Tag: kwestionariusz tłumaczki

  • Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczki – Dobromiła Jankowska

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczki – Dobromiła Jankowska

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Od 2006 roku, od trzynastu lat.

    2. Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Nie, pracuję na etacie we wrocławskim Muzeum Pana Tadeusza (Ossolineum), jestem również koordynatorem Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Tłumaczenia to moja druga praca i drugie źródło dochodów po etacie.

    Kwestionariusz:

    1. Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Kiedy w Polsce jeszcze nikt nie słyszał o Greyu, przełożyłam „Wtorkowy Klub Erotyczny” Lisy Beth Kovetz dla serii „Do torebki” Wydawnictwa Dolnośląskiego. Dopiero zaczynała się moda na brytyjskie, irlandzkie i amerykańskie „chick lity”, a więc powieści kobiece, i pojawiło się na Polskim rynku dużo naprawdę przyzwoitej prozy – świetne wprawki dla początkujących tłumaczy. Przez kilka pierwszych lat tłumaczyłam właśnie prozę kobiecą i powieści dla nastolatków, zanim przeskoczyłam do non-fików dla Czarnego. Teraz, kiedy tłumaczę naprawdę wysokiej jakości prozę, tęsknię czasem (no dobrze, często), do zwykłych dialogów, niewymagającej fabuły i większej liczby wypożyczeń bibliotecznych. Tamta pierwsza książka miała być tylko sprawdzeniem, czy potrafię, okazała się pierwszą z ponad sześćdziesięciu (a z uwag redaktorskich do niej wciąż często korzystam).

    2. Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Pracuję w rytmie wymuszonym przez pracę etatową, więc moje dni wyglądają dość monotonnie: po ośmiu godzinach w biurze próbuję złapać oddech w drodze do domu, zjadam coś naprędce i siadam do tłumaczenia. W zależności od tego, jak bardzo ciężki był to dzień, tłumaczę do jedenastej, do północy, coraz rzadziej do drugiej czy trzeciej w nocy. Weekendy staram się w całości przeznaczać na tłumaczenie, wtedy udaje mi się trochę odespać. Często urlopy w muzeum wykorzystuję na nadgonienie pracy nad przekładem, ale praca w domu, kiedy nie dzwoni telefon i nie trzeba malować rzęs, to najlepszy odpoczynek. Organizm zaczyna się już buntować, ale przekonuję go, że na razie inaczej się nie da.

    3. Autor, którego się boję…

    To zawsze ten, którego zaczynam właśnie tłumaczyć. Nigdy nie wiesz, nawet jeśli wcześniej przeczytasz książkę, czy niespodziewanie nie pojawią się nawiązania do szkockich, mocno sparafrazowanych, ludowych ballad, które albo dostrzeżesz, albo nie, kumbryjski dialekt, fragmenty w afrikaans czy sto cytatów z innych książek (świeży przykład), co oznacza kilka dni spędzonych w Bibliotece Ossolineum. Niezmiennie boję się pytać autora (nawet jeśli go znam i mamy bezpośredni kontakt) o niejasne sformułowania czy błędy redakcyjne, które zauważę – pisarze często są przewrażliwieni na tym punkcie. Boję się poetów, choć po warsztatach z Billem Johnstonem już trochę mniej, ale chyba najbardziej boję się słabych pisarzy. Niskie pokłony dla Piotra Tarczyńskiego, bo ja na pewno bałabym się Paula Beatty’ego.

