Tag: kryminał

  • Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Maciej Siembieda, Gołoborze

    Znak Literanova 2025

     

    Nie lubię polskich kryminałów, bo wśród wielu znanych autorów jest bardzo mało dobrych książek. Do tego mam jeszcze absolutną fobię związaną z wykorzystaniem postaci kobiecych jako wyzwolicielek przemocy i bezimiennych ofiar, które stają się ornamentem fabularnym, chodzę więc wokół kryminałów jak kot koło jeża. Ale Siembieda w swojej najnowszej książce omija łukiem moje lęki. Daje za to katharsis, na jakie nie liczyłam.

    Grabin na Kielecczyźnie trochę przypomina tu Sycylię albo Weronę – zwaśnione rody, zemsta sięgająca 150 lat wstecz – taka jest rama fabularna. Zaczyna się w czasie powstanie styczniowego, kiedy jeden z chłopów staje po stronie powstańców, a drugi po stronie Rosjan. Ich waśń niesie się później przez pamięć klanów i pokoleń, w każdej generacji dochodzi do zabójstw, walk, wymuszeń i walki o dominację. Ale Siembieda, w tej drobnej, lekko ponad 500-stronnicowej powieści, łączy różne formy gatunkowe: zaczyna się więc jak saga rodzinna, powieść historyczna, potem dopiero pojawia się formuła kryminału.  

     Mamy drugą połowę XIX wieku, mroczne lata 60., nadużycia carskich urzędników i równolegle do nich dowody na działanie diabła, który po okolicach Grabina ciągle krąży. To jego wsparcie mają niektórzy mieszkańcy – wcale nie ci najgorsi i nie ci najbardziej zdegenerowani.

    Cebrzyny, krewni kozackiego pomocnika z 1863 roku, to zdrajcy, kłamcy, koniokrady, złodzieje, mordercy – wszyscy pokornie podążają za starszym rodu. To on decyduje, kogo i kiedy okraść, zabić, skorumpować. We wsi sieją postrach, są zamożni, ale jednocześnie z tych powodów właśnie nie bardzo mogą znaleźć chętne panny młode. Ród Kończaków, krewni i spadkobiercy wiejskiego powstańca, wydaje się bardziej praworządny, cieszy się też lepszą opinią w okolicy, dzięki czemu zawiera związki małżeńskie z kobietami z daleka, dzięki temu nie ma obciążeń genetycznych, nękających Cebrzynów. Ostatecznie jednak mężczyźni z obu rodów są równie dożarci, pamiętliwi, skłonni do przemocy. Silną ręką trzymają swoje kobiety, dzieci i inwentarz. Nie pozwalają na żadną niesubordynację. A podporządkowanie wymuszają nawet zza grobu przy pomocy zmanipulowanych testamentów. Dlatego też dziedziczenie zemsty i poczucia krzywdy odbywa się w każdym pokoleniu, bez żadnych odchyleń – nawet jeśli w czasie wojny rodzi się nieoczekiwana miłość między dziećmi z obu rodzin.

    W drugiej połowie XX wieku Siembieda przekształca sagę rodzinną w powieść kryminalną. W epoce małej stabilizacji, stagnacji PRL-u, w którym wszyscy piją, kradną i oszukują system, rozpoczyna się śledztwo, zahaczające o krwawą vendettę rodzinną. I choć czytelnicy mają dużo większą wiedzę niż bohaterowie, to wcale nie widzą, jak potoczy się śledztwo.

    Strasznie lubię powieści, w których śmierdzi – to znaczy czuć życiowych konkret, widać szczegół, świat jest barwny i złożony, a bohaterowie nie są płascy. Lubię słyszeć brzmienie prawdziwej mowy, a nie literacką frazę autora. W obu tych dziedzinach Siembieda nie zawodzi. PRL-owska rzeczywistość, w której toczy się śledztwo, nie jest u niego światem gładkim i nowoczesnym, okazuje się tak samo brudna jak wszystkie poprzednie epoki, równie skorumpowana, zaspawana przesądami i układami. Wieś to państwo w państwie, rządzi się swoimi prawami: ukrywając mięso, unikając wojennych kontrybucji, szabrując mienie poniemieckie, korzystając nadziału ziemi i z dopłat dla wsi. Tu nie ma miejsca ani na wartości chrześcijańskie, ani na inteligenckie ideały. Siembieda buduje ten świat wiejski bardzo naturalnie, a nie na kontrze, jako odwrócenie miejsko-inteligenckiej rzeczywistości. Linie podziału przebiegają u niego inaczej – męsko-chłopską hierarchię próbuje zmienić i Kościół, i partia i miasto – to one właściwie tworzą linie napięć i konfliktów, ale bohaterowie „Gołoborza” za każdym razem mówią tym próbom zmian twarde „nie”.  

