Tag: II wojna światowa

  • Spisek niemiecki

    Spisek niemiecki

    Zbrodnia bez kary,

    Wydawnictwo M 2022

     

    O, co to za piętrowa i skomplikowana struktura – zamota ideologiczna level master. Książka, która wygląda jak wydmucha i pop-reportaż, a w gruncie rzeczy niesie bardzo niebezpieczne, prawicowe przesłanie.

    Pod tym mało subtelnym i wołającym o pomstę tytułem kryje się 26 tekstów dziennikarskich przygotowanych przez pracowników Wirtualnej Polski, Interii i Deutsche Welle, a dotyczących losów zbrodniarzy hitlerowskich po wojnie i ich nierozliczonych przestępstw.

     

    Mało przypisów i dużo ilustracji, krótkie rozdziały podzielone jeszcze śródtytułami, spektakularne cytaty wyciągnięte na osobne strony, zdania proste opierające się na „jest”, „był”, „zrobił”, „pomyślał”, teksty zakończone pytaniami – są to znaki odsyłające czytelniczki i czytelników w stronę pop reportażu, tekstów szybkich w pisaniu i jeszcze szybszych w czytaniu. Biorę tę grubą książkę do ręki i już po pierwszych stronach wiem, że jej zadaniem nie jest odkrywanie i pogłębianie jakiejkolwiek wiedzy historycznej, a raczej popularyzowanie i edukowanie, opakowywanie w przystępnej, łatwej formie skomplikowanej wiedzy o zjawiskach społecznych, procesach karnych (a właściwie ich braku) po wojnie, o braku pamięci i odpominaniu. Kłopot polega jednak na tym, że jak w przypadku wszystkich tekstów o wojnie i pamięci, narracja upraszczająca prowadzi do utraty sensów, uproszczenie dokonuje się także na poziomie merytorycznym, historycznym, socjologicznym, a nie tylko na poziomie zdania. A więc książka ta jest subtelna jak cios łopatą, pobudza poczucie wojennej krzywdy, bo nagle dostajemy komplet winnych, morderców wojennych z ich nazwiskami i opisami karier po 1945.

    Mogłabym napisać, że największy problem w tej opowieści polega na mieszaniu porządków, na zestawianie w jednym miejscu i uznawaniu za równie winnych morderców odpowiedzialnych za pojedyncze śmierci (jak Alfred Naujocks, wykonawca prowokacji gliwickiej), konformistów, którzy wiernie pełnili nazistowską służbę (jak lekarz Hermann Voss) oraz zbrodniarz wojennych, którzy sami nikogo nie zabili, ale jednocześnie swoim działaniem doprowadzili do śmierci tysięcy osób (jak Wilhelm Koppe czy Josef Mengele). Albo że kłopot z nią polega na przedrukowaniu opublikowanych już wcześniej w portalach materiałów, pisanych na potrzeby innej lektury: tekst w internecie jest z reguły napisany w sposób prosty, musi od razu zmierzać do brzegu, bo w trakcie lektury jesteśmy bodźcowani szeregiem linków, ilustracji i reklam. Ważny jest więc wyraźny przekaz. Tymczasem w przypadku książki, jeszcze tak bogato ilustrowanej, z okładkową ceną 80 zł, można by się było spodziewać chociaż bardziej starannej składni.

    Te dziennikarskie śledztwa pracują też na sensacji – nie chodzi więc o to, by pogłębić wiedzę, ale o to, by się ją przyjemnie i po wierzchu przyswajało. A zatem powracają tu wciąż najbardziej strywializowane stereotypy nazistów jako oddanych ojców, gospodarnych urzędników mordujących z zimną krwią i masową skalę poza domem, wiernych służbistów gotowych wypełnić każdy przepis prawa, porządnych lekarzy i zarazem szalonych naukowców, dokonujących zbrodniczych eksperymentów na dzieciach w obozach koncentracyjnych. Nikt nie stara się przeprowadzić refleksji pomiędzy jedną a drugą stroną osobowości, uznając że proces ten jest niemożliwy (a bogata literatura przedmiotu dobitnie wskazuje, że przecież można to zrobić i robiono to już wiele razy).

     

    To nie są jednak największe problemy – materiałowy groch z kapustą i toporna fraza to mały pikuś w porównaniu do roboty, która dokonuje się tu trochę głębiej i pozostaje kompletnie niewidoczna dla osób, które skupią się na warstwie faktograficznej. Otóż książka ta ma pokazywać Niemcy i Niemców jako trwałych, wiernych nazistów, uparcie trwających przy przegranej ideologii, niepotrafiących uznać jej zbrodniczości. Po wojnie nie chcą się denazyfikować, pozwalają im na to Amerykanie. Szybko rozpoczyna się za to proces renazyfkacji, czyli przywracania do pracy na wysokich stanowiskach osób uwikłanych w działania wojenne i odpowiedzialnych za sukcesy hitleryzmu. Precyzyjne, a jednocześnie miałkie, opisy rozmów z potomkami zbrodniarzy, prowadzone czasem przez domofon i telefon mają dobitnie udowadniać, że w dalszym ciągu nie ma w Niemcach woli rozliczenia odpowiedzialności wojennej, a duch nazistowski pleni się wszędzie – w podręcznikach dla studentów medycyny, pisanych przez Vossa, a przedrukowywanych przez dziesięciolecia, w dbałości o groby zmarłych, w odznaczeniach przyznawanych przez długie lata lekarce Elisabeth Hecker, uznawanej za pionierkę dziecięcej psychiatrii, a odpowiedzialnej za akcję T4 w szpitalu w Lublińcu.

     

    Sięgnęłam po tę książkę na zasadzie eksperymentu – chciałam się dowiedzieć, jak do tematu rozliczeń powojennych podejdzie wydawnictwo na co dzień specjalizujące się w tekstach Pawła Lisickiego, braci Karnowskich, Piotra Semki. No to się dowiedziałam: historia tych „zbrodni bez kary” opiera się na założeniu spisku, który objawiał się w kolejnych działaniach aparatu sprawiedliwości, dominował w porządku prawnym i politycznym całej właściwie historii niemieckiej po 1945. „Od Hitlera do Adenauera” – pada w jednym z tekstów. Pojawiają się tu daty i nazwiska, dowody na działanie owego spisku, powszechnej niechęci do rozliczenia. Prokuratorzy rozpoczynający procesy zbrodniarzy czy potomkowie katów jawią się tu na prawach wyjątków, osamotnionych odszczepieńców.

    Można by tu jeszcze postawić jedno pytanie: o to, do jakiego stopnia materiał dostarczony przez dziennikarzy realizujących projekt różni się od tego, co dostajemy w książce? Kto dobierał teksty? Czy było ich więcej? Jakie tematy wyleciały? Nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo widzę tylko efekt końcowy, który bije po oczach wielkimi, wyselekcjonowanymi cytatami o zbrodniach na Polakach: „Dr Erhard Wetzel, przy ocenie przedstawionej przez Hansa Ehlicha finalnej wersji Generalplan Ost, napominał, że Polacy są „najbardziej wrogo usposobieni w stosunku do Niemców, liczebnie najsilniejsi, a wskutek tego najniebezpieczniejsi ze wszystkich obcoplemieńców, których wysiedlenie plan przewiduje”. Albo: „Dolina Śmierci to w rzeczywistości kilka punktów, w których rozstrzeliwano Polaków. Wrześniowe polskie okopy posłużyły do za masowe groby co najmniej 500 ludzi. Co najmniej, bo nikt nie wie dokładnie, ilu Niemcy pod Chojnicami wymordowali. Mogli ich wymordować nawet trzykrotnie więcej”.

