Tag: Katarzyna Kobylarczyk

  • Popyt i podaż

    Popyt i podaż

    W grudniu prowadziłam spotkanie on line z Krzysztofem Vargą, dotyczące jego książki „Dziennik hipopotama”. W spotkaniu – a właściwie debacie – brali też udział Michał Nogaś i Justyna Sobolewska, rozmawialiśmy dużo o rynku książki, jego praktykach i wypaczeniach. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie radośnie pohukujący Varga, potępiający wszystko w czambuł i domagający się zamknięcie większości wydawnictw, z wyższością (oraz arogancją płynącą z błogiej nieświadomości) domagający się publikowania tylko prozy wysokiej.

    To spotkanie uświadomiło mi (poza rozmiarami niewiedzy niektórych aktorów pola literackiego), że ciągle jeszcze w Polsce żyje i świetnie się ma mit OPUBLIKOWANIA KSIĄŻKI.

    Otóż święcie wierzymy, że to, co wychodzi w okładkach nie tylko ma status nieomal prawdy objawionej, ale że jeszcze sam fakt publikacji jest wartościowy, wydanie książki po prostu jest dobre(m).

    Ten sposób myślenia dzieli stary wyjadacz Varga z wieloma młodymi autorami, którzy po to, aby debiutować, biorą kredyty i oddają rok-dwa z życia. Nie chodzi mi jednak o kredyt na wydanie książki, ale o kredyt na jej napisanie, a zatem raczej o obszar reportażu niż prozy. Prozę pisze się wcale nie łatwiej, ani nie szybciej, można jednak uciąć podróże i kwerendę, jak się na nie kompletnie nie ma forsy. Reportaż, który przeżywa teraz najazd debiutantów, z całą pewnością bez tego się nie obędzie.

    Kryzys prasy, pogłębiający się ciągle i właściwie stały (a już się wydawało, że jesteśmy na dnie…) w połączeniu z tym właśnie myśleniem o wydaniu książki jako o jakimś wyróżniku i rodzaju dobra, nieprawdopodobna ilość osób, próbujących swoich sił w reportażach, w sumie sprawiają, że rynek zaczyna się tutaj dziwnie chwiać. Autorzy szukają środków, by móc się utrzymać w czasie pisania, wyjechać do bohaterów, zrobić reaserch, a wydawnictwa starają się odsiewać płynące szeroką falą propozycje wydawnicze. Oczywiście, reporterzy mogą starać się o stypendia ministerialne i miejskie, mogą startować w konkursach. Wydawnictwo Poznańskie do czterech lat prowadzi Konkurs Reporterski, w 2021 można zgłaszać swoje projekty do 1 marca. Projekty oceniane są do 24 kwietnia, a nagroda wynosi 15 tysięcy złotych.

    Nie wiem – i to jest właściwie pytanie do moich Czytelników, z których spora część funkcjonuje w tym polu – czy łatwo jest dostać takie środki? Czy wystarczają one na pisanie? Trochę próbowałam o to pytać w różnych miejscach i wnioski są dość przerażające: publikowanie książki, które miało być ratunkiem w sytuacji, gdy drastycznie zmniejszyła się ilość tytułów drukujących reportaże (wliczając portale i serwisy internetowe), nie tylko nie przynosi spodziewanych zysków, ale i wymusza wyjątkowo duże nakłady własne. Nadobecność reportażu sprawia bowiem, że sprzedają się coraz mniejsze jego nakłady, a to sprawia, że zmniejszają się też zaliczki. Wydawcy boją się ryzykować, podpisując umowy z debiutantami – choć łatwiej jest doprowadzić tom reportażu (niż tom prozatorski) do poziomu „wydawalności” i „czytelności”. I nie chodzi mi tutaj o zarzut wobec młodych, debiutujących twórców, bo to samo można powiedzieć o Justynie Kopińskiej – jej styl jest płynny jak ruchy c3po.

