Polski, pozbawieni wykształcenia i wiedzy historycznej − nie wiedzieli, dlaczego teren dzielnicy jest tak pofałdowany.
     
    Miedziankę i Stacja Muranów, opisujące zupełnie różne zjawiska z polskiej, nieodległej jeszcze przeszłości, łączy pragnienie odkłamania pamięci, odkrycia tych problemów, zdarzeń i osób, które w ramach różnych strategii politycznych były dyskredytowane i przemilczane, czyli przede wszystkim dotyczących etnicznego oczyszczania ziem polskich po wojnie i przyzwolenia na prowadzenie rabunkowej gospodarki. Metafora wydrążonej ziemi u Springera wiąże się w sposób naturalny z pracami w kopalni, z wydobywaniem węgla oraz uranu, a na poziomie symbolicznym z modelowaniem społeczeństwa: pozbawionego poczucia bezpieczeństwa, niepotrzebnego i przerzuconego na „nowy odcinek”. Ludzi można drążyć niczym ziemię, formować, dowolnie eksploatować. Większość Niemców, którzy w 1945 roku jeszcze nie uciekli, podejrzewano o przynależność do nazistowskiej partyzantki, przesłuchiwano, więziono, umieszczano w obozach i wysiedlano. W latach 50. w rolę niewygodnych ofiar weszli Polacy – w oficjalnych rejestrach nie zaznaczano, ile osób zmarło z powodu napromieniowania w czasie pracy w kopalni uranu w Miedziance, ile szantażowano i zwalniano, a ile torturowano lub zamordowano, bo przecież uran wydobywano na potrzeby zbrojeniowe Związku Radzieckiego. Nikt nie wie, ile robotnic – podobnych do Barbary Wójcik – zostało zgwałconych przez pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy traktowali przyzakładowe kwatery jak domy publiczne. W działającej przez cztery lata kopalni nikt nie ostrzegał przed szkodliwym promieniowaniem, górników aresztowano za drobiny urobku znalezione w odzieży, donosicieli wynagradzano zaś pracą przy lepszej ścianie. Nie zmieniano warunków zatrudnienia ciężarnym wywożącym codziennie wagoniki uranu na powierzchnię, bo rąk do pracy wciąż brakowało − nawet karne bataliony tworzone z więźniów politycznych i żołnierzy nie były w stanie zaspokoić potrzeb kopalni.
     
    U Chomątowskiej wydrążona ziemia to gruzy po powstaniu w getcie, ale też pozostałości obozu koncentracyjnego KL Warschau i osamotnione, ocalałe z wojny kamienice. W odniesieniu do okresu powojennego autorka rysuje paradoksalną wizję ziemi zarówno wydrążonej, jak i nasyconej krwią, pełnej ludzkich szczątków. Jest to więc znak braku, klęski, śmierci. Jednakże gruzy i ruiny z 1945 roku w pamięci kultury zapisały się w dwuznaczny sposób: nie tylko jako symbol zniszczenia, ale także jako szansa, pole eksploracji, szabrowniczego bogacenia się. Gruzy, jak widzi je zatem Chomątowska, to przestrzeń ukrytego bogactwa, czekająca na swoich odkrywców. Na te dwa znaczenia nakłada zaś autorka jeszcze obraz trzeci – dawnego getta jako kłopotu administracyjnego, bo dla władz hałdy gruzu stanowią wyłącznie problem, wymuszają skomplikowane roboty porządkowe, na które nie ma przecież środków oraz konieczność opracowania nowego planu zabudowy. Zainteresowaniem instytucji państwowych cieszył się wyłącznie nazistowski obóz pracy, w którym MBP przetrzymywało aresztowanych AK-owców.
     

