Tag: junacy

  • Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Uwagi na marginesie Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza.

    Kobiety, chłopi, młodzież – to są odmieńcy PRL-u, wbrew temu, jak oficjalna kultura epoki przedstawiała te grupy. Manipulowane i skazane na milczenie. Wskaźniki, opisane przez Hansa Mayera w Odmieńcach, można przełożyć na okres komunizmu w Polsce i dostrzeżemy wtedy, że właśnie takie (choć to nie wszystkie) figury obcych pojawiają się w polu kulturowym. Władze PRL najpierw upatrywały przeciwnika w siłach zbrojnych poddanych Londynowi, które nie złożyły broni i nie ujawniły się latem i jesienią 1945 roku. Równocześnie za wrogów uznawano kułaków i internacjonalistów, później inteligencję, kler i Żydów, a w końcu zaś wszystkich, którzy zgłosili akces do Solidarności. Nigdy jednak nie uważano kobiet, chłopów czy młodzieży za grupy wrogie systemowi politycznemu. Jak pokazują jednak drukowane stopniowo materiały źródłowe, kolejne prace historyków, a przede wszystkim adresowane do szerokiej publiczności najnowsze reportaże historyczne, każda z tych grup cieszyła się wyłącznie pozornymi względami, była wykorzystywana w różnych rozgrywkach politycznych albo po prostu na różnych etapach przekształceń systemu. Propaganda głosiła, że to na nich opiera się nowa władza. Kobiety pojawiały się jako bohaterki dnia codziennego, robotnice, zetempówki, pracownice biurowe, którym w podzięce za trud pracy wręczano 8 marca rajstopy lub goździki. Chłopi stanowili podstawę „scenariusza ideologicznego”, to w nich i w robotnikach komuniści upatrywali szansy na budowę nowego społeczeństwa z nową i sprawiedliwą drabiną społeczną. W nowym systemie chłop i robotnik wygrywał z inteligentem, który tracił punkty za pochodzenie.

    Faworyzowanie kończyło się jednak na poziomie propagandy i deklaracji politycznych, nie przekładało się na warunki życiowe. Choć statystyki mówią, że w 1950 roku kobiety stanowiły jedynie 30% aktywnych zawodowo osób, a w 1989 już 46,7%, a historycy pisali o „dyskretnym feminizmie” władzy, komunizm w modelu polskim nie był systemem specjalnie kobietom przychylnym – choć głoszono hasła aktywizacji zawodowej kobiet, to jednocześnie najmniejszym zmianom nie ulegał podział ról społecznych, ilość domowych obowiązków i system polityczny opierał się na silnym modelu władzy patriarchalnej. Podobnie działo się w przypadku młodych – choć deklarowano, że młodzież stanowi przyszłość i nadzieję systemu, to jednocześnie brutalnie wykorzystywano organizacje młodzieżowe w walce z tradycją, najpierw obiecywano młodym awans społeczny, by błyskawicznie zamknąć do niego drogę. A przede wszystkim dążono do kontroli każdej sfery życia młodzieży, uznając, że „ludzie wolni” to zagrożenie dla scenariusza ideologicznego. Całkowita opozycja deklaracji i realizowanych działań powtórzyła się w przypadku trzeciego Obcego, czyli chłopa: choć propagandowe hasła zapewniały o bliskości ideologicznej nowej władzy i chłopstwa, to jednocześnie przecież na wieś próbowano przerzucić ciężar utrzymania kraju zrujnowanego wojną, wprowadzono obowiązkowe kontyngenty, za dostawy płacono zaś grosze.

     

    Tych wszystkich Obcych łączyły nie tylko zafałszowane relacje z władzą, ale także niezdolność do zabrania głosu we własnej sprawie i brak miejsca, by wypowiedzieć prawdę o swoim losie. O ile inteligencja, kler, artyści mogli na różne sposoby opowiadać o własnej kondycji, o tyle żadna ze wskazanych tutaj grup nie miała możliwości, by zabrać głos. Nowych Obcych łączy zatem: podrzędna pozycja, zafałszowana relacja z władzą, milczenie oraz niezdolność do opowiedzenia o własnej sytuacji.

    O tych Obcych właśnie opowiada najnowszy polski reportaż historyczny (Aleksandra Boćkowska, Beata Chomątowska, Marta Dzido, Anna K. Kłys, Cezary Łazarewicz, Piotr Nesterowicz, Lidia Pańków, Filip Springer, Anna Sulińska) – bada ich kondycję, warunki życia, relację z władzą, a także z innymi grupami społecznymi. Ma wartość dokumentalną, bo pozwala przedstawić zdarzenia nieznane szerszej publiczności, zapełnić białe plamy lub narysować inną linię na obrazie namalowanym przez propagandę komunistyczną. Reportaż historyczny występuje często obok prac historyków, uzupełnia je i popularyzuje ich tezy. Skierowany do wąskiego grona odbiorców historyczny esej naukowy odkrywa pewne zjawiska z przeszłości i je dokumentuje, nie daje rady jednak – ze względu na swoją formę – dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. W to pole wchodzi reportaż historyczny, który także opiera się na dokumentacji, nie muszą być to jednak źródła pisane, ani też duży zbiór danych. Reportaż zaspokaja dodatkowo ważną potrzebę czytelnika: mówi o emocjach, o doświadczeniach jednostkowych, o prawdzie indywidualnej, a więc wchodzi w dziedziny, do których rozprawa naukowa w żaden sposób nie aspiruje. Jednocześnie często bywa i tak, że to właśnie opowieść o jednostkowym doświadczeniu, los jednego człowieka, choćby nie był reprezentatywny, silniej przemawia do nas niż opowieść o losie wspólnym. Reportaż historyczny, nieobracający się naprawdę wokół liczb i statystyk, ma także wartość subwersywną – opowiada bowiem o zdarzeniach sprzecznych z obrazami propagandowymi, ale także z mitami historycznymi zakorzenionymi w naszej pamięci zbiorowej.

