Tag: komunizm

  • Mały Polak – duży zbrodniarz

    Mały Polak – duży zbrodniarz

    „Syrop z piołunu” to książka bardzo ważna, a zarazem zła. Rezultat będzie przeciwskuteczny: zamiast przypomnieć Polakom o budzącej wstyd akcji Wisła, da amunicję wszystkim tym, którzy takiej pamięci nie chcą.

    Paweł Smoleński, specjalizujący się poniekąd w etnicznych konfliktach, wojnach rozgrywanych na pograniczach, tym razem wraca do relacji polsko-ukraińskich (pisał o tym 2001 roku w Pochówku dla rezuna). Teraz interesuje go właściwie tylko jedno wydarzenie – akcja Wisła i deportacja na Ziemie Odzyskane i Mazury 140 tysięcy Ukraińców, których w ciągu kilku miesięcy 1947 roku wyrzucono z ziem sąsiadujących z USRR.

    Dlaczego to jest książka ważna? Bo Smoleński ma talent do wiercenia dziur w sumieniu, przypominaniu tego, co z wygody zostało zapomniane, zaglądania pod podszewkę różnych ustaleń, mitów, konwencji. I tak jest tutaj: pokazuje zaskakujące porozumienie, jakie nowa władza ludowa, ta ze stalinowskiego nadania, zawarła z oficerami z XX-lecia międzywojennego, byłymi legionistami, wykształconymi we Francji demokratami – okazuje się, że nienawiść polska do Ukraińców łączyła nawet najbardziej odległe grupy światopoglądowe. Smoleński pyta też o motywację żołnierzy z różnych szczebli awansu, którzy w akcji deportacyjnej brali udział, pokazuje nacjonalizm i żądzę zemsty za Wołyń, ale też pragnienie wykazania się, jakie cechowało świeżo przyjętych żółtodziobów, zasłuchanych we frontowe historie starszych towarzyszy. To jest właściwie pytanie, które zasługuje na dłużą refleksję, wykraczającą chyba poza reportaż: do jakiego stopnia za okrucieństwo wobec ludności cywilnej odpowiada takie pragnienie zdobycia szlifów, męskiej inicjacji w wojnę?

    Smoleński wylicza po kolei mity, które władza ludowa umacniała w latach 40., żeby pokazać racjonalność, sprawiedliwość i konieczność deportacji ludności ukraińskiej. Wymienia je jednak wraz z innymi mitami propagandowymi i jest to zabieg świetny. Nieubłagana logika pokazuje, że Polacy albo od razu odrzucali propagandowe kłamstwa, albo weryfikowali je na przestrzeni lat – w dalszym ciągu zaś wierzą wyłącznie w te, które dotyczą relacji polsko-ukraińskich, czyli takie, które pozwalają im nie rozliczać się z niewygodną, wstydliwą przeszłością. Pokutuje zatem mit o zaciekłej wojnie między UPA a polską armią (a UPA ledwo zipała, odcięta od zaopatrzenia i broni), o przygotowaniach do nowej wojny, o tym, że w obliczu silnego poparcia u ludności cywilnej nie istniał inny sposób pokonania partyzanckich oddziałów. Tymczasem Smoleński cytuje dokumenty, w których wyraźnie pisze się o konieczności „rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce”. Umówmy się, że takie słowa zapisane 5 lata po konferencji w Wannsee, w czasie której mówiono o potrzebie rozwiązania kwestii żydowskiej, brzmią upiornie. Nikt jednak nie widział wtedy podobieństwa między nimi. Dzisiaj jednak powinno być już inaczej.

    Cała ta książka składa się z takich paradoksów, które autor wydobywa, pokazuje zaskakujące paralele między akcjami, które Polacy uważają za przestępstwa przeciwko ludzkości, a tymi, które sami podejmowali. W XX-leciu burzono cerkwie i przymuszano dzieci do nauki w polskich szkołach, po wojnie, zainspirowani sposobem, w jakim w epoce stalinowskiej przeprowadzano czystki, podjęto działania na szerszą skalę – to także wielkie oskarżenie. Naród, który uważa się za ofiarę Stalina, jakże chętnie podejmuje tu taki sam sposób działań: 4 godzina na pakowanie, potem marsz do punktów zbiórki i pociągi towarowe jadące tygodniami w nowe miejsca osiedlenia. Całe to oskarżenie moralne, historyczne, studium uników, które do dzisiaj potrafimy świetnie uskuteczniać (Wołyń, którym wszyscy wycierają sobie usta), traci jednak na znaczeniu, gdy patrzymy na całość tej reporterskiej książki.