     

    Stacja Muranów i Miedziankamają charakter subwersywny wobec głównego nurtu pamięci społecznej, starają się ożywić inną pamięć kulturową, uruchomić nowe treści, wprowadzić do opowieści o przeszłości nowe grupy społeczne. Oczywiście, żaden tekst nie ma wartości rewelatorskiej w sensie historycznym, ale każdy ukazuje słabo znany wycinek przeszłości, odsłania nowy kontekst zdarzeń, albo też przybliża rzadko obecne w głównym nurcie treści. Bohaterami obu reportaży stają się takie grupy, które rzadko bywały tematem literackim: u Springera są to górnicy z Dolnego Śląska, z okolic Jeleniej Góry, a nie z wielkich budów socjalizmu. Miedzianka i jej prowincjonalny świat zajmują miejsce zarezerwowane do tej pory w polskiej literaturze dla Katowic, Nowej Huty czy Stoczni Gdańskiej.
     
     
     
    Powyższy tekst to fragment dużego eseju, który ukazał się w najnowszym numerze „Fa-artu” (4/2015)
  • 5 powodów, dla których należy czytać Richarda Flanagana. Koniecznie.

    5 powodów, dla których należy czytać Richarda Flanagana. Koniecznie.

    Richard Flanagan, Ścieżki północy, Wydawnictwo Literackie 2015
    Klaśnięcie jednej dłoni, Wydawnictwo Literackie 2016

     
    1. Bo opowiada historie o egzotycznej Tasmanii, jakby to było Podkarpacie, Bieszczady albo miasto przy zamkniętej kopalni na Śląsku. Bieda, nędza i pijaństwo, które opisuje, są absolutnie uniwersalne i jednocześnie egzotyczne. W Klaśnięciu jednej dłoni pojawia się bambo chatka dla pogardzanych imigrantów, dzieci pracujący jako darmowi służący. Praca przy budowie tamy opisana jest tak, jak praca na wyrębie u Hłaski.
     
    2. Bo w Ścieżkach północy potrafi opisać koszmar obozowego cierpienia, niewolniczej pracy w egzotycznych warunkach Dalekiego Wschodu (Australijczycy pracujący przy budowie Linii czyli kolei japońskiej przez Birmę) i braterskie poświęcenie językiem pełnym grozy i humoru zarazem. Bohaterska postawa Dorrigo Evansa, jego conradowski wręcz heroizm wojenny zderzają się tu z jego niską moralnością życia powojennego, skłonnością do zdrady małżeńskiej i pogardą dla tych, którzy nie doświadczyli wojny. Flanagan unika więc łatwego heroizmu, daleki jest od gloryfikacji swoich bohaterów.  Jednocześnie nie ma u niego afirmacji przemocy i wojny.
     
    3. Bo daje najlepszą próbę literatury wysokiej, którą czyta się z wypiekami jak pościelowy romans: w Klaśnięciu jednej dłoni schemat fabularny opiera się na relacji zapijaczonego ojca i bitej przez niego córki, w Ścieżkach północychodzi o romans głównego bohatera z żoną wuja. Obie te powieści można analizować na poziomie emocji – bo to książki o zdradzie, miłości, cierpieniu, samotności, braterstwie. A jednocześnie to coś zdecydowanie więcej, w Ścieżkach północy chodzi o heroizm pomimo cierpienia i wierność zasadom, która narodzona zostanie tylko śmiercią, o nieprzekładalne doświadczenie wojny, o zapomnienie o obozowym koszmarze. Klaśnięcie jednej dłoni opowiada zaś o dorastaniu do wybaczenia, o umiejętność wzięcia odpowiedzialności za własne życie, o bagażu, jaki stanowi wojna także dla drugiego pokolenia ocalonych.
     
    4. Bo potrafi opowiadać o emocjach za pomocą skrajnie plastycznego, konkretnego języka:
     
    Rozumie pan więc, powiedział pułkownik Kota, że zwróciłem uwagę właśnie na pańską szyję. Jest bardzo piękna – dobrze widzę, gdzie powinien spaść miecz. Cudowna szyja. Pańska głowa odleciałby na metr od ciała. Tak jak powinna. Bo czasami szyja jest po prostu za cienka  albo za gruba, albo ofiara za bardzo się wierci i kwiczy ze strachu, może Pan sobie wyobrazić, więc spuje pan cięcie i w końcu sieka pan więźnia ze złości na kawałki. Za to pański kapral ma kar jak byk, jest odważny, rozumie pan. Musiałbym się skoncentrować, żeby mój cios był silny i dokładny, i żebym mógł szybko go zabić.
     Przez jakiś czas potrafił grać The Last Post tak jak w czasie wojny, mając poczucie, że ten utwór nie ma z nim nic wspólnego; grał go z obowiązku, jako zawodowy żołnierz. Później przez długie lata, przez dziesiątki lat, w ogóle nie grał, aż do dziewięćdziesiątego drugiego roku życia, kiedy po trzecim wylewie umierał w szpitalu; przyłożył wtedy zdrową ręką trąbkę do ust, raz jeszcze zobaczył dym i poczuł woń palonych zwłok, i nagle zrozumiał, że nic więcej w życiu mu się przytrafiło. 
     