    U Siembiedy mało jest fascynacji przemocą i jej trwałością, dużo za to namysłu nad tym, jak nienawiść drenuje, obciąża, jak ogranicza pole wyborów życiowych, determinuje los nawet tych, którzy się jeszcze nie urodzili. Bardzo mądrze odbywa się w „Gołoborzu” krytyka tej rzeczywistości, w której wartością jest skrajna, fanatyczna lojalność wobec systemu skonstruowanego przez „przodków” i ustalanego przez starszyznę, czy jednego dyżurnego przewodnika. Ten system, który Siembieda osadza na Kielecczyźnie, w gruncie rzeczy mógłby funkcjonować w każdym innym zakątku świata. Oparty na lękach męskich i męskim systemie wartości, kosi ofiary każdego wieku i genderu. Buduje poczucie lojalności poprzez negację i różnicę, bazuje na poczuciu zagrożenia, wzmacnia je i przekonuje swoich, że z rąk obcych spotka ich tylko gwałt i śmierć. Jednocześnie wszystkie te ideologiczne wątki Siembieda owija w takie zwroty akcji, buduje takie charaktery i momenty konfrontacji, że sekundujemy większości jego postaci. Im bardziej poroniony, zakompleksiony, niedojrzały bohater, tym tutaj wydaje się bardziej charyzmatycznym przywódcą, wiernym, odważnym, gotowym do dzikich akcji. Dopiero kiedy sobie trochę poskrobiemy te ludowo-knajackie opowieści – a Siembieda podsuwa nam szereg narzędzi siecznych i kolnych do takiej pracy – na wierzch wychodzi krytyka wiejskiej mentalności opartej na kurczowym trzymaniu się honoru i niestabilnej męskości.

    „Gołoborze” przypomina trochę „Mistrza i Małgorzatę” – pokazuje, że polska prowincja nie potrzebuje diabła – wystarczy pamięć krzywd i upór samców, by przez pokolenia mnożyć biedę, strach i śmierć.

    Takie kryminały lubią: udające, że opowiadają historię spoza naszych bieżących lęków i problemów, a jednocześnie drenującą w nich głęboko. Siembieda obnaża bowiem nędzę świata, w którym honor to tylko inne imię dla przemocy.

    Enjoy.

     

    Współpraca: Znak Literanova

     

     

     

  • Strzeżone osiedle i ukraińska sprzątaczka

    Strzeżone osiedle i ukraińska sprzątaczka

    Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń
    Czarne 2016
    Na większość kryminałów żal mi czasu. Jest tyle innych książek, tyle innych zagadek stawia literatura, że nie pociąga mnie poszukiwanie mordercy wciąż na nowo. Zwłaszcza jeśli straszą mnie z półek księgarskich książki tak słabe, jak te Katarzyny Bondy. Od kilku lat czynię jednak wyjątek dla Wojciecha Chmielarza i kolejnych tomów o pracy komisarza Mortki. Osiedle marzeń to czwarta część serii, choć można ją czytać, nie znając poprzednich.
     
    Komisarz Mortka – antypatyczny bohater, rozwodnik, warszawski śledczy, mrukliwy, obsesyjny perfekcjonista, tym razem musi rozwiązać sprawę morderstwa studentki, której ciało zostaje odnalezione na warszawskim strzeżonym osiedlu. Dziewczyna uciekała z walizką ubrań, przed śmiercią została zgwałcona. Policja podejrzewa wszystkich mieszkańców zamkniętego osiedla, ale też ochroniarza na śmieciowej umowie, jego szefa – wymuskanego, ale oślizgłego administratora, ukraińską sprzątaczkę pracującą na czarno. Chmielarz śmiało rysuje przekrój społeczeństwa: od tępawych mięśniaków pracujących na zlecenie gangsterów, przez śliczne i ambitne studentki, które w Warszawie robią karierę przez łóżko, po sfrustrowane żony upper middle class i ich niewychowanych, aroganckich mężów.
     