    Ten brak środków na rynku w przypadku książek, których napisanie wymaga dużo czasu, oznacza, że reporterzy muszą stać się mistrzami nie tylko tej jednej literackiej formy, ale też specjalistami od gatunków bardziej przyziemnych. Ewa Winnicka przyznaje: „podstawową umiejętnością młodego autora jest pisanie projektów, zdobywanie grantów i stypendiów, kolędowanie od drzwi do drzwi, organizowanie zbiórek czyli zbieranie funduszy z różnych źródeł”.

    Ponieważ na wyjazd i „duży projekt” debiutantowi trudno jest zdobyć środki, to rację ma chyba Katarzyna Kobylarczyk, gdy twierdzi, że pierwszą książkę pisze się „przy okazji” – wyjazdu, projektu, jakichś badań naukowych, własnych nietuzinkowych zainteresowań.

    Kamil Bałuk, współpracownik Instytutu Reportażu i juror w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego, podkreśla właśnie rolę owego pragnienia, przewyższającą rachunek ekonomiczny: „Mało znam osób, które odmówiły podpisania umowy na książkę reporterską z powodu zbyt niskiej zaliczki czy ogromnych kosztów dokumentacji. Pragnienie zadebiutowania, wskoczenia poziom wyżej niż publikacja w prasie, jest zwykle nie do odparcia. Kiedyś przed debiutem książkowym autorzy mieli zwykle na koncie sporo publikacji w prasie, dzisiaj to już nie jest konieczne, bo niektóre wydawnictwa zgłaszają się do potencjalnych autorów po lekturze jednego ich tekstu. Znam przypadki, że umowę podpisywali ludzie bez opublikowanych dotychczas tekstów, z samym pomysłem”.

    Kiedy prowadziłam spotkanie z Julianną Jonek-Springer na temat reportażu z odległych miejsc, redaktorka naczelna Dowodów na Istnienie powiedziała, że pandemia i zakaz podróży zwiększą zainteresowanie tematami lokalnymi, że na rynku książki za dwa lata pojawi się fala książek z Polski, analizujących na różne sposoby „nasze życie tutaj”. Sądzę cynicznie, że taki zwrot ku lokalności będzie miał nie tylko pandemiczne uzasadnienie, ale też właśnie u jego podstaw będzie leżało myślenie małą skalą wymuszone przez ograniczone fundusze. Kłopot polega jednak na tym, że pisanie o sprawach polskich i sąsiedzkich wcale nie jest proste. O tym właśnie opowiada często Katarzyna Kobylarczyk w czasie spotkań dotyczących jej ostatniej książki: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy” – napisanej właśnie na temat jej własnej dzielnicy, w dużym stopniu po rozmowach z sąsiadkami (choć jeszcze przed pandemią). Inna jest relacja reporterów i bohaterów, inny rodzaj więzi, inna odpowiedzialność. Nie da się umknąć po napisaniu tekstu, nie bardzo można odmówić pokazania tekstu, nie da się wyostrzyć tez, słów i zdarzeń, by stały się jaśniejsze dla czytelników, bo autor będzie się spotykał pod piekarnią ze swoimi postaciami. Albo wyrzucał śmieci do tego samego kosza. A oni także nie będą tak wolni i nieskrępowani w swoich opowieściach i zwierzeniach, gdy będą wiedzieć, że książkę przeczyta się w sąsiednich domach. I co z tego, że to będzie tańsze w produkcji?

