Tag: literatura dziecięca

  • Dziadek będzie księżniczką

    Grzegorz Kasdepke, A ja nie chcę być księżniczką
    Nasz Księgarnia 2015
    il. Emilia Dziubak
     
    Lubię książki Grzegorza Kasdepke za ich przewrotność i humor – dokładnie taka jest właśnie A ja nie chcę być księżniczką. Marysia odgrywa scenki z rodzicami i dziadkami. Za każdym razem taka sama scenka: uwięziona księżniczka, smok, rycerz, który próbuje go pokonać, martwi rycerze, którzy polegli w walce. To Marysia przydziela jednak role – ona zawsze jest smokiem, królewną – mama, rycerzem – tata. Dziadkowie nudzą się na podłodze w strojach kościotrupów. Babcia wciąż namawia Marysię, by została księżniczką i Marysia, naciskana i lekko już znużona zabawą, decyduje się na zmianę. Smokiem zostaje babcia, a księżniczką dziadek. Marysia zaś zamienia się w basztę. Babcia jest oburzona: „Przecież jesteś śliczna jak księżniczka”. Marysia jednak nie tylko jest niezależna, ale i rezolutna, bo odpowiada: „No to będę ślicznym smokiem”.
     
    Kasdepke opowiada zatem mądrą historię o mądrej dziewczynce, która nie poddaje się naciskom starszych, nie godzi się na rolę ładnej panienki, wybiera aktywną zabawę. W gruncie rzeczy A ja nie chcę być księżniczką to książka o definiowaniu wizerunku i roli kobiety. Babcia, domowa despotka (to, że w drugim podziale ról ona właśnie zostaje smokiem ewidentnie o tym świadczy), próbuje wcisnąć Marysię w schemat dziewczynki ładnej, grzecznej i skupionej na ładnych, grzecznych i różowych zabawach. To także zabawna opowieść o nowej definicji męskości, która spełnia się nie w obowiązkach macho rycerza, ale czułego ojca: ojciec jako rycerz nie może uwolnić księżniczki, za każdym razem zostaje pokonany przez smoka. Jego słabość wynika tu jednak z troski: „Może zdejmę zbroję (…). Żebyś nie skaleczyła się w język?” – pyta Marysię-smoka.
     
     Fantastyczne są też ilustracje Emilii Dziubak, której prace bardzo lubię. To ona właśnie ilustrowała dwie książki, o jakich już pisałam – Proszę mnie przytulić i Uśmiech dla żabki Piotra Wechterowicza. Dziubak opowiada tę historię w dwóch wątkach: raz rysuje Marysię w stroju smoka z uroczym, dyndającym jej nad czołem pyskiem, a raz to, jak Marysia postrzega siebie – czyli smoka-giganta ziejącego ogniem, ledwo mieszącego się w domowym salonie.

     

    Świetna, dowcipna i mądra książka. Zabawna dla dzieci, dydaktyczna zaś dla rodziców. 

     

     
  • Dom słowackiej księżniczki

    Carson Ellis, Domy
    Wilga 2016
     
    Gdybym musiała policzyć godziny, które spędzam na czytaniu, okazałoby się, że zdecydowanie więcej czasu poświęcam na czytanie literatury dziecięcej. Właściwie jakby się nad tym zastanowić, powinnam myśleć o sobie nie jako o jako o krytyczce, a nie lektorce, bajko-czytaczce. Rano, po przedszkolu, przed zaśnięciem czytam wciąż książki dziecięce. Analizujemy je w tramwaju, w czasie mycia zębów, przerzucamy się cytatami. Żadnej książki dla dorosłych nie przegaduję tyle razy, tak dogłębnie, jak książek dziecięcych. Żadnej też, z małymi wyjątkami, nie czytam tyle razy, co serii o Albercie Albertsonie (Zakamarki), dzieci z Bullerbyn (Nasza Księgarnia), nowego wydania Tuwima (Wytwórnia). A jeśli J. podsunie mi w tym tygodniu jeszcze raz Pod wodą, pod ziemią, to nie ręczę za siebie (książka świetna, J. ją uwielbia, ale mnie już pokonała, zajeździła na śmierć).
     
    Zasada jest taka: do domu można przynosić tylko ładne książki dziecięce. Książki brzydkie (a kilka nam się trafiło) – nie trafiają na półkę w pokoju. O tym, dlaczego tak robimy – napiszę kiedyś osobno.
     
    Książka Domy trafiła zaś na półkę dziecięcą bardzo szybko, bo jest piękna. Wyróżnia się i to nawet wśród wyjątkowo ładnych książek dla najmłodszych. To w gruncie rzeczy książka obrazkowa, nietypowy picture book, bo na każdej stronie jest tylko jedno zdanie. Nie jest to jednak książka dla najmniejszych dzieciaków, lecz dla tych powyżej 3 lat, bo pojedyncze zdanie odnosi do szczegółowych, z pietyzmem malowanych ilustracji. Dom na wsi i dom w mieście, dom niski, dom japońskiego biznesmena – to tylko kilka z obrazków realistycznych. Do nich jednak Carson Ellis dorabia drugi poziom – domy fantastyczne: dom nordyckiego boga, domy Atlantydy, dom księżycoluda, dom w bucie, dom Calineczki, dom w dziupli. I cała seria domów lokalnych: słowackiej księżniczki, dom francuski, dom z Kenii, bogato dekorowany domek z amerykańskiej prowincji, dom rosyjskiej babuszki.
     
