Tag: Janusz Głowacki

  • Wypisy – Varga o Głowackim

    Wtem śmiech zamarł mi na ustach i wydałem z siebie rozdzierający krzyk: Varga, ty idioto, z czego ty się tak kretyńsko śmiejesz, inny pisarz napisał ocierającą się o geniusz książkę, a ty się z tego cieszysz, to świadczy tylko o twojej samobójczej wręcz głupocie? Ty powinieneś zazdrościć, a nie zachwycać się, udawać przed sobą, że może to i niezłe, no ale bez przesady, nie takie rzeczy się już czytało (…). Nie jesteś, Varga, prawdziwym pisarzem, jeśli uważasz, że inny pisarz rzecz genialną popełnił, prawdziwy pisarz nie okazuje entuzjazmu wobec książki innego pisarza, on obok niej przechodzi co najwyżej z pobłażliwą życzliwością.

    Krzysztof Varga, Wymiękłem, czyli współczynnik Głowy (o Przyszłem… Janusza Głowackiego), „Gazeta Wyborcza”
  • Pieprzony los scenarzysty

    Pieprzony los scenarzysty
    Janusz Głowacki, Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy
    Świat Książki 2013
    Plotka głosi, że Głowacki za ten tekst dostał najwyższą zaliczkę w dziejach polskiego rynku wydawniczego – podobno było to 700 tysięcy złotych.
    Nie ma to jednak znaczenia dla samego utworu, o którym Głowacki pisze, że powstał ze skąpstwa – żal mu było scen, które napisał, a które nie weszły do filmu Wajdy. Paradoks całej sytuacji polega tutaj na fakcie, że jeden z najbardziej cynicznych autorów, noszący sarkazm i skłonność do parodii jak zbroję, napisał scenariusz dla Andrzeja Wajdy, w którego filmach z ostatnich 20 lat próżno szukać tych kategorii. I właśnie Przyszłem… stanowi w całości zapis zderzania się tych dwóch sprzecznych perspektyw. Najlepiej świadczy o tym wymiana zdań:

    I jedno wiem [mówi Wajda] na pewno: będzie się nazywał „My, naród polski”. Tylko nie to, pomyślałem [Głowacki].

    Głowacki nie ma jednak w sobie poczucia wyższości wobec reżysera. Jak sam zauważa – ludzie pragną patosu, a nie groteski. Wajda o Solidarności i Stoczni nakręcił Człowieka z żelaza, a on sam napisał mikropowieść Moc truchleje, która nie odniosła sukcesu nawet w połowie porównywalnego do  filmu. W Przyszłem…, obok Wajdy i Wałęsy, pojawia się trzeci bohater – alter ego Głowackiego, wykreowany przez niego pisarz-scenarzysta, noszący to samo imię. Ustawia się on jednak po stronie cyników właśnie – cieszy się z podejrzeń wobec Wałęsy (o współpracę z SB), bo to czyni postać bogatszą, pełniejszą, utrudnia za to heroizację.
    Pisanie scenariusza przerywa mu wiadomość o upadku samolotu pod Smoleńskiem – i od razu sam ustawia się w pozycji zdrajcy. Wyznaje także:

    Otóż chciałem oświadczyć, że wprawdzie nie jestem moralistą, ale mam pewne twarde zasady i nikt nigdy, nawet grożąc moim najbliższym, nie zmusi mnie do fałszowania historii za darmo.

    Zgadza się, by społeczna opinia uznała go sprzedawczyka:

    Drogą obok hotelu Bristol z nisko opuszczonymi głowami przemykaliśmy się my – ludzie, którzy przyjęli zaproszenie prezydenta Komorowskiego. Galeria hańby. Kiedy wchodziłem, ktoś spod bramy zaanonsował mnie z pogardą: „Idzie Janusz Głowacki – przyjaciel Wajdy i Michnika”. Zabrzmiało to, jakbym kolegował się z Hitlerem i Stalinem.

      Głowacki w scenariuszu próbuje uciec w życie, w jakiś konkret, taki obraz, który uczyni z Wałęsę prawdziwego człowieka. Wajda szybko jednak rezygnuje z tego pomysłu i wybiera wariant drugi – film historyczny o zdarzeniach z życia narodu: o stanie wojennym, okrągłym stole, wolnych wyborach. Głowacki boi się, że obraz zamieni się wtedy w publicystykę, że stanie się nudnym historycznym wykładem. Większość wymyślanych przez niego scen dąży zatem do przełamania takiej wizji, chce on stworzyć opowieść, w której drobne zdarzenia, naturalne, ludzkie odruchy i przywary odgrywają najważniejszą rolę: dyskusja Wałęsów na temat jego udziału w strajku zamienia się w kłótnię, bo on pali papierosa i strzepuje popiół do doniczki z kwiatami, czego ona – jako kwiaciarka − nie może znieść.
    Głowacki chciał narzucić temu filmowi spójną kompozycję Drogi – ramę stanowić miało przejście Wałęsy z domu do stoczni, gdzie miał stanąć na czele strajku. W czasie podróży retrospekcje i kolejne spotkania ukazywałyby to, co najważniejsze z przeszłości. Autor Good night, Dżerzi oparł tę kompozycję na pomyśle zapożyczonym w gruncie rzeczy z Kordiana– w Słowackiego bohater podąża przez komnaty Zamku Królewskiego, by dotrzeć do sypialni cara i zabić go, przeszkadzają mu jednak Strach i Imaginacja. W filmie Wałęsa spotkałby swój Strach i Imaginację, które budziłyby zwątpienie  w sens strajku, pobudzałyby lęk przed wojskiem i ZOMO, które mogły użyć ostrej amunicji. Droga kończyłaby się nagłym zatrzymaniem: gdy Wałęsa skacze przez mur i zawisa w powietrzu. Tutaj stop-klatka. Jak wiedzą jednak ci, którzy oglądali film, Wajda z pomysłu nie skorzystał.
    Inny wątek literacki ujawnia się w najmniej spodziewanym momencie – gdy esbecy rozmawiają o tym, czy Wałęsę zatrzymać, czy nie:

    − To zdejmować, albo nie zdejmować, bo idzie?
    − Ja bym na waszym miejscu zdjął, albo nie zdjął. Bo pamiętacie, co się porobiło w grudniu, jak żeśmy zdjęli przywódców? (…)
    − Czyli nie zdejmować?
    − W żadnym wypadku.
    − Ale jak dojdzie?
    − To będziecie odpowiadać osobiście.
    − To ja go zdejmuję.
    − Zabraniam.

    U Głowackiego nawet SB może mówić Gombrowiczem.

    Choć może się wydawać, że książka zawierająca zapis wyciętych ze scenariusza scen jest jakąś błahostką, to na Zachodzie gatunek ten ma mocną pozycję. Jednym z najbardziej znanych scenarzystów publikujących swoje osobiste zwierzenia z pracy nad filmem jest William Goldman, autor scenariusza do O jeden most za daleko, Maratończyka czy Wszystkich ludzi prezydenta.
    Dobrze czyta się Przyszłem… po obejrzeniu filmu – widać wyraźnie, jak spójna z założenia kompozycja pierwotnej wersji scenariusza rozsypywała się stopniowo, by złożyć się w jakiś ciąg scen powiązanych tylko dziejami narodu. Widać też wyraźnie, jak wizja osobista Głowackiego ulegała wizji narodowej Wajdy. Moim zdaniem – ze stratą dla filmu. Ale może należę do tego wąskiego grona, któremu się podobała Moc truchleje i wolę ironię od patosu.