     5. Bo nie ma tu wyższości, chłodu, dystansu intelektualnego wobec błądzących postaci, bo potrafi łączyć największe sprzeczności, pokazywać dramatyczne konflikty, wewnętrzne sprzeczności i ograniczenia bohaterów.

     

  • Sparta, Rzesza, Śląsk i Armia Czerwona

    Sparta, Rzesza, Śląsk i Armia Czerwona

    Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget
    Wielka Litera 2016
     
     
    W drugiej powieści Dziewit-Meller również, tak jak w Disco, chodzi o dzieci. Inaczej jednak niż w jej współczesnej debiutanckiej powieści, tutaj na plan pierwszy wysuwa się historia i wojenne wspomnienia o cierpieniu ofiar, które nigdy nie zabiorą głosu publicznie. Dziewit-Meller upomina się o pamięć o tych, którzy zginęli lub padli ofiarami działań wojennych: zgwałcone śląskie dziewczyny i dzieci „niepełnowartościowe” to pierwszoplanowi bohaterowie tej powieści. Współczesne, niepamiętające o tym cierpieniu społeczeństwo, reprezentowane przez młodego ojca, aptekarza Sebastiana, to bohater drugiego planu.
     
    Tytułowa góra odsyła nas do pasma górskiego, z którego stoków, według Plutarcha, Spartanie strącali niepełnosprawne dzieci, których kontrole przeprowadzano tuż po urodzeniu. Ten proces starożytnej selekcji odżywa na kartach powieści na różne sposoby – w szpitalu w Lublińcu w czasie wojny zbierano dzieci, których egzystencja miała zagrażać eugenicznej czystości rasy. Tworzono im warunki przyspieszające śmierć – zimne prysznice otwierały drogę do zapalenia płuc, a to nieleczone zwalniało szybko kolejne łóżka dla nowych nieletnich pacjentów. Dzieciom bardziej odpornym podawano luminal i doktor Gertura Luben przeprowadzała na ich ciałach eksperymenty, dopomagające – w jej mniemaniu – rozwojowi nauki. Doktor Luben, która wojnę przeżyła, przed sądem w RFN została uniewinniona, podobnie jak wielu innych psychiatrów, lekarzy i badaczy. Starą już kobietę, dożywającą w spokoju swoich dni, odwiedza młody dziennikarz, nie udaje mu się jednak wywołać u niej żadnej wyrzutów sumienia, żadnego wahania. Lekarka, przez całe życie oddana badaniom naukowym, nie jest gotowa do zakwestionowania sensowności swoich działań, tym bardziej nie może być mowy o przyznaniu się do winy. To ona właśnie, szukając uzasadnienia dla swoich działań w szerokim kontekście kulturowym, czyta dziennikarzowi fragment Plutarcha. W ten sposób starożytna eugenika sankcjonuje akcję T4, w ramach której w nazistowskich Niemczech likwidowano wszystkich „niegodnych życia”. Do tego szpitala na początku lat 40. trafia Ryś, oddany przez nowego męża matki, zbędny w domu. Z jego perspektywy właśnie Dziewit-Meller opisuje szpital i sadystyczne, pseudonaukowe eksperymenty.
    Inną historię cierpienia opowiada Zefka, śląska dziewczyna z ubogiej rodziny, która wraca do domu z robót w Rzeszy krótko przed przemarszem Armii Czerwonej. Zgwałcona przez kilku żołnierzy, zachodzi w ciążę. Może ją usunąć, bo w nowych strukturach tworzącej się władzy polskiej funkcjonują specjalne instytucje przewidziane do rozwiązywania problemów gwałtów wojennych. Wystarczy, że Zefka potwierdzi, że nie zna ojca dziecka, nie wolno jej jednak przyznać, że gwałtu dokonali czerwonoarmiejcy, na poświęcenie bratniej armii nie może przecież paść żaden cień. Zefce do końca życia towarzyszy pamięć tego gwałtu i upokorzenia, tęsknota za dzieckiem, dlatego właśnie leżąc już na marach, dotyka pieszczotliwie brzucha swojej młodej ciężarnej krewnej.
    W dziejach jednej społeczności Dziewit-Meller łączy różne warianty cywilnego wojennego cierpienia. Jej bohaterowie to nie żołnierze, nie ma tu w ogóle wspomnienia żołnierskiego, męskiego poświęcenia. Interesuje ją doświadczenie cywilne, doświadczenie słabych w zbiorowej świadomości zajmujące odległe miejsce. Sebastian, dziedziczący po ojcu aptekę, uwrażliwiony na obrazy cierpienia niedawnymi narodzinami córki, z przerażeniem odkrywa, że to właśnie w szpitalu, w murach którego wyrósł, prowadzono akcję eksterminacji dzieci, że zginęło ich tam 200, a ludzie, którzy o tych zdarzeniach wiedzą, nie przywiązują do tego żadnego znaczenia.
    Góra Tajget na plan pierwszy wysuwa więc tu historię o tych, którzy nie upomną się ani o sprawiedliwość, ani o pamięć, których losy, choć tragiczne, usuwają się w cień przez opowieści o Zagładzie. Problemem stale towarzyszącym zatem autorce jest nie tylko niepamięć i powtarzalność pewnych doświadczeń, ale i pewnego rodzaju arytmetyka cierpienia, zdolność ludzkiej pamięci do przyjęcia historii obciążonych największym ładunkiem znaczenia i emocji oraz brak języka, którym ofiary mogłyby opowiedzieć o swoim losie. Zagłada i żołnierski obraz wojny to dwa rodzaje opowieści zagarniające naszą pamięć, nie pozostawiają one już miejsca dla innej narracji. Dziewit-Meller sięga zaś właśnie po te tematy.
     
