Tag: II wojna

  • Wola mocy

    Wola mocy

    Czy już pisałam, że uwielbiam powieści autorek fińsko-estońskich? Zdaje się, że tak, nie raz 🙂 Teraz dołącza do nich jeszcze nowe nazwisko – Rosy Liksom, która w „Pułkownikowej” daje nieprawdopodobne studium kobiecej fascynacji faszyzmem, dojrzewania na obrzeżach świata i doświadczania przemocy domowej. To nie są u niej osobne wątki, bo ciasto na tę powieść jest wymieszane naprawdę dobrze: główna bohaterka i narratorka tej historii prowadzi nas przez meandry życia fińskiego w ciągu kilkudziesięciu lat. Liksom już tutaj podkręca swoją powieść, bo jej bohaterka jest nad wyraz świadoma i jednocześnie nieskończenie naiwna. Stoi z boku wydarzeń politycznych, bo taką rolę wyznaczają kobietom mężczyźni: może urządzań przyjęcia, może brać udział w wizytach i wizytacjach, występować w stroju ludowym w czasie oficjalnych powitań i umajać swoją urodą spotkania. Może pracować w administracji niemieckiej, liczyć trupy jeńców rosyjskich i ciała komunistów w obozach pracy. Nie ma dostępu do władzy inaczej niż przez męża – a tym jest słynny Pułkownik, jeden z najważniejszych dowódców fińskich, zagorzały germanofil, nazista, starszy o – drobnostka – 28 lat od niej. Bohaterka Liksom z większą uwagą opisuje stroje na przyjęciach i serwowane dania niż wprowadzane do protokołów ciała. Współczuje biednym, dopóki nie zobaczy ich mundurów, dopóki nie dowie się, że ciała mają metkę – wtedy jej zainteresowanie się kończy.

    Liksom w tej postaci pokazuje konsekwencje brutalnego wychowania i urządzanej od dzieciństwa musztry, oczekiwania od dzieci ślepego podporządkowania: to one prowadzą właśnie do ukształtowania dorosłych jako gotowych do wykonywania rozkazów, ludzi pozbawionych zmysłu krytycznego, niezdolnych do skonfrontowania tego, co widzą i tego, co wiedzą. I Pułkownik, i Pułkownikowa są w dzieciństwie bici do krwi, do omdlenia, choć należą do innych grup społecznych i innych pokoleń. Metoda wychowawcza jest jedna – pas. Nie oznacza to wcale, że Liksom usprawiedliwia ich sądy i czyny, raczej stara się pokazać, na jakim fundamencie to zło się kształtuje, co trzeba zasiać, żeby potem zebrać plon wojenny.

    Oboje bohaterowie uważają, że największą wartość ma siła, sprawczość, moc – zarówno władza polityczna, jak i fizyczna sprawność, zdolność do działania, udziału w walce, życia w dzikiej przyrodzie. Stąd właśnie płynie ich fascynacja germańskim duchem z jego kultem tężyzny i czystości. Pułkownik prowadzi ją jednak trochę dalej i tu rozciąga się nowy wątek – seksualnego podboju.  Ich relacja, zarówno przed małżeństwem, jak i w trakcie okazuje się chora i perwersyjna, Pułkownik na ciałach różnych kobiet odbija sobie porażki polityczne, zarówno poprzez brutalny seks, jak i zadawanie śmierci. W męskim towarzystwie podkreśla swój status, opowiadając o „najciaśniejszej cipie” młodej kochanki. Pułkownikowa, zanim nią się stanie, czeka na śmierć pierwszej żony przyszłego męża,  a tę małżeńska przemoc doprowadza do szpitala psychiatrycznego. Sama Pułkownikowa jest jednak przekonana, że jej wielka miłość oczyści i uzdrowi Pułkownika. Pułkownikowa, jak widać wyraźnie, jest idiotką pozbawioną zasad moralnych. To jest jednak świadomy montaż autorki, która tak ustawia fabułę, by w pewnym momencie ujawnić, skąd ta konstrukcja psychiczna wynika – ja tego nie zrobię, bo to zbyt ważne fabularnie i muszę jakoś pokracznie interpretować powieść dookoła.

    Po przegranych kolejnych wojnach oboje są całkowicie złamani, żadne z nich jednak niczego się nie uczy, nie wyciąga wniosków, nie zmienia też swojego światopoglądu. Z jednej strony wydają się zamrożeni, z drugiej – trawi ich frustracja. Pułkownik, stary grzyb, z jeszcze większym zapałem oddaje się seksowi i przemocy, markiz de Sade mógłby się od niego nauczyć całkiem sporo. Żona nie jest jedynym obiektem jego ataków, ale ona doświadcza ich najmocniej, najboleśniej – jej może przecież zrobić wszystko. Cierpienie fizyczne w jej przypadku nie przekłada się jednak wcale na osiągnięcie jakiejś wyższej świadomości, widoczne jest jednak w przejściu od przedstawiania Pułkownika jako mężczyzny o wielkim wigorze do opowiadania o jego zwiotczałym fiucie.