    I jeszcze jedna rzecz wydaje mi się tu bardzo ważna, choć wiąże się ona pośrednio z kapitałem i dystrybucją środków. Chodzi o to, że zmiana, jaka dokonała się, gdy gros reportaży przeszło z prasy do publikacji książkowych, nie jest tylko zmianą ilościową (zbiór tekstów zamiast jednego), ale też jakościową, a ta nie wydaje mi się do końca uświadomiona i zwerbalizowana. Bo gdy reporter publikował tekst np. w „Dużym Formacie”, w czasach gdy DF miał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakładu (nostalgiczne wspomnienie), to jego tekst był czytany masowo przez ludzi z różnych środowisk i to w stosunkowo krótkim czasie (około tygodnia), a zatem miał szansę wywołać masową reakcję – rodzaj spiętrzenie emocjonalnego, prowadzącego do publicznej debaty na dany temat, a nawet lepiej – do zmiany – choćby drobnych przepisów prawa (tak było choćby z tekstem Mariusza Szczygła „Grzeczny i posłuszny”). W chwili, gdy wydaje się książkę, grupa odbiorców jest dużo mniejsza (bo nakład średnio wynosi 3-5 tys. egzemplarzy), a lektura dokonuje się w długim czasie (liczyć trzeba też przecież tych, którzy wypożyczają książkę z biblioteki kilka lat po jej publikacji). Nie ma co więc liczyć na to spiętrzenie, reakcję gwałtowną i nasiloną. Autorzy książek reporterskich muszą zatem przemyśleć nie tylko układ kompozycyjny, który zmienia się, gdy piszą książkę, ale też funkcje, które ma ich opowieść spełniać. Jeśli publikacja reportażu w prasie przypomina nam sprint, to publikacja w książce jest raczej półmaratonem – czyli kompletnie innym rodzajem biegu.

    Ten tekst nie chce stawiać tez, raczej wskazuje miejsca słabe, wymagające refleksji. I stara się uchwycić pewne zjawiska w zarodku, a nie kogokolwiek sekować. Zapraszam do rozmowy (choć każdy wpis jest takim zaproszeniem), bo ja jestem spoza branży, w życiu swoim nie próbowałam napisać reportażu. Nie biegłam też ani sprintu, ani półmaratonu.

    Dajcie znać, drodzy Czytelnicy, jak te sprawy wyglądają z Waszej perspektywy?

  • Najlepsze książki 2019

    Najlepsze książki 2019

    (najgorsze będą jutro)

    1. Justyna Bargielska, Dziecko z darów, Wolno
    2. Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Karakter
    3. Paweł Goźliński, Akan, Agora
    4. Katarzyna Kobylarczyk, Strup. Hiszpania rozdrapuje rany, Czarne
    5. Edouard Louis, Koniec z Eddym, przeł. Joanna Polachowska, Pauza
    6. Weronika Murek, Feinweinblein, Czarne
    7. Wojciech Nowicki, Cieśniny, Czarne
    8. Paweł Piotr Reszka, Płuczki, Agora
    9. Joanna Rudniańska, Ru ru, Nisza
    10. Agata Sikora, Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć, Karakter


  • Książki na jesień

    Książki na jesień

    Właśnie trwa lawina wydawnicza. Wymyśliłam, że podam 5 tytułów, które warto kupić, ale za nic nie mogłam ograniczyć listy do tylu pozycji. Nie jest więc to lista targowych must-buy, ale spis dobrych książek, które ukazały się od wakacji, podaję, żeby nam nie zginęły w zawierusze nowych publikacji. I może przyda się Państwu też przed świętami?

