Tag: książka dla dzieci

  • Dziadek będzie księżniczką

    Dziadek będzie księżniczką

    Grzegorz Kasdepke, A ja nie chcę być księżniczką

    Nasz Księgarnia 2015

    Lubię książki Grzegorza Kasdepke za ich przewrotność i humor – dokładnie taka jest właśnie A ja nie chcę być księżniczką. Marysia odgrywa scenki z rodzicami i dziadkami. Za każdym razem taka sama scenka: uwięziona księżniczka, smok, rycerz, który próbuje go pokonać, martwi rycerze, którzy polegli w walce. To Marysia przydziela jednak role – ona zawsze jest smokiem, królewną – mama, rycerzem – tata. Dziadkowie nudzą się na podłodze w strojach kościotrupów. Babcia wciąż namawia Marysię, by została księżniczką i Marysia, naciskana i lekko już znużona zabawą, decyduje się na zmianę. Smokiem zostaje babcia, a księżniczką dziadek. Marysia zaś zamienia się w basztę. Babcia jest oburzona: „Przecież jesteś śliczna jak księżniczka”. Marysia jednak nie tylko jest niezależna, ale i rezolutna, bo odpowiada: „No to będę ślicznym smokiem”.

    Kasdepke opowiada zatem mądrą historię o mądrej dziewczynce, która nie poddaje się naciskom starszych, nie godzi się na rolę ładnej panienki, wybiera aktywną zabawę. W gruncie rzeczy A ja nie chcę być księżniczką to książka o definiowaniu wizerunku i roli kobiety. Babcia, domowa despotka (to, że w drugim podziale ról ona właśnie zostaje smokiem ewidentnie o tym świadczy), próbuje wcisnąć Marysię w schemat dziewczynki ładnej, grzecznej i skupionej na ładnych, grzecznych i różowych zabawach. To także zabawna opowieść o nowej definicji męskości, która spełnia się nie w obowiązkach macho-rycerza, ale czułego ojca: tata jako rycerz nie może uwolnić księżniczki, za każdym razem zostaje pokonany przez smoka. Jego słabość wynika tu jednak z troski: „Może zdejmę zbroję (…). Żebyś nie skaleczyła się w język?” – pyta rycerz Marysię-smoka.

    Fantastyczne są też ilustracje Emilii Dziubak, której prace bardzo lubię. To ona właśnie ilustrowała dwie książki, o jakich już pisałam – Proszę mnie przytulić i Uśmiech dla żabkiPiotra Wechterowicza. Dziubak opowiada tę historię w dwóch wątkach: raz rysuje Marysię w stroju smoka z uroczym, dyndającym jej nad czołem pyskiem, a raz to, jak Marysia postrzega siebie – czyli smoka-giganta ziejącego ogniem, ledwo mieszącego się w domowym salonie.

     

    Świetna, dowcipna i mądra książka. Zabawna dla dzieci, dydaktyczna zaś dla rodziców.

  • 10 najgorszych książek dziecięcych

    10 najgorszych książek dziecięcych

    Paulina Małochleb

     

    Książka dziecięca – wbrew temu, co myśli część wydawców i czytelników – to jedna z najważniejszych sfer współczesnego życia: o ile starsza część społeczeństwa buduje swój światopogląd dzięki mediom społecznościowym, to wychowanie małych dzieci odbywa się w dalszym ciągu w dużym stopniu dzięki książce. Zatem każda głupia i ogłupiająca książka czytana trzylatkowi szkodzi bardziej niż zła książka dla dorosłych. Nie ma się co dziwić, że dziewczynki wyrastają na bezradne, różowe lale, jeśli taki wzór propaguje literatura, nic dziwnego też, że każdy chłopiec biega z karabinem i śni o rozwalaniu wrogich dywizji (czyli kolegów z przedszkola), jeśli takimi fabułami częstuje się go co wieczór. Książka dla dzieci to zatem teren ważny i wrażliwy, często jednak traktowany jak ziemia niczyja, zajęty przez książki durne i prymitywne. Wszyscy rodzice mają chyba w swoim domu półeczkę, mały schowek, do którego trafiają książki, które dzieci otrzymały w prezencie, ale ich lektura grozi stałą utratą zdolności intelektualnych.