     

    Piotr Nesterowicz w swoim reportażu zatytułowanym Każdy został człowiekiem (wydanym w 2016 roku), poświęconym młodym ludziom wchodzącym w życie na początku lat 50., sięga właśnie po taką opowieść, o której już właściwie po części zapomnieliśmy, a po części uważamy ją za mało ważny odprysk historii, jej ślepy tor. Opowieść o awansie społecznym, jaki stał się udziałem polskiego społeczeństwa po II wojnie, PRL ogrywał przez lata do tego stopnia, że straciła ona swą moc, przestała być zrozumiała. U niektórych zaś budzi pogardę, bo jej bohaterowie nie mieli historycznej racji. Nesterowicz wykonuje gest podwójnie przewrotny: sięga po temat wyprany już do cna i odrzucony, ale też opowiada go na nowo, w ramach innej narracji, pokazuje rzeczywiste koszty awansu i jego przebieg – daleki od propagandowej listy sukcesów, ale też od pogardy współczesnych.

     

    Bohaterami Nesterowicza są młodzi ludzie z wiejskich miejscowości, którzy swoje prace przesłali na konkurs pamiętników młodego pokolenia, organizowany na przełomie 1961 i 1962 roku. Z ich wspomnień, pisanych z autocenzuralnym kagańcem, wybrano kilkaset i opublikowano w dziewięciotomowym zbiorze Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Specjalna komisja, powołana do wyboru prac, z 5475 zgłoszeń wybrała pamiętniki skupione na doświadczeniach młodych zwolenników systemu, konkurs miał bowiem charakter prestiżowy i musiał spełniać ważne funkcje propagandowe. Jednocześnie sito komisji przepuszczało wiele zdarzeń dotyczących warunków życia na prowincji: analfabetyzmu, alkoholizmu, biedy, masowych kradzieży własności spółdzielni czy PGR-ów. Z tych pamiętników, skonfrontowanych później z dalszymi losami poszczególnych bohaterów, Nesterowicz zmontował swój reportaż. Dobrane przez niego portrety miały być reprezentatywne dla epoki, tzn. zawierać wydarzenia ważne w społecznej historii Polski komunistycznej, ale też przedstawiać różne postawy – od oddania systemowi aż po obojętność, umiarkowany sprzeciw i poczucie krzywdy.

     

    Nesterowicza interesuje taka fabuła historyczna, która będzie jak najbliższa losom jego bohaterów, nie będzie zaś dążyła do umieszczenia ich biografii w jakiejś wielkiej narracji porządkującej: dla wielu historyków, którzy swe prace pisali po 1989 roku, celem było opowiedzenie o budzeniu się sprzeciwu wobec władzy komunistycznej albo o konflikcie między władzą a społeczeństwem. Nesterowicz dokonuje zatem ciągłej konfrontacji zapisków pamiętnikarskich młodych z opowieścią historyków, ale wybiera takie biografie, w których najjaskrawiej odbija się zwykłość, przyziemność życia: Regina opuszcza wiejską, ubogą chatę swoich rodziców i dzięki ciężkiej pracy zdobywa wykształcenie i zostaje nauczycielką w wiejskiej szkole na Ziemiach Odzyskanych. Marian, wywodzący się z grupy najuboższych wiejskich gospodarzy, kierowany w równym stopniu zapałem ideologicznym i kompleksami wobec zamożniejszych, wstępuje do ZMP, żeby wspomóc system w odwróceniu piramidy społecznej. Jan – sierota, wychowany zostaje właściwie przez system, a później spłaca swój dług wobec społeczeństwa jako agronom, przeskakując z jednego PGR-u do drugiego. Adela podejmuje pracę w domaradzkim GS-ie na Podkarpaciu, ucieka z domu ojca-pijaka do zakładu, w którym piją wszyscy na dyrektorze skończywszy. Każde z nich z trudem zdobywa wykształcenie. Ten trud wynikał z pochodzenia – wszyscy bohaterowie wyszli z biedy, ze środowiska, w którym nauka i wykształcenie nie było żadną wartością, a rodzice – jeśli w ogóle żyli – wyżej cenili pracę na roli niż edukację, z powodu swojego analfabetyzmu nie byli też partnerami do dyskusji, nie mogli zatem przedstawić innej perspektywy zideologizowanej wiedzy o świecie, którą przekazywano temu pokoleniu w szkole. W takim przekonaniu Nesterowicza widać pierwszy gest subwersywny: nie uważa on bowiem, że młodzież poddająca się i poddawana ideologicznej obróbce powinna być traktowana dzisiaj jako odpad historii.