    W poprzednich kryminałach (pisałam o nich tu i tu) o Mortce rozwiązanie śledztwa zawsze przynosiło kompletny zwrot: sądziliśmy, że intryga dotyczy seryjnego mordercy, a okazywało się, że ma źródła ekonomiczne. Chmielarz, młody autor, okazuje się pisarzem na wyraz cynicznym jeśli chodzi o konstrukcje powieściowe – zawsze chodzi o pieniądze, o ambicje, o kariery. To fantastyczny pomysł na grę z konwencją amerykańskich i skandynawskich kryminałów, nie łudźmy się przecież: statystycznie to właśnie pieniądze częściej są przyczyną zbrodni. Jego kryminały można czytać także, jako studium przemocy ekonomicznej – kto ma kasę, ten ma władzę: warszawski gangster wymienia kochanki, studenci marzą, by mieć pieniądze na rozkręcenie start upu, polskie gospodynie pomiatają ukraińskimi sprzątaczkami (choć tutaj walka o perfekcyjne sprzątanie zmienia się często w walkę o pamięć o Wołyniu). Marzenia bohaterów Chmielarza także mają charakter wymierny i finansowy – Ziemowit Ziemiański, ochroniarz gangstera, pragnie spokojnego życia, które wyobraża sobie jako zarządzanie dwoma sklepami Żabki. Cóż, jaki kraj, takie marzenia.
     
    W trzeciej części cyklu, zatytułowanej Przejęcie, pojawiła się aspirantka Sucha – odpychająca młoda kobieta, nowa partnerka Mortki. Od razu widać było, że jako postać ma większy potencjał – i to potwierdza się w nowym tomie. Sucha jest zdecydowanie bardziej barwna niż inne postaci, silniejsza, ciekawsza. Dawno nie spotkałam się z bohaterką, która byłaby jednocześnie akseksualna i tak cielesna jednocześnie, tak skłonna do przemocy fizycznej, a jednocześnie idealistyczna, tak zimna i gorąca. Zobaczymy, co Chmielarz zrobi z nią dalej.
     

     

    W Osiedlu marzeń równie ważny co intryga kryminalna, jest portret społeczeństwa. I chyba pierwszy raz Chmielarz lepiej wypada jako pisarz-realista niż autor kryminału. Wątek ten jest poprowadzony gorzej niż w poprzednich jego książkach, natomiast studium społeczne wydaje mi się dużo lepsze niż wcześniej. Zamknięte osiedle i wypuszczające się z niego na zewnątrz kłącza wyraźnie pokazują, co autor myśli o kraju nad Wisłą. Jest okrutny w swoich ocenach, daje nam rysunek surowy, krytyczny. Pokazuje korpoludek, sprzedajnych dziennikarzy, nową grupę – „sfokusowaną” na sukces i posługującą się gwarą coachów od motywacji (te sceny są fantastyczne – dowcipne i złośliwe zarazem), matki nie potrafiące ochronić własnych dzieci (świetne ścięcie mitu Matki-Polki). Ciekawy jest też wątek gangstera rządzącego warszawką – ma ochotę na wino, ale musi pić wódę, bo wino osłabiłoby jego wizerunek. Nie ma ochoty na seks z piersiastą blondyną, ale to znowu stawiałoby go w złym świetle. Chmielarzowi nie chodzi tylko o niską moralność całego społeczeństwa, o brak szacunku dla władzy, brak ideałów i gotowość do sprzedawania wszystkiego, o obojętność na los własnych dzieci, zakłamanie – choć to z pewnością by wystarczyło. To, co uderza w jego rysunku, to przekonanie, że Polacy potrafią patrzeć na siebie nawzajem i na innych (choć tu innymi są jeszcze tylko Ukraińcy) wyłącznie w relacji siły, że zawsze muszą określić swą pozycję wobec drugiego w układzie pionowym: kto jest silniejszy, kto ma więcej władzy, kto ma lepszą pozycję? I zajmuje ich to, jak się dostać na tę lepszą pozycję, a często też: jak zepchnąć drugiego z jego pozycji. Ten wiosek i potwierdzające go sceny wynoszą powieści Chmielarza ponad popularne kryminały, dają nam coś więcej – a takie przecież jest zadanie tego gatunku: osądzają rzeczywistość.  
  • Powieść popularna, ale nieprzyjemna