    Nie wprowadziłam tu na listę żadnej książki z nurtu „baśnie na dobranoc”, czy z licznych wydań Biblii dla najmłodszych – choć wszyscy, którzy czytają dzieciom wiedzą, że to są także (a może przede wszystkim) kopalnie brzydoty, przestrzenie, w których ożywa co, co najgorszego w polskiej grafice. Jest to jednak temat tak rozległy, że zasługuje na osobne opracowanie.

    Z góry odpieram zarzut, że wyżywam się na małych wydawnictwa – literatura dziecięca to sfera zdominowana wyłącznie przez małe wydawnictwa. To, że w wydawnictwie pracują dwie osoby i nie ma pieniędzy na kosztowne produkcje, nie daje przecież przyzwolenia, żeby wydawać książki ohydne. Poza tym na liście znajduje się wiele książek wydanych przez gigantów: Muzę, Olesiejuka, Wilgę (czyli Foksal). Olesiejuk to najzamożniejszy wydawca, ze świetną siecią dystrybucyjną, co wcale nie przekłada się na wysoki estetyczny poziom jego publikacji.

    Poniżej moja krótka i subiektywna lista, do której kryterium wyboru była przede wszystkim treść – infantylna, stereotypowa, reprodukująca bezmyślnie przestarzałe wzorce, ogłupiająca rodziców lub dająca dzieciom zły przykład.

    10 najgorszych książek dziecięcych:

    1. „Polskie symbole narodowe” – opracowanie tekstu Jarosław Szarek.

    Jeśli komuś się wydaje, że pierwsza książka w programie Cała Polska czyta dzieciom, albo ministerialny pierwszy podręcznik są brzydkie, powinien zobaczyć, jakie publikacje wydaje Instytut Pamięci Narodowej (z noty copyrightowej dowiadujemy się, że winna jest tu przede wszystkim Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, bo to ona zleciła realizację tego projektu). Jakieś biedne dzieciątka z przerostem główek i uśmiechów informują z każdej strony dość autorytarnie, że każdy, nawet najmniejszy Polak musi znać hymn, że biały kolor na fladze oznacza czystość (nie dowiadujemy się, o jaki rodzaj czystości chodzi tu dokładnie), a „czerwony wyraża waleczność, odwagę i krew przelaną przez Rodaków na polach bitew w obronie naszej Ojczyzny” – zachowałam oryginalny zapis, bo wiadomo, że waleczność Rodaków może spełniać się tylko na jeden sposób, czyli w walce zbrojnej, nie ma przecież innych możliwości służenia Ojczyźnie.  Kolejne kartonowe strony podają skrót z historii Polski – sami mężczyźni (z przerostem dolnej szczęki i niskimi czołami) na koniach, które dość mocno przypominają osły: najpierw Lech widzi orła na tle zachodzącego nieba, potem husaria, potem Józef Wybicki i sportowcy na stadionie.

    Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu nie konsultowała jednak książki z żadnym pedagogiem, bo wydała książkę na kartonie, z wysuwającymi się obrazkami, a więc dla małych dzieci, natomiast w tekście używa się sformułowań trudnych – nie tylko dekalog narodowy w wersji jak z elementarza, ale też odniesienia historyczne – do zaborów i tworzenia Legionów we Włoszech 200 lat temu.

    Komisja powinna zatem wziąć pod lupę swoje własne działania.