    Pułkownikowa okazuje się produktem swojej epoki – nie dostrzega pewnych zjawisk, procesów, zależności, bo nauczono ją jako kobietę, przymykania oczu, pokazano jej pewien zestaw zjawisk jako niezależnych od niej, obcych, osobnych (ten wątek jest genialny). I choć marzy o zaangażowaniu politycznym, to po nie nie sięga, zadowolona, że może urządzać wystawne przyjęcia dla nazistowskich sojuszników Finlandii.

    Jedyną przestrzenią, w której nie zagarnęła władza rodziny ani męża jest jej relacja z przyrodą – Liksom tak opisuje tę dziką naturę, że w mieszkaniu czułam zapach bagien, torfowisk i lasu przez cały czas czytania. W podobny sposób opisują świat dziki i nieucywilizowany autorzy australijscy i nowozelandzcy, być może wynika to z faktu, że w tych wszystkich miejscach przyroda nie jest jakimś okrojonym gaikiem, zasadzonym młodym laskiem, tylko osobnym potężnym żywiołem, który budzi w człowieku strach i szacunek. Pułkownikowa może odczuwać las i góry tak jak sama chce, bo nikt jej nie nauczył, jak ma to robić. Tutaj czuje się wolna, nie poddawana ocenie, odczuwa niezwykle zmysłowo, jakby porami skóry, stapia się z otoczeniem. Nie czuje lęku przed owadami, bagnem, ciemnością i samotnością, nie odstraszają jej dzikie zwierzęta, brak wygód w ogóle nie przychodzi jej do głowy – wtedy nagle odkrywamy, że Pułkownikowa w gruncie rzeczy sama czuje się częścią przyrody, odbiera swoje ciało jako jej element. Stąd danina krwi składana pijawkom, meszkom i komarom.

    Powieści Liksom były tłumaczone na 30 języków i z pewnością można ją zaliczyć do mainstreamu literackiego spoza obszaru anglojęzycznego. To, co ją jednak odróżnia i pozwala na podkreślenie odmienności, to fakt, że w „Pułkownikowej” znika podział na dzikie i cywilizowane. Wszyscy jej bohaterowie, choć fascynuje ich europejskość Niemców, choć marzą, by stać się państwem sojuszniczym III Rzeszy i nienawidzą dzikich Ruskich, w sumie sami okazują się dzicy, nieokrzesani, podporządkowani swoim popędom – nawet jeśli obudowują je kategoriami zapożyczonymi z oświeconego Zachodu.

     Fabuła Liksom wydaje się mocno obyczajowa, a jej historia opowiadana z perspektywy pozbawionej wykształcenia, pokręconej ideologicznie bohaterki – jest jednak bardzo ważnym i ciekawym głosem w dyskusji o źródłach zła, o niemożności wyjścia z roli ofiary, o społecznych narzędziach uprzedmiotowiania człowieka i pozbawiania go woli, nawet gdy jedyne o czym marzy, to wola mocy.

    Rosa Liksom, Pułkownikowa

    przeł. Artur Bobotek

    Marpress 2023

  • Lęki białych osadników

    David Olusoga, Gasper W. Erichsen, Zbrodnia Kajzera

    Wielka Litera 2012
    Ten reportaż udowadnia, jak daleko sięgają korzenie nazizmu. Autorzy Zbrodni Kajzera pokazują, że rasistowski kolonializm i darwinizm społeczny, które stanowiły podstawy ideologii III Rzeszy w gruncie rzeczy narodziły się w XIX wieku i stały się motorem podboju  zamorskich posiadłości przez poddanych Wilhelma II. Ojciec Göringa przez lata pracował jako urzędnik w Afryce Południowo-Zachodniej, a świadkiem rozwiązań, jakie stosowano w walce z lokalnymi plemionami był młody Hermann i całe jego pokolenie.  

    Wszyscy wiemy, że obozy koncentracyjne zostały stworzone przez Hiszpanów na Kubie, a potem Brytyjczycy osadzali w nich Burów i Afrykanerów w wojnie, jaką toczyli w dzisiejszej Republice Południowej Afryki. To Niemcy jednak – w swojej kolonii w Afryce Południowo-Zachodniej na początku XX wieku jako pierwsi połączyli koncentrację ludności z pracą przymusową.