    Przykro było patrzeć, gdy Jacek Hugo-Bader sam skutecznie podkopał swoją karierę reporterską. Ale gdy z jakichś tajemniczych powodów Paweł Smoleński daje czytelnikowi książkę niedorobioną, płaską, słabo udokumentowaną, to już zaczynam zastanawiać się, czy to nie jest jakiś większy problem. Zbytnia pewność siebie mistrzów? Talent daje prawo do niechlujstwa? Skąd ta nonszalancja?

    Po pierwsze: świadectwa, przywołane w tej książce, pochodzą z materiałów, jakie Smoleński zebrał 16 lat temu, a więc są odpryskiem „Pochówku dla rezuna”. Nie zarzuciłabym autorowi lenistwa, gdyby nie fakt, że w tekście wielokrotnie widać takie opuszczanie gardy, pójście na łatwiznę. Smoleński stosunkowo rzadko powołuje się na dokumenty z epoki, często za to na teksty innych reporterów i to teksty z „Dużego Formatu”, które albo cytuje, albo wplata w swą opowieść jako materiał źródłowy (a to przecież nie jest źródło, tylko właśnie już jego opracowanie, kolejny stopień zapośredniczenia). Na tej samej zasadzie przywołuje tezy Grzegorza Motyki i kilku innych  historyków – specjalistów od relacji polsko-ukraińskich. Ale wychodzi nam z tego reportaż napisany przy biurku, w bibliotece, reportaż żerujący na cudzych badaniach, wnioskach i przykładach. To zarzut drugi. Mało pisze sam, lubi cytować, oddaje głos innym w stopniu, który właściwie pozwala mówi o centonie – cały rozdział „Wybaczajcie” składa się z zestawienia obszernych cytatów z kazań, jakie wygłaszali dostojnicy Kościoła i Cerkwi, nawołując do pojednania i wybaczenia. Bez komentarza autorskiego, bez kontry lub puetny, po prostu nabijanie znaków. „Bardzo prosi staruszek” to z kolei zestawienie cytatów z listów, jakie ukraińscy repatrianci piszą do urzędników państwowych, prosząc o uznanie ich krzywd (najczęściej z wczesnego dzieciństwa) – Smoleński zderza cytaty, rozbudowuje obrazy dziecięcego cierpienia i samotności na starość, tym długim szeregiem cytatów chce wzmóc wrażenie autentyczności, próbuje uobecnić głos bohaterów, którego w tej książce nie ma za dużo.  Podobnie w rozdziale „Mam przed oczami niewinne dzieciątka”, w którym przytacza przykłady współczesnych polskich zachowań nacjonalistycznych i sposoby, w jakie władza bagatelizuje narastanie antyukraińskiej przemocy. To także cytaty – tym razem z doniesień medialnych. Taki patchwork – szkoda tylko, że tak często wykorzystuje ten sam chwyt, znika właściwie jego głos, skoro trzy pełne rozdziały na 221 stron w całości składają się z kombinacji cytatów.

    Zarzut czwarty – z mojej perspektywy najważniejszy – Smoleński używa retoryki właściwej prawicowym konserwatystom. Wiem, że właściwością jego stylu jest nonszalancja, gotowość do ferowania wyroków, budowanie napięcia między jawną autorską wypowiedzią, a całkowitym ukryciem się, czasem jednak te luźne cugle sprawiają, że cała konstrukcja ponosi. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy Smoleński przedstawia biografię generała Karola Świerczewskiego – bohatera doby PRL-u, męczennika walk z Ukraińcami. Kładzie nacisk na jego kulturową obcość, wysługiwanie się władzy komunistycznej i pisze w końcu „etniczny Polak”. No do cholery ciężkiej, jak zaczniemy na dużą skalę akcję dzielenia i oczyszczania, to nikt nie będzie miał zaszczytu przynależności do tej wspólnoty. Będzie czysta, heroiczna, ale dość mała i wątła – n’est-ce pas? Zdaje się, że i biednego Smoleńskiego dotknął język i zabiegi retoryczne dzisiejszej władzy. Dobry reportaż, dobra opowieść o przeszłości uchyla się od takich łatwych podziałów, grzebie w motywacjach, opowiada o narodowych czarnych owcach i bękartach, bo ich historia więcej mówi o przeszłości niż biografie kryształowych bohaterów.