    1. Wioletta Piasecka, „Mała Cyganeczka”

    Z okładki spogląda na nas Dżasmina z disneyowskiej bajki o Alladynie, ale to tylko „nawiązanie”, bo bohaterką jest Lalka, mała Cyganeczka. Opowieść ta jest nie tylko brzydka, naiwna i wyjątkowo pretensjonalna, ale też bardzo groźna, bo utrwala stereotypy, choć robi to oczywiście w zbożnym celu. Gdy tabor cygański przybywa do wsi, wszyscy chowają dzieci w domach i nie pozwalają im wychodzić. Ojciec polskiej dziewczynki zamyka zwierzęta, spuszcza psa z łańcucha.Mała zaś jest przekonana, że Cyganie ją porwą. Później ten katalog rozwija się dalej: Cyganie „nie są jak my”, Lala zazdrości Marysi umiejętności czytania i pisania, nie może się tego nauczyć, bo kobietom w taborze nie wolno. Zupełnie nie zauważyłabym tej prymitywnej książki z ilustracjami przypominającymi komiksy dla dorosłych w „Angorze”, gdyby nie fakt, że ta publikacja została umieszczona na liście lektur dla najmłodszych w Wielkim Maratonie Czytelniczym organizowanym przez wojewódzką bibliotekę w Gdańsku. Nikt nie zabroni pisania i wydawania takich rzeczy, ale żeby czynić z nich lekturę?

    Nie dziwię się teraz, czemu upada czytelnictwo. Gdyby ktoś mi kazał czytać taką książkę, chętnie sięgnęłabym po „MortalKombat”, żeby to jakoś przepracować.

    1. Wóz strażacki Jacka i cała seria wydawnicza „Mały chłopiec”

    Wszyscy rodzice małych dzieci znają te potworną serię, bo Olesiejuk to wydawnictwo o najlepszej chyba sieci dystrybucyjnej. Straszą te książki z półek hipermarketów, z witryn kiosków i  sklepów z odzieżą dziecięcą. Kłopot z nimi polega na tym jednak, że są żałośnie prymitywne, że tłumaczeniom francuskich wierszyków na polski brakuje nie tylko rytmu, ale i rymu (co ucho dziecięce wychwytuje natychmiast). Powstałe zaś mimochodem treści sprawiają, że dorosły czytelnik nie wie, czy ma się czerwień i czy za czytanie na głos nie grozi mu paragraf:

    „Pospiesz się, Jacku! Okamgnienie i już zajmują dom płomienie.

    – Jacku, powtrzymaj katastrofę!

    – Julio, wytrzymaj jeszcze trochę!

    Aż nagle woda z węża wytrysła

    I ugasiła pożar natychmiast”.

    1. Juleczka mała laleczka, napisała Ramona Nadobnik-Piętka

    To taka książka, która najpierw powoduje ból oczu, a potem mózgu. Brzydkie ilustracje świetnie jednak współgrają z głupim tekstem. Zdrobnienia doprowadzają dorosłego czytelnika do szewskiej pasji, dziecko łamie sobie język próbując te wszystkie –szka i czka powtórzyć:

    „Już zrobili kroczków sporo

    Kiedy doszli nad jezioro (…)

    Nagle płynąc w dal po fali,

    zobaczyli brzeg w oddali”.

    Juleczka ma złotą grzywę i zadarty nosek, suknię z falbanami, „trenik, żabocik, rękawki” – oto jak wyobraża sobie autorka porządną dziewczynkę. Julcia nie może daleko podróżować, bo suknia się brudzi (ah!, suspens). Czytelnik musi siedzieć grzecznie (czytaj: nieruchomo) i słuchać jej opowieści, później lalka i kotek grzecznie spacerują. Nie jest więc to książka dla małych, nerwowych brudasków o słabych nerwach, ani dla ich nieodpornych rodziców.

    1. Nadchodzi słoniątko – napisała Magdalena Zarębska, ilustracje Katarzyna Krakowiak.

    Książka wydana w serii Czytamy bez mamy, jej lektura jest jednak tak traumatyczna, że powinna odbywać się w towarzystwie całej rodziny i psychologów klinicznych. Całość utrzymana w pastelowych barwach, które jednak sprawiają wrażenie głębokich halucynacji. W odzyskaniu trzeźwego spojrzenia nie pomaga też ostatni rysunek – stad śpiących słoni przypomina cmentarzysko sflaczałych słoni. Małe słoniątko odczuwa świat, przebywając jeszcze w brzuchu mamy – abstrakcyjnym różowym bąblu, brzuch ciężarnej głaszczą słoniątka i słonice ze stada. Gdy przybywa starszy brat, dowiadujemy się za to, że: „Brat nie potrafił głaskać”, po przecież poważne samce nie zajmują się takimi głupotami. Stado składa się wyłącznie z samic i ich potomków, oni też witają małego na świecie, a gdy są niegrzeczni, matki uspokajają ich uderzeniami w głowę. Jak wiadomo, to zawsze pomaga.