    1. Mona Chollet, Czarownice, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Karakter – świetny francuski esej o degradowaniu kobiet w historii i współczesnym życiu codziennym. Wątek medyczny jest kapitalny, takie odwrócenie konserwatywnego Thorwalda, na którego polski czytelnik leci jak mucha na lep.
    2. Emily Dickinson, Samotność przestrzeni, przeł. Tadeusz Sławek, Biuro Literackie – klasyka poezji trafia w ręce polskiego odbiorcy. Koniecznie, koniecznie.
    3. Bill Gaston, Bogowie pokazują klaty, przeł. Kaja Gucio, Krzysztof Majer, Wydawnictwo Marginesy – książki tak śmiesznej, strasznej i smutnej, a przede wszystkim pokręconej nie czytałam już dawno. Fantastyczny popis możliwości literatury.
    4. Inga Iwasiów, Kroniki oporu i miłości, Świat Książki – kronikarski zapis tego, co się dzieje pod czarnymi parasolkami, jak zderza się dyskurs publiczny z prywatnym, życie obywatelskie z życiem domowym. To nie jest opowieść publicystyczna, ale właśnie próba jej przetworzenia, wyjścia poza rejestr dziennikarski ku powieściowemu.
    5. Joanna Gierak-Onoszko, 27 śmierci Toby’ego Obeda, Dowody na Istnienie – pisałam już kilka razy, że to najlepszy debiut reporterski 2019, więc nie będę pisać tu po raz kolejny.
    6. Paweł Goźliński, Akan, Wydawnictwo Agora – gruba, gęsta powieść totalna, która jednocześnie nie udaje XIX-wiecznej narracji. Goźliński wybiera taki śmieszny, stary gatunek jak vie romancée i przerabia go, pokazuje dylematy Bronisława Piłsudskiego i jego podróż przez pół świata jako doświadczenie nowoczesne i dzisiaj aktualne.
    7. Katarzyna Kobylarczyk, Strup. Hiszpania rozdrapuje rany, Wydawnictwo Czarne – bolesne rozliczenie hiszpańskiej wojny domowej, opowieść o duchach, które wcale nie leżą w ziemi, tylko krążą między żywymi. Pamiętacie Żołnierzy spod Salaminy Cercasa? To musicie teraz przeczytać Strup.
    8. Edouard Louis, Koniec z Eddym, przeł. Joanna Polachowska, Wydawnictwo Pauza – znamy drugą część tej opowieści, czyli Historię przemocy, a teraz możemy doczytać debiutancką powieść Louisa: o chłopcu, który zmaga się z ojcem, własną seksualnością i homofobicznym społeczeństwem.
    9. Cezary Łazarewicz, Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia, Post Factum – reportaż bardziej o Polsce niż o RPA, przerażająca opowieść o tym, jak inteligencja i pracownicy IPN przedstawiają zabójcę jako ostatniego żołnierza wyklętego.
    10. Mikołaj Łoziński, Stramer, Wydawnictwo Literackie – powieść oparta na historii rodzinnej Łozińskiego, opowiadająca o 6 dzieci z żydowskiej rodziny z Tarnowa. Bardzo piękna i – umówmy się – przygnębiająca, bo rozgrywająca się od lat 20. do połowy II wojny.
    11. Morze i ziemia. Antologia reportaży z Pomorza, pod red. Cezarego Łazarewicza i Andrzeja Klima, Wydawnictwo Poznańskie – bardzo lubię antologie tematyczne, wybory tekstów wokół konkretnego zagadnienia. A Morze i ziemia przypomina, że Ziemie Odzyskane nie są wcale odzyskane, że ważna jest tu także historia niemiecka.
    12.  Wojciech Nowicki, Cieśniny, Wydawnictwo Czarne – świetna powieść o mrokach duszy i umysłu, chorobie, melancholii, podróżowaniu. Nowicki wybiera figurę człowieka błądzącego, ale nie jest to chevalier érrant, ale człowiek z nizin, zamotany w swój ból, skazany na niebezpieczne terapie raczkującej medycyny.
    13. Karolina Przewrocka-Aderet, Polanim, Wydawnictwo Czarne – reportaż poświęcony Żydom-emigrantom z Polski, osiadłych w Izraelu. Przewrocka-Aderet pokazuje kolejne fale przybyszów, zmieniające się życie Izraela, robienie miejsca dla kolejnych imigrantów. To ciekawa perspektywa, bo opowiada historię tych, którzy wyjechali z Polski, ale właśnie od momentu wyjazdu, a więc taką część ich biografii, której z reguły nie widać w opowieściach skoncentrowanych wokół Polski.
    14. Maciej Robert, Superorganizm, WBPiCAK – wiersze o codzienności, dziecku, sadzeniu drzewek, przeprowadzkach. Robert pokazuje to, czemu służy poezja: w każdej sytuacji ujawnia się jakieś drugie dno, głębsza prawda, ukryta motywacja, maskowany lęk.
    15. Judyta Sierakowska, Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo, Wydawnictwo Poznańskie – z jednej strony to pogodna historia o ciekawym zjawisku w życiu społecznym, z drugiej – nieprzyjemna historia o mentalnym skansenie, w którym panuje wyzysk, reguły jak z wczesnego kapitalizmu, kobiety to mięsko, które można wykorzystywać i upokarzać, a przede wszystkim na nim zarabiać.