     

    Pamięć zbiorowa przechowuje obraz młodych jako zaangażowanych fanatyków, zetempowców ślepo wierzących systemowi albo też oportunistów wykorzystujących struktury organizacyjne jako szansę na wybicie się kosztem innych – jak tego dowodzą choćby rozmowy zgromadzone w Hańbie domowej Jacka Trznadla. Trzeba jednak pamiętać, że młodzież uznawana była przez ideologów komunistycznych za tę grupę, którą należało poddać szczególnej indoktrynacji. Stalin nazywał młodych „sukcesorami rewolucji” i „sprzyjającym gruntem”, ponieważ ze względu na wiek wolni byli od „obciążenia tradycją i nawykami starszych”. Przypisywał im też ważną rolę – „podporę i przyszłości systemu”. Taka charakterystyka sprawiła, że młodzież nie miała właściwie szans w starciu z machiną propagandową. Po pierwsze, cała wiedza szkolna oparta była już w latach 40. na nowej doktrynie i nikt nie prześlizgnął się przez proces kształcenia bez nasycenia ideologią. Po drugie, system nastawiony był na dążenie do maksymalnego podporządkowania młodych: szkoła kształciła także ideologiczne, zajmowała czas wolny. Organizowano młodzieży zajęcia popołudniami (system świetlic, apeli, prac społecznych), w soboty, w wakacje. W ten sposób zmuszano młodych do przebywania w grupie – a w czasie tych zajęć wpajano im przekonanie, że jednostka nie ma znaczenia, liczy się tylko wspólnota i praca dla niej. ZMP powołano dlatego, że generał Marian Spychalski uznał „chodzenie luzem” młodzieży za zagrożenie dla systemu, które spowodowałoby „przedłużenie stanu trudności politycznych demokracji”.

     

    Reportaż Nesterowicza nie służy temu, by piętnować młodych, którzy poddają się ideologii, ale pokazuje warunki ich życia, przybliżyć kondycję i horyzont poznawczy człowieka stającego u progu dorosłości w latach 50., a więc tego, który w kolejnej już epoce i w innym tekście zostanie określony pogardliwie jako „homo sovieticus”. Każdy został człowiekiem pokazuje zatem codzienne trudności, awans i to, czym został okupiony: samotność, niepewność, lęk odczuwany zarówno przed instytucjami (jak wszechwładne ZMP, dyrekcja szkoły, rozmaici kierownicy i dyrektorzy), konflikt społeczny utrudniający wejście młodym w nowe wspólnoty, do których trafiali jako świeżo upieczeni pracownicy. Konflikt ten, ważny dla historyków, u Nesterowicza przewija się w tle: doświadczają go jednak wszyscy bohaterowie. Joanna Kochanowicz wskazuje, że zderzenie „cywilów i synków Stalina” najostrzej objawiało się w fabrykach, gdzie wyjątkową niechęcią starzy robotnicy darzyli młodą kadrę: w społecznym przekonaniu bardzo żywy był stereotyp zetempowca postrzegającego świat według manichejskiego porządku: wszystko, co służyło Partii było dobre, wszystko to, co nie zostało przez nią zaakceptowane, oceniano jako złe. Tymczasem w fabrykach właśnie starzy robotnicy sekowali tych młodych, którzy próbowali podjąć hasło współzawodnictwa pracy, a niechęć umacniała się do tego stopnia, że część „synków Stalina” sprzedawała swoje mundury, by nie odróżniać się od ludności „cywilnej”. Nesterowicz notuje inny konflikt: Regina i jej przyjaciele, czyli nowa inteligencja z awansu, spotyka się w domu wiejskiego nauczyciela na imieninach, chłopi zaś otaczają budynek gotowi do linczu, ponieważ młode pokolenie, wychowane bez Boga, urządza tę zabawę w środku wielkiego postu.

     

    Komunizm w modelu stalinowskim przynosi mu jednak – paradoksalnie – dobro: szansę na wybicie się, wykształcenie, stałą pracę, dom. Marian działa aktywnie w ZMP, oczyszcza lokalną bibliotekę z wrogiej systemowi literatury, agituje chłopów, przemawia za kolektywizacją. Adela zakłada w Domaradzu koło sportowe dla dziewcząt, dzięki swojemu zaangażowaniu wyrywa się ze zdegenerowanego środowiska pracowników GS-u, wyjeżdża do Warszawy na V Festiwal Młodzieży, gdzie ociera się o wielki świat. To doświadczenie społecznego zaangażowania daje jej kręgosłup na dalsze życie, pozwala porzucić rolę ofiary zapijaczonego ojca, powstrzymuje także powolne osuwanie się w alkoholizm samej dziewczyny, która zaczyna pić, gdy pracuje w pozbawionym perspektyw GS-ie.

