Tag: kwestionariusz tłumacza Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury

  • Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczki – Dobromiła Jankowska

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczki – Dobromiła Jankowska

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Od 2006 roku, od trzynastu lat.

    2. Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Nie, pracuję na etacie we wrocławskim Muzeum Pana Tadeusza (Ossolineum), jestem również koordynatorem Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Tłumaczenia to moja druga praca i drugie źródło dochodów po etacie.

    Kwestionariusz:

    1. Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Kiedy w Polsce jeszcze nikt nie słyszał o Greyu, przełożyłam „Wtorkowy Klub Erotyczny” Lisy Beth Kovetz dla serii „Do torebki” Wydawnictwa Dolnośląskiego. Dopiero zaczynała się moda na brytyjskie, irlandzkie i amerykańskie „chick lity”, a więc powieści kobiece, i pojawiło się na Polskim rynku dużo naprawdę przyzwoitej prozy – świetne wprawki dla początkujących tłumaczy. Przez kilka pierwszych lat tłumaczyłam właśnie prozę kobiecą i powieści dla nastolatków, zanim przeskoczyłam do non-fików dla Czarnego. Teraz, kiedy tłumaczę naprawdę wysokiej jakości prozę, tęsknię czasem (no dobrze, często), do zwykłych dialogów, niewymagającej fabuły i większej liczby wypożyczeń bibliotecznych. Tamta pierwsza książka miała być tylko sprawdzeniem, czy potrafię, okazała się pierwszą z ponad sześćdziesięciu (a z uwag redaktorskich do niej wciąż często korzystam).

    2. Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Pracuję w rytmie wymuszonym przez pracę etatową, więc moje dni wyglądają dość monotonnie: po ośmiu godzinach w biurze próbuję złapać oddech w drodze do domu, zjadam coś naprędce i siadam do tłumaczenia. W zależności od tego, jak bardzo ciężki był to dzień, tłumaczę do jedenastej, do północy, coraz rzadziej do drugiej czy trzeciej w nocy. Weekendy staram się w całości przeznaczać na tłumaczenie, wtedy udaje mi się trochę odespać. Często urlopy w muzeum wykorzystuję na nadgonienie pracy nad przekładem, ale praca w domu, kiedy nie dzwoni telefon i nie trzeba malować rzęs, to najlepszy odpoczynek. Organizm zaczyna się już buntować, ale przekonuję go, że na razie inaczej się nie da.

    3. Autor, którego się boję…

    To zawsze ten, którego zaczynam właśnie tłumaczyć. Nigdy nie wiesz, nawet jeśli wcześniej przeczytasz książkę, czy niespodziewanie nie pojawią się nawiązania do szkockich, mocno sparafrazowanych, ludowych ballad, które albo dostrzeżesz, albo nie, kumbryjski dialekt, fragmenty w afrikaans czy sto cytatów z innych książek (świeży przykład), co oznacza kilka dni spędzonych w Bibliotece Ossolineum. Niezmiennie boję się pytać autora (nawet jeśli go znam i mamy bezpośredni kontakt) o niejasne sformułowania czy błędy redakcyjne, które zauważę – pisarze często są przewrażliwieni na tym punkcie. Boję się poetów, choć po warsztatach z Billem Johnstonem już trochę mniej, ale chyba najbardziej boję się słabych pisarzy. Niskie pokłony dla Piotra Tarczyńskiego, bo ja na pewno bałabym się Paula Beatty’ego.