  • I love NH

    Katarzyna Kobylarczyk, Baśnie z bloku cudów, 
    Jagiellonia 2009

    Renata Radłowska, Nowohucka telenowela, 
    Czarne 2008




    Oba zbiory to reportaże o ludziach mieszkających w Nowej Hucie, o jej założycielach i budowniczych. Różnią się one jednak mocno od siebie: jeśli chcemy poznać fenomen Nowej Huty jako osobnego miasta – należałoby sięgnąć po reportaże Kobylarczyk, jeśli zaś chcemy poznać życie codzienne i starość junaków – po książkę Radłowskiej.

    Nowa Huta fascynuje – po latach posuchy i nieobecności w kulturze staje się miejscem coraz większej ilości imprez, coraz młodsi autorzy zwracają się w jej stronę. To w Hucie swoją siedzibę znalazła Łaźnia Nowa, tu odbywa się festiwal Genius Loci. Znikają stopniowo zakorzenione w świadomości resztki ideologii, które sprawiły, że Nowa Huta czuła się osobnym miastem. Teraz Huta nie chce jednak zatracić swej odrębności.

    Chodzę ulicami Nowej Huty i przeżywam doświadczenie historyczne, o jakim pisał Frank Ankersmit. Jego zdaniem doznanie, że dotykamy materii historycznej, może spowodować drobny przedmiot, doświadczenie to jest chimeryczne i trudno uchwytne. Gdy idę aleją gen. Andersa z Placu Centralnego w kierunku ronda Kocmyrzowskiego, czuję historię. Aleja odchodzi jako jeden z promieni od głównego placu, to szeroka ulica, bloki znajdują się daleko od siebie – dlaczego tak wygląda? Aleja Andersa to melanż włoskiej myśli doby renesansu i radzieckiej wiedzy o tłumieniu oporu. To połączenie fantastycznej wyobraźni architektów, którzy wymyślili, że Nowa Huta będzie naśladować Rzym oraz przyziemnej wyobraźni wojskowych, którzy chcieli szerokich ulic, by nie dało się ich zastawić żadnymi barykadami, by mogły na nich operować czołgi, a w razie potrzeby, by lądowały też wojskowe samoloty.


    Nowa Huta w reportażach zawartych w obu książkach przedstawia się jako przestrzeń życia codziennego, zwykłej egzystencji, czasu nawracającego, powtarzających się nieustannie czynności: doglądania gospodarstwa, sprzedawania zbiorów w Krakowie, prac na działce. Bohaterowie Radłowskiej to ludzie przeciętni, przedstawieni tu na wzór świętych z opowieści ludowych; osiągają oni świętość dzięki trudowi życia, własnej prostocie, akceptacji świata.