    1. Przygody samochodu Franka – cały cykl. Autor: Elżbieta Wójcik.

    Autorce chyba coś się pomyliło. Książki dla dzieci mają być PROSTE, ale nie PROSTACKIE. Tutaj zaś zachodzi dokładnie ten drugi przypadek – we wszystkich częściach auto Franek przeżywa takie przygody, że nawet 3-latek nastawiony na jednowątkową fabułę, zdezorientowany czeka na puentę – nie doczeka się jednak. Franek jedzie odebrać paczkę z dworca, Franek jedzie na lotnisko, Franek zwiedza muzeum. Stoi w korku, wyciąga inne auta z rowu. Tej ubogiej treści nie rekompensuje grafika, bo rysunki są tak paskudne, że dorosłemu oczy ropieją w trakcie lektury. Każde auto mówi – spod masek pojawiają się jakieś tajemnicze półgębki, każdy element zarysowany mocnym, dławiącym kolorem.

    1. W wesołych wierszykach o zdrowych nawykach, napisał Adam Opaliński

    Jak wiadomo, największym kłopotem wieku dziecięcego są brudne rączki i niechęć do mycia ząbków. Im to właśnie poświęcona jest ta wyjątkowo brzydka książka. Dydaktyczna i umoralniająca ma pokazywać, jak ważna jest codzienna higiena:

    „weź się za czystość trochę

    Sąsiadom swym sprawisz radochę” – autor wprowadza rym zgoła wyrafinowany. I dalej:

    „Jak przekonać cię mam

    Do higienicznych przemian” – tutaj już akcent naturalny dla języka polskiego musi się poddać woli autora.

    Cztery zebrane tu wierszyki okazują się  nudne i łopatologiczne: małpka je za dużo bananów, wiewiórka ma brudne zęby – słowem Sodomia i Gomoria. Ciągle pokutuje przekonanie, że dzieci to jakieś istoty o niższym intelekcie, wymagające banalnych przykładów i kompozycji prostej jak konstrukcja cepa, jej zastosowanie widać w tym tekście. Po lekturze tej książki nikt, ale to nikt nie zmusi mnie, żebym umyła rączki.

    1. „TupcioChrupcio musi iść do przedszkola” – Eliza Piotrowska

    Cała seria o TupciuChrupciu wydaje się dość podejrzana, ten tom jednak nawet na jej tle wyróżnia się niekorzystnie: mama Tupcia wysyła syna do przedszkola, bo sama musi iść do pracy. Zrozpaczonemu synkowi tłumaczy, że musi pracować, bo rodzina nie ma pieniędzy. Gdyby nie ta potrzeba ekonomiczna, nigdy przecież nie zostawiałaby syna. Bardzo nie lubię książek, które umacniają stereotypy, które pokazują, że prawdziwe potrzeby kobiet ograniczają się do pielęgnowania ogniska domowego. Tata TupciaChrupcia wykonuje pracę intelektualną, mama zostaje robotnicą w fabryce cukierków i na pocieszenie przynosi synkowi worek słodyczy. Matka każdy swój powrót do domu musi przecież dziecku wynagrodzić i odkupić swe winy. Mamy więc matkę przykutą do taśmy i syna z dziurawymi zębami.

    1. Mój pierwszy alfabet. Kim będę – tekst i ilustracje Krzysztof Kiełbasiński

    Połączenie dwóch klasycznych gatunków – książki o alfabecie i książki o zawodach. Tutaj jednak wyjątkowo nieciekawe: wierszyki bez sensu, infantylne, zbyt abstrakcyjne. Jak wytłumaczyć dziecku wierszyk o jubilerze:

    „Pan jubiler był w galerii

    Na wystawie biżuterii.

    Oglądając kosztowności,

    Aż rumienił się z zazdrości”.

    Stereotypowe, bo M to musi przecież być modelka: „Ćwiczy kroki oraz grację, z wdziękiem nosi swe kreacje”, pod U – urzędniczka, która zgubiła pieczątkę. Szał. Na miejscu dzieci nie wybrałabym żadnego zawodu z tej listy. Tuwim to to nie jest.