     

    Wydawnictwo specjalizujące się w opowieści o oblężonej Polsce i zagrożonej polskości idzie jeszcze krok dalej: według zebranych tu poszczególnych opowieści na ziemiach polskich dokonywano w czasie wojny przestępstw, mordów i wykroczeń głównie wobec Polaków. Powraca licytacja na cierpienie, którą polska opcja konserwatywna odziedziczyła po komunizmie: cytaty otwierające rozdziały dobrane są tak, by to Polaków ukazać jako naród skazany na wyniszczenie, niebezpieczny, zagrażający porządkowi III Rzeszy, to Polaków nienawidzą przede wszystkim i to ich chcieliby usunąć urzędnicy, jak wynika z cytowanej korespondencji.  Żydzi giną tylko w gettach, poza gettami ratują ich Polacy – rodzina Ulmów otrzymuje tu jeden z rozdziałów. Nawet pierwsza sekcja w rozdziale o Wernerze Ventzkim, nadburmistrzu Litzmannstadt, dotyczy losu Polaków, a nie Żydów.  Żydów w tej książce praktycznie nie ma – pojawiają się albo ciała w obozach, albo izraelski wywiad, tropiący po Europie zbiegłych nazistów. Wywiad mroczny, okrutny, sięgający swymi mackami daleko, dokonujący tajemniczych egzekucji: może to właśnie Mosad stoi za śmiercią Horsta Pilarzika, budowniczego KL Plaszow, który zmarł po zastrzyku u dentysty?

    Całą tę opowieść kończy wspomnienie biskupa Kazimierza Majdańskiego, który do końca życia modlił się za nazistów. Jeśli jednak chcecie przeczytać dobrą książkę o (bez)sensowności modlenia się za katów i o konsekwencjach owych modłów w świetle nauki Kościoła, polecam bardzo „Zapraszamy do nieba. O nawróconych zbrodniarzach” Jacka Leociaka.

  • Gorzko

    Gorzko

    Jerzy Szperkowicz, Wrócę przed nocą,

    Znak 2021

    Nie wiem, czy istnieje taki gatunek jak reportaż autobiograficzny, ale gdyby istniał z pewnością należałoby do niego zaliczyć dwie świetne książki: „Dom z dwiema wieżami” Macieja Zaremby-Bielawskiego i „Wrócę przed nocą” Jerzego Szperkowicza, która wczoraj miała swoją premierę. 

    Skojarzenie książki Szperkowicza z autobiograficznym wspomnieniem Zaremby-Bielawskiego nie jest przypadkowe: obaj traktują opowieść o swoim życiu jako punkt wyjścia do rozważań o historii, a właściwie o jej zaklętym kole, fatalizmie i niewoli losu. Szperkowicz, inaczej jednak niż Zaremba-Bielawski, nie sięga po wątki żydowskie, te pojawiają się jako odległe tło jego historii. Nie, cała rodzinna opowieść rozgrywa się na pograniczu polsko—litewsko-białoruskim, na dawnych Kresach. To zastanawiające, jak książka tak strasznie niepoprawna politycznie, tak ciężka, może być jednocześnie tak niezwykle nowoczesna, progresywna jeśli chodzi o zawarty w niej światopogląd i obrazowanie. 

    Fabuła jest właściwie dojmująco prosta: ziemiańska rodzina Szperkowiczów tuła się w czasie wojny, opuszcza rodzinny majątek, ukrywa u rodziny, bo uczynny sąsiad ostrzega przed lokalnymi partyzantami, którzy zamierzają całą rodzinę zlikwidować. Rodzice z dwójką podrośniętych już trochę dzieci pakują się na wóz i pod pretekstem wyjazdu do krewnych na imieniny, opuszczają dom. Matka w zaawansowanej ciąży, u bliskiej przyjaciółki ukrywa trochę odzieży, kosztowności, jakieś pieniądze. Gdy najmłodsza córka ma 3 miesiące, matka wyrusza do domu przyjaciółki, 18 km dalej, by przynieść trochę tych rzeczy, by zapłacić krewnym za opiekę. I choć obiecuje, że wróci przed nocą, to do domu nie wraca nigdy, a jej mąż, przedwcześnie posiwiały opiekun trzech sierot, zostaje wyciągnięty z domu miesiąc później. Banalne, takich wojennych, kresowych historii znamy mnóstwo. Tylko że Szperkowicz, dawniej świetny dziennikarz, nie tylko nie zapomniał fachu, ale też – mam wrażenie – udoskonalił go, podciągnął, dostosował do  wymagań współczesnych czytelników. Jednocześnie jednak bierze ich pod włos, bo nie spełnia oczekiwań, a daje w zamian swoją historię. Przez większą część dorosłego życia, wracając wiele razy do kilku wiosek, będzie próbował się dowiedzieć, w jaki sposób zakończyli życie jego rodzice i gdzie porzucono ciała. 

    Jej polityczna niepoprawność polega na tym, że Szperkowicz po latach śledztwa, odbijając się od ludzi, którzy rodziców pamiętali, byli ich sąsiadami, pomagali im lub szkodzili, od ich dzieci, enkawudzistów, stetryczałych starców i ich cnych potomków, stawia mocną tezę: Białoruś będzie musiała się kiedyś zmierzyć ze swą pamięcią wojny ojczyźnianej, mitem heroicznej partyzantki, która zwalczała Niemca. Na tym micie zbudowana została tożsamość Białorusi jako republiki radzieckiej i ten mit dalej jest twórczy, bo daje energię opozycji demokratycznej. Tymczasem Szperkowicz pokazuje zupełnie inną historię – powszechnej grabieży, gwałtów, mordów – nie tylko na polskich posiadaczach ziemskich, ale też sąsiadach, przypadkowych podróżnikach podejrzewanych o szpiegostwo, niewinnych kobietach i dzieciach. I żeby potwierdzić tę swoją wywrotową tezę podaje konkretne dane, choć ogranicza do wąskiego wycinka mapy, do kilku wsi sąsiadujących z dawnym majątkiem rodziny. 

    Choć Szperkowicz kilka razy stwierdza, że w czasie prowadzonego przez lata śledztwa syn wygrywa w nim z reporterem, to jednocześnie w tle wątku głównego pojawiają się inne obrazy destrukcji, nie powiązane z konfliktem klasowym i etnicznym. Ważny tu jest i wątek żydowski: w drugim, a właściwie nawet trzecim planie za ukrywającymi się Szperkowiczami, którzy zmieniają miejsce zamieszkania, nie chcą poddać się wywózce na Wschód, pojawiają się widma Żydów skrywających się w ziemiankach, nocą żebrzących o jedzenie, rozbudowujących całą podziemną sieć labiryntów, bunkrów i składów, które w końcu w ramach krwawej rzezi przejmują partyzanci białoruscy. I równie istotna jest tu przyroda, ginący, trzebiony wciąż las, jakby demon historii rozszalał się na całego i nie ograniczał wyłącznie do ludzkich ofiar. 

    Mnie w tej książce kręci jeszcze jedno – choć Szperkowicz wraca do miejsc rodzinnych, szuka w archiwach śladów majątków, krewnych, utraconych i podzielonych dóbr, to nie ma tu ani kropli sentymentalnego wspomnienia przeszłości, żadnego nostalgicznego kolorowania i upiększania. To jest książka na wielu poziomach gorzka, bo rozprawia się on w kilku słowach z przekonaniem o misji cywilizacyjnej Polaków na Kresach. Nie ma w nim żadnej klasowej wyższości (choć kilka razy próbuje, jak sądzi sprytnie, wykorzystać swój status majątkowy, by zdobyć informacje od ubogich i schorowanych rozmówców), nie ma przekonaniu o barbarzyństwie lokalnej społeczności i cywilizacyjnej wyższości Polaków. Ostatnio grzebię w różnych tekstach o Europie Wschodniej i Kresach i nawet nie wiecie, jaki ten mit jest żywy i jak śmiesznie dzisiaj brzmią tęsknoty potomków dawnej szlachty. 

    Dzisiaj nasuwam mi się jeszcze jeden klucz do tej opowieści – klucz klasowy. Szperkowicz nie pudruje przeszłości, nie snuje sielankowej historii o przedwojennym wspólnym życiu dworu i czworaków wiejskich. Szukając śladów przodków, precyzyjnie umieszcza ich na stopniach hierarchii społecznej, pokazuje, co mieli, czego im brakowało, na czym zbili majątek, jak go stracili, jak traktowali chłopów, czego się bali ze strony służby, jak sobie radzili, by nie eskalować konfliktów. Wyraźnie określa stosunek między powoli ubożejącymi Szperkowiczami i przysłanymi przez niemieckich okupantów pracownikami, którzy zaciekle bronią ideologii komunistycznej, przywołuje kuchenne kłótnie o Katyń. Nie gubi z oczu tej perspektywy ludowej historii, bo peerelowska szkoła pozornego egalitaryzmu wystarczająco mocno go chyba przećwiczyła. Scena męczarni i śmierci matki nie daje się czytać w porządku rozliczenia dawnej służby dworskiej z dziedziczką, bo po pierwsze pozycja rodziny była zbyt niska, po drugie, podobny, okrutny los spotykał także osoby o wiejskim pochodzeniu, mordowane pod zarzutem szpiegostwa, kułactwa itp. I – najważniejsze – Szperkowicz nigdy nie występuje tu z pozycji uprzywilejowanego dziedzica, zawsze określa swoją sytuację, z precyzją księgowego określa różnice między upadłym wzorem i wsią.  