     

    Nestrowicz szuka opowieści o tym, co zwykłe, średnie, codzienne – podąża tropem biografii przeciętnych, oddających właśnie średnią polskiego losu, wybiera drogę poza władzą i opozycją, pomiędzy przystosowaniem i oporem – by sparafrazować tytuł jednej z najważniejszych rozpraw historiograficznych po 1989 roku. Ten kierunek, jaki wybiera Nesterowicz, wydaje się szczególnie atrakcyjny dzisiaj, gdy każdy pragnie być uczestnikiem wielkiej historii i biografie naszych przodków poddawane są ważeniu niczym na sądzie ostatecznym. Przypomina bowiem, że wielkie procesy historyczne objawiają się w zwykłych biografiach na sposób mało spektakularny, że każdy bierze udział w procesie historycznym i musi za ten udział zapłacić. Bohaterowie Nesterowicza rekrutują się ze wsi, wszyscy poddają się nowemu systemowi komunistycznemu – żadne z nich nie ma ani wieku, ani narzędzi intelektualnych, by się indoktrynacji sprzeciwić. Co więcej: dla każdego z nich system komunistyczny to nadzieja na zaprowadzenie ładu, szansa na wybicie się. Dla młodych kobiet – choć żadna z bohaterek nie sformułowała tej myśli wprost – to także jedyna szansa, by wyrwać się ze świata, w którym byłyby skazane na pijącego i bijącego męża oraz wielorództwo, śmierć dzieci w kolebce z chorób i głodu. Taką opowieść wprowadza do Każdy został człowiekiem Nesterowicz, gdy przytacza monolog Zuzanny, oddanej na służbę w wieku 6 lat, obserwującej śmierć młodszego rodzeństwa, przeżywającej głód i skrajne upokorzenie, gdy idzie do szkoły boso, albo gdy matka pierze jej jedyne ubranie i siedząc na piecu, trzeba czekać aż wyschnie.

     

    Mit awansu społecznego w Każdy został człowiekiem opracowywany jest ambiwalentnie, raz autor go potwierdza, raz obala. Nesterowicz przypomina o tym powojennym doświadczeniu większej części społeczeństwa, które w pamięci zbiorowej zostało całkowicie wyparte, a jego miejsce zajęła pamięć wojny domowej między AK a oddziałami wiernymi Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 40. i 50. powiązano proces unowocześniania z ideologią stalinowską, co budziło niechęć i opór, krytyka stalinizmu przykrywała zdobycze nowoczesności. Zbigniew Herbert pogardliwie mówił Jackowi Trznadlowi, że modernizować Polskę na sposób stalinowski to jak leczyć katar syfilisem. To zaś odrzucenie pamięci o słabszym doświadczeniu jest naturalne, tak pracuje pamięć. Pamięć zbiorowa nie ma charakteru linearnego, cechuje ją za to wybiórczość: w jej ramach zapisują się przede wszystkim te zdarzenia, którym przypisujemy najwyższą temperaturę emocjonalną, a więc wypadki szczególnej chwały albo też wyjątkowo drastyczne. Elektryfikacja, stopniowe znoszenie analfabetyzmu, awans społeczny, uprzemysłowienie, za pomocą których komuniści próbowali kraj zarówno modernizować, jak i podporządkowywać „scenariuszowi ideologicznemu”, nie miały dla Polaków takiego znaczenia, jak stalinowska walka z demokratyczną opozycją i ukrywającymi się po lasach niedobitkami AK.

     

    Tymczasem Nesterowicz przypomina o epoce, w której wiedza i wykształcenie traktowane były jako zbytek, naddatek niepotrzebny w codziennym życiu przepełnionym skrajną biedą. Jego bohaterami są dzieci: osierocone lub porzucone, często bite, głodne, bardzo wcześnie zmuszone do dorastania. Ich akces do nowego systemu ma wymiar całkowicie niewinny: przez pragnienie zdobycia wykształcenia. Tak długo, jak się kształcą, gdy traktuje się ich jak masę plastyczną i tabula rasa, na której można zapisać treści wynikające ze „scenariusza ideologicznego”, tak długo są właściwie bezpieczni, nie zderzają się z wielkim światem. Inna rzeczywistość, ta wystająca spoza scenografii komunistycznej, dotyka ich dopiero, gdy stopniowo dorastają. Przyjaciółka Reginy nie dostaje się na studia medyczne, ale zostaje felczerką, bo to daje jej prawo do rozpoczęcia medycyny od II roku. Przepisy zmieniają się jednak szybko po tym, kiedy mija zagrożenie wojną w Korei – państwu nie są już potrzebne rozbudowane kadry medyczne, więc kasują atrakcyjny dla młodych przepis. Marian wstępuje do Służby Polsce, imponuje mu bowiem obowiązkowy strój junaka. Członków POP postrzega jako połączenie świętych i rycerzy – pracują dla wspólnoty, a jednocześnie żywy jest wśród nich męski kult siły. Marian mówi „Czuję zew krwi”. Dopiero w szeregach POP-u poznaje, na czym polega prawdziwe upokorzenie – Służba Polsce to połączenie obozu pracy (wydobywanie piaskowca, praca ponad siły i małe porcje jedzenia) i męskiego sierocińca, w którym ciągle toczy się wywołana hormonami walka. Dowódcy rozładowują napięcie związane z dorastaniem, organizując walki bokserskie, co nasila tylko rywalizację. W końcu Marian zapisuje, a Nesterowicz za nim powtarza: „Jestem jednym z tysiąca”. Co ciekawe, nieludzkie warunki i bezsensowna praca nie przekładają się w przypadku tego bohatera na zwątpienie w system – choć możne brak wahania stanowi w zapisie wyłącznie rezultat autocenzury, skoro pamiętnik wysłał na konkurs 10 lat później. Podobnego rozczarowania doznaje Dorota, która zapisuje się do wakacyjnej brygady Służby Polsce. W obozie na przyjazd przyszłych studentek czekają fabryczne robotnice: „Wyciśniemy ostatnie poty z tych panienek”. Scena przejścia młodych dziewcząt przez bramę przypomina wejście do obozu pracy – w roli surowych kapo szukających ofiary Dorota obsadza plutonowe-robotnice. Konflikt społeczny nakłada się tu na konflikt ideologiczny – robotnice mszczą się na jedynych dostępnych im przedstawicielach systemu, czyli młodych dziewczętach przysłanych na obóz, widząc w nich „sukcesorów rewolucji”.