    1. Wiersze dla dzieci grzecznych i niegrzecznych – Irena Suchorzewska, Muza

    Suchorzewska to autorka klasyk, jednak to wydanie i ten dobór tekstów pokazuje, że nawet klasyka się starzeje. Właściwie już tytuł daje do myślenia, bo wprowadza najbardziej zasadniczy i zarazem idiotyczny podział dzieci na grzeczne i niegrzeczne, na te, które zasługują na nagrodę i na te, które powinna spotkać jakaś kara.

    Zebrane tu przez wydawcę wiersze są literacko świetne, rytmiczne, obrazowe, zabawne. Tym gorzej właściwie, bo ich treść, przekaz, jaki niosą, jest absolutnie przerażający, bo te wiersze to  małe ramotki, stygmatyzujące, niedostosowane do współczesnych realiów i wartości – uczą, że nie wolno mówić nie (choć dzisiaj staramy się nauczyć dzieci właśnie tego, dla ich własnego bezpieczeństwa), że nie wolno opowiadać, co się dzieje w domu, że należy odczepić się od matki i nie prosić jej o pomoc, że trzeba być czystym i jeść zjadać cały obiadek. Uderza w tej książce zrównanie różnych zupełnie poziomów zachowań: brudne ręce są tu takim samym przestępstwem jak kłótnie z innymi dziećmi i ich bicie – Muza oddaje nam więc do rąk podręcznik małego pruskiego sierżanta. Po trzecie zaś, i to chyba przede wszystkim sprawiło, że tę pięknie wydaną, świetnie ilustrowaną książkę umieściłam na liście książek najgorszych, zastanawia mnie wpisane w tekst przekonanie, że dziecko nie jest podmiotem, że ma się podporządkować, nagiąć do woli dorosłego, że ma przyjąć i zastosować dorosły system wartości.

    1. Muza wydaje teraz cykl zatytułowany „Poczytajkipomagajki”, do którego piszą najlepsi autorzy, jednak, o ironio – cały system wartości tego cyklu stoi w całkowitej sprzeczności z książką Suchorzewskiej.

     

     

     

     

  • Dom słowackiej księżniczki

    Carson Ellis, Domy
    Wilga 2016
     
    Gdybym musiała policzyć godziny, które spędzam na czytaniu, okazałoby się, że zdecydowanie więcej czasu poświęcam na czytanie literatury dziecięcej. Właściwie jakby się nad tym zastanowić, powinnam myśleć o sobie nie jako o jako o krytyczce, a nie lektorce, bajko-czytaczce. Rano, po przedszkolu, przed zaśnięciem czytam wciąż książki dziecięce. Analizujemy je w tramwaju, w czasie mycia zębów, przerzucamy się cytatami. Żadnej książki dla dorosłych nie przegaduję tyle razy, tak dogłębnie, jak książek dziecięcych. Żadnej też, z małymi wyjątkami, nie czytam tyle razy, co serii o Albercie Albertsonie (Zakamarki), dzieci z Bullerbyn (Nasza Księgarnia), nowego wydania Tuwima (Wytwórnia). A jeśli J. podsunie mi w tym tygodniu jeszcze raz Pod wodą, pod ziemią, to nie ręczę za siebie (książka świetna, J. ją uwielbia, ale mnie już pokonała, zajeździła na śmierć).
     
    Zasada jest taka: do domu można przynosić tylko ładne książki dziecięce. Książki brzydkie (a kilka nam się trafiło) – nie trafiają na półkę w pokoju. O tym, dlaczego tak robimy – napiszę kiedyś osobno.
     