    Ta kaleka formalna, jaką jest „Syrop z piołunu”, źle działa na dwa sposoby: po pierwsze podważa dorobek autora, bo wszystkie płytkie prześlizgnięcia w niej zawarte skutecznie pozwalają kwestionować jego obecny warsztat, po drugie – dają broń do ręki wszystkim tym, którzy będą chcieli podważyć oskarżycielskie tezy zwarte w książce. Takie piruety polska krytyka – robiona na blogach i przez różnych historyków – jest w stanie wykonać (co trochę zaskakuje, bo polska krytyka to nie jest najbardziej zwinna baletnica), gdy chce ocalić stereotyp polskiej ofiary, taki mit małego Polaka, który genialnie wyśmiał Adam Lipszyc w swoim tekście „Polak Mały i fantazja impotencji” (w „Tekstach Drugich”).To Polacy przecież są ofiarami historii, ergo sami nie mogli wyrządzić żadnego zła.

    Paweł Smoleński, Syrop z piołunu

    Czarne 2017

  • Rododendrony

    Zyta Oryszyn, Ocalenie Atlantydy

    Świat Książki 2012
    Jak wydostać się ze schronu po wojnie? Jak ukryć się przed czujnym klasowo spojrzeniem służb? Jak zacząć życie od nowa w zupełnie nowym miejscu, gdy nie ma się niczego? Na te wszystkie pytania odpowiada Ocalenie Atlantydy, chociaż nie ma się co oszukiwać – pokazywanej tu rzeczywistości daleko do ocalenia.

    Oryszyn mnoży postacie, montuje cały świat – na Ziemiach Odzyskanych w 1946 roku buduje się od nowa wspólnota polska, która zajmuje poniemieckie mienie. Przenosi ona jednak ze Wschodu cały zestaw kompleksów i konfliktów (Łemkowie to Ukraińcy i upowcy, Kwieciński to Żyd, bo wiadomo, jakie to nazwisko, połowa warszawiaków to agenci nowej władzy, a wszędzie czuć rękę niemieckich rewanżystów). Wszyscy bohaterowie powieści wychodzą z wojny poharatani, osieroceni i straumatyzowani, nie są jednak niewinnymi, cierpiącymi ofiarami, bo nawzajem zatruwają sobie życie. Nie ma tu też szans na spokój, szybko zapada żelazna kurtyna, urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ustrojeni w czarne skórzane kurtki, zaczynają siać postrach. Znikają kolejni obywatele, nikt nie wie, gdzie ich szukać, nikt nie chce o nich mówić. Po 1956 nic się nie zmienia – dzieci dorastają w sierocińcach, głodują, walczą między sobą o resztki z kosza. Ubecja dalej śledzi i prześladuje:

    A potem zaczęli mówić o lokalach ubeków, że niby pustostany, ale wcale pustostanami nie są. Bo jak trzeba kogoś nagrać, dobrze przysposobić, ugłaskać, że by niby kumple, chodź, napij się stary, ale mam naleweczkę palce lizać, nie będziemy czyściochą truć, a choćby i czyściochą, ale za to ze śledzikiem z cebulką jak ta lala, to się go prowadzi do takiego umeblowanego, nawet z lodówką i garami lokalu.

    Daleko tej rzeczywistości do patosu, bo o wojnie, stalinizmie i PRL-u Oryszyn potrafi pisać bez patosu. Wybiera perspektywę żabią – przedstawia świat z punktu widzenia ludu, często medium mówiącym staje się dziecko. Te dwa chwyty sprawiają, że to wszystko, co w powieściach Janusza Krasińskiego pokazane jest jako oczywiste i jednoznacznie złe, tutaj pojawia się jako sugestia, wspomnienie. Oryszyn nie nazywa, ona opisuje i każe nam samym domyślić się, o co chodzi. Często wykorzystuje mechanizmy dziecięcej wyobraźni:

    Wcale nie było jasne, czy Żelazna Kurtyna sięga do nieba, czy tylko do pierwszych byle jakich chmur.  Mietek Szczęsny twierdził, że tylko do pierwszych chmur. Bo jeżeli sięgałaby aż do nieba, to musiałaby w niej być jakieś śluzy czy co, żeby samoloty mogły latać.