    4.Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Pozycja tłumacza w Polsce to gorący temat. Na pewno po 1989 roku tłumacze stracili sporą część szacunku, którym cieszyli się wcześniej – zalew popularnej literatury amerykańskiej i przede wszystkim uwolnienie rynku i miliony publikowanych powieścideł sprawiły, że zamiast kilkunastu uznanych tłumaczy z angielskiego pojawiły się ich setki – często słabych, piszących marnie po polsku. A kiedy zawód traci na wyjątkowości, to słabnie pozycja tłumacza. Od jakichś pięciu lat mam wrażenie, że powoli się to zmienia, oczywiście głównie dzięki działaniom Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, ale też samych tłumaczy, którzy pracują, by być widoczni. Pomagają w tym niektóre wydawnictwa, decydujące się na zamieszczenie na okładkach lub skrzydełkach nazwisk tłumaczy na równi z autorami (Karakter, Marginesy, Książkowe Klimaty) i te, które o tłumaczy dbają (od etapu umowy, przez redakcję, wpływ tłumacza na tytuł, liczbę egzemplarzy autorskich itp.). Dzięki temu możemy czuć się wyjątkowi i wykonywać dobrą robotę. Wiele jeszcze przed nami – choćby unormowanie stawek (w tym określenie minimalnej), egzekwowanie terminowych płatności i wprowadzenie na stałe umowy modelowej (teraz dobrą wolą wydawcy jest, czy zechce z niej skorzystać), ale światełko w tunelu jest coraz mocniejsze. Tłumacze wchodzą też do świadomości czytelników dzięki nagrodom (Boya-Żeleńskiego, Angelus, Gdynia) czy organizatorom targów książki. Istotne jest też przekładanie polskich autorów, w tym klasycznych, na języki obce – to zawsze dobre newsy. Tylko w 2018 roku ukazały się kolejne tłumaczenie „Pana Tadeusza” na język angielski (Billa Johnstona) i długo wyczekiwany włoski „Messer Taddeo” Silvano De Fantiego (poprzedni, pierwszy, autorstwa Arrigo Boito i Clotilde Garosci opublikowano w 1871!).

    5. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Usłyszałam kiedyś od jurora Nagrody im. Boya-Żeleńskiego, że nominowane książki muszą mieć „nowy język”. Na co dzień, do czytania, wystarczy, jeśli proza jest dobra i dobrze ją przełożymy, ale żeby otrzymać nagrodę za przekład, tłumacz musi zrobić coś więcej – stworzyć własną składnię, leksykę, czasem fleksję – z najnowszych przykładów zrobili to np. Tomasz Gałązka w „Długim marszu w połowie meczu” Bena Fountaina oraz ten sam tłumacz w „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a i wspomniany już Piotr Tarczyński w „Sprzedawczyku”. Specem od nowego języka jest też Marcin Wróbel. Nie wspominam o ostatnich przekładach klasyków, bo to temat na długą, osobną dyskusję, ważniejsze są dla mnie książki niedawno napisane i od razu tłumaczone. Przekład to zawsze „zarządzanie ryzykiem” polsko-obcym, ponieważ nierzadko bywa, że zamierzony efekt albo nie zostaje w ogóle osiągnięty, albo okazuje się inny niż zamierzony, tym samym szkodząc odbiorcy nowo powstałego tekstu i tekstowi oryginalnemu.

    6.Jak to jest być tłumaczem z angielskiego w Polsce?

    Być tłumaczem z angielskiego w Polsce to być jednym z wielu. To często bitwa o to, by czymś się wyróżnić – szybszym tempem, lepszą interpunkcją, większą wyrozumiałością wobec spóźnionych płatności (niestety). Dobrze jest zaprzyjaźniać się z wydawcami, redaktorami, innymi tłumaczami – zwiększać tym samym opcje na otrzymanie zlecenia, bo bardzo trudno jest wystartować od zera w tym najpopularniejszym z języków. Plusem jest ogromny wybór literatury do tłumaczenia – od dziecięcej, przez młodzieżową, popularną, kobiecą, historyczną, niekomercyjną, poezję, popularno-naukową, specjalistyczną… W Polsce wciąż mnóstwo się przekłada z angielskiego, co też oczywiście oznacza, ze dużo książek ginie w otchłani i czasem trzeba się z tym po prostu pogodzić. Ja mam szczęście, bo dostaję dobre prozy – i po publikacji każdej z nich ukazuje się co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt recenzji w najróżniejszych mediach (blogach, czasopismach drukowanych i internetowych, w telewizji) – z ostatnich moich dziesięciu przekładów żadna książka nie przeszła bez echa. Wiem, że to niezwykłe i bardzo doceniam starania wydawców, choć to „po prostu” są dobre książki (albo przynajmniej kontrowersyjne jak „Jej ciało i inne strony”).

    7. Tłumaczowi nie wolno…

    Nie wolno zadzierać nosa (w tekście), nie wolno zasłaniać autora, nie wolno go ulepszać (jeśli nie są to błędy rzeczowe), nie wolno z nim walczyć. Nie wolno zaniedbywać słów i ich nadużywać, należy szanować oryginał i pamiętać, że nie piszemy książki od nowa (nawet jeśli kłuje nas ambicja). Jestem zwolenniczką jak najściślejszego trzymania się oryginału, nie lubię szaleć, jeśli zdanie jest proste, nie lubię dokładać słów, których tam nie ma. Tłumacz przede wszystkim musi dbać o polszczyznę – do znudzenia powtarzam do w każdym wywiadzie – obce słowo można sprawdzić w słowniku i w kontekście, ale żeby użyć go w przekładzie, trzeba przede wszystkim znać język polski, jak najwięcej czytać, słuchać i pisać.