    Gdy w tej kolonii wybuchło powstanie Hererów – skierowane przeciwko Niemcom, ludność cywilna została szybko spacyfikowana, a sporą część eksterminowano natychmiast, bo program kolonialny zakładał konieczność zdobycia jak największych obszarów gotowych do zasiedlenia przez białych osadników. Gdy dostrzeżono jednak, że eksterminacja równoznaczna jest z utratą brak rąk do pracy, w 1905 założono dla Hererów obozy koncentracyjne: w pobliżu dużych miast i portów, gdzie ich praca gwarantowała rozwój ekonomiczny, pozwalała tworzyć infrastrukturę – porty, fabryki, linie kolejowe.

    Obszar dzisiejszej Namibii zamieszkiwało też drugie wielkie plemię – Nama, które przez pokolenia zmagało się z Hererami, nie chciało też zjednoczyć się z nimi w czasie powstania antykolonizacyjnego. Swój bunt podniosło ono dopiero po tym, jak Niemcy przetrzebili Hererów i zaprzęgli ich do wszystkich możliwych robót. Niemcy powstanie dość szybko zdławili i zaczęli więzić Nama w istniejących obozach. Szybko odkryli jednak, że należący do tego plemienia Afrykańczycy nie nadają się do ciężkiej pracy tak jak Hererowie. Poszukiwali więc jakiegoś innego rozwiązania – nieprzydatni Nama zabierali tylko przestrzeń potrzebną białym. W końcu u wybrzeża miasta Lüderitz, na  Shark Island założono obóz, którego jedynym celem była fizyczna eksterminacja osadzonych w nim więźniów. Proces ten w porównaniu do obozów z lat 40. trwał długo – pozwalano bowiem, by Nama umierali z powodu chorób i głodu.

    Pozostałości po obozach odkryto w 1915 roku, gdy działania wojenne przeniosły się do Afryki i gdy Afryka Południowo-Zachodnia została zdobyta przez wojska Ententy. Prasa francuska i brytyjska pisały ostro o masowych grobach i pozostałościach obozów, ale w kilka lat po tym rozliczeniu wszystkich ogarnęła zbiorowa amnezja i Niemcy wrócili do Namibii, opierając swoją politykę na prawach, które potem stworzyły podstawy apartheidu.

    Opowieść o kolonizacji niemieckiej, dwóch powstaniach rdzennych plemion, tłumieniu buntu i obozach wyznacza tu właśnie główną oś reportażu historycznego, stanowi podstawę rekonstrukcji. W tym opasłym tomie autorzy opisują to, co sami lapidarnie określają jako „rutynowe barbarzyństwo”.

    Zbrodnia kajzera to reportaż szalenie pesymistyczny – widać bowiem z niego, jak raz za razem społeczeństwo europejskie popełnia te same błędy, jak żyje poza ideałami, które samo wytwarza, jak wracają do nas te same pomysły i rozwiązania ubrane tylko w nowe hasła. Nie ma tu żadnej ślepej siły, Historii, która tworzyłaby okrutne, antyludzkie procesy. Jest to też opowieść o hipokryzji – o tym, jak w 1904 roku Europa potępiała politykę Leopolda III w Kongu, a jednocześnie pozwalała, by oddziały Schutzgruppe Wilhelma II rozstrzeliwały kobiety i dzieci w namibijskich wioskach.  

    Amnezja społeczna, świadome odcinanie się od historii pozwalają zaś na paradoksy, ironiczne zatoczenie koła – po II wojnie to właśnie w Namibii osiedliła się część nazistowskich emigrantów i jeszcze w ostatnich dekadach celebrowała rocznice urodzin Hitlera czy radośnie komentowała śmierć Szymona Wiesenthala.

    Główny problem, o którym opowiadają autorzy, wiąże się właśnie z tym rozmywaniem się pamięci, ponieważ to jej brak dopuszcza do powtarzania się wciąż tej samej historii. Tak jak u progu XX wieku Niemcy podbijali Afrykę, realizując rasistowski kolonializm i opierając się na hasłach posuniętego do absurdu darwinizmu społecznego, tak też w latach 40. próbowali skolonizować Wschód Europy. Nie zmieniły się idee, które dały podstawy kolonializmowi XIX wiecznemu i wojnie na Wschodzie – przekonanie, że ludność niższa ma w ramach boskiego planu jedynie pilnować ziemi do czasu przybycia wyższej rasy, a praca przymusowa oświeca i uszlachetnia, bo stanowi odpowiedź na wrodzone lenistwo ludności podbijanej. Te dwie tezy autorzy zaczerpnęli z pism niemieckich kolonizatorów z przełomu wieków, choć równie dobrze moglibyśmy je umieścić w Mein Kampf.  

    Warto przeczytać Zbrodnię kajzera, by zobaczyć, jak tworzy się opowieść o historii, jak zwycięzcy zapisują swoją wersję, a kości pokonanych wrzucają do morza.