    Ocalenie Atlantydy to powieść rzeka, utwór o epickim rozmachu, pozbawiony jednak stricte powieściowej spójności – składa się z kilku opowiadań-rozdziałów, w których poznajemy kolejne postacie, a fabuła obejmuje coraz szersze przestrzenie. Nie będę tutaj specjalnie oryginalna (bo zgadzam się z Dariuszem Nowackim), gdy napiszę, że najlepszy wątek dotyczy rodziny Brylaków. Oryszyny idzie tu bowiem pod prąd tradycyjnego przedstawienia: PRL, którego system pozwalał na osiągnięcie awansu społecznego nizin, tutaj jest przedstawiony jako ustrój, który wymusza degradację: ojciec rodziny, Jan w czasie wojny był dowódcą oddziału AK i nie ujawnił się w 1945 roku, w Waldburgu/Leśnym Brzegu ukrywa się na chłopskich papierach. Jego syn Emil, nosi teraz imię Wacio, teściowa – wykształcona, pochodząca z ziemiaństwa, zostaje Brylak Antośką, która nie ma prawa mówić rododendrony, a jedynie krzaczyska:

    Mama nie zna żadnego francuskiego (…). Mama powinna mówić na przykład tak: idź se Waciu polatać po polu. Albo chodźże Waciu, żwawiej, bo wieje przeciąg. Albo patrzy mama na rododendrony przez okno, ale nam nie wolno wiedzieć, że to rododendrony, nam wolno wiedzieć tyle, że to są takie dziwne krzaki, więc mam mówi, dyć ale śmieszne krzaki, polataj se po polu, Wacek, kole tych dziwnych krzaczysków.   

    Brylak walczy o przeżycie, ale dusi się w nowej formie, babka w niedziele przebiera się w swoje dawne stroje, mówi z wtrętami francuskimi i przedstawia się swoim pierwotnym imieniem. Chłopiec zaś, o czym ojciec nie wie, gardzi nim i jego strachem. Podziwia za to ubeków – za skórzane płaszcze, broń, samochody i wille. Chłopak wychowywany w schizofrenicznym świecie, wierzy w męską prymitywną siłę, imponują mu wyprostowane plecy, odwaga i bojownicza postawa ubeków:

    Swoich łez Wacio nie lubił, bo zawsze znaczyły jedno, że trzeba się bać i uciekać. A uciekać zawsze było przed czym. Ledwie się zapomniało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu już trzeba było się bać czego innego.

     Zyta Oryszyn po wielu latach po raz kolejny zabrała głos – nie ma co rozważać, czy to ponowny debiut, czy kontynuacja twórczości z lat 70. Ważne jest to, że powieść zdobywa kolejne nagrody, że mówi o PRL-u świetnym językiem, że sięga po takie obrazy i metafory, które przekonują mnie do tego świata, sprawiają, że chcę czytać dalej.

  • I love NH

    Katarzyna Kobylarczyk, Baśnie z bloku cudów, 
    Jagiellonia 2009

    Renata Radłowska, Nowohucka telenowela, 
    Czarne 2008




    Oba zbiory to reportaże o ludziach mieszkających w Nowej Hucie, o jej założycielach i budowniczych. Różnią się one jednak mocno od siebie: jeśli chcemy poznać fenomen Nowej Huty jako osobnego miasta – należałoby sięgnąć po reportaże Kobylarczyk, jeśli zaś chcemy poznać życie codzienne i starość junaków – po książkę Radłowskiej.

    Nowa Huta fascynuje – po latach posuchy i nieobecności w kulturze staje się miejscem coraz większej ilości imprez, coraz młodsi autorzy zwracają się w jej stronę. To w Hucie swoją siedzibę znalazła Łaźnia Nowa, tu odbywa się festiwal Genius Loci. Znikają stopniowo zakorzenione w świadomości resztki ideologii, które sprawiły, że Nowa Huta czuła się osobnym miastem. Teraz Huta nie chce jednak zatracić swej odrębności.

    Chodzę ulicami Nowej Huty i przeżywam doświadczenie historyczne, o jakim pisał Frank Ankersmit. Jego zdaniem doznanie, że dotykamy materii historycznej, może spowodować drobny przedmiot, doświadczenie to jest chimeryczne i trudno uchwytne. Gdy idę aleją gen. Andersa z Placu Centralnego w kierunku ronda Kocmyrzowskiego, czuję historię. Aleja odchodzi jako jeden z promieni od głównego placu, to szeroka ulica, bloki znajdują się daleko od siebie – dlaczego tak wygląda? Aleja Andersa to melanż włoskiej myśli doby renesansu i radzieckiej wiedzy o tłumieniu oporu. To połączenie fantastycznej wyobraźni architektów, którzy wymyślili, że Nowa Huta będzie naśladować Rzym oraz przyziemnej wyobraźni wojskowych, którzy chcieli szerokich ulic, by nie dało się ich zastawić żadnymi barykadami, by mogły na nich operować czołgi, a w razie potrzeby, by lądowały też wojskowe samoloty.