    8. Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Rolą tłumacza jest bycie „tragarzem słów”, jak mawiał Henryk Bereska. Trochę już wspomniałam o tym wyżej, zatem tu krótko: tłumacz jest odpowiedzialny za każde słowo, które puszcza dalej w świat, zatem nie tylko za siebie, ale też za autora, tekst oryginalny i ten w wersji polskiej.

    9. W przekładach innych szukam…

    …błędów i olśnień.

    10. W tłumaczeniu najbardziej nie lubię…

    W tłumaczeniu jako procesie – frustracji, kiedy nie rozumiem – ale tak stuprocentowo nie rozumiem, nie tylko słowa, ale zdania, kontekstu, sensu, kiedy nie pomaga słownik, a zaprzyjaźnieni native speakerzy mówią, że też nie rozumieją. Kiedy trzeba (rzadko, ale jednak) zostawić jakieś rozwiązanie, choć wcale nie jesteśmy go pewni, a wręcz wiemy, że autor chyba nie do końca właśnie to chciał powiedzieć. Nie lubię, kiedy autorzy nawiązują do swojego życia bardzo prywatnego (choćby w podziękowaniach), a nie można ich o to dopytać, bo albo nie wypada, albo po prostu nie ma z nimi kontaktu (a agent milczy). Musieć zgadywać – tego nie lubię najbardziej.

    Dobromiła Jankowska – tłumaczka z języka angielskiego. Niedawno w jej przekładzie ukazały się „Brud” Davida Vanna, „Madame Zero i inne opowiadania” Sarah Hall i „Przyjaciel” Sigrid Nunez (wszystkie w wydawnictwie Pauza).

    Cykl powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • Kwestionariusz tłumaczki – Magdalena Kamińska-Maurugeon

    Kwestionariusz tłumaczki – Magdalena Kamińska-Maurugeon

    Metryczka:

    1.         Od ilu lat tłumaczę?

    Od 18 lat z przerwami. Pierwsza, przetłumaczona przeze mnie książka, ukazała się w listopadzie 2001 roku.

    2.         Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Drugie źródło dochodu, po tłumaczeniach audiowizualnych (filmy dokumentalne i fabularne, scenariusze filmowe). Książek tłumaczę mniej, co naturalne, ale przekład literacki uważam za trzon swojej działalności.  

    Kwestionariusz:

    • Pierwszą książkę przełożyłam…

                W 2001 roku, był to „Mój dziadek Picasso” Mariny Picasso, na zlecenie nieistniejącego już wydawnictwa Historia i Życie.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

                Wiele zależy od tego, ile mam czasu na oddanie gotowego tłumaczenia, oraz od charakteru przekładanego akurat tekstu. Zazwyczaj czytam książkę przed tłumaczeniem i jeśli jest  taka  konieczność, staram się „obczytać” temat, a przynajmniej zebrać materiały, których dotyczy np. tematyka książki i zaglądać do nich na bieżąco.  Gdy mam na warsztacie tzw. czytadło, siadam do niego z marszu. Pracuję codziennie, średnio około  8 godzin, czyli etat.  Oczywiście nie zawsze poświęcam cały ten czas wyłącznie na   przekład literacki. Często  robię kilka projektów jednocześnie (np. film i książkę), staram się wówczas podzielić  czas pracy między te projekty. Jeśli jest taka konieczność – np. przed oddaniem książki – pracuję również w weekendy. Gdy moje dzieci były bardzo małe,  zajmowałam się nimi w ciągu dnia i pracowałam wieczorem i w nocy. Gdy poszły do przedszkola/szkoły – pracowałam, gdy nie było ich w domu, i czasem także w nocy. Teraz starszy syn studiuje i nie mieszka już ze mną na co dzień. Pracuję, gdy młodszy syn jest w szkole i /oraz w nocy. Pracuję w domu, czasem w Bibliotece Narodowej w Warszawie, a w momentach dużego natężenia pracy i dużej liczby ludzi w domu, zdarza mi się korzystać  z przestrzeni coworkingowych.