    Nie jest to historia Antygony, nie jest to też historia Elektry, która szuka pomsty. W starym już Szperkowiczu żyje za to ciągle nieukołysana tęsknota za matką, która miała wrócić, której oddalającą postać cały czas ma w pamięci. O ile jednak jego styl jest radykalnie różny od języka, jaki zbudowała jego żona, Hanna Krall, to poziom epatowania emocjami jest podo

  • Morale bombing

    Morale bombing

    Kluge opisuje aliancki nalot na niemieckie miasteczko miesiąc przed zakończeniem wojny. W ciągu 30 minut samoloty brytyjskie zrzucają 550 ton bomb, niszczą miasto, zabijają 3 tysiące mieszkańców. To jest odwet? Usprawiedliwione działanie wojenne? Próba złamania morale ludności cywilnej?

    Wcześniej na polskim rynku ukazał się esej Sebalda zatytułowany Wojna powietrzna i literatura, choć chronologicznie to Kluge jako pierwszy poruszył ten temat i na jego tekst powoływał się Sebald w swych wykładzie z Zurichu z 1997 roku. W serii „Z Kraju i ze Świata” Ossolineum publikuje klasyczny już utwór, którego forma uderza swą nowoczesnością. W tym krótkim, liczącym 140 stron eseju Kluge, prozaik i filmowiec niemiecki, pokazuje nie tylko zapoznany problem, ale używa też niezwykłej techniki.

    Tekst Klugego jest dużo ostrzejszy, wyrazistszy niż doskonały esej Sebalda (pisałam o nim tutaj). Obaj powołują się na dane, obaj stawiają szereg niewygodnych dla nas pytań, obaj też pozostawiają te pytania w zawieszeniu, cofając się przed odpowiedzią. Kluge, urodzony w 1932 roku w Halberstadt, w czasie nalotu przebywa w mieście, ma 13 lat. Nie odtwarza tu jednak perspektywy naocznego świadka, nie wykorzystuje perspektywy narracyjnej dziecka (która przez swą niewinność zawsze jest oskarżająca; autorzy niemieccy dość często posługują się tą techniką: nie tylko Grass w Blaszanym bębenku, ale też Ralf Rothmann w powieści o niemieckich nastolatkach idących na front pod koniec wojny, Umrzeć na wiosnę  –tu recenzja, czy Hans-Georg Behr w bardzo złej i ckliwej powieści Prawie dzieciństwopisałam o niej tutaj). Kluge przedstawia serię scen, mozaikę ludzkich zachowań w chwili nalotu. Jednocześnie jego perspektywa obejmuje także „górę” (tu rozumianą dosłownie), kontekst tego nalotu: aliancka eskadra wyrusza z ładunkiem bomb, ma konkretny cel, ale też rozkaz, by w razie złej pogody zrzucić ładunki nad jakimś innym, drugorzędnym miastem. Taki scenariusz zostaje zrealizowany właśnie nad Halberstadt.

    Kluge nie epatuje czytelnika scenami ginących dzieci, bo nie interesuje go wzruszanie czytelnika bezsensowną śmiercią. Buduje swoje oskarżenie, wprowadzając wypowiedzi oficerów alianckich. Okazuje się, że bombardowania mają charakter odwetowy, a nie militarny – nie chodzi o złamanie morale, bo jak pokazują badania, naloty nie mają wpływu na zachowania ludności cywilnej. Generał brygady Robert B. Williams przyznaje:

    W sercu czy głowie najwyraźniej nic nie ma. To zresztą przekonujące. Bo ci, których rozbito na kawałki, nie myślą i nie czują.

    Inny fragment wywiadu – przeprowadzonego z brygadierem Frederickiem L. Andersonem – jeszcze lepiej pokazuje cynizm zwycięzców wojennych: ładunki należało zrzucić, bo powrót z nimi był zbyt niebezpieczny dla ekip lotniczych i drogich samolotów. Zrzucenie ich nad łąkami czy górami, by ocalić cele cywilne, nie miało sensu, bo koszt nalotu, bomb był zbyt wysoki, nie wolno marnować ich w ten sposób. Kluge rysuje więc ciekawą arytmetykę wojenną: nakłady na ładunki wybuchowe mogą się zwrócić tylko wtedy, gdy dokona się zniszczenia miasta i uśmiercenia jego mieszkańców.  Śmierć, nawet jeśli jest bezcelowa, równoważy koszty.

    Kluge w przeciwieństwie do Sebalda, posługującego się klasyczną formą literackiego eseju, wybiera formę faction – połączenie elementów reportażu, artykułu prasowego (stąd wywiady z alianckimi wojskowymi czy rysunki techniczne przedstawiające bomby), fotoreportażu (wiele zdjęć wraz z podpisami, mikro-opowieściami dopełniającymi tekst główny), notatek, które rozbijają całość. Posługuje się cięciami, szybkim montażem, zbliżeniami – wykorzystuje zatem techniki filmowe. Autor podkręca szkicowość, niegotowość swej opowieści, niektóre wątki zostają lekko tylko zarysowane, ledwo wskazane. Ważny jest ten prowizoryczny charakter, bo problem, który porusza, nie jest w żaden sposób zamknięty, ani zakończony. Kluge tworzy opowieść niegotową, niespójną, a ta jej forma ma odzwierciedlać przedstawiane doświadczenie mieszkańców Halberstadt – impulsy, lęki, traumę doznawaną i nieprzepracowaną.

     

    Alexander Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945,

    Przekład: Arkadiusz Żychliński

    Ossolineum 2016

     

  • Świat po bajce jest siny czyli Szymborska po wojnie

    Świat po bajce jest siny czyli Szymborska po wojnie

    W 2012 roku, kilka miesięcy po śmierci Wisławy Szymborskiej, w czasie porządkowania pozostawionych przez nią papierów dwoje jej najbliższych przyjaciół –Teresa Walas i Michał Rusinek odnalazło teczkę z kilkudziesięcioma maszynopisami. To były wiersze z lat 1944-1948, cały liczący ponad 40 utworów tom, gotowy do druku, przepisany schludnie na maszynie. Teksty w części w ogóle nie znane, niektóre tylko drukowane w prasie powojennej, a więc wiersze, które Szymborska napisała na samym początku swojej kariery, jej właściwy debiut. Szymborska pisała je jako dziewczyna jeszcze, w 1944 roku miała przecież 21 lat. Gdy zamykała tom, powinna była kończyć studia, ale od pewnego już czasu pracowała w redakcji pisma „Świetlica krakowska” i ilustrowała książki dla dzieci. Ten tom, choć jak na Szymborską duży i skończony, nigdy nie ukazał się drukiem. Jaka tajemnica za tym się kryje?
    Szymborska debiutowała w prasie krakowskiej, w „Walce” – dodatku do „Dziennika Polskiego”. Jej pierwszy wiersz po tytułem „Szukam słowa” ukazał się 14 marca 1945 roku, a więc właściwie kilka tygodni po wyzwoleniu miasta przez Rosjan. Młoda poetka przyniosła do redakcji kilka swoich tekstów, ale nie spodobały się one redaktorom Adamowi Włodkowi i Tadeuszowi Jęczalikowi i nie wydrukowaliby ich, gdyby nie prośby poety krakowskiego Witolda Zechetnera, który praktycznie wymusił na nich wybór jednego wiersza . Włodek i Jęczalik zgodzili się, ale w ciągu nocy gruntownie zmienili tekst. Szymborska napisała dość długi wiersz zatytułowany „Jacy”. Redaktorzy opublikowali krótki, bardziej spójny pt. „Szukam słowa”. Szymborska nie obraża się, przeciwnie – jest wdzięczna za poprawki i uwagi, dość szybko wchodzi w to środowisko, a 3 lata później w 1948 roku wychodzi nawet za mąż za lidera tej wspólnoty – Adama Włodka, opiekuna się Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich.
    W czasie wojny Szymborska była przekonana, że owszem będzie pisać, ale prozę . Tworzyła wyłącznie dla siebie krótkie utwory prozatorskie, których tekst z upływem czasu coraz bardziej się skracał, przyszła poetka redukowała go i poszukiwała formy bardziej spójnej i konkretnej. Gdy trafiła więc do środowiska „Dziennika Polskiego” miała na koncie wiele tekstów prozą, trochę wierszy, nikłą wiedzę o poezji współczesnej. Czytała jednak dużo i uczyła się szybko.