    Ostatnie ilustracje przedstawiają rodzaj autotematycznej gry – pojawia się dom artystki, autorki, a w jej pokoju do pracy widać szereg elementów, które umieściła w innych domach (i tu zabawa w odnajdywanie elementów).
     
    Książka-bajka. Świetna do szybkiego oglądania, ale też do rozmowy o tym, jak mieszkają inni, czym się charakteryzują inne kultury. Sięgamy po mapę świata i pokazujemy kontynenty, na których ulokować można konkretne domy – świetna zabawa dla najmłodszych, dla rodziców małe wsparcie do wykładu z antropologii. Genialna, fantastyczna, ale też mocno zakorzeniona w rzeczywistości rzecz.

     

  • Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Joanna Olech, Edgar Bąk, Kto ty jesteś?

    Wytwórnia 2013
    Trudno opowiedzieć dzieciom o pojęciach abstrakcyjnych, jeszcze trudniej zaś opowiadać w Polsce o patriotyzmie, bo to chyba najtrudniejszy dla nas rodzaj abstrakcji. Tymczasem Joanna Olech konstruuje opowieść o patriotyzmie przez pryzmat jego przejawów – wybiera postawy i czynności, które dziecku wydadzą się oczywiste: oszczędzanie wody, zbieranie śmieci, pielęgnowanie języka, kasowanie biletu. Wszystkie te zachowania mają pokazać, że patriotyzm realizuje się poprzez zwykłą troskę o otoczenie, tworzenie wspólnoty i podtrzymywanie więzi społecznych.
     
    Olech wybiera na przemian formy żeńskie i męskie, pisze o patriotach i patriotkach, o tym, że trzeba słuchać opowieści dziadków, rozmawiać z nimi gwarą, żeby zachować wszystkie odrębności, które składają się na polszczyznę. Pisze też o tym, czego nie należy robić – bić, wyzywać, ściągać na sprawdzianach. Kładzie nacisk na życie wspólnoty, na codzienny wkład w jej tworzenie i pielęgnowanie – zamalowywanie napisów na murach, sprzątanie po psie, sadzenie drzew, porządkowanie zapomnianych cmentarzy. Za pomocą przyziemnych aktywności pozwala oswoić abstrakcję, przenieść patriotyzm z dziedziny niewyobrażalnych pojęć do doświadczenia codziennego. Wprowadza też małego Polaka-patriotę w życie nie tyle narodu, co społeczeństwa, w życie wspólnoty połączonej innymi i mocniejszymi więzami niż tylko fakt urodzenia w tym samym państwie.

    Jednocześnie czytać można tę książeczkę jako podręcznik dla dorosłych – jako przypomnienie, czym jest patriotyzm inny niż stadionowy i bojówkarski. Bo opowieść Olech to właśnie wywód na temat nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnego narodu, który nie idzie od razu na wojnę (o tej dominującej tradycji przypomina tytuł książki pochodzący z wierszyka Bełzy), ale w pokojowych warunkach pielęgnuje swój patriotyzm. Wspólnota jest tutaj ważniejsza niż naród, bo o budowę wspólnoty przecież chodzi, o więzi i zaufanie społeczne. Patriotyzm to także wiedza o historii i dlatego pisze Olech: „Wiem, skąd się wziął francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką”.
     
    To książka z 2013 roku, ale piszę o niej teraz, w sezonie zakupów przedświątecznych, bo warto ją mieć i warto podarować dzieciakom. Dzięki niej nie tylko nabrać można dystansu, ale i przypomnieć sobie, czym naprawdę jest patriotyzm. 

     

  • Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Jedna z najgłośniejszych książek dziecięcych tego roku. Mocna, budząca kontrowersje rzecz. I wbrew tytułowi, wcale nie chodzi o zwartość nocnika, a o język.

    Króliczek Henio mówi wciąż tylko jedno – właśnie „Kupa siku”. Odpowiada w ten sposób na wszystkie pytania i prośby. Zostaje jednak pożarty przez wilka i gdy ojciec-lekarz wyciąga go z wilczej paszczy, Henio wysławia się niczym dwuletni erudyta. Zaskakuje jednak na ostatniej stronie, gdy wraca do swej roli łobuza-rozrabiaki. Poproszony o umycie zębów, odpowiada bowiem dumnie: „Pierdu śmierdu!”.