    4.Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Pozycja tłumacza w Polsce to gorący temat. Na pewno po 1989 roku tłumacze stracili sporą część szacunku, którym cieszyli się wcześniej – zalew popularnej literatury amerykańskiej i przede wszystkim uwolnienie rynku i miliony publikowanych powieścideł sprawiły, że zamiast kilkunastu uznanych tłumaczy z angielskiego pojawiły się ich setki – często słabych, piszących marnie po polsku. A kiedy zawód traci na wyjątkowości, to słabnie pozycja tłumacza. Od jakichś pięciu lat mam wrażenie, że powoli się to zmienia, oczywiście głównie dzięki działaniom Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, ale też samych tłumaczy, którzy pracują, by być widoczni. Pomagają w tym niektóre wydawnictwa, decydujące się na zamieszczenie na okładkach lub skrzydełkach nazwisk tłumaczy na równi z autorami (Karakter, Marginesy, Książkowe Klimaty) i te, które o tłumaczy dbają (od etapu umowy, przez redakcję, wpływ tłumacza na tytuł, liczbę egzemplarzy autorskich itp.). Dzięki temu możemy czuć się wyjątkowi i wykonywać dobrą robotę. Wiele jeszcze przed nami – choćby unormowanie stawek (w tym określenie minimalnej), egzekwowanie terminowych płatności i wprowadzenie na stałe umowy modelowej (teraz dobrą wolą wydawcy jest, czy zechce z niej skorzystać), ale światełko w tunelu jest coraz mocniejsze. Tłumacze wchodzą też do świadomości czytelników dzięki nagrodom (Boya-Żeleńskiego, Angelus, Gdynia) czy organizatorom targów książki. Istotne jest też przekładanie polskich autorów, w tym klasycznych, na języki obce – to zawsze dobre newsy. Tylko w 2018 roku ukazały się kolejne tłumaczenie „Pana Tadeusza” na język angielski (Billa Johnstona) i długo wyczekiwany włoski „Messer Taddeo” Silvano De Fantiego (poprzedni, pierwszy, autorstwa Arrigo Boito i Clotilde Garosci opublikowano w 1871!).

    5. Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Usłyszałam kiedyś od jurora Nagrody im. Boya-Żeleńskiego, że nominowane książki muszą mieć „nowy język”. Na co dzień, do czytania, wystarczy, jeśli proza jest dobra i dobrze ją przełożymy, ale żeby otrzymać nagrodę za przekład, tłumacz musi zrobić coś więcej – stworzyć własną składnię, leksykę, czasem fleksję – z najnowszych przykładów zrobili to np. Tomasz Gałązka w „Długim marszu w połowie meczu” Bena Fountaina oraz ten sam tłumacz w „Elegii dla bidoków” J.D. Vance’a i wspomniany już Piotr Tarczyński w „Sprzedawczyku”. Specem od nowego języka jest też Marcin Wróbel. Nie wspominam o ostatnich przekładach klasyków, bo to temat na długą, osobną dyskusję, ważniejsze są dla mnie książki niedawno napisane i od razu tłumaczone. Przekład to zawsze „zarządzanie ryzykiem” polsko-obcym, ponieważ nierzadko bywa, że zamierzony efekt albo nie zostaje w ogóle osiągnięty, albo okazuje się inny niż zamierzony, tym samym szkodząc odbiorcy nowo powstałego tekstu i tekstowi oryginalnemu.

    6.Jak to jest być tłumaczem z angielskiego w Polsce?

    Być tłumaczem z angielskiego w Polsce to być jednym z wielu. To często bitwa o to, by czymś się wyróżnić – szybszym tempem, lepszą interpunkcją, większą wyrozumiałością wobec spóźnionych płatności (niestety). Dobrze jest zaprzyjaźniać się z wydawcami, redaktorami, innymi tłumaczami – zwiększać tym samym opcje na otrzymanie zlecenia, bo bardzo trudno jest wystartować od zera w tym najpopularniejszym z języków. Plusem jest ogromny wybór literatury do tłumaczenia – od dziecięcej, przez młodzieżową, popularną, kobiecą, historyczną, niekomercyjną, poezję, popularno-naukową, specjalistyczną… W Polsce wciąż mnóstwo się przekłada z angielskiego, co też oczywiście oznacza, ze dużo książek ginie w otchłani i czasem trzeba się z tym po prostu pogodzić. Ja mam szczęście, bo dostaję dobre prozy – i po publikacji każdej z nich ukazuje się co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt recenzji w najróżniejszych mediach (blogach, czasopismach drukowanych i internetowych, w telewizji) – z ostatnich moich dziesięciu przekładów żadna książka nie przeszła bez echa. Wiem, że to niezwykłe i bardzo doceniam starania wydawców, choć to „po prostu” są dobre książki (albo przynajmniej kontrowersyjne jak „Jej ciało i inne strony”).