    Pastuchy i drwale

    „Walka” przestała się ukazywać już w lipcu 1945 roku, a Szymborska związała się ze „Świetlicą Krakowską”. W 1948, po likwidacji „Świetlicy…” przeszła do redakcji „Dziennika Literackiego”. Opublikowała tam kilka wierszy, utrzymanych w poetyce nawiązującej silnie do tradycji przedwojennej Awangardy Krakowskiej. Młodemu pokoleniu wydawało się wtedy, że spośród możliwych tradycji godna kontynuowania była wyłącznie ta, zwłaszcza w modelu Przybosia. Linię Skamandra skompromitowały wojenne wybory poetów, o których w latach 40. mówiono, że „uciekli” na Zachód, pozostawała więc wyłącznie tradycja awangardowa, nad którą jednak dłuższy namysł blokowała coraz głośniejsza nowa ideologia.
    Skomplikowana forma, elipsy zaciemniające znaczenie obecne wtedy jeszcze u Szymborskiej wzbudziły falę krytyki ze strony czytelników. Spór o wiersz „Niedziela w szkole” zrelacjonowałJacek Łukasiewicz w artykule „Wiersz wewnątrz gazety”: w kolejnych listach młodzież licealna oraz wychowujący ją w nowym państwie nauczyciel zarzucali poetce, że nie nadąża za nowym kierunkiem, że pisze teksty niezrozumiałe i wsteczne. Posłuszny wskazówkom nowej doktryny nauczyciel wskazywał Szymborskiej za wzór Majakowskiego, który nie tylko kierował się szczerym natchnieniem, ale był prawdziwym poetą mas i rozumieli go w lot zarówno pastuch z Kazachstanu, jak i drwal z Komi . Jak widać, prowincjonalny nauczyciel nie wiedział, że w republice Komi lasy wyrębywali wtedy absolwenci najlepszych uczelni. Regulamin łagrowy nie pozwalał im jednak na czytanie jakiejkolwiek poezji. Atak czytelników spowodował jednak, że Szymborska na dwa lata zamilkła. Nowe teksty zaczęła publikować dopiero w 1950 roku, ale był to już zupełnie nowy etap, nowa poetyka i stojąca za nią nowa ideologia. Jacek Łukasiewicz i Anna Legeżyńska właśnie tę polemikę uznali za przyczynę ideologicznej i estetycznej zmiany poezji Szymborskiej .

    Tom-widmo
    W 1950 roku Szymborska została przyjęta do ZLP. W deklaracji pisała, że ma złożony i przygotowany do druku tom noszący tytuł „Szycie sztandaru”. W kolejnej deklaracji, z 1952 w kategorii teksty oryginalne, niepublikowane zapisała „Dlatego żyjemy”, tom złożony w wydawnictwie Czytelnik. Jasno więc widać, że zniknęły gdzieś wiersze zgłoszone w 1950, które z pewnością istniały, bo inaczej poetka nie zostałaby przyjęta do związku, co podkreśla Anna Zarzycka w swojej książce „Rewolucja Szymborskiej” . W deklaracji Szymborska zapisała jednak, że „Dlatego żyjemy” zawiera wiersze z lat 1945-1952, a więc wydawało się, że ten tom złożony w Czytelniku wchłonął tom wcześniejszy. Dzisiaj jednak wiemy, że to nieprawda. Jak pokazują bowiem materiały zebrane w archiwach, w tym pierwszym okresie Szymborska drukowała wiele tekstów w prasie, ale nie weszły one do jej pierwszego socrealistycznego tomu.
    Wydaje się, że tom został przygotowany. Wiemy zaś na pewno, że nikt go wtedy nie opublikował. Nie wiemy zaś do dzisiaj i nigdy się już nie dowiemy, bo nie żyje już nikt, kto uczestniczył w tamtych zdarzeniach, dlaczego tak się stało. W „Łupie naszym wojennym” Adam Włodek komentował tę sytuację: „A potem przyszedł zjazd szczeciński. Tomik (…) nie mógł już ukazać się w druku. Do „oficjalnego” debiutu książkowego przyjęto z wierszy wcześniejszych tylko jeden (…), ale nawet i on został poważnie okrojony” . Włodek sugerował istnienie jakiejś instytucji, która tom Szymborskiej zwróciła. W podobnym tonie pisał później Tadeusz Nyczek w swojej książce „22 razy Szymborska”: „Rękopis wrócił do autorki” , a jego opinie podtrzymywali inni znani badacze – Jacek Łukasiewicz i Wojciech Ligęza. Nie ma w archiwach żadnej informacji o wydawnictwie, które odrzuciło tom. Być może było to wydawnictwo, a być może był to cenzor, do którego wysłano tekst w ramach kontroli prewencyjnej. Być może to sama Szymborska, uczestnicząca przecież – jak wszyscy autorzy tej epoki – w kolejnych zjazdach, zebraniach kolektywu pisarskiego, czuła, że jej książka nie pasuje do wymagań nowej epoki, że nie uda jej się nigdy – jako zupełnie młodej autorce – przepchnąć takich wierszy w wydawnictwie. Za dużo było w nim zwątpienia, refleksji nad upływem czasu, przypadkowości życia i śmierci. Język także okazał się zbyt trudny, co ujawniła polemika z łamów „Dziennika Polskiego”.

    Władza kolektywu

    Choć realizm socjalistyczny został uznany za jedyną metodę twórczą dopiero w 1949 roku, to już kilka lat wcześniej podkreślano znaczenie wspólnoty, pracy, robotniczego trudu odbudowy. Mieczysława Buczkówna – poetka z pokolenia Szymborskiej – aby wydać swój debiutancki tom, musiała zapłacić należny władzy trybut i jej wiersz „W oczach wojny” zawiera ostrzeżenie przed „dolarowymi kaplicami i atomową bombą” . Szymborska, która uważała się już wtedy za poetką, musiała wejść w struktury kolektywnego życia literackiego. Należała do Koła Młodych przy ZLP i do grupy towarzyskiej „Inaczej” skupionej wokół słynnego domu przy Krupniczej 22. W 1946 roku wzięła udział w zjeździe młodych pisarzy w Warszawie, kilka swoich wierszy wydrukowała w piśmie „Pokolenie” redagowanym przez Romana Bratnego. Pismo to zaś – jak kilka innych, w których Szymborska drukowała, zostało szybko zamknięte. Czuć więc było dobrze nadciąganie wielkiej zmiany ideologicznej . Później, w 1948 roku, wzięła udział w seminarium dla młodych pisarzy w Nieborowie. To po tym seminarium uaktywniła się grupa pryszczatych, która pod przewodnictwem Ważyka i Woroszylskiego podjęła walkę o wprowadzenie socrealizmu do literatury. Wszystkie te kolejne sesje wymuszały i umacniały inny, nieindywidualny sposób pisania. Na długo przed zjazdem szczecińskim deklarowano, że literatura ma stać się narzędziem wychowywania nowego społeczeństwa . Odrzucano indywidualizm, skomplikowane rozwiązania stylistyczne, w ich miejsce stawiając prosty opis i doświadczenie zbiorowe. Metaforę zastąpiło mówienie wprost. Szymborska nie zdążyła wydać swojej książki przed tą zmianą.
    Wiersze Szymborskiej z lat 40. związane są przede wszystkim z doświadczeniem wojennym. Gdy można było je opublikować, Szymborska nie uznała ich za wystarczająco dobre. Uważała, że prawdę o wojennych przeżyciach pokolenia Kolumbów lepiej niż ona przedstawili Tadeusz Różewicz i Zbigniew Herbert . Zawsze krytyczna wobec swojej twórczości, Szymborska nie dostrzegła najważniejszej wartości tego tomu: kobiecej perspektywy, tworzenia pewnego obrazu her-story. Bo choć wszyscy po wojnie pisali o wojnie, to dominujący ton ustaliło męskie, bohaterskie przeżycie, reprezentowane nawet u młodych poetek. Ten męski punkt widzenia podjęły Mieczysława Buczkówna w „Rozstaniu” i Anna Kamieńska w „Wychowaniu”, które debiutowały w 1949 roku – tak jak powinna była debiutować Szymborska. Ich wiersze operują klasycznym, wojennym obrazowaniem: są tu naloty, gruzy, obozy koncentracyjne i proces w Norymberdze. Poetki szukały opisu doświadczenia uniwersalnego, starały się opowiedzieć o złu wojny, o trwałych zmianach, jakim podlegała moralności świadków wojny, ponieważ skupiały się jednak na obrazach uniwersalnych i typowych, ich wiersze nie odbiegają od przeciętnej, nie wyróżniają się na tle epoki, a same poetki niechętnie wracały po latach do swoich debiutanckich tomów . U Szymborskiej jednak znajdziemy kobiece doświadczenia, kobiecy, inny punkt widzenia. Mocniej jeszcze o kobiecym doświadczeniu wojny pisała wiele lat później Anna Świrszczyńska w tomie „Budowałam barykadę”.