    Tekst został opublikowany wcześniej na stronie Instytutu Książki. 

     

  • Chociaż nie… – biały lukier, czarny tort

    Chociaż nie… – biały lukier, czarny tort

    Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć
    Czarne 2015
    Świetna i trzewiowa zarazem książka, splatająca historię przedwojenną z dzisiejszą sytuacją społeczną. To bardzo bolesna opowieść o tym, jak trauma wojenna znika z pamięci polskiego społeczeństwa, które nie chce pamiętać o swoich żydowskich mieszkańcach. Brak pamięci o przeszłości lub przekonanie o pokojowej koegzystencji polsko-żydowskiej to dwa, najczęściej przedstawiane tu poglądy Polaków. Ale Kącki portretuje też sporą grupę ludzi, którzy twierdzą, że uzasadnieniem dla polskich zbrodni na Żydach było poparcie, jakiego Żydzi mieli udzielić Armii Czerwonej na początku lat 40. Otóż właśnie nie – żadna postawa polityczna, żadna zasada odpowiedzialności zbiorowej (Żyd był czerwonym komisarzem w 1941, ja zabiję/wydam Żyda w 1943) nie jest zachowaniem słusznym etycznie.
    Kącki jest bezlitosny, gdy pokazuje, jak mowa nienawiści przekłada się na działania, choć wszyscy jego rozmówcy zdają się sądzić, że pomiędzy naszymi słowami i działaniami istnieje jakaś niewidzialna zapora. Ta fraza, której użyłam w tytule, „chociaż nie…” to właśnie najlepszy komentarz do opowieści o tym, jak funkcjonuje polska pamięć: Polacy nic od Żydów za pomoc nie brali – mówi bohaterka Kąckiego. Chociaż nie, dodaje, chleb w zamian za wełniane sukienki i pantofelki. Opowiada daje: Polacy ukrywali Żydów w czasie wojny. Chociaż nie, znów się poprawia, przecież to taki Zygmunt ich przetrzymywał, dopóki nie ogolił ze wszystkiego.
    O tym właśnie jest reportaż Kąckiego: pisze o przeszłości, ale przede wszystkim po to, żeby pokazać, że niczego się z niej nie nauczyliśmy, że znów wytworzyliśmy warunki, w jakich rodzi się nienawiść narodowa i rasowa, że weszliśmy w ten nurt, który dominował w polskich myśleniu w latach 30. XX wieku. To jest także historia o tym, jak Polacy nie potrafią znaleźć wspólnego języka, jak nie umieją przepracować swojej historii, jak nasza przeszłość – widziana na dwa zupełnie różne sposoby – dzieli nas dzisiaj.
     