    Nowa Huta w reportażach zawartych w obu książkach przedstawia się jako przestrzeń życia codziennego, zwykłej egzystencji, czasu nawracającego, powtarzających się nieustannie czynności: doglądania gospodarstwa, sprzedawania zbiorów w Krakowie, prac na działce. Bohaterowie Radłowskiej to ludzie przeciętni, przedstawieni tu na wzór świętych z opowieści ludowych; osiągają oni świętość dzięki trudowi życia, własnej prostocie, akceptacji świata.

    Ze spokojną codziennością Radłowskiej kontrastują przedstawione przez Kobylarczyk lata budowania Nowej Huty − czas tytanów i mitycznego początku, stworzenia świata, który został powołany do życia jednym słowem – wypowiedział je towarzysz Pleszkow zimą 1949 roku, stojąc na Kopcu Wandy. Jak pisze Kobylarczyk, junacy zaczynali od stawiania na polach namiotów z demobilu – to obok nich brali się do pracy przy budowie, ludzie spali na workach z cementem. Jako tytani, u autorki Baśni z bloku cudów, przedstawieni są założyciele miasta – inżynier Zbigniew Loreth, architekt Tadeusz Ptaszycki, rzeźbiarz Marian Konieczny. Radłowska w swojej książce pokazuje zaś, że prawdziwymi budowniczymi Nowej Huty byli prości robotnicy, tacy jak murarz Piotr Ożański (pierwowzór Birkuta z filmu Wajdy).

    Kobylarczyk szuka w Nowej Hucie śladów obecności radzieckich inżynierów – przy budowie pracowało ich tu około sześciuset. Jednak w pamięci ludzkiej zapisali się przede wszystkim Polacy – Ptaszycki czy Loreth. Reportaże o nich to historie prozaiczne – o ciężkiej pracy, trwającej czasem wiele dni bez przerwy, telefonach do Bieruta, konferencjach i naradach w Moskwie, plombowaniu biur (bo plany Nowej Huty były ściśle tajne). Zarazem jednak Kobylarczyk szuka klucza do zrozumienia swoich postaci: Ptaszycki to w jej opowieści Pan Bóg, deus artifex, budowniczy, których podźwignął z ruin Wrocław, a potem zaplanował Nową Hutę na miarę, na jaką nie odważył się w tej epoce pomyśleć jakikolwiek inny architekt.
    Z kolei inżynier Loreth został tu przedstawiony nieomal jak polski James Bond, super agent, który potrafił w Moskwie załatwić wszystko – reportaż o nim opisuje nie tylko trudności zaopatrzeniowe w latach 50., wpływ polityków na przemysł, ale też ukazuje, że przyjaźń polsko-radziecka nie była absolutna, w rozbudowa przemysłu wiązała się z zaciekłą rywalizacją. Dlatego też, gdy Loreth otrzymał od Rosjan umowy na zbudowanie stalowni, polski wywiad przewiózł go natychmiast przez granicę, by nie można było cofnąć decyzji.

    Jak w każdym micie, świat rozwija się poprzez walkę – Kobylarczyk wspomina o sporach, jakie toczyli robotnicy z mieszkańcami wsi, które należało zburzyć, by wybudować Hutę. Autorka Baśni… opisuje ataki chłopów na junaków prowadzących rozbiórkę, Radłowska pisze o samobójstwach, napadach szaleństwa, które dotykały mieszkańców Bieńczyc, Czyżyn czy Kościelnik. Historie te rozbijają propagandowe hasło z lat 50., które głosiło, że pod budowę Huty osuszano bagna, karczowano las i zajmowano nieużytki. Temu kłamstwu właśnie przeciwstawiają się bohaterowie reportaży, wspominający, że spychacze wjechały w pola tuż przed zbiorami, a domy rozbijano w drzazgi. Konflikt starego i nowego porządku widać też na dwóch cmentarzach: Mogiła to świat stary, chłopski – tu chowano ludzi według tradycyjnego, katolickiego obrządku. Grębałów to nowy świat robotniczy, gdzie w pośpiechu grzebano junaków, którzy zginęli w wypadkach przy pracy i w czasie alkoholowych burd.