    Szymborska w czasie wojny

    Lata wojenne Szymborska spędziła w Krakowie, kończyła liceum na tajnych kompletach. Udało jej się dostać dobrą pracę na kolei – to chroniło przed wywózką na roboty. Nie należała do podziemia, ani nie walczyła w partyzantce. Z podziemiem związany był jednak jej narzeczony, którego wysłano z tajną misją do Wilna. Z wyprawy nie wrócił, a Szymborska szukała go długo i nie udało jej się zdobyć żadnej wiadomości o jego dalszym losie czy okolicznościach śmierci. Jemu właśnie poświęcony jest cykl „Janko Muzykant”, cztery wiersze o rozstaniu kochanków, oczekiwaniu na powrót mężczyzny, przeżywaniu żałoby po jego śmierci, wreszcie ukojeniu. Szymborska, jak w wielu innych późniejszych tekstach, odchodzi od polskiej tradycji literackiej, w której rozstanie z powodu odejścia mężczyzny na wojnę jest już motywem klasycznym. Tradycyjnie takie rozstanie pokazywane jest zawsze zmęskiej perspektywy, bo obowiązek jest ważniejszy niż uczucie osobiste. Tymczasem w „Janku Muzykancie” podmiotem lirycznym jest dziewczyna, co odwraca porządek – udział w walce przestaje być wyborem oczywistym. Nie wiąże się wyłącznie z patriotyzmem, ale też egoizmem, narażaniem życia, zrywaniem obietnicy, zadawaniem bólu. Dziewczyna, która najpierw czekana jego powrót, w końcu czeka na ulgę w żałobie:

    Nieśmiała, młoda, lepka zieleń liści.
    Chciałabym zrywać, deptać, ranić.
    Za jej bezwstyd – że pulsuje słońcem,
    Że nie wie, co to jest czekanie.
    (…)
    Będę się modlić o twój powrót
    do wszystkich bogów świata.
    (…)
    Zagmatwana ścieżyna w konary i chwasty.
    Biorę oddechem leśny zapach cienia.
    W dobrej pustce od nowa męcząco
    Lęk i tamte wspomnienia.

    Szymborska w ogóle przeciwna jest heroizmowi, bohaterstwu tak ukochanemu w poezji wojennej, często odwołującej się do akcentów militarnych. Płeć i światopogląd chronią tu autorkę przed fascynacją szarżą kawaleryjską. W „Pocałunku nieznanego żołnierza” już sam tytuł odwołuje się do tradycji patriotycznej poprzez transpozycję. Szymborska przeciwstawia życie pełne, emocjonujące heroicznej śmierci:

    Nie chciał być bohaterem,
    O, skamieniałe dziewczęta,
    Gdy wam wczorajszą ręką,
    Żart ufny słał: pocałunek.

    Śmierć uderza u Szymborskiej w samą kołyskę – choć ginie żołnierz, to bohaterką jej poezji staje się często matka, która niczym Maryja szuka zwłok swojego dziecka. W „Wymiarach” poetka wprowadza jeszcze inny poetycki obraz: wzrost dziecka zaznaczany na ścianie poziomymi kreskami. Na dość już konkretnej wysokości kreski poziome kończą się jednak, a zastępują je dziury po kulach. Ta metafora poświęcenia życia, dorastania do walki i śmierci, które w Polsce wydaje się naturalne i powszechne, obowiązkowe dla każdego pokolenia, chwyta przecież też największą rozpacz rodzica. W„Wymiarach” nie ma w ogóle bowiem figury dziecka-żołnierza, pozostaje tylko spojrzenie osieroconego rodzica, który widzi poznaczoną na dwa sposoby ścianę. Wiersz ten ujawnia zatem konkretne odniesienie do doświadczenia pokolenia Kolumbów, odwołuje się do dylematu udziału w walce znanego nam z poezji Baczyńskiego. O ile jednak Baczyński rozwiązuje swój dylemat pozytywnie, to znaczy decyduje się aktywnie podjąć narodowy obowiązek, o tyle Szymborska daleka jest od jednoznacznej odpowiedzi, mnoży za to wątpliwości i do racjonalnych argumentów cyrkulujących w polskiej myśli patriotycznej od XIX wieku, dodaje argumenty emocjonalne – z pozoru tylko typowo kobiece, a odwołujące się do dyskusji na temat polskich definicji patriotyzmu toczących się od rozbiorów.
    Wojna niesie śmierć, ale łamie też życie, zmienia jego pojmowanie – to naczelna teza, którą Szymborska na wiele sposobów opracowuje w swoich juweniliach. Interesują ją właśnie ta wzajemna relacja, doświadczanie życia w obliczu śmierci. Młoda Szymborska odkrywa, że życie po wojnie jest inny: drapieżne, biologiczne, skupia się na ciele, staje się sensualnym doznawaniem. Życie po wojnie obciąża poczucie winy wobec tych wszystkich, którzy zginęli, ale charakteryzuje je też rodzaj łapczywości, gwałtownej namiętności, którą ocaleńcy odczuwają, jakby rekompensując sobie wojenny strach. Życie jest więc równie co wojna bezduszne i okrutne, i to po jego stronie staje Szymborska. Nie była ona poetką walki, jak Baczyński czy Gajcy, nie miała też poczucia stąpania po grobach – jak Różewicz czy Borowski . Gdy u młodego Różewicza chodzi przede wszystkim o poczucie klęski, to u Szymborskiej na wszelkie sposoby powraca pytanie o to, jak żyć po wojnie. Nie tylko o to, jak poradzić sobie z doświadczeniem traumy, ale raczej o to, jak żyć godnie, jak nadać temu swojemu biologicznemu przetrwaniu wymiar etyczny:
    Świat i czoła w ciszy dźwigamy:
    Jakim życiem chwili tej sprostać…

    pyta poetka w wierszu „Pamięć o styczniu”, poświęconym wyzwoleniu Krakowa przez armię marszałka Iwana Koniewa 17 stycznia 1945 roku. Szymborska znów pisze jednak o tym, co nieoczywiste, bo nie ma tu w ogóle poczucia triumfu, radości z ucieczki Niemców, poczucia wolności.
    Ustom naszym dalekie są słowa.
    Oczom nowe przydano miasto:
    – wyrojone nad tłumem sztandary,
    Rumowiska, spazmatyczne żelastwo.
    To „spazmatyczne żelastwo” odnosi się do szmelcu i złomu, jaki pozostaje na ulicach. Przemarsz kolejnych wojsk wiąże się przecież z prowadzeniem sprzętu wojskowego, z kompletną dehumanizacją przestrzeni, w której poruszają się maszyny. Koniec wojny nie prowadzi zaś wcale do wybuchu radości, bo odejście okupanta ujawnia ślady jego działań, odsłania zło, które się dokonało i wymusza rachunek strat:
    Krew na murze – ręką ogrzać – zatętni.
    Pochylonym nad jej chwałą – troska.