    • Autor, którego się boję…

    Assia Djebar

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Średnia. Do tej pory nazwiska tłumaczy bywają pomijane w recenzjach, zarówno w prasie i w telewizji, jak i w sieci, zdarza się jeszcze cytowanie przekładu bez podawania nazwiska tłumacza. Nie powiem nic oryginalnego, gdy     stwierdzę, że często nazwisko tłumacza pojawia się w negatywnym kontekście, gdy ktoś chce mu wytknąć błędy, lub skrytykować przekład.  Choć oczywiście zdarzają się sytuacje odwrotne. Ostatnio, dzięki Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury (do którego nie należę, bo mam opór przed zrzeszaniem się, ale którego działalność podziwiam i popieram) tłumacze literaccy stają się bardziej widoczni i ich praca bywa doceniana. Z prywatnych anegdot mogę przytoczyć np. taką: w 2015 roku, wraz z kilkoma innymi tłumaczami (m.in. Anną Wasilewską, Krystyną Rodowską czy Jackiem Giszczakiem), zostałam odznaczona    francuskim Orderem Sztuki i Literatury (Chevalier des Arts et des Lettres) za zasługi         popularyzowania literatury francuskiej w Polsce. Ceremonia odbyła się w Warszawie, w Ambasadzie Francji, ale chyba żadne polskie media o tym nie wspomniały, raczej nikogo to  nie interesuje. Nie jest to także zawód przynoszący zawrotne zarobki i nie sądzę, by to się zmieniło.  

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

                Do takiego, w którym pozostaje on zrozumiały dla polskiego odbiorcy.

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

                Francuska literatura w Polsce ma swoich amatorów, choć hity zdarzają się rzadko. Książki, które we Francji otrzymują nagrody literackie, w Polsce często przechodzą bez echa, mimo że są wydawane po polsku. Nie narzekałam nigdy na brak zleceń, natomiast frustrujące bywa to, że często naprawdę dobre książki są słabo promowane, bo nie są anglosaskie czy     skandynawskie. Wiele ciekawych francuskojęzycznych pozycji nie zostaje wydanych w Polsce, choć zasługiwałyby na to, ale wydawnictwa boją się ryzykować.  Język francuski to nie tylko Francja. Bardzo chętnie tłumaczyłabym autorów z Kanady, Szwajcarii, Luksemburga czy frankofońskich krajów Afryki, gdybym miała taką możliwość.

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Oszukiwać, upiększać, oszpecać, naddawać, cenzurować i ciąć oryginału, traktować przekładanego tekstu jak podpórki do roztaczania własnych uroków, nieuczciwie traktować autora. W miarę możliwości, tłumacz nie powinien powielać błędów merytorycznych autora. Ogólnie tłumaczowi nie wolno traktować oryginału  pochopnie i niepoważnie, czy bagatelizować  różnych kwestii. Moim zdaniem kluczem jest uważność i szacunek do oryginału oraz jego autora.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?  

    Służebna 😉 Mam zrobić to tak, żeby osoba, która nie zna języka oryginału, mogła poznać tekst w formie i treści jak najbardziej do tego oryginału zbliżonej.  Zatem „służę” oryginałowi swoją znajomością języka (francuskiego i polskiego – porządna znajomość polszczyzny jest bardzo ważna), swoim doświadczeniem,  warsztatem etc. Nie znaczy to, że jestem wyłącznie odtwórcą, tłumacz literacki musi mieć w sobie pierwiastek twórczy, ale wykorzystuje go inaczej, niż np. pisarz.

    • W przekładach innych szukam…

    inspiracji, rozwiązań, na które sama nigdy bym nie wpadła, olśnień, wzorów…

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię…

    Więcej lubię, niż nie lubię. Lubię tę pracę, bo lubię literaturę. Zazwyczaj, gdy siadam do kolejnego tłumaczenia, czuję lekki dreszczyk emocji, wielokrotnie praca nad książką bywała dla mnie ratunkiem. Ta praca bardzo zasysa. Właściwie cały czas jestem w pracy. I może to bywa uciążliwe – zabieram komputer nawet na „wakacje”, bo terminy nie wybierają, i zdarzało mi się, podczas gdy inni spokojnie  odpoczywali, szukać dostępu do prądu oraz sieci w bardzo dziwnych miejscach, żeby zdążyć na czas, co bywa stresujące, ale z drugiej strony, przynajmniej nie jest monotonnie.