    Powieść popularna, ale nieprzyjemna

    Wojciech Chmielarz, Wampir
    Czarne 2015
    Intrygująca jest nowa powieść Wojciecha Chmielarza. Nie do końca jednak z powodu fabuły, a bardziej z powodu gry z konwencją kryminalną, którą autor Farmy lalek uprawia od początku swojej twórczości. W Wampirze śledztwo dotyczy samobójstwa młodego chłopaka, który skoczył z gliwickiego wieżowca. Matka wynajmuje detektywa, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że syn mógł się zabić, miał przecież studiować, znaleźć sobie dziewczynę, ułożyć życie.
     
    Przede wszystkim mamy tu do czynienia z wyjątkowo ohydną postacią pierwszoplanową. Gatunek przewiduje, że głównym bohaterem zostaje postać pozytywna, nawet jeśli to cyniczny, znużony życiem detektyw. Wszystkich śledczych charakteryzuje pewien kręgosłup moralny, wątpliwości etyczne, czy przynajmniej świadomość dawno utraconych przekonań moralnych, wiedza o tym, jak powinno być. Tymczasem detektyw Dawid Wolski nie na żadnych z tej cech, to materialista nastawiony na wyciskanie kasy z klientów, brudas, abnegat, egoista i szantażysta. To także młody chłopak, który namawia swoją dziewczynę do aborcji, wciąż też wykorzystuje jej uczucie i naiwne oczekiwanie na jego zmianę, dojrzałość. Chmielarzowi udaje się zatem obsadzić absolutnego sukinsyna w roli tego, kto zgodnie z wymogami konwencji ma przywrócić ład.
     
    Punkt drugi zmiany – intryga kryminalna, w której nie pojawia się w ogóle policja, nie ma żadnego inspektora, żadnego Jakuba Mortki, którego znamy z wcześniejszych powieści Chmielarza. Całą sprawę rozwiązuje, miotając się i błądząc, Wolski, który jednak sam do końca nie rozumie wszystkich motywacji innych postaci, nie zna wszystkich przebiegów zdarzeń. Za każdym razem działa jednak z niskich powodów, żeby zdobyć więcej pieniędzy, uratować własną skórę, wykręcić się od odpowiedzialności lub zaszantażować innych.
     
    Po trzecie zaś – zestawienie wyłącznie odpychających postaci: nastoletnia prostytutka, znudzona zdradzająca żona, mąż rogacz, który marzy o zemście na niewiernej, oziębła, kostyczna matka domniemanego samobójcy. Chłopak, wokół śmierci którego toczy się śledztwo, to diler, pozer, histeryk, pozbawiony kręgosłupa moralnego egocentryk. Wolskiemu w pewnym momencie pomaga zmęczony rodziną i obowiązkami młody bankowiec. I on jednak okazuje się wyjątkowym przyjemniaczkiem:  handluje trawą, którą przechowuje w mieszkaniu, a zarobione pieniądze wydaje na gry, zamiast na dziecko. Nie ma w Wampirze ani jednego bohatera, z którym czytelnik chciałby się identyfikować, ani też takiego, którego darzyłby sympatią. Takie tło zdarzeń ustawia sobie Chmielarz, próbując pokazać czytelnikowi, że nawet w tak trudnych warunkach potrafi zmontować wiarygodną, wciągającą intrygę.
     