    Książka Domy trafiła zaś na półkę dziecięcą bardzo szybko, bo jest piękna. Wyróżnia się i to nawet wśród wyjątkowo ładnych książek dla najmłodszych. To w gruncie rzeczy książka obrazkowa, nietypowy picture book, bo na każdej stronie jest tylko jedno zdanie. Nie jest to jednak książka dla najmniejszych dzieciaków, lecz dla tych powyżej 3 lat, bo pojedyncze zdanie odnosi do szczegółowych, z pietyzmem malowanych ilustracji. Dom na wsi i dom w mieście, dom niski, dom japońskiego biznesmena – to tylko kilka z obrazków realistycznych. Do nich jednak Carson Ellis dorabia drugi poziom – domy fantastyczne: dom nordyckiego boga, domy Atlantydy, dom księżycoluda, dom w bucie, dom Calineczki, dom w dziupli. I cała seria domów lokalnych: słowackiej księżniczki, dom francuski, dom z Kenii, bogato dekorowany domek z amerykańskiej prowincji, dom rosyjskiej babuszki.
     
    Ostatnie ilustracje przedstawiają rodzaj autotematycznej gry – pojawia się dom artystki, autorki, a w jej pokoju do pracy widać szereg elementów, które umieściła w innych domach (i tu zabawa w odnajdywanie elementów).
     
    Książka-bajka. Świetna do szybkiego oglądania, ale też do rozmowy o tym, jak mieszkają inni, czym się charakteryzują inne kultury. Sięgamy po mapę świata i pokazujemy kontynenty, na których ulokować można konkretne domy – świetna zabawa dla najmłodszych, dla rodziców małe wsparcie do wykładu z antropologii. Genialna, fantastyczna, ale też mocno zakorzeniona w rzeczywistości rzecz.

     

  • Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Joanna Olech, Edgar Bąk, Kto ty jesteś?

    Wytwórnia 2013
    Trudno opowiedzieć dzieciom o pojęciach abstrakcyjnych, jeszcze trudniej zaś opowiadać w Polsce o patriotyzmie, bo to chyba najtrudniejszy dla nas rodzaj abstrakcji. Tymczasem Joanna Olech konstruuje opowieść o patriotyzmie przez pryzmat jego przejawów – wybiera postawy i czynności, które dziecku wydadzą się oczywiste: oszczędzanie wody, zbieranie śmieci, pielęgnowanie języka, kasowanie biletu. Wszystkie te zachowania mają pokazać, że patriotyzm realizuje się poprzez zwykłą troskę o otoczenie, tworzenie wspólnoty i podtrzymywanie więzi społecznych.
     
    Olech wybiera na przemian formy żeńskie i męskie, pisze o patriotach i patriotkach, o tym, że trzeba słuchać opowieści dziadków, rozmawiać z nimi gwarą, żeby zachować wszystkie odrębności, które składają się na polszczyznę. Pisze też o tym, czego nie należy robić – bić, wyzywać, ściągać na sprawdzianach. Kładzie nacisk na życie wspólnoty, na codzienny wkład w jej tworzenie i pielęgnowanie – zamalowywanie napisów na murach, sprzątanie po psie, sadzenie drzew, porządkowanie zapomnianych cmentarzy. Za pomocą przyziemnych aktywności pozwala oswoić abstrakcję, przenieść patriotyzm z dziedziny niewyobrażalnych pojęć do doświadczenia codziennego. Wprowadza też małego Polaka-patriotę w życie nie tyle narodu, co społeczeństwa, w życie wspólnoty połączonej innymi i mocniejszymi więzami niż tylko fakt urodzenia w tym samym państwie.

    Jednocześnie czytać można tę książeczkę jako podręcznik dla dorosłych – jako przypomnienie, czym jest patriotyzm inny niż stadionowy i bojówkarski. Bo opowieść Olech to właśnie wywód na temat nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnego narodu, który nie idzie od razu na wojnę (o tej dominującej tradycji przypomina tytuł książki pochodzący z wierszyka Bełzy), ale w pokojowych warunkach pielęgnuje swój patriotyzm. Wspólnota jest tutaj ważniejsza niż naród, bo o budowę wspólnoty przecież chodzi, o więzi i zaufanie społeczne. Patriotyzm to także wiedza o historii i dlatego pisze Olech: „Wiem, skąd się wziął francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką”.
     
    To książka z 2013 roku, ale piszę o niej teraz, w sezonie zakupów przedświątecznych, bo warto ją mieć i warto podarować dzieciakom. Dzięki niej nie tylko nabrać można dystansu, ale i przypomnieć sobie, czym naprawdę jest patriotyzm. 