    Wojciech Ligęza celnie zauważa, że Szymborska rejestruje tu kłopot z przedstawieniem się umysłu na nowe historyczne realia , opisuje czas, jaki zachodzi między zmianą samą a jej zrozumieniem. Szymborska – jak w całej swej późniejszej twórczości – jest tu kronikarką krótkich chwil, momentów, które z reguły umykają naszemu spojrzeniu. Tutaj rejestruje właśnie taki moment:
    W śniegu żłobią kopyta i koła.
    To odpowiedź na wczorajszy lament
    Odwilż serca /ojczyzna ojczyzna/.
    Rozkurcz pięści zarosłej w kamień.

    Szymborska zdaje się tu przypominać, że wolność to pewien proces psychiczny, a nie „wyrojone nad tłumem sztandary”.
    Szymborska nie zachłystywała się historią, nie była też jednak przecież obojętna na zmiany. Najlepszym dowodem jej przenikliwości, umiejętności patrzenia w głąb jest wiersz „Szycie sztandaru”, w którym to właśnie szwaczki stają się prawdziwymi twórczyniami historii. To spod ich igieł wychodzi sztandar, one więc na równi z nim stają się symbolem wolności i radości z jej odzyskania, zaangażowania zwykłych obywateli i poczucia wspólnoty. Szymborska pisze:

    Ruchy kobiet nad płótnem
    Wyprzedzają niecierpliwe święto.

    Szwalnia staje się biało czerwona, symbolikę narodową, patriotyzm wytwarza tu zajęcie typowo kobiece, nie gorsze niż męski udział w walce. Młoda Szymborska szuka swego głosu, ale szuka też zasadniczej perspektywy, z której będzie opisywać świat. Już tutaj, w 1946, gdy pisze o „Szycie sztandaru”, to na plan pierwszy wysuwa się mały chłopiec i szwaczki, które łączą dwa kolory materiału. Szymborskiej chodzi o ludzi, nie o wielką historię, choć kilka miesięcy po zakończeniu wojny szycie sztandaru to oczywiście czynność, która przynależy do porządku dziejów. W interpretacji tego wiersza ważna jest jego historia – gdyby został opublikowany w 1946 roku, jego znaczenie zostałoby ustalone przez kontekst tej epoki: szycie sztandaru oznaczałoby radość z odzyskania wolności, radość z odrodzenia państwa, wspólne włączanie się wszystkich jego obywateli w odbudowę, w rekonstrukcję państwowości. Stanowiłby zatem odzwierciedlenie nastrojów społecznych. Został jednak ogłoszony dopiero w 1949 roku i ten rok wprowadza do interpretacji zupełnie inny kontekst, bo komuniści zakończyli już wtedy „podbój wewnętrzy” państwa. Czynność, którą wykonują tu szwaczki, w nowych okolicznościach politycznych należy rozumieć jako tworzenie państwa komunistycznego, jako trud, który nie jest spontaniczny i związany z radością od-budowy, ale tworzeniem nowego organizmu państwowego. Wiersz opublikowany w 1949 roku staje się też autorskim wyrazem poparcia dla nowej władzy, choć Szymborska nie pisała go z taką intencją. Ważna i znacząc dla jej późniejszej poetyki staje się zawarta w tym wierszu deklaracja: „to ze zdumienia wstaje potrzeba słów i oto każdy wiersz na imię ma Zdumienie”. Ta kategoria, którą poetka nazywa zdumieniem, w przyszłości jako zdziwienie stanie się zasadniczą cechą jej twórczości .
    Najnowszy, ale zarazem i najstarszy tom Szymborskiej ujawnia jej poszukiwanie tożsamości, budowę własnej dykcji, próbowanie własnego stylu, ale w równym stopniu zmaganie się z epoką, ideologią i historią, które bynajmniej nie ułatwiały jej pisania. Widać tu młodą, błądzącą poetkę, wypróbowującą różne tonacje, ale jest też tu Szymborska, jaką znamy – dystansująca się wobec tego, co uniwersalne, poszukująca własnej drogi, dostrzegająca różne zjawiska od podszewki. Bo nawet gdy Szymborska pisze o doświadczeniu wojny, to robi to inaczej niż inni przedstawiciele jej pokolenia.


    [1] Anna Zarzycka, Rewolucja Szymborskiej 1945-1947. O wczesnej twórczości na tle epoki, Poznań 2010, s. 26-27.

    [1] Anna Legeżyńska, Szymborska, Poznań 1996, s. 12.

    [1] Jacek Łukasiewicz, Wiersz wewnątrz gazety, (w:) Szymborska. Szkice, Warszawa 1996, pod red. Edwarda Balcerzana i in., s. 31.

    [1] Jacek Łukasiewicz, op. cit., s. 31, Anna Legeżyńska, op. cit., s. 13.

    [1] Anna Zarzycka, op. cit., s.38.

    [1] Adam Włodek, Łup nasz wojenny. Pamiętnikarski aneks do dziejów literackiego startu wojennego pokolenia pisarzy krakowskich, Kraków 1970, s. 149.

    [1] Tadeusz Nyczek, 22 razy Szymborska, Kraków 2005, s. 20.

    [1] Mieczysława Buczkówna, W oczach wojny, (w:) eadem, Rozstania, Warszawa 1949, s. 37.

    [1] Jacek Łukasiewicz, op. cit., s. 13.

    [1] Jacek Łukasiewicz, analizując obszernie tuż powojenną prasę, cytuje na przykład fragment z ogłoszenia konkursowego z „Dziennika Polskiego” z 1947 roku, w którym można było zgłaszać „treści odzwierciedlające wkład klasy robotniczej” – por. Jacek Łukasiewicz, op. cit., s. 29.

    [1] Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej, Kraków 2012, s. 72.

    [1] Buczkówna, komentując swój debiut, podkreślała, że wybrała poetykę eluardowską, że starała się oddać „nie obraz, a pojęcie ogólne”. Por. Debiuty poetyckie 1944-1960. Wiersze, autointerpretacje, opinie krytyczne, opr. Jacek Kajtoch, Jerzy Skórnicki, Warszawa 1972, s. 161.

    [1] Jacek Łukasiewicz, op. cit., s. 22.

    [1] W. Ligęza, Świat w stanie korekty,  Kraków 2001, s. 22.

    [1] Wojciech Ligęza, op. cit., str. 115.

  • Skandal jako narzędzie

    Skandal jako narzędzie

    Skandal – tylko wybuch
    We współczesnym świecie literackim skandal powinniśmy rozumieć przede wszystkim jako zakłócenie porozumienia, jako rodzaj zgrzytu w procesie komunikacyjnym. Ktoś, kto mówi lub pisze, zwraca się zawsze do określonej grupy odbiorców, pragnie przekazać im wiedzę o zdarzeniach. Piotr Michałowski charakteryzuje skandal jako przeciwieństwo stereotypu, bo stereotypowe przedstawienie nie zmienia w żaden sposób naszej wiedzy (Michałowski nazywa takie zjawisko „przekazywaniem wiedzy zerowej”), tymczasem skandal dąży do maksymalnej zmiany naszej wiedzy, przekazania wiedzy całkowicie nowej, innowacyjnej, rewelacyjnej. Ważne jest jednak i to, że o ile stereotyp trwa, o tyle skandal żyje wyłącznie w krótkotrwałym wybuchu, traci swą siłę wraz z czasem. Moc skandalu szybko ulega osłabieniu i po kilku latach od jego wybuchu, nie pamiętamy już dokładnie jego okoliczności ani konsekwencji. Skandal może więc wyłącznie istnieć jako zaskoczenie, które ze swej natury jest krótkotrwałe.