     

    Wampir budzi sprzeczne uczucia odbiorców, widziałam opinie bardzo pozytywne, ale też wiele tekstów negatywnych, które zarzucają kryminałowi zupełnie różne wady, braki na różnych polach. Autor broni się zaś, argumentując, że Wampir nie ma nic wspólnego z cyklem o Mortce, że to zupełnie różne typy kryminału. Zastanawiam się, na ile owe krytyczne uwagi wynikają właśnie z przełamywania konwencji. Czyżby Chmielarz posłał swemu czytelnikowi zbyt wysoką piłkę?  
  • Kryminał na jesień

    Kryminał na jesień

    Jean Luc Bannalec, Sztorm na Glenanach
    Czarne 2015
    Zawsze, gdy miał do czynienia z urzędami i administracją, myślał o rewolucji– pisze Bannalec, Niemiec w swym francuski-bretońskim kryminale, podśmiewając się ze swoich bohaterów i francuskiego charakteru narodowego.
    Znamy już Dupina, bohatera Śmierci na Glenanach, komisarza policji z Bretanii, mrukliwego obsesjonata, uzależnionego od café i entrecote frite, bo wcześniej w Polsce ukazał się kryminał Śmierć w Pont Aventakże jemu poświęcony. Pisałam wtedy, że podoba mi się styl Bannaleca, oszczędny i sensualny zarazem, lubię też tego bohatera za jego mrukliwości, nieprzystępność i oschłość. Na szczęście Bannalec i tym razem nie oswaja nas z tą postacią, nie ujawnia żadnych szczegółów biograficznych, zawiłych kolei życia, nie podaje też przyczyn wielkiej katastrofy paryskiej, która doprowadziła kilka lat wcześniej do przeprowadzki Dupina na północ.
    W Sztormie na Glenanach Bannalec trzyma formę, znów potrafi zaskoczyć rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Jego śledztwo dotyczy potrójnego morderstwa − na Glennanach, uroczych wyspach oddalonych o kilkanaście kilometrów od wybrzeża Bretanii, turysta odkrywa zwłoki trzech mężczyzn. Nie wiadomo, czy to wypadek, czy zbrodnia, dopóki lekarz sądowy nie odkrywa w krwi ofiar dużego stężenia środków uspokajających. Na Dupina naciska prefekt, bo zamordowani byli biznesmenami z koneksjami, a jeden z nich zyskał sławę i medale jako żeglarz. Dupin ma jednak kłopot, bo wszyscy trzej byli także szczerze znienawidzeni, robili kariery po trupach, korumpowali środowisko, kupowali za bezcen patenty z Instytutu Morskiego, naciągali przepisy przetargowe. Jak widać, ten kryminał ma podstawę, która spodoba się w Polsce, gdzie zawodowo zajmujemy się tropieniem spisków i nadużyć.
    Dupin, szukając winnych, ma do wyboru wszystkie możliwe motywacje: może to konkurencja w biznesie, może zawód miłosny, bo Lefort uwodził kobiety zawodowo, mimochodem. A może chodziło o konkurentów w poszukiwaniu skarbu, skoro Glenany stanowi cmentarzysko statków hiszpańskich, francuskich i brytyjskich. Ten wątek także dzisiaj w Polsce cieszyłby się dużą popularnością.
    Bannalec wybiera tym razem model kryminału à la Agatha Christie, gra z jej regułami. Koncentruje w jednym miejscu wszystkich podejrzanych i każe Dupinowi przeprowadzać konfrontację. Rozwiązanie fabuły jednak wcale nie okazuje się tak proste, jak u Christie, ludzie dziwnie nie chcą poddać się klimatowi sztormu i napięciu komisarza. W najmniej spodziewanym momencie, w czasie wyciszenia na nadmorskim spacerze przychodzi mu do głowy rozwiązanie i w żadnym momencie tekstu nie zostaje ono dopowiedziane, czytelnik domyśla się sam tego, co sugeruje autor.
    Lubię takie nieoczywiste powieści, z bardzo zmysłowymi opisami jedzenia i krajobrazu, które w paradoksalny sposób uzupełniają się z zupełnie niematerialnym poszlakowym i mało konkretnym śledztwem.
    Świetna lektura na ostatnie ciepłe dni.

     

       
  • Harlem na Śląsku

    Wojciech Chmielarz, Farma lalek
    Czarne 2013
    Ponieważ kilka lat temu wszystkim zaczęło się wydawać, że kryminał napisać jest łatwo i  rynek zalała fala polskich zrzynek z literatury amerykańskiej i skandynawskiej, sama rozstałam się z tym gatunkiem. Wracam do niego jednak powoli, bo to jeden z moich ulubionych i nie mogę się powstrzymać przed czytaniem kryminałów, choć ilość drukowanych teraz książek przytłacza nawet najbardziej namiętnych wielbicieli tego nurtu.