    Magdalena Kamińska Maurugueon – tłumaczka literatury, filmów fabularnych oraz dokumentalnych. Przełożyła m. in. „Łaskawe” Littella, „HHhH” Bineta, „Kamień cierpliwości” Rahimiego.

  • Kwestionariusz tłumaczki – Julia Różewicz

    Kwestionariusz tłumaczki – Julia Różewicz

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz

    Metryczka:

    • Od ilu lat tłumaczę?

    Zawodowo od 11 lat, wcześniej, na studiach trochę też, łącznie koło 15.

    • Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Moją główną pracą jest prowadzenie wydawnictwa, jednak tłumaczę dla niego wiele tytułów, praca tłumaczki jest więc prawie na równi z pracą wydawcy. Jeśli chodzi o to, z czego żyję, jest to jednak głownie sprzedaż wydanych i przełożonych tytułów.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    w roku 2007

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Z racji prowadzenia całego wydawnictwa rzadko mogę skupić się wyłącznie na pracy tłumaczeniowej, jednak kiedy się to udaje, staram się robić to ciągami „aż do omdlenia”, czyli długie bloki po kilkanaście godzin. Często wykorzystuję na to chwile, kiedy dziecko jest na dłuższy czas poza domem (wakacje, ferie, weekend u babci 😉

    • Autor, którego się boję…

    Każdy zły autor – nie ma nic trudniejszego, niż złe książki, trudne, ale dobre mnie nie przerażają.

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    coraz lepsza

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Może do większego, niż oryginał, bo nie dość, że trzeba zastąpić neologizmy oryginału neologizmami polskimi, to trzeba znaleźć ekwiwalenty, często naciągane, zjawisk i słów w oryginale neologizmami nie będących, ale po prostu nie występującymi u nas. Osobiście mogę się pochwalić kilkoma słowostworami, które weszły do polszczyzny, np. niedoparki – stworki pożerające po jednej skarpetce z pary, czy gilgotałek usypiałek, czyli wibrator 😉 ale z samej czeszczyzny jest tego masa, choćby bawidułka – człowiek, który siedzi w knajpie i snuje opowieści (czeski pábitel) – propozycja Cecylii Dmochowskiej.

    • Jak to jest być tłumaczem z małego języka w Polsce?

    Nie narzekam, czeski ma się dobrze, zarówno pod względem tłumaczeń użytkowych, jak i literackich, pracy jest dość, ludzi mniej (trafiają do mnie pracodawcy poszukujący osób z czeskim, narzekają na brak „głów do pracy”), na pewno jest to rozwiązanie bardziej perspektywiczne, niż zostać np. anglistą, tych jest od groma 🙂

    • Tłumaczowi nie wolno…

     Zakładać, że czytelnik wie tyle, co on (o danym kraju, jego realiach, sytuacji); bać się wyjść poza; być zbyt pokornym wobec oryginału; tłumaczyć bez polotu; nie słyszeć tego, co się pisze (rytm!); nie sprawdzać, gdy nie jest pewien, jest tego dużo, dużo więcej. Na szczęście dużo nam tez wolno:)

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Przerażająco odpowiedzialna

    • W przekładach innych szukam…

    Odpowiedzi na zagwozdki, które i mnie gryzą

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Słów i zjawisk bez polskiego ekwiwalentu, które trzeba zastępować półprawdą lub opisem, żmudnych i nudnych nazw instytucji i stanowisk urzędowych, nadmiaru nazw miejscowych (wieczny dylemat, czy zostawić np. nazwę ulicy/placu po czesku, czy jednak spolszczyć), kiepskiego stylu oryginału.

    Julia Różewicz –  absolwentka bohemistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, wydawczyni,tłumaczka literatury czeskiej. Od 2010 prowadzi wydawnictwo Afera specjalizujące się w najnowszej literaturze czeskiej. Laureatka nagrody „Literatury na Świecie” 2014 w kategorii Nowa Twarz za przekład książki Petry Hůlovej Plastikowe M3, czyli czeska pornografia. Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia 2018 za przekład książki tej samej autorki pt. Macocha. Jurorka konkursów przekładowych (2015-2017 – jury czeskiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury, od 2014 – konkurs tłumaczeniowy im. Susanny Roth, od 2018 jury Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

    W lipcu odpowiedzi Krzysztofa Cieślika oraz Magdaleny Kamińskiej – Maurugeon.