     

    W Poemacie dla dorosłych z 1955 roku Adam Ważyk obnażył w brutalny sposób kłamstwo propagandowych haseł, za pomocą których charakteryzowano młodzież i określano jej obowiązki. U niego młodzi są przede wszystkim zdemoralizowani, udają się na „tarło”. Dziewczęta najpierw oddają się komubądź w ruinach, a później topią noworodki w kadziach z wapnem. Junaków pracujących przy wielkich budowach socjalizmu określił Ważyk – surowo i jak się wydaje, niesprawiedliwie – jako kaszę: to, co system pożera, mieli i wypluwa:

     

    Wielka migracja przemysł budująca

    nieznana Polsce, ale znana dziejom,

    karmiona pustką wielkich słów, żyjąca

    dziko, z dnia na dzień i wbrew kaznodziejom –

    w węglowym czadzie, w powolnej męczarni

    Z niej się wytapia robotnicza klasa.

    Dużo odpadków. A na razie kasza.

     

    Ta „kasza” u Ważyka ma dwa znaczenia – sprzeczne, jak większość zjawisk polskiego komunizmu: młodzi są „kaszą”, bo dają się przerabiać i kształtować na modłę systemu, podporządkowują mu się całkowicie. W starciu z nim nie mają jednak szans, bo awans społeczny w tej epoce możliwy jest tylko przez struktury państwa i tworzonych przez niego instytucji. Jednocześnie zaś „kasza” zderzona z „odpadkami” pokazuje pogardę, jaką w rzeczywistości państwo żywiło wobec tego „kwiatu narodu”. To z niego przecież – po zastosowaniu licznych zabiegów wychowawczych – ma się narodzić uświadomiona klasa robotnicza. Od tego właśnie cytatu rozpoczyna się jeden z rozdziałów Każdy został człowiekiem właśnie dlatego, że wygrywa całą ambiwalencję funkcjonowania młodych w początkach Polski komunistycznej. Sądzę też, że o ile poemat Ważyka czytany jest dzisiaj bardziej jako dokument historyczny oraz świadectwo zmiany światopoglądowej końca stalinizmu (a nie tekst literacki), to jednocześnie zarysowana przez poetę dwuznaczność do dzisiaj tkwi w naszej pamięci zbiorowej. I to jest właśnie pole, na którym rozpoczyna się rzeczywista praca reportażu Piotra Nesterowicza.

     

    Sądzę, że Każdy został człowiekiem – nieudany i krytykowany przez recenzentów po publikacji – ma raczej ambicje edukacyjne niż literackie. Nesterowicz, wybierając reportaż, czyli najbardziej popularny obok kryminału gatunek, zwraca się do szerokiego grona odbiorców, próbując przedstawić przeszłość tym, którzy z racji wieku nie mają o niej pojęcia i jednocześnie przypomnieć temu pokoleniu, w którego świadomości jej obraz uległ zatarciu. Awans społeczny rozumiany jako przejście ze wsi do miasta, modernizacja społeczna, industrializacja w pamięci zbiorowej zostały wyparte przed dwa inne mity: repatriację z Kresów oraz represje wobec AK, choć ze skoku cywilizacyjnego skorzystało około 3 milionów ludzi, więcej zatem niż padło ofiarami represji stalinowskich, związanych z dwoma mitami martyrologicznymi.