    Farma lalek Chmielarza to świetnie wymyślona i dobrze napisana (co niestety niezbyt częste połączenie w literaturze popularnej) historia o nowych przygodach komisarza Mortki. Śledczy, którego znamy już z Podpalacza, z powodu konfliktu z przełożonym ląduje za karę w Krotowicach, małej miejscowości w Karkonoszach. Dystansuje się od kolegów, spędza czas na przeczekiwaniu, liczy dni do końca zsyłki. Wszystko zmienia się jednak, gdy dostaje zgłoszenie o zaginięciu 12-latki. Mortka to właściwie polski odpowiednik Kurta Wallandera z cyklu Henninga Mankella: rozwiedziony, mało pamiętający o własnych dzieciach, zatopiony w pracy i cyniczny, ze świadomością, że jego poświęcenie nic nie zmieni. Świetny śledczy, który gubi się w życiu codziennym, pralni i kuchni, fatalnym jedzeniem doprowadzający się stopniowo do stanu przedzawałowego.  

    Chmielarz okazuje się tu mistrzem zmyłek – bo gdy giną dwie dziewczynki, a aresztowany zostaje pedofil, wydaje nam się, że wiemy już, jak potoczy się cała historia. Jednak autor plącze nam szyki, dwa razy wykonuje gwałtowne zwroty i zmienia zupełnie reguły śledztwa.
    Początkowo wydaje się, że szukać trzeba pedofila, potem nagle w kopalni Mortka odkrywa zmasakrowane zwłoki kilku dorosłych kobiet. Szuka winnego, a wszystkim pracownikom krotowickiego komisariatu wydaje się, że odpowiedzialni są mieszkający w pobliżu Cyganie. Ich część miasta nazywana jest Harlemem, nikt nie ma nad nią kontroli, policyjne patrole nawet tam nie wjeżdżają, a wszyscy z pogardą odnoszą się do „czarnuchów”. W czasie, gdy toczy się śledztwo, narasta stopniowo konflikt między Polakami a Romami, młodzi napadają na siebie na ulicach. Wzajemne posądzenia i żywione od dawna uprzedzenia stają się siłą napędową dla przemocy.

    Chmielarz ma świetne wyczucie linii dramatycznej, potrafi doskonale stopniować napięcie, wciągać czytelnika w świat podejrzeń Mortki. Jednocześnie jednak wypełnia i drugie zadanie: pokazuje, co takiego zepsuło się w świecie, że mogła pojawić się zbrodnia. Nie mamy tu do czynienia z podziałem na biało-czarne postacie, ale z wieloma odcieniami szarości, z prymitywnymi i jednocześnie prozaicznymi motywami zbrodni: chciwością, zazdrością, gniewem. Świat Chmielarza to w gruncie rzeczy nie świat wyrafinowanych zbrodni, a pospolitych przestępstw mocno osadzonych w polskich krajobrazie.

    W tym sensie Chmielarz nie daje nam więc rozrywki – bo opisuje zjawiska, które wszyscy znamy i które wiążą się z głównymi problemami społecznymi: konflikty etniczne, bieda, niedoinwestowanie małych miejscowości, cięcia budżetowe, rozpad rodziny, handel żywym towarem, przemoc wobec kobiet i dzieci. Nie jest więc to proza egzotyczna, pozwalająca uciec od kłopotów. Wręcz przeciwnie – rozrywkowa forma służy tu czemuś więcej, karmi się nieuleczalnymi dysfunkcjami życia społecznego.

  • Szkocki honor

    Ian Rankin, Miecz i tarcza

    Albatros 2012

    3 szklaneczki whisky nie utrudniają wcale pracy – tą dewizą życiową kieruje się inspektor John Rebus ze szkockiej policji, i faktycznie Ian Rankin w kolejnym kryminale udowadnia, że whisky czyni świat ciekawszym.

    Bohater kryminalnej serii − Rebus − to postać uszyta według najbardziej klasycznych wzorców kryminału – zgorzkniały, z pogmatwanym życiem erotycznym, chroniący resztki wrażliwości pod maską cynizmu, trochę pracoholik, a trochę alkoholik. Sprawdza się on jednak fantastycznie, doskonale pasuje też do wizji świata, jaką tworzy autor.  