     

  • Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Jedna z najgłośniejszych książek dziecięcych tego roku. Mocna, budząca kontrowersje rzecz. I wbrew tytułowi, wcale nie chodzi o zwartość nocnika, a o język.

    Króliczek Henio mówi wciąż tylko jedno – właśnie „Kupa siku”. Odpowiada w ten sposób na wszystkie pytania i prośby. Zostaje jednak pożarty przez wilka i gdy ojciec-lekarz wyciąga go z wilczej paszczy, Henio wysławia się niczym dwuletni erudyta. Zaskakuje jednak na ostatniej stronie, gdy wraca do swej roli łobuza-rozrabiaki. Poproszony o umycie zębów, odpowiada bowiem dumnie: „Pierdu śmierdu!”.

    To właśnie ta ostatnia strona budzi kontrowersje i sprzeciw rodziców. Bo sama opowieść jest świetna, poświęcona budowaniu tożsamości, poczucia indywidualności. Pełna różnych freudowskich podtekstów: wilk po pożarciu królika sam zaczyna mówić „Kupa siku” (przejęcie osobowości), dzięki czemu ojciec Henia domyśla się, co się stało z synem. Wydobywanie królika z paszczy wilka to przecież w psychoanalitycznym porządku scena ponownych narodzin! Niestety wszyscy jednak potykamy się na ostatniej stronie, w której tekst wypada jednak poza to, co wypada i staje się zbyt dosłowny.

    Stephanie Blake to we Francji potęga, nazwisko z wysokich pozycji list bestsellerów, autorka serii opowieści o Heniu. Wiele z nich ma charakter problemowy, pomaga odstawić smoczek, przesiąść się na nocnik, zaakceptować młodsze rodzeństwo. To wszystko książki odważne, przełamujące różne tabu, jeśli nie językowe, obyczajowe, to przynajmniej estetyczne – w jednej z niewydanych u nas książek Henio wydłubuje z nosa gigantyczną wprost kozę. Humor jest więc tu za każdym razem ostry, na granicy dobrego smaku. Ale może to jednak ciągle jest tylko dobry smak rodziców?

  • Najfajniejsza jest Klara

    Najfajniejsza jest Klara

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    To trzeci tom trylogii Barbro Lindgren, równie zabawny, jak dwa poprzednie, podobnie też skomplikowany na poziomie psychologicznym. Tym razem przygód doświadczają Boluś i Braciszek, który już trochę dorósł, wspólnie wyruszają nad staw tuż po tym, jak mama stanowczo takiej wyprawy zabrania. To staw jednak, a nie plac zabaw, stanowi centrum dziecięcego świata i na brzegu spotykają się dzieci grzeczne i niegrzeczne (wielki powrót klawych knurków!). Okazuje się, że Boluś i Braciszek dzielą fascynację miłosną: obaj bardzo kochają Klarę, ciemnoskórą, „najfajniejszą świnkę”. Gdy najgorszy klawy knurek, paskudny Rolcio, wpycha Braciszka do wody, to właśnie Klara bohatersko ratuje prosiaczka. Zazdrosny o siedzenie na kolanach Klary Boluś, stara się poślizgnąć, żeby także zostać uratowanym…

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    W poprzednich częściach Boluś był zazdrosny o braciszka, o zainteresowanie matki i jego fantastyczny smoczek. Teraz zabiega o zainteresowanie Klary, ale poza tym Braciszek staje się partnerem jego chłopackich przygód: więź umacnia się, prosiaczki chrumkają sobie wspólnie na dworze. Oczywiście wszystko komplikuje się, bo klawe knurki knują.

    Nie ma w tej ksiące nachalnej pedagogiki, żadnych dydaktycznych zapędów, poza sugestywnym morałem: mokrzy po upadku do wody chłopcy szukają schronienia, bo wiedzą, że nie mogą wrócić do domu (mama od razu się domyśli, skąd przemoczone ubrania) – nie istnieje zaś żadne inne bezpieczne miejsce.

    Zabawna opowieść, świetne, proste ilustracje, nieskomplikowana fabuła, w której autorka zakorzenia mnóstwo znaczeń. Boluś rządzi.