    7. Tłumaczowi nie wolno…

    Nie wolno zadzierać nosa (w tekście), nie wolno zasłaniać autora, nie wolno go ulepszać (jeśli nie są to błędy rzeczowe), nie wolno z nim walczyć. Nie wolno zaniedbywać słów i ich nadużywać, należy szanować oryginał i pamiętać, że nie piszemy książki od nowa (nawet jeśli kłuje nas ambicja). Jestem zwolenniczką jak najściślejszego trzymania się oryginału, nie lubię szaleć, jeśli zdanie jest proste, nie lubię dokładać słów, których tam nie ma. Tłumacz przede wszystkim musi dbać o polszczyznę – do znudzenia powtarzam do w każdym wywiadzie – obce słowo można sprawdzić w słowniku i w kontekście, ale żeby użyć go w przekładzie, trzeba przede wszystkim znać język polski, jak najwięcej czytać, słuchać i pisać.

    8. Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Rolą tłumacza jest bycie „tragarzem słów”, jak mawiał Henryk Bereska. Trochę już wspomniałam o tym wyżej, zatem tu krótko: tłumacz jest odpowiedzialny za każde słowo, które puszcza dalej w świat, zatem nie tylko za siebie, ale też za autora, tekst oryginalny i ten w wersji polskiej.

    9. W przekładach innych szukam…

    …błędów i olśnień.

    10. W tłumaczeniu najbardziej nie lubię…

    W tłumaczeniu jako procesie – frustracji, kiedy nie rozumiem – ale tak stuprocentowo nie rozumiem, nie tylko słowa, ale zdania, kontekstu, sensu, kiedy nie pomaga słownik, a zaprzyjaźnieni native speakerzy mówią, że też nie rozumieją. Kiedy trzeba (rzadko, ale jednak) zostawić jakieś rozwiązanie, choć wcale nie jesteśmy go pewni, a wręcz wiemy, że autor chyba nie do końca właśnie to chciał powiedzieć. Nie lubię, kiedy autorzy nawiązują do swojego życia bardzo prywatnego (choćby w podziękowaniach), a nie można ich o to dopytać, bo albo nie wypada, albo po prostu nie ma z nimi kontaktu (a agent milczy). Musieć zgadywać – tego nie lubię najbardziej.

    Dobromiła Jankowska – tłumaczka z języka angielskiego. Niedawno w jej przekładzie ukazały się „Brud” Davida Vanna, „Madame Zero i inne opowiadania” Sarah Hall i „Przyjaciel” Sigrid Nunez (wszystkie w wydawnictwie Pauza).

    Cykl powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • Kwestionariusz tłumaczy

    Kwestionariusz tłumaczy

    „Poeta – brzmi dumnie, autor – brzmi dumnie, tłumacz – po prostu brzmi” – pisze Jerzy Jarniewicz w swoim eseju „Tłumacz między innymi”. I przypomina o tym, że tłumacz jest niezbędnym ogniwem w łańcuchu wydawniczym, że nie da się zapomnieć o jego pracy i jego rozwiązaniach, bo to dzięki jego wysiłkowi polszczyzna staje się bardziej elastyczna, przyjmuje nowe zwroty, rozszerza się i zmienia. Jarniewicza interesuje miejsce w hierarchii, jakie powinien zająć tłumacz – czy to współautor tekstu, a może autor ale na innych zasadach?  

    W ciągu ostatnich kilku lat wydano kilka tomów rozmów z tłumaczami („Wte i wewte” Adama Pluszki, tom rozmów Zofii Zaleskiej, ukazało się też kilka esejów – książka Małgorzaty Łukasiewicz, zbiorowe wydanie tekstów z „Literatury na świecie” pt. „O nich tutaj”). Czy zmieniły one jednak świadomość czytelnika na temat tłumaczenia? Zastanawiałam się nad tym i poprosiłam wielu tłumaczy, by wypełnili kwestionariusz z kilkoma prostymi pytaniami. Ich status w hierarchii życia literackiego przekłada się przecież też na warunki ekonomiczne, jednak „awans” finansowy na tym polu nie jest duży. A może jako awans należy rozumieć dostęp do lepszych tytułów? Możliwość wyboru ciekawych pozycji? A jak wygląda układanie kalendarza? Bo przecież polski rynek wydawniczy ma krótki oddech i wszyscy chcą mieć książkę na wczoraj – w przekładzie to raczej niemożliwe.