    To książka, którą czytałam kilka tygodni temu, ale cały czas przepracowuję, noszę w sobie i jakoś próbuję zrozumieć mechanizmy pewnych zjawisk, które zostały tutaj opisane.
    Dużo się Kąckiemu zarzuca: brak obiektywizmu, pychę, lekceważenie, tendencyjne dobieranie rozmówców i postaci (bo za mało tu głosów pozytywnych, poświadczających wielokulturowość miasta). Otóż wszystko to prawda, ale Kącki sam mówi o tym, że taka jest jego metoda twórcza, że letni reportaż to najgorszy rodzaj tekstu. Ważne tylko, by pamiętać, że nie o Białystok chodzi w tej opowieści, a o całą Polskę.

     

  • Jak nosi się żakiet od Armaniego w zachodniej Estonii

    Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii

    Noir Sur Blanc 2015
    Nastała moda na relacje z podróży, na opisy dalekich wypraw – problem polega jednak na tym, że nawet połowa z nich nie powinna się ukazać drukiem, bo to teksty infantylne, płytkie. W zamierzeniu autora takie zapiski mają pokazywać jego wrażliwość, umiejętność wczuwania się w sytuację Innego, ciekawość świata – rezultat tekstowy jest oczywiście odwrotny:  opublikowana relacja dowodzi ciasnych horyzontów autora i nieuświadomionych uprzedzeń, pokazuje rozdęte ego, różne śmieszne małe grzeszki. Tak było w przypadku fatalnej książki Joanny Bator, Wyspa łza. Tak jest też w przypadku wspomnień Sigrid Rausing. Dawno już żadna książka nie doprowadziła mnie do takiej absolutnej furii, do zdziwienia, jak durny i pozbawiony elementarnej wprost zdolności do refleksji może być pisarz. Ale po kolei: Rausing to antropolożka, wybitna badaczka, która skończyła studia na University of York i University College London, ma doktorat, współpracuje z „Guardianem” i „Sunday Timesem”. Przepisuję to wszystko z okładki, bo nic, ale to nic w tekście nie potwierdza tych wszystkich tytułów. Gdyby wziąć pod uwagę poziom refleksji, to matura byłaby szczytowym życiowym osiągnięciem Rausing. Pod warunkiem, że na maturze dostałaby temat „Ja i moje ego”.
     
    Zawsze mi się wydawało, że antropolog to badacz, który skupia się na innych, na otoczeniu, że jego praca jest trudna, bo musi całkowicie otworzyć się na Innego, wejść w obcą kulturę, patrzeć ze zdziwieniem, ale niczego nie przyjmować za dziwne, odrzucić kategorię „nienormalności”. Obawiam się jednak, że Rausing idzie dokładnie w przeciwną stronę. Urodzona w Szwecji i wychowana w Wielkiej Brytanii, na Estonię patrzy z góry i co chwila serwuje frazy: „Estonia nadal nie była normalna”. Do rzeczywistości postsowieckiej, do wsi, w której dopiero co zlikwidowano kołchoz przyjeżdża, by badać warunki życia i światopogląd mieszkańców w 1993 roku. Jest zimno, wszyscy noszą jakieś bezkształtne, szare grube ubrania. Rausing jeździ Volvo i nosi gruby żakiet od Armaniego. Ciągle notuje ze zdziwieniem, że większość nie ma wszystkich zębów, ani nie ma zwyczaju uśmiechania się do przechodniów. Język estoński, którego zaczęła uczyć się na studiach, wydaje jej się wyjątkowo trudny i uznaje, że to „język wymyślony w zimowe noce przez starszyznę plemienną”, komplikowany z premedytacją. Przydzielone jej mieszkanie, do którego wprowadza się na czas badań, wydaje się brudne i wymaga nieustannego szorowania i polewania wrzątkiem. Wszystko jest głupie i brudne, wywołuje w autorce opór i poczucie zagrożenia. Warunki życia porównuje do Szwecji i Wielkiej Brytanii, co wypada zawsze na niekorzyść Estonii. Rausing nie rozumie, dlaczego mieszkańcy zachodniej Estonii boją się powrotu Szwedów (którzy wyjechali w czasie wojny), jest bowiem przekonana, że ich powrót dałby szanse na rozwój. Cytuje Doktora Żywago (powieść z roku 1957) i traktuje go jako tekst współczesny, szuka w nim opowieści o szyldach i umieszcza jako kontekst dla estetyki miasta w 1993 roku.
     