    To skandal!
    To publiczność czytająca wytarza skandal, nigdy sam autor, twórca komunikatu. Nieważne, jakie intencje ma autor, czy chce zaszokować czytelnika, czy też uznaje sam swój utwór za tradycyjny. Skandal rodzi się, gdy odbiorca bierze do ręki książkę i woła: „To skandal!”. Czasem więc mamy do czynienia ze skandalem z przypadku, częściej raczej ze skandalem wykreowanym, z tekstem, którego autor z premedytacją łamie normy estetyczne i artystyczne, występuje przeciwko naszym wyobrażeniom, miesza sacrum z profanum. W dzisiejszym świecie nie sposób właściwie wywołać skandalu o charakterze wyłączenie artystycznym.  Łatwo za to obrazić uczucia religijne publiczności i to chyba najczęstszy przypadek skandalizowania. Przewrócona figura papieża, posąg Chrystusa z szalikiem klubu sportowego – oto proste przykłady, skandale łatwo wybuchające i stosunkowo szybko odchodzące w niepamięć. Znów powołam się na Piotra Michałowskiego, który pisze, że w świecie, w którym wszystkie normy zostały przekroczone, czeka nas tylko nuda powtórek.
    Cel: podtrzymanie skandalu
    Skandal, który tylko obraża, skandal, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków, jest wydarzeniem bez sensu, zaskoczenie znika, zakłócony proces komunikacyjny wraca do normy, zgorszeni czytelnicy chowają transparenty i wracają na kanapy. Ważny jest taki skandal, który nie tylko obraża, ale przede wszystkim szarpie wnętrznościami, stawia pytania i z nimi nas pozostawia, wskazuje wyraźnie puste pola w obszarze naszej świadomości. Taki skandal najczęściej ma charakter światopoglądowo-aksjologiczny, uderza w jakieś nasze świętości, ale nie tylko te religijne. Autor, który w swojej powieści wytwarza ten rodzaj skandalu, musi mieć świetnie opanowaną wiedzę dotyczącą stereotypów, musi znać najbardziej bolesne miejsca naszej kultury, rozpoznawać nastroje, by wiedzieć dokładnie, w który punkt uderzyć. Jakie elementy spiąć ze sobą, by powstawał dysonans, który doprowadzi czytelnika do furii, wytrąci go z poznawczych kolein.
    Jeśli chcemy wykreować skandal, to naszym celem nie jest wyłącznie jego wywołanie, ale przede wszystkim podtrzymanie, przedłużenie bitwy na polu literackim, gra z czytelnikami w oburzenie i aprobatę. To zaś udaje się szalenie rzadko.

    Praworządność jako skandal
    Czasem pojawia się skandal smakowity, skandal porządny, który trwa długo i wywołuje szereg debat. W 2006 roku taką książkę, która wywołała lawinę sprzecznych komentarzy, zgorszenie i uwielbienie czytelników były we Francji Les Bienveillantes Jonathana Littella. W 2008 roku ukazały się one po polsku jako Łaskawe – gdy wychodziło jednak polskie tłumaczenie, była to już książka znana, szokująca, sprzedająca się w ogromnym nakładzie (za granicą), nagrodzona Goncourtami, czyli najważniejszą francuską nagrodą literacką, a jednocześnie potwornie mocno skrytykowana w Niemczech.
    Littell napisał ponad tysiąc-stronnicową powieść o Maksie Aue – finezyjnym intelektualiście i mordercy, gorliwym urzędniku III Rzeszy. Aue przechodzi całą kampanię wschodnią aż do Stalingradu, ale nie w strukturach Wehrmachtu, lecz SD. Bierze zatem udział w masakrach i egzekucjach, dobija niedostrzelonych rannych w wąwozie Babi Jar, wizytuje obozy koncentracyjne, uczestniczy w zdobywaniu Stalingradu. Littell wychodzi od stereotypu, który znamy: jego bohaterem staje się doktor prawa, człowiek inteligentny, światowy, doskonale znający się na sztuce, nie wierzący Hitlerowi, ale oddany państwu i prawu. Jest to więc taki rodzaj nazistowskiego urzędnika, jaki kultura reprodukuje już od dawna, nie ma on w sobie nic z bestii, socjopaty. Doskonale zna normy moralne. Gardzi zezwierzęceniem szeregowych esesmanów, a jednocześnie dobrowolnie wybiera pozycję kata, oprawcy, uczestnika i świadka najstraszniejszych zbrodni nazistowskich. Jego idée fixe jest całkowita profesjonalizacja procesu mordowania – z oburzeniem wyrzuca z Babiego Jaru szeregowych żołnierzy, którzy pod wpływem szaleństwa strzelają na chybił trafił do ofiar, pisze donos na oficera, który pobił Żyda na ulicy. Pragnie bowiem, by zabijanie było pracą spełnianą na chłodno, bez emocji, porządnie i wydajnie. Nie ma w niej miejsca na napady obłędu, alkohol, furię, bo te nie przystoją państwowym urzędnikom realizującym politykę Rzeszy.  Nie kradnie dla siebie, nie gwałci, nie upija się, ani nie nagina prawa. Bierze udział w grabieży, ale tej organizowanej przez państwo. Pomaga więźniom obozów koncentracyjnych, ale dlatego, że ich wysoka śmiertelność przekłada się na niski ekonomiczny postęp państwa. Stara się ukrócić działania rozbestwionych towarzyszy, robi to jednak z tych samych powodów – nie przystoi to mundurowi nazistowskiemu, utrudnia pracę precyzyjnej maszyny niszczenia. Na wszechobecną śmierć reaguje fizycznie – wymiotami, biegunką, słabością. Ranny w głowę pod Stalingradem, wraca do Rzeszy.
    Czy perwersja kogoś jeszcze szokuje?
    Wszystkie swoje perwersyjne gusta Aue realizuje w sferze seksualnej, złapany przed wojną na stosunku homoseksualnym, decyduje się wstąpić do SD, bo tylko mundur może go ocalić od uwięzienia. Ma kazirodczy romans z siostrą bliźniaczką, prawdopodobnie też morduje własną matkę, w końcu sam staje się przedmiotem własnych fantazji seksualnych, w których dokonuje się androgyniczne zlanie się ciała Maksa z ciałem Uny – siostry. Maks marzy wszak, by stać się nią – w tym sensie zatem jego homoseksualizm ma charakter zastępczy.
    Na czym polega zatem skandaliczność tej powieści? Krytycy zarzucali jej epatowanie fizycznością i perwersją seksualną, rozbudowanymi opisami stosunków i defekacji, wątkami womitalnymi. Każdemu czytelnikowi wrażliwemu na takie sceny trudno doprawdy przedzierać się przez długie i precyzyjne, bardzo realistyczne sceny masakr, gwałtów, masturbacji. Tu ujawnia się pierwszy poziom skandaliczności „Łaskawych”: pornograficzne sceny szokują właśnie dlatego, że wmontowane są w historię o Zagładzie, w której kat, po zakończeniu pracy w potwornej maszynerii śmierci, oddaje się skomplikowanym fantazjom seksualnym. Z perspektywy czytelnika pojawia się tu zgrzyt – zderzenie tematyki, która zasługuje na szacunek i zadumę z rozpasaniem i brakiem wyrzutów sumienia. Poczucie dysonansu odbiorcy wzmacnia jeszcze absolutny racjonalizm Maksa, jego poświęcenie w pracy, chłodna umiejętność autorefleksji i brak zaślepienia. To jednak tylko pierwszy poziom krytyki, związany ze streszczeniem tej historii. Powieść Littella brali na warsztat najwybitniejsi krytycy i choć ukazała się dopiero dziesięć lat temu, poświęcono jej już trzy opracowania monograficzne, a także nieskończoną ilość artykułów.

    Kat w miejsce ofiary
    Łaskawe to zdecydowanie skandal wykreowany przez autora, umiejętnie później podtrzymywany jego milczeniem: na wszystkich spotkania autorskich i w wywiadach konsekwentnie odmawiał on odpowiedzi na pytanie o powód nadania bohaterowi rozbuchanej, perwersyjnej seksualności. Jej prawdziwą skandaliczność trzeba sobie jednak dopiero uświadomić, wyprowadzić ją niejako z tekstu. W 1947 roku skandal wywołał Tadeusz Borowski, gdy w potężnym artykule Alicja w krainie czarówrozbił w pył model przedstawienia obozowego świata stworzony przez Zofię Kossak-Szczucką w Z otchłani. Skandal ten wzmocniony został przez publikację Pożegnania z Marią, ponieważ sposób konstrukcji bohatera zacierał fundamentalną różnicę między katem i ofiarą, przerzucał na więźniów odpowiedzialność za zło obozu. Borowski pracował jednak na styku tych dwóch przeciwstawnych pozycji, adresował zaś swój tekst do ludzi, którzy – tak jak on – mieli osobiste doświadczenia wojenne. Tymczasem tutaj, kompletnie wbrew tradycji literackiej, socjologicznej i filozoficznej, bohaterem stają się kaci. U Littella ofiary nie mają głosu, pojawiają się właściwie tylko jako ciała, cała uwaga autora skupiona jest na oprawcy, na jego psychicznej konstrukcji, wartościach, potrzebach i przemianach. I to zagadnienie właśnie sprawia, że Łaskawe wyrastają na największy chyba skandal literacki nowego wieku.