    Ze spokojną codziennością Radłowskiej kontrastują przedstawione przez Kobylarczyk lata budowania Nowej Huty − czas tytanów i mitycznego początku, stworzenia świata, który został powołany do życia jednym słowem – wypowiedział je towarzysz Pleszkow zimą 1949 roku, stojąc na Kopcu Wandy. Jak pisze Kobylarczyk, junacy zaczynali od stawiania na polach namiotów z demobilu – to obok nich brali się do pracy przy budowie, ludzie spali na workach z cementem. Jako tytani, u autorki Baśni z bloku cudów, przedstawieni są założyciele miasta – inżynier Zbigniew Loreth, architekt Tadeusz Ptaszycki, rzeźbiarz Marian Konieczny. Radłowska w swojej książce pokazuje zaś, że prawdziwymi budowniczymi Nowej Huty byli prości robotnicy, tacy jak murarz Piotr Ożański (pierwowzór Birkuta z filmu Wajdy).

    Kobylarczyk szuka w Nowej Hucie śladów obecności radzieckich inżynierów – przy budowie pracowało ich tu około sześciuset. Jednak w pamięci ludzkiej zapisali się przede wszystkim Polacy – Ptaszycki czy Loreth. Reportaże o nich to historie prozaiczne – o ciężkiej pracy, trwającej czasem wiele dni bez przerwy, telefonach do Bieruta, konferencjach i naradach w Moskwie, plombowaniu biur (bo plany Nowej Huty były ściśle tajne). Zarazem jednak Kobylarczyk szuka klucza do zrozumienia swoich postaci: Ptaszycki to w jej opowieści Pan Bóg, deus artifex, budowniczy, których podźwignął z ruin Wrocław, a potem zaplanował Nową Hutę na miarę, na jaką nie odważył się w tej epoce pomyśleć jakikolwiek inny architekt.
    Z kolei inżynier Loreth został tu przedstawiony nieomal jak polski James Bond, super agent, który potrafił w Moskwie załatwić wszystko – reportaż o nim opisuje nie tylko trudności zaopatrzeniowe w latach 50., wpływ polityków na przemysł, ale też ukazuje, że przyjaźń polsko-radziecka nie była absolutna, w rozbudowa przemysłu wiązała się z zaciekłą rywalizacją. Dlatego też, gdy Loreth otrzymał od Rosjan umowy na zbudowanie stalowni, polski wywiad przewiózł go natychmiast przez granicę, by nie można było cofnąć decyzji.

    Jak w każdym micie, świat rozwija się poprzez walkę – Kobylarczyk wspomina o sporach, jakie toczyli robotnicy z mieszkańcami wsi, które należało zburzyć, by wybudować Hutę. Autorka Baśni… opisuje ataki chłopów na junaków prowadzących rozbiórkę, Radłowska pisze o samobójstwach, napadach szaleństwa, które dotykały mieszkańców Bieńczyc, Czyżyn czy Kościelnik. Historie te rozbijają propagandowe hasło z lat 50., które głosiło, że pod budowę Huty osuszano bagna, karczowano las i zajmowano nieużytki. Temu kłamstwu właśnie przeciwstawiają się bohaterowie reportaży, wspominający, że spychacze wjechały w pola tuż przed zbiorami, a domy rozbijano w drzazgi. Konflikt starego i nowego porządku widać też na dwóch cmentarzach: Mogiła to świat stary, chłopski – tu chowano ludzi według tradycyjnego, katolickiego obrządku. Grębałów to nowy świat robotniczy, gdzie w pośpiechu grzebano junaków, którzy zginęli w wypadkach przy pracy i w czasie alkoholowych burd.

    Nowa Huta, jak każda przestrzeń mityczna, ma też swoje czarne historie i to one zdają się oddziaływać najmocniej na życie mieszkańców. Legendy nowohuckie, przywoływane przez Radłowską i Kobylarczyk, mają charakter przekazów ludowych. Zaczęły się one rodzić już w latach 50., gdy junaczki pracowały na terenach przeznaczonych pod budowę, poszukując przedmiotów o wartości archeologicznej. Jak opowiada jedna z nich – kobiety miały wrażenie, że straszy je potwór o czarnej twarzy i żółtych oczach. Uciekały z pracy, mdlały, prosiły o przeniesienie. Chłopi wierzyli, że upiór ten karze junaków za bezprawne zagarnięcie ich ziemi, a władza próbowała uspokoić robotnice, widząc w ich zachowaniu przejaw histerii i zabobon nieprzystający do wizerunku socjalistycznej kobiety.