    Nowa Huta, jak każda przestrzeń mityczna, ma też swoje czarne historie i to one zdają się oddziaływać najmocniej na życie mieszkańców. Legendy nowohuckie, przywoływane przez Radłowską i Kobylarczyk, mają charakter przekazów ludowych. Zaczęły się one rodzić już w latach 50., gdy junaczki pracowały na terenach przeznaczonych pod budowę, poszukując przedmiotów o wartości archeologicznej. Jak opowiada jedna z nich – kobiety miały wrażenie, że straszy je potwór o czarnej twarzy i żółtych oczach. Uciekały z pracy, mdlały, prosiły o przeniesienie. Chłopi wierzyli, że upiór ten karze junaków za bezprawne zagarnięcie ich ziemi, a władza próbowała uspokoić robotnice, widząc w ich zachowaniu przejaw histerii i zabobon nieprzystający do wizerunku socjalistycznej kobiety.

    Obok jednak tych fantastycznych historii, powraca wiele miejskich legend o mrocznym obliczu Nowej Huty – topieniu noworodków w wapnie lub porzucaniu ich w pniach wysuszonych drzew (tych dzieci, które zostały poczęte w brezentowych namiotach i hotelach robotniczych), gwałtach dokonywanych przez grupy pijanych w sztok robotników, walkach na noże po zmroku na różnych osiedlach, sabotażu w czasie pracy, a wreszcie o ataku terrorystycznym i strajku sprowokowanym przez SB.


    Tutaj właśnie pojawia się drugi wątek opowiadanych przez Radłowską i Kobylarczyk historii: nowa interpretacja przeszłości. Obie autorki, tkając swoje narracje, nawiązują do propagandowych haseł PRL-u. Wbrew mitowi komunistycznemu, do Nowej Huty przyjeżdżali nie tylko chłopi i robotnicy, ale też potomkowie krakowskiego mieszczaństwa, dzieci kułaków i dawnych posiadaczy ziemskich. Dekonstrukcja mitów dokonuje się tu poprzez przywołanie „dalszych ciągów” historii, tego, co w wizji świetlanej przyszłości nie zostało ujęte: Radłowska opisuje ciasne mieszkania, w których nie mieścił się stół jadalny, chaos architektoniczny wymuszony oszczędnością i pragnieniem ulokowania w blokach jak największej ilości ludzi. W Marii od cegieł autorka mówi o zawiedzionych marzeniach dawnych stachanowców, żyjących z osiemsetzłotowej emerytury. Reportaż Kobylarczyk Inżynier Nowa Huta o Ptaszyckim przedstawia okoliczności zwolnienia architekta w 1968 roku… W tekście Człowiek kanciasty Kobylarczyk śledzi biografię Piotra Ożańskiego – przodownika pracy, który nie był w stanie udźwignąć legendy i sławy, jaką otoczyło go państwo ludowe. Poparzony w wyniku sabotażu, utracił władzę w lewej ręce i zaczął pić. Autorka widzi w jego losach ironię historii – człowiek wyniesiony na szczyty przez władzę, zostaje później przez nią wykorzystany i zniszczony, a kolejna władza nie chce widzieć w nim choćby bohatera ludowego.
    Nowa Huta pod każdym względem była zjawiskiem niezwykłym – miastem zbudowanym w całości z inspiracji komunistów przez tysiące ludzi, którzy nie mieli żadnych poglądów politycznych, a często nie potrafili nawet czytać; miastem, wzorowanym na pomnikach stalinizmu w ZSRR, które jednak później stało się wzorem dla nowoczesnych osiedli w Moskwie.
    Czytam Radłowską i Kobylarczyk, nie siląc się nawet na minimum obiektywizmu. Pożeram książki, które opowiadają o moich sąsiadach – choć to właściwie ja jestem nowa, bo oni przecież mieszkają tu od pięćdziesięciu lat. Powoli wrastam w to środowisko, Nowa Huta jest zarazem dla mnie swoja i obca – większość życia spędziłam w Mościcach – osiedlu wybudowanym w szczerym polu przy fabryce konstruowanej pod Tarnowem na przełomie lat 20. i 30. XX wieku przez prezydenta Mościckiego. Parę lat temu zamieszkałam zaś w starej części Nowej Huty – realizowanej na zamówienie innej władzy, ale wedle tej samej zasady: miasto pojawiło się w ciągu kilku lat, postawione z niczego, wśród pól.