    To właśnie ta ostatnia strona budzi kontrowersje i sprzeciw rodziców. Bo sama opowieść jest świetna, poświęcona budowaniu tożsamości, poczucia indywidualności. Pełna różnych freudowskich podtekstów: wilk po pożarciu królika sam zaczyna mówić „Kupa siku” (przejęcie osobowości), dzięki czemu ojciec Henia domyśla się, co się stało z synem. Wydobywanie królika z paszczy wilka to przecież w psychoanalitycznym porządku scena ponownych narodzin! Niestety wszyscy jednak potykamy się na ostatniej stronie, w której tekst wypada jednak poza to, co wypada i staje się zbyt dosłowny.

    Stephanie Blake to we Francji potęga, nazwisko z wysokich pozycji list bestsellerów, autorka serii opowieści o Heniu. Wiele z nich ma charakter problemowy, pomaga odstawić smoczek, przesiąść się na nocnik, zaakceptować młodsze rodzeństwo. To wszystko książki odważne, przełamujące różne tabu, jeśli nie językowe, obyczajowe, to przynajmniej estetyczne – w jednej z niewydanych u nas książek Henio wydłubuje z nosa gigantyczną wprost kozę. Humor jest więc tu za każdym razem ostry, na granicy dobrego smaku. Ale może to jednak ciągle jest tylko dobry smak rodziców?

  • Najfajniejsza jest Klara

    Najfajniejsza jest Klara

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    To trzeci tom trylogii Barbro Lindgren, równie zabawny, jak dwa poprzednie, podobnie też skomplikowany na poziomie psychologicznym. Tym razem przygód doświadczają Boluś i Braciszek, który już trochę dorósł, wspólnie wyruszają nad staw tuż po tym, jak mama stanowczo takiej wyprawy zabrania. To staw jednak, a nie plac zabaw, stanowi centrum dziecięcego świata i na brzegu spotykają się dzieci grzeczne i niegrzeczne (wielki powrót klawych knurków!). Okazuje się, że Boluś i Braciszek dzielą fascynację miłosną: obaj bardzo kochają Klarę, ciemnoskórą, „najfajniejszą świnkę”. Gdy najgorszy klawy knurek, paskudny Rolcio, wpycha Braciszka do wody, to właśnie Klara bohatersko ratuje prosiaczka. Zazdrosny o siedzenie na kolanach Klary Boluś, stara się poślizgnąć, żeby także zostać uratowanym…

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    W poprzednich częściach Boluś był zazdrosny o braciszka, o zainteresowanie matki i jego fantastyczny smoczek. Teraz zabiega o zainteresowanie Klary, ale poza tym Braciszek staje się partnerem jego chłopackich przygód: więź umacnia się, prosiaczki chrumkają sobie wspólnie na dworze. Oczywiście wszystko komplikuje się, bo klawe knurki knują.

    Nie ma w tej ksiące nachalnej pedagogiki, żadnych dydaktycznych zapędów, poza sugestywnym morałem: mokrzy po upadku do wody chłopcy szukają schronienia, bo wiedzą, że nie mogą wrócić do domu (mama od razu się domyśli, skąd przemoczone ubrania) – nie istnieje zaś żadne inne bezpieczne miejsce.

    Zabawna opowieść, świetne, proste ilustracje, nieskomplikowana fabuła, w której autorka zakorzenia mnóstwo znaczeń. Boluś rządzi.

  • Co tak burczy?

    Co tak burczy?

    W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”.

    To kolejna już świetnie zrobiona książka Oli Cieślak, dowcipna, pouczająca i dobrze narysowana. Nie ma tu żadnych realistycznych ilustracji, mnóstwo za to rozwichrzonych, pozornie tylko niedopracowanych linii. Cieślak daje nam nowoczesną książkę dziecięcą.

    „Co tak furczy? Co tak burczy?” – pyta mały słoń. Chodzi oczywiście o burczenie w brzuchu, o głód, a tym samym o uczenie się o tym, co można zjeść. Autorka pokazuje jedzenie jako przygodę, a nie smętne przedszkolno-domowe medytowanie nad talerzem. W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”. Słoń i myszki codziennie zjadają coś innego. Jest to jadłospis egzotyczny, ale tylko na poziomie językowym. W środę zwierzątka spożywają renklody, w czwartek – radamer, w niedzielę – pavlovą. Cieślak pokazuje zatem, że jedzenie jest zabawne i ciekawe, nawet jeśli jemy ser żółty, śliwki albo tort z owocami i bezą. Na koniec: „Nie do wiary! Po tygodniu poluzować muszę spodium. Z taką dietą każdy zuch w tydzień wyhoduje brzuch!”. Cieślak przypomina, że za każdym daniem stoi jakaś historia, z każdą wiąże jakiś rymowany, prosty wierszyk, który wpadnie w ucho dwulatka-niejadka.

    To ważne, żeby dzieciom jedzenie nie kojarzyło się z tym, co nudne, żeby nie czuły się do niego zmuszane. Cieślak demokratycznie łączy w swojej książeczce to, co zdrowe (pomidorki ze szczypiorkiem) i to, co atrakcyjne (pizza, frytki), to, co dla dorosłych (camembert) i to, co dla dzieci (manna z miodem). Powstanie z tego książka-kuchnia fusion dla najmłodszych na grubych kartonowych stronach.