    Dlaczego mielibyśmy czytać książkę napisaną przez wykształconego idiotę, który źle pisze, prześladują go seksualne perwersje i zatracił się w ideologii rasistowskiej i archaicznej wierze w los? Niestety, jeszcze nie znalazłam na to odpowiedzi

    – napisała Iris Radisch na łamach „Die  Zeit”. Otóż odpowiedź na to pytanie jest dość prosta, choć oczywiście podkreśla fakt, że Littell balansuje na granicy etyki. W Łaskawychbuduje studium zbrodni po to, by pokazać czytelnikowi, jak rodzi się zło i jak rodzi się zbrodniarz, a właściwie zbrodniarze, bo wszyscy żołnierze, z którym styka się Aue, dopuszczają się mniejszych czy większych przestępstw.

    Perwersyjny moralitet
     Do czego potrzebne są Littellowi rozbudowane, naturalistyczne obrazy kaźni i masakr? Dlaczego mordowane ofiary pojawiają się tylko jako anonimowy tłum, spychany do rowów w Babim Jarze?

    Żeby dotrzeć do niektórych rannych, trzeba było chodzić po zwłokach, były ohydnie śliskie; białe i miękkie ciała usuwały mi się spod butów, kości łamały się zdradliwie, traciłem równowagę, grzęzłem po kostki w krwi i błocie.

    Nagromadzenie tych opisów, nadużywanie scen śmierci sprawia, że czytelnik najpierw dusi się, przygnieciony tymi potwornymi obrazami, po czym na nie obojętnieje, albo też zaczyna odczuwać niezdrową fascynację. Takie zaś czerpanie perwersyjnej przyjemności z czytania o Zagładzie wielu autorom zarzucał już dawno Teodor Adorno. Mamy więc tu do czynienia (po raz drugi) ze skandalem, tym razem nie tylko skandalem literackim, ale też skandalem etycznym – Littell wystawia swego czytelnika na grzech, grzech braku współczucia, uprzedmiatawiania ofiar, przewrotnego zagłębiania się w świat zbrodni. Znów jednak te skandaliczne strategie uznać należy za zaplanowane świadomie przez autora, a wystawianie czytelnika na pokuszenie za strategię główną, prowadzoną z rozmysłem. Ta pornografia Zagłady ma wybić nas poza bezpieczną strefę czytelniczego dystansu, Littell tak montuje swój tekst, żeby wywołać u czytelnika maksymalny dyskomfort. Celem w grze, w procesie komunikacyjnym nie jest bowiem tylko polemika z kulturowymi obrazami, które sprawiają, że zamknęliśmy Zagładę w bezpiecznej przestrzeni literatury wojennej, ale przede wszystkim cel najtrudniejszy: „przebicie się do naszych sumień”. Joanna Tokarska-Bakir czytając Łaskawe, podkreśla właśnie ten ambitny, ale też pozornie skandaliczny i niemoralny cel Littella, autor po to wszak opisuje swego odrażającego bohatera, by zmusić nas do naprawdę bliskiego przyjrzenia się mu. Aue swój monumentalny monolog rozpoczyna od słów:

    Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było.

    Littell zaś kreuje gigantyczny fresk historyczny na fundamencie jednego przekonania: że Zagłada nie była wydarzeniem odosobnionym w historii, że każdy z nas prawdopodobnie stałby się katem, gdyby wymagały tego okoliczności historyczne. Łaskawe mają uświadomić łatwość, z jaką człowiek ulega takiej przemianie. W scenie masakry w Babim Jarze, którą oglądamy oczami Maksa Aue, nie ma żadnego przymusu zabijania: ci, którzy nie chcą mordować, odsyłani są do innych zadań, które bardziej odpowiadają ich predyspozycjom. Po zakończeniu masakry, gdy władza wydaje oficjalny rozkaz w sprawie konieczności zgłaszania kłopotów psychicznych żołnierzy odpowiedzialnych za realizację ostatecznego rozwiązania, w koszarach trwają dyskusje, bo wszyscy zastanawiają się, czy takie zgłoszenie nie powstrzyma ich kariery, nie zagrodzi w przyszłości drogi do awansu. Masowo i milcząco żołnierze podejmują więc decyzję o pozostaniu w oddziałach odpowiedzialnych za eksterminację – i tu skandalista-Littell objawia skandal historii.
    Skandal etycznej arogancji
    Krytycy, którzy atakowali Łaskawe, zarzucając książce epatowanie przemocą i perwersją, jak Phillip Sollers, uważali, że tezy Littella są oczywiste, stanowią powtórzenie wytartych już haseł Hannah Arendt o „banalności zła”. Sollers szydził z Littella, twierdząc, że jego epopeja to tak naprawdę „analité du mal”, czyli analność zła i czynił w ten sposób przytyk także do dużej ilości scen defekalno-womitalnych. Łaskawe to nie jest jednak skandaliczna epopeja pornograficzna pisana ku rozrywce tłumu. Joanna Tokarska-Bakir i Małgorzata Szpakowska w swoich tekstach analitycznych poświęconych tej powieści pokazują, że Littell zmaga się właśnie z powszechną akceptacją tezy Arendt, jej koncepcja banalności zła, stanowiąca rewelatorskie objawienie w latach 60., powtarzana wielokrotnie, z czasem straciła swoją moc. Tak więc Łaskawez całym swoim skandalizującym ładunkiem, stanowią nowe opakowanie i pogłębienie pracy Arendt. Walczą one z „konfekcją” – takiego określenia używa Małgorzata Szpakowska, by opisać zestereotypizowane sposoby przedstawiania nazistowskich zbrodniarzy. Określenia w rodzaju „kaci Hitlera”, „mordercy zza biurka” sprawiają bowiem, że dystansujemy się wobec zła wojennego i zapominamy o niebezpieczeństwie powtórzenia. Joanna Tokarska-Bakir podkreśla, że skandalizujące strategie stają się u pisarza sposobem na pokazanie skandalicznych cech naszej kultury, skandalicznej akceptacji zła, do jakiego doszło w historii. Kolejne analizy badawcze, prace historyczne i studia na temat II wojny doprowadziły bowiem do tego, że Zagładę wpisano w logikę rozwoju społeczeństwa, włączono zło w obręb wiedzy o naturze ludzkiej, a to sprawiło, że straciło ono swój ciężar, że stało się zjawiskiem intelektualnie oswojonym. Jak wskazuje antropolożka, Littell stara się właśnie przełamać naszą etyczną arogancję, która podpowiada nam, że wiemy o wojnie wszystko.

    Littell, autor książek reporterskich o Syrii i Czeczenii, wieloletni pracownik organizacji humanitarnych i obserwator konfliktów zbrojnych, nade wszystko zaś stara się pokazać właśnie ów skandal powtórzenia, zagrożenie, jakie płynie z lekceważenia wojennych doświadczeń i brak naszej skłonności do wyciągania z nich nauki. Opisy masakr i masowych grobów, które znajdujemy tak często w Łaskawych wzorowane zaś są, jak pokazują wywiady i prace badaczy, nie na zdarzeniach II wojny światowej, ale na konfliktach lat 90. w Bośni i Rwandzie, które odwiedzał Littell w czasie swoich podróżny z konwojami. Tutaj zaś ujawnia się kolejny skandal: autor Łaskawych odmawia Zagładzie wyjątkowości. Czyni to jednak nie po to, by podważyć znaczenie Holocaustu, ale po to, by podkreślić właśnie ryzyko powtórzenia, by pokazać, że ludobójstwo raz uruchomione, ujawnia się w kolejnych dekadach i na różnych kontynentach, że wykorzystywane jest jako narzędzie w politycznej walce.

    Taka praca

    Moje zapiski, być może, też będą bezładne i słabe, ale postaram się, by pozostały zrozumiałe, a niezależnie od wszystkiego, mogę was zapewnić, że do samego końca będą wolne od wszelkiej skruchy. Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już

    – wyznaje wiele lat po wojnie stary już Max Aue, dyrektor francuskiej fabryki koronek, który z dystansem i spokojem opowiada o swoich wojennych doświadczeniach. Nie martwi się o przyszłość, nie boi się upiorów przeszłości. Jego opowieść nie ma charakteru religijnej