     

    Z tej otchłani właśnie wyławia Nesterowicz losy swoich bohaterów i montuje z nich historię o 10 latach polskiego komunizmu: 1950–1960. Wybrane przez niego daty graniczne nie wiążą się z żadnymi wydarzeniami przełomowymi. W 1950 roku uchwalony zostaje plan sześcioletni, a rząd zawiera umowę z Episkopatem Polski. 1960 rok to zaś moment, gdy bardzo uroczyście świętuje się 550-lecie bitwy pod Grunwaldem. Między nimi zamyka się upadek stalinizmu, odchylenia władzy: najpierw odwilż październikowa, później wycofanie się z ustępstw politycznych i powrót do ścisłego przestrzegania narzuconego w dobie stalinizmu „scenariusza ideologicznego”. Nesterowicz wybiera sobie takich bohaterów, dla których odwilż polityczna i turbulencje Października nie mają większego znaczenia, nie zmienia się ich życie, ani ich postawa społeczna. Gdy wycieka Chruszczowowska krytyka „kultu jednostki” i coraz częściej negatywnie wyraża się na temat minionej epoki, także w PRL-u, żadne z nich ani nie dostaje nagłej iluminacji, ani nie ma wyrzutów sumienia. Marian odczuwa za to gorycz, a jej źródło okazuje się z dzisiejszej perspektywy zaskakujące: ma on żal do nowej władzy, która tak łatwo odrzuca poświęcenie społeczeństwa sprzed kilku lat i jego wierną służbę, by wprowadzić zmiany społeczne w Polsce – to, co wpojono mu w czasie zajęć ideologicznych w ZMP ciągle okazuje się żywe. Wobec nowej władzy odczuwa wstyd, nie czyta „Po prostu”.

     

    Regina, Adela, Jan i Marian wychodzą z dołów społecznych, biedy i analfabetyzmu, za swój awans społeczny muszą zapłacić wysoką cenę – całkowitego zideologizowania i podporządkowania systemowi politycznemu. Nesterowicz zdaje się jednak mówić, że to nie oni są temu winni, a system, który ich wykorzystał. Zatem Każdy został człowiekiem to taka opowieść, w ramach której uniewinniane są masy, oskarża się zaś elitę sprawującą władzę: czyli najprostszy model konceptualizacji przeszłości. Obraz ten okazuje się dla dzisiejszego polskiego czytelnika bardzo korzystny, bo przypomina o chłopskich korzeniach polskiego powojennego społeczeństwa, o doświadczeniu politycznym naszych dziadków, a jednocześnie, obszernie charakteryzując kontekst epoki, rozgrzesza ich z zaangażowania w system, wybiela i uniewinnia. Nesterowicz poprawia swemu czytelnikowi nastrój, pokazując, że spora część polskiego społeczeństwa w okresie powojennym nie miała żadnych środków intelektualnych, by oprzeć się manipulacjom komunistów, tej wrogiej, podstępnej elity. Cenny jest jego gest przypomnienia przeszłości, wydobycia z mroków niepamięci i pogardy zapomnianego wysiłku całego pokolenia. Sądzę, że zaakceptować tę jego strategię można wyłącznie „do połowy”, bo jej druga część, czyli uniewinnienie, wiąże się tutaj z przekonaniem, że to nie „masy”, „kasza” odpowiedzialne były za system, a właśnie elita, a więc także z porzuceniem odpowiedzialności. Czy taka świadomość nie jest dla nas zbyt wygodna? Czy gest uniewinnienia nie zostaje posunięty za daleko? Okazuje się wszak, że takie rozłożenie akcentów pozwala zaakceptować nieświadomość polityczną, uznać bierność i brak zainteresowania sytuacją społeczną za wartościowe cechy. Autor, próbując przypominać i apelować do naszych emocji i skupiając się na budowaniu poczucia identyfikacji dzisiejszego czytelnika z pokoleniem jego dziadków, nie zabiera głosu w sprawie mechanizmów narzucania kontroli i sprawowania władzy. Ten rysunek wydaje się za prosty.

     

    Źródła:

    1. Chmielewska, Współczesny dyskurs historyczny o polskim komunizmie w perspektywie narratologii, „Teksty Drugie” 2013, nr 3.
    2. Kochanowicz, ZMP w terenie. Stalinowska próba modernizacji opornej rzeczywistości, Warszawa 2000.
    3. Kosiński, Oficjalne i prywatne życie młodzieży w czasach PRL, Warszawa 2006.
    4. Nesterowicz, Każdy został człowiekiem, Wołowiec 2016.
    5. Świda-Ziemba, Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii, Kraków 2010.
    6. Ważyk, Poemat dla dorosłych i inne wiersze, Warszawa 1956.

     

    Powyższy tekst to fragment książki o reportażach historycznych poświęconych PRL-owi, która powstaje dzięki Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska.

     

    Tekst został opublikowany pierwotnie w „Kontencie” 2017/1

  • I love NH

    Katarzyna Kobylarczyk, Baśnie z bloku cudów, 
    Jagiellonia 2009

    Renata Radłowska, Nowohucka telenowela, 
    Czarne 2008




    Oba zbiory to reportaże o ludziach mieszkających w Nowej Hucie, o jej założycielach i budowniczych. Różnią się one jednak mocno od siebie: jeśli chcemy poznać fenomen Nowej Huty jako osobnego miasta – należałoby sięgnąć po reportaże Kobylarczyk, jeśli zaś chcemy poznać życie codzienne i starość junaków – po książkę Radłowskiej.