    W tym kontekście ciekawi mnie najbardziej los tłumaczy z języków mniejszych: tzn. każdego innego niż język angielski. Jak ich warunki pracy różnią się od tych, w jakich pracują angliści? O ile tłumacze z „mniejszych” języków mają do zagospodarowania stosunkowo wąskie pole, o tyle tłumacze z angielskiego zmagają się z najniższymi stawkami i największą konkurencją, często także najmniej profesjonalną, „bo angielski każdy zna”. 

    Jak pisał Tomasz Warczok w 2015 roku (ale w oparciu o dane z 2013 r.), tłumaczenia stanowią w Polsce 19% rynku wydawniczego, przy czym więcej przekładów wydawano w nurcie literatury popularnej niż „literatury pięknej” (kryminały 71% przekładów, podczas gdy przekłady to tylko 48% literatury wysokiej). W tej dziedzinie rządzi angielski – 59%, tuż za nim francuski i niemiecki, ale rozrzut jest ogromny, bo oba te języki dają w sumie 16%!

    Zapraszam zatem do lektury, zobaczmy, co tłumacze mają do powiedzenia po kilku latach walki o dostrzeżenie i uznanie.

    Na pierwszy ogień – Justyna Czechowska, tłumaczka z języka szwedzkiego i norweskiego, prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, animatorka kultury, autorka artykułów, antologii i wywiadów. Współzałożycielka Fundacji na rzecz Badań Literackich i Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Przełożona przez nią książka Kristin Berget „Der ganze Weg” znalazła się w finale drugiej edycji konkursu Europejski Poeta Wolności. Laureatka Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za przekład poetycki w 2018 roku (tomu „Przejdź do historii” Linn Hansen). Od 2015 r. współtworzy program Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz – Justyna Czechowska

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Debiutowałam w 2004 roku. 2.

    2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Od pięciu lat, tak.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Czy to jest pytanie o mój „mit założycielski”? Bo dla mnie ważniejsze były pierwsze tłumaczone wiersze, nie przetłumaczone, a tłumaczone właśnie, bo to był proces, który wcale nie doprowadził do publikacji. Mój debiut translatorski to opowiadanie Stiga Dagermana „Tysiąc lat u Boga”  opublikowane w kwartalniku FA-art. Pierwsza książka pojawiła się kilka lat później.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Przedpołudnie to dla mnie najbardziej twórcza część dnia. Domownicy wychodzą do pracy i do szkoły, ja robię sobie drugą kawę, siadam do komputera i intensywnie pracuję przez kilka godzin. Co drugi dzień staram się przed pracą wyjść na dłuższy spacer. Jeśli książka wymaga większego skupienia lub czytania na głos, blokuję wszelkie środki komunikacji. Najczęściej jednak odbieram telefony i między akapitami odpowiadam na maile.

    Inaczej jest z poezją i prozą poetycką, te tłumaczę wszędzie i zawsze. Całymi dniami powtarzam w głowie jedno zdanie, nie ważne, idąc, jadąc, gotując. Budzę się w nocy i wstaję, żeby zapisać jakieś słowo. Wciąż tylko o tym mówię. Szukam inspiracji w innych książkach, czytam to, co czytają moje autorki i bohaterki, oglądam ich filmy, słucham słuchowisk i wywiadów. No, nieźle się wkręcam.

    • Autor, którego się boję…

    To miałby być taki, którego boję się przełożyć? Nie udaję przed sobą, a tym bardziej nie chciałabym udawać przed czytelnikiem, jeśli uznam, że nie podołam tekstowi albo że ktoś inny zrobi to lepiej, nie tłumaczę go.