    Cykl powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • Kwestionariusz tłumaczki – Beata Geppert

    Kwestionariusz tłumaczki – Beata Geppert

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Od czterdziestu. Ale literaturę piękną (z jednym wyjątkiem) od kilkunastu.

    2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Teraz tak, ale nie tylko tłumaczenia literackie. Jestem też tłumaczką kabinową.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    W 1983 roku. Była to książka znajdująca się na indeksie (Listy z Rosji Custine’a), została więc wydana w londyńskim Aneksie pod pseudonimem Katarzyna Czermińska. Taka zabawna anegdota: w odstępie bodaj dwóch tygodni ukazała się moja wersja w Londynie i czyjaś (nie wiem czyja, też pod pseudonimem) w Paryżu. Porównania były bardzo pouczające…

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Jak już siadam, to siadam. Przekładam najchętniej bez uprzedniego czytania książki. Po pierwsze, żeby sobie nie psuć zabawy, po drugie, żeby nieświadomie nie zasugerować się ciągiem dalszym. Przy czym tłumaczę nawet nie zdanie po zdaniu, ale od przecinka do przecinka. W przypadku ostatniego Houellebecqa było to dość rozrywkowe i ryzykowne przedsięwzięcie: jedno ze zdań miało ok. 4000 znaków, a ja od przecinka do przecinka. Oczywiście niekiedy (często) wymaga to cofania się do początku zdania i wprowadzania dość radykalnych zmian. (Tylko z poezją tak się nie da). Po zrobieniu „rybki” dwa, trzy dni przerwy i siadam do poprawek: 1) wstępne wygładzenie tekstu, 2) sczytywanie z oryginałem (fajne kwiatki czasem znajduję!), 3) końcowe poprawki z papieru. Potem jeszcze jedne poprawki po otrzymaniu uwag redaktora i ostatnie poprawki po składzie. Za każdym razem jest co robić…

    • Autor, którego się boję… Nie znam.

    Ale pewnie jest takich mnóstwo. Aha, boję się poetów. Wszystkich.

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Do kitu. Nie dość, że stawki nie powalają, do tego recenzenci często „zapominają”, że polską wersję zawdzięczają tłumaczowi. Tyle że – z tego, co wiem – nie jest to tylko polski problem. Marna pociecha.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    W moim przypadku w ogromnym stopniu. Po pierwsze, dzięki współpracy z redaktorem człowiek zapoznaje się ze swoimi własnymi błędami (moją piętą achillesową zawsze była interpunkcja, która chyba uległa znacznej poprawie). Po drugie, dzięki współpracy z tekstem człowiek rozwija swój własny styl i słownictwo. Ostatnio popełniłam na FB tekst ewidentnie nawiązujący do stylu Houellebecqa (bez premedytacji z mojej strony, tak wyszło).

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

    Nie wiem.

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Robić kalek językowych, przekładać dosłownie, nieświadomie powtarzać kilka razy z rzędu to samo słowo (co innego świadomie jako zabieg stylistyczny autora)… Poza tym tłumacz nie powinien się uważać za mądrzejszego od autora. Skoro jesteś mądrzejszy, napisz własną książkę. Kiedy tłumaczysz, próbuj być w miarę niewidoczny. Nie należy również puszczać ewidentnych kiksów autora (chrzest Polski w 976 roku). Czasem się staje przed wyborem – czy poprawić w tekście, czy dać przypis. Moim zdaniem, to zależy. Zazwyczaj robię to na czuja.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Hm… Przekazać go polskiemu czytelnikowi w taki sposób, żeby tekst się czytał, jakby był napisany po polsku, jednocześnie nie zatracając tego, co charakterystyczne dla autora.

    • W przekładach innych szukam…

    Niestety, błędów. Tzn. ja ich nie szukam, one same mnie znajdują.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    tłumaczenia kiepskich książek. Ostatnio miałam do czynienia z książką, którą mogłam albo przerobić, bo się kompletnie, ale to kompletnie kupy nie trzymała, albo zerwać umowę. Wybrałam to pierwsze. Hardcore!

    Beata Geppert – tłumaczka literacka i konferencyjna z języka francuskiego. W jej przekładzie ukazały się powieści Michela Houellebeqa, Le Clezio, Colette, Jean-Paula Didierlaurenta.

    Za dwa tygodnie – Julia Różewicz.