    Obok jednak tych fantastycznych historii, powraca wiele miejskich legend o mrocznym obliczu Nowej Huty – topieniu noworodków w wapnie lub porzucaniu ich w pniach wysuszonych drzew (tych dzieci, które zostały poczęte w brezentowych namiotach i hotelach robotniczych), gwałtach dokonywanych przez grupy pijanych w sztok robotników, walkach na noże po zmroku na różnych osiedlach, sabotażu w czasie pracy, a wreszcie o ataku terrorystycznym i strajku sprowokowanym przez SB.


    Tutaj właśnie pojawia się drugi wątek opowiadanych przez Radłowską i Kobylarczyk historii: nowa interpretacja przeszłości. Obie autorki, tkając swoje narracje, nawiązują do propagandowych haseł PRL-u. Wbrew mitowi komunistycznemu, do Nowej Huty przyjeżdżali nie tylko chłopi i robotnicy, ale też potomkowie krakowskiego mieszczaństwa, dzieci kułaków i dawnych posiadaczy ziemskich. Dekonstrukcja mitów dokonuje się tu poprzez przywołanie „dalszych ciągów” historii, tego, co w wizji świetlanej przyszłości nie zostało ujęte: Radłowska opisuje ciasne mieszkania, w których nie mieścił się stół jadalny, chaos architektoniczny wymuszony oszczędnością i pragnieniem ulokowania w blokach jak największej ilości ludzi. W Marii od cegieł autorka mówi o zawiedzionych marzeniach dawnych stachanowców, żyjących z osiemsetzłotowej emerytury. Reportaż Kobylarczyk Inżynier Nowa Huta o Ptaszyckim przedstawia okoliczności zwolnienia architekta w 1968 roku… W tekście Człowiek kanciasty Kobylarczyk śledzi biografię Piotra Ożańskiego – przodownika pracy, który nie był w stanie udźwignąć legendy i sławy, jaką otoczyło go państwo ludowe. Poparzony w wyniku sabotażu, utracił władzę w lewej ręce i zaczął pić. Autorka widzi w jego losach ironię historii – człowiek wyniesiony na szczyty przez władzę, zostaje później przez nią wykorzystany i zniszczony, a kolejna władza nie chce widzieć w nim choćby bohatera ludowego.
    Nowa Huta pod każdym względem była zjawiskiem niezwykłym – miastem zbudowanym w całości z inspiracji komunistów przez tysiące ludzi, którzy nie mieli żadnych poglądów politycznych, a często nie potrafili nawet czytać; miastem, wzorowanym na pomnikach stalinizmu w ZSRR, które jednak później stało się wzorem dla nowoczesnych osiedli w Moskwie.
    Czytam Radłowską i Kobylarczyk, nie siląc się nawet na minimum obiektywizmu. Pożeram książki, które opowiadają o moich sąsiadach – choć to właściwie ja jestem nowa, bo oni przecież mieszkają tu od pięćdziesięciu lat. Powoli wrastam w to środowisko, Nowa Huta jest zarazem dla mnie swoja i obca – większość życia spędziłam w Mościcach – osiedlu wybudowanym w szczerym polu przy fabryce konstruowanej pod Tarnowem na przełomie lat 20. i 30. XX wieku przez prezydenta Mościckiego. Parę lat temu zamieszkałam zaś w starej części Nowej Huty – realizowanej na zamówienie innej władzy, ale wedle tej samej zasady: miasto pojawiło się w ciągu kilku lat, postawione z niczego, wśród pól.