    W powyższych teoriach widać kolonialną perspektywę autorki: przekonanie, że normą jest poziom życia, jaki zna z Zachodu i dopiero, gdy Estonia do niego doszlusuje, to stanie się państwem normalnym. Reprezentantka wyższej kultury wybiera się na Wschód do egzotycznej krainy i z idiotycznym wprost zacięciem opisuje, jak to ludzie piją, nie pracują, nie są przedsiębiorczy, w kinach śmierdzi papierosami. Rausing nie pyta o przyczyny pewnych zjawisk (np. o fatalny stan uzębienia), traktuje je za to jako kolejne dowody niższości cywilizacyjnej Estończyków. Nie przeczytała, biedactwo, wystarczająco dużo o wojnie, skoro nie rozumie lęku przed powrotem Szwedów. Nie kwestionuje słów swoich rozmówców, nie potrafi usłyszeć tego, co pada między słowami. Jedna z jej estońskich przyjaciółek mówi, że w kraju zaczyna się rozrastać mafia. Zjawisko to jest przerażające z powodu przemocy, ale także dlatego, że szeregowi członkowie mafii rekrutują się głównie spośród „ludzi z Kaukazu” – dzikich i barbarzyńskich. Rausing nie pyta, skąd to przekonanie, nie widzi, jak pracuje tu mitologia narodowa i stereotypy socjologiczne. Skąd miałaby to przecież wiedzieć, skoro ani w Szwecji, ani w Wielkiej Brytanii nie ma takich zjawisk.
     
    Sięgnęłam po tę książkę, bo uwielbiam Sofi Oskanen, bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o Estonii, a książka o życiu byłych kołchoźników wydawała mi się idealna (zwłaszcza tak nieefektowna, jak zapiski antropolożki, która odwiedza nadmorską wieś). Kołchoz to przecież świetny filtr, jego dzieje pokazują zarówno proces sowietyzacji, narzucania obcego porządku zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym. Andrzej Stasiuk z opowieści o polskich pegeerach wielokrotnie przecież czynił wstęp do opowieści o polskich peryferiach, o polskiej biedzie i wychodzeniu z komunizmu. Obawiam się jednak, że Stasiuk w życiu swoim nie założyłby żakietu od Armaniego, a z pewnością nie pisałby o nim w relacji z podróży. Tymczasem Sigrid Rausing nic nie wie o miejscu, o którym napisała pracę doktorską, w którym przez rok pracowała jako nauczycielka angielskiego (biadając, że kolejne sprawdziany wypadają bardzo źle). Nie zadawała odpowiednich pytań, nie potrafiła patrzeć. Jej promotor powiedział, że badania terenowe to wstęp do odkrycia prawdziwego „ja” badacza i to faktycznie chyba Rausing potraktowała jako zadanie do wykonania. W jednym z listów zwierza się promotorowi, że musi opuścić swoją kwaterę, bo jej współlokator, gdy pije (a robi to ciągle), wykazuje nią niezdrowe zainteresowanie. Cóż, kogo nie uwiodłaby czysta i higieniczna księżniczka z Zachodu….

     

    Rozpacz.