    Nowa Huta fascynuje – po latach posuchy i nieobecności w kulturze staje się miejscem coraz większej ilości imprez, coraz młodsi autorzy zwracają się w jej stronę. To w Hucie swoją siedzibę znalazła Łaźnia Nowa, tu odbywa się festiwal Genius Loci. Znikają stopniowo zakorzenione w świadomości resztki ideologii, które sprawiły, że Nowa Huta czuła się osobnym miastem. Teraz Huta nie chce jednak zatracić swej odrębności.

    Chodzę ulicami Nowej Huty i przeżywam doświadczenie historyczne, o jakim pisał Frank Ankersmit. Jego zdaniem doznanie, że dotykamy materii historycznej, może spowodować drobny przedmiot, doświadczenie to jest chimeryczne i trudno uchwytne. Gdy idę aleją gen. Andersa z Placu Centralnego w kierunku ronda Kocmyrzowskiego, czuję historię. Aleja odchodzi jako jeden z promieni od głównego placu, to szeroka ulica, bloki znajdują się daleko od siebie – dlaczego tak wygląda? Aleja Andersa to melanż włoskiej myśli doby renesansu i radzieckiej wiedzy o tłumieniu oporu. To połączenie fantastycznej wyobraźni architektów, którzy wymyślili, że Nowa Huta będzie naśladować Rzym oraz przyziemnej wyobraźni wojskowych, którzy chcieli szerokich ulic, by nie dało się ich zastawić żadnymi barykadami, by mogły na nich operować czołgi, a w razie potrzeby, by lądowały też wojskowe samoloty.


    Nowa Huta w reportażach zawartych w obu książkach przedstawia się jako przestrzeń życia codziennego, zwykłej egzystencji, czasu nawracającego, powtarzających się nieustannie czynności: doglądania gospodarstwa, sprzedawania zbiorów w Krakowie, prac na działce. Bohaterowie Radłowskiej to ludzie przeciętni, przedstawieni tu na wzór świętych z opowieści ludowych; osiągają oni świętość dzięki trudowi życia, własnej prostocie, akceptacji świata.

    Ze spokojną codziennością Radłowskiej kontrastują przedstawione przez Kobylarczyk lata budowania Nowej Huty − czas tytanów i mitycznego początku, stworzenia świata, który został powołany do życia jednym słowem – wypowiedział je towarzysz Pleszkow zimą 1949 roku, stojąc na Kopcu Wandy. Jak pisze Kobylarczyk, junacy zaczynali od stawiania na polach namiotów z demobilu – to obok nich brali się do pracy przy budowie, ludzie spali na workach z cementem. Jako tytani, u autorki Baśni z bloku cudów, przedstawieni są założyciele miasta – inżynier Zbigniew Loreth, architekt Tadeusz Ptaszycki, rzeźbiarz Marian Konieczny. Radłowska w swojej książce pokazuje zaś, że prawdziwymi budowniczymi Nowej Huty byli prości robotnicy, tacy jak murarz Piotr Ożański (pierwowzór Birkuta z filmu Wajdy).

    Kobylarczyk szuka w Nowej Hucie śladów obecności radzieckich inżynierów – przy budowie pracowało ich tu około sześciuset. Jednak w pamięci ludzkiej zapisali się przede wszystkim Polacy – Ptaszycki czy Loreth. Reportaże o nich to historie prozaiczne – o ciężkiej pracy, trwającej czasem wiele dni bez przerwy, telefonach do Bieruta, konferencjach i naradach w Moskwie, plombowaniu biur (bo plany Nowej Huty były ściśle tajne). Zarazem jednak Kobylarczyk szuka klucza do zrozumienia swoich postaci: Ptaszycki to w jej opowieści Pan Bóg, deus artifex, budowniczy, których podźwignął z ruin Wrocław, a potem zaplanował Nową Hutę na miarę, na jaką nie odważył się w tej epoce pomyśleć jakikolwiek inny architekt.
    Z kolei inżynier Loreth został tu przedstawiony nieomal jak polski James Bond, super agent, który potrafił w Moskwie załatwić wszystko – reportaż o nim opisuje nie tylko trudności zaopatrzeniowe w latach 50., wpływ polityków na przemysł, ale też ukazuje, że przyjaźń polsko-radziecka nie była absolutna, w rozbudowa przemysłu wiązała się z zaciekłą rywalizacją. Dlatego też, gdy Loreth otrzymał od Rosjan umowy na zbudowanie stalowni, polski wywiad przewiózł go natychmiast przez granicę, by nie można było cofnąć decyzji.