    Rankin w Mieczu i tarczy każe Rebusowi zmierzyć się z tajemniczą grupą, która morduje zwolenników separatyzmu szkockiego. Tym samym Rebus wkracza w świat gangów i paramilitarnych bojówek, IRA i kanadyjsko-amerykańskich stowarzyszeń, pod maską działalności patriotycznej prowadzących handel bronią. ierwszą ofiarą jest chłopak z przestrzelonymi łokciami, kolanami i kostkami, tzw. sześciopakiem. Kara ta stosowana jest tradycyjnie jako forma dyscyplinowania członków bojówek, ale nie powinna prowadzić do śmierci. Tytułowe miecz i tarcza to rozszerzenie skrótu SaS, wytatuowanego na ramieniu chłopaka. Nikt nie wie jednak, z jaką organizacją się wiąże się ten  skrót i kto do niej może należeć. Śledztwo – poszukiwanie mordercy, członków SaS-u, człowieka próbującego wysadzić jeden z teatrów − rozgrywa się w czasie letniego festiwalu, gdy administracja Edynburga obawia się zamachu terrorystycznego.


    Stopniowo Rebus wkracza coraz głębiej w świat paramilitarnych bojówek, których członkowie często prowadzą nielegalne interesy, piorą pieniądze, szmuglują narkotyki, działają na terenie Anglii, Szkocji i Irlandii. Detektyw krąży po dzielnicach nędzy w Edynburgu, pod murem dzielącym Belfast, odkrywa trupy w średniowiecznym lochu i nowoczesnym hotelu. Znowu wraca tutaj Duży Ger Cafferty – zagorzały wróg Rebusa, którego detektyw wsadził już za kratki, a z którym walka przewija się w różnych tomach serii. Teraz jednak Cafferty ucieka z więzienia, bo żeby ocalić honor, musi ukarać mordercę swego syna. Ludzie Dużego Gera chodzą za Rebusem, pilnują, jak prowadzi śledztwo, ale jednocześnie próbują dowiedzieć się tego, co już odkrył, by szybciej dotrzeć do winnych i ich ukarać. Duży Ger – jak szybko jednak odkrywa detektyw – nie jest jego najgroźniejszym przeciwnikiem, ten bowiem kryje się gdzieś w szeregach tajnych służb i policji.


    Świat, jaki autor przedstawia w swojej powieści, przedstawiony jest w alegorycznym skrócie, nie traci jednak nic na prawdopodobieństwie i drastyczności. Rankin często porównywany jest do Henninga Mankella, smutek i beznadzieja szwedzkiego życia – do smutku Szkocji. Sądzę jednak, szalenie ważna jest różnica w problemach, jakie przedstawiają ci autorzy. Obaj starają się odmalować pewien obraz społeczeństwa w dobie kryzysu, przeplatanie się światów, gubienie wartości. O ile jednak u Mankela są to kwestie społeczne w szerokim rozumieniu, o tyle Rankin idzie w głąb, konfrontuje Rebusa z nagą przemocą, którą żyją grupy przestępcze i która nakręca, radykalizuje życie ulicy. Różne są też całkowicie problemy z jakimi muszą się mierzyć oba te społeczeństwa – u obu autorów ważny jest koloryt, Mankell nigdy jednak nie pisał o separatyzmie. Tymczasem Rankin w tym tomie przygód Rebusa zgłębia przestrzeń między bojówkami a mafią, informacje o przepływie pieniędzy uzupełniają wiedzę, którą Rebus zdobywa w czasie konfrontacji lub studiowania list członków stowarzyszeń protestanckich i katolickich. Ciągle też wraca do Gar-B, dzielnicy biedoty, w której kwitnie młodociana przestępczość, i w której parafialny dom kultury staje się miejscem spotkań i dobijania targów między gangami protestantów i katolików.

    W tym tomie przygód Rebusa Rankin pokazuje, że ciągle trzyma formę i daleko mu do książek słabych. Pisze ciągle tak samo – bez fajerwerków i zadęcia. Jego kryminały są jednak mroczne, przejmujące do kości, wywołujące chwilami ból brzucha – czyli idealne.