    •       Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Coraz lepsza, szczególnie jeśli chodzi o widoczność. Przez ostatnie lata zaczęły nas doceniać media i gremia rozdające nagrody. W Gdańsku powstał festiwal Odnalezione w tłumaczeniu, podczas którego tłumacze rozmawiają o przekładzie literackim, cztery edycje pokazały, że zainteresowanie naszym zawodem rośnie. Organizowany od dziesięciu lat w Warszawie Międzynarodowy Dzień Tłumacza (30 września) przyciąga grubo ponad stuosobową publiczność. To się rzadko zdarza na imprezach literackich. Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, które w tym roku będzie obchodzić dziesięciolecie swojej działalności, może się pochwalić wieloma wspaniałymi akcjami: od czterech lat przyznajemy nagrodę Lew Hieronima dla najbardziej przyjaznego tłumaczom wydawcy. Nasza różowa przypinka z napisem „Szekspir nie pisał po polsku” jest hitem każdych Targów Książki. STL jest członkiem CEATL, europejskiej organizacji zrzeszającej stowarzyszenia tłumaczy, okazuje się, że pod wieloma względami przodujemy w porównaniu z tłumaczami w Europie. W ostatnich latach wiele naszych nazwisk pojawiło się na okładkach książek. Niestety, wciąż zarabiamy kilkakrotnie mniej niż nasi koledzy we Francji i Niemczech, a umowy proponowane przez większość polskich wydawców pozostawiają wiele do życzenia.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Kiedy tłumaczę powieść, która niespecjalnie folguje sobie w szwedczyźnie, to i polszczyzna niewiele na tym zyska. Zdarzyło mi się natomiast tłumaczyć prozę poetycką i poezję, gdzie coś się dzieje w języku, w wyobraźni i pamięci autora, wtedy jego/jej wyobrażone i zapamiętane, czy dlaczego nie przez niego/nią zapomniane, zostaje zapisane w jakimś języku, który trudno posądzać o jakąkolwiek przynależność narodową. Nie wiem, czy to jasne, ale zdarza mi się słyszeć, co autor mówi i ja to chcę tak samo powiedzieć po polsku, czy raczej tak, żeby polski czytelnik poczuł to samo, co ja podczas lektury oryginalnego tekstu. Wtedy rzadko myślę o tym, co na to słowniki i strażnicy poprawności językowej. Jeśli autor zrobił coś niezależnie od słowników, to i mnie wolno.

    Chcę wierzyć, że to, co najczęściej zdarza się w przekładzie to poszerzenie desygnatów. Że dzięki Tove Jansson język polski inaczej niż wcześniej wyobraża sobie „morze”, „wyspę” czy „archipelag”. Że dzięki Idzie Linde krajobraz północnej Szwecji zaistniał inaczej w języku polskim. Nie mówiąc o Linn Hansen, której poemat namieszał, choćby na moment, w znaczeniu słowa „historia”.

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

    Hmm, nie mam porównania, bo tłumaczę tylko z jednego języka, w dodatku nie wiem, czy wciąż tak małego, jeśli przyjrzeć się ilości przekładanych tytułów. Literatura szwedzka to po angielskiej, hiszpańskiej i francuskiej jedna z najczęściej tłumaczonych na polski literatur. Na pewno mam więcej pracy i więcej, że tak powiem, pola do popisu niż moi koledzy i koleżanki w Szwecji tłumaczący z polskiego. Niestety, efektem ubocznym wielkiej popularności szwedzkiej literatury na świecie jest coraz węższy rynek przekładów w Szwecji. Z rzadka ukazuje się tam polski tom wierszy lub książka historyczna, ostatnio udało się opublikować Nałkowską i Schulza. Podczas, gdy ja mam czasem pięć, czasem siedem książek rocznie.   

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Zapominać o kręgosłupie, to bardzo cenne narzędzie pracy.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Wsłuchać się w jego oddech i bicie serca, dotrzymać mu kroku…

    • W przekładach innych szukam…

    Genialnych rozwiązań i inspiracji.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Przepraszam, nie rozumiem pytania.