    Jak w każdym micie, świat rozwija się poprzez walkę – Kobylarczyk wspomina o sporach, jakie toczyli robotnicy z mieszkańcami wsi, które należało zburzyć, by wybudować Hutę. Autorka Baśni… opisuje ataki chłopów na junaków prowadzących rozbiórkę, Radłowska pisze o samobójstwach, napadach szaleństwa, które dotykały mieszkańców Bieńczyc, Czyżyn czy Kościelnik. Historie te rozbijają propagandowe hasło z lat 50., które głosiło, że pod budowę Huty osuszano bagna, karczowano las i zajmowano nieużytki. Temu kłamstwu właśnie przeciwstawiają się bohaterowie reportaży, wspominający, że spychacze wjechały w pola tuż przed zbiorami, a domy rozbijano w drzazgi. Konflikt starego i nowego porządku widać też na dwóch cmentarzach: Mogiła to świat stary, chłopski – tu chowano ludzi według tradycyjnego, katolickiego obrządku. Grębałów to nowy świat robotniczy, gdzie w pośpiechu grzebano junaków, którzy zginęli w wypadkach przy pracy i w czasie alkoholowych burd.

    Nowa Huta, jak każda przestrzeń mityczna, ma też swoje czarne historie i to one zdają się oddziaływać najmocniej na życie mieszkańców. Legendy nowohuckie, przywoływane przez Radłowską i Kobylarczyk, mają charakter przekazów ludowych. Zaczęły się one rodzić już w latach 50., gdy junaczki pracowały na terenach przeznaczonych pod budowę, poszukując przedmiotów o wartości archeologicznej. Jak opowiada jedna z nich – kobiety miały wrażenie, że straszy je potwór o czarnej twarzy i żółtych oczach. Uciekały z pracy, mdlały, prosiły o przeniesienie. Chłopi wierzyli, że upiór ten karze junaków za bezprawne zagarnięcie ich ziemi, a władza próbowała uspokoić robotnice, widząc w ich zachowaniu przejaw histerii i zabobon nieprzystający do wizerunku socjalistycznej kobiety.

    Obok jednak tych fantastycznych historii, powraca wiele miejskich legend o mrocznym obliczu Nowej Huty – topieniu noworodków w wapnie lub porzucaniu ich w pniach wysuszonych drzew (tych dzieci, które zostały poczęte w brezentowych namiotach i hotelach robotniczych), gwałtach dokonywanych przez grupy pijanych w sztok robotników, walkach na noże po zmroku na różnych osiedlach, sabotażu w czasie pracy, a wreszcie o ataku terrorystycznym i strajku sprowokowanym przez SB.


    Tutaj właśnie pojawia się drugi wątek opowiadanych przez Radłowską i Kobylarczyk historii: nowa interpretacja przeszłości. Obie autorki, tkając swoje narracje, nawiązują do propagandowych haseł PRL-u. Wbrew mitowi komunistycznemu, do Nowej Huty przyjeżdżali nie tylko chłopi i robotnicy, ale też potomkowie krakowskiego mieszczaństwa, dzieci kułaków i dawnych posiadaczy ziemskich. Dekonstrukcja mitów dokonuje się tu poprzez przywołanie „dalszych ciągów” historii, tego, co w wizji świetlanej przyszłości nie zostało ujęte: Radłowska opisuje ciasne mieszkania, w których nie mieścił się stół jadalny, chaos architektoniczny wymuszony oszczędnością i pragnieniem ulokowania w blokach jak największej ilości ludzi. W Marii od cegieł autorka mówi o zawiedzionych marzeniach dawnych stachanowców, żyjących z osiemsetzłotowej emerytury. Reportaż Kobylarczyk Inżynier Nowa Huta o Ptaszyckim przedstawia okoliczności zwolnienia architekta w 1968 roku… W tekście Człowiek kanciasty Kobylarczyk śledzi biografię Piotra Ożańskiego – przodownika pracy, który nie był w stanie udźwignąć legendy i sławy, jaką otoczyło go państwo ludowe. Poparzony w wyniku sabotażu, utracił władzę w lewej ręce i zaczął pić. Autorka widzi w jego losach ironię historii – człowiek wyniesiony na szczyty przez władzę, zostaje później przez nią wykorzystany i zniszczony, a kolejna władza nie chce widzieć w nim choćby bohatera ludowego.
    Nowa Huta pod każdym względem była zjawiskiem niezwykłym – miastem zbudowanym w całości z inspiracji komunistów przez tysiące ludzi, którzy nie mieli żadnych poglądów politycznych, a często nie potrafili nawet czytać; miastem, wzorowanym na pomnikach stalinizmu w ZSRR, które jednak później stało się wzorem dla nowoczesnych osiedli w Moskwie.
    Czytam Radłowską i Kobylarczyk, nie siląc się nawet na minimum obiektywizmu. Pożeram książki, które opowiadają o moich sąsiadach – choć to właściwie ja jestem nowa, bo oni przecież mieszkają tu od pięćdziesięciu lat. Powoli wrastam w to środowisko, Nowa Huta jest zarazem dla mnie swoja i obca – większość życia spędziłam w Mościcach – osiedlu wybudowanym w szczerym polu przy fabryce konstruowanej pod Tarnowem na przełomie lat 20. i 30. XX wieku przez prezydenta Mościckiego. Parę lat temu zamieszkałam zaś w starej części Nowej Huty – realizowanej na zamówienie innej władzy, ale wedle tej samej zasady: miasto pojawiło się w ciągu kilku lat, postawione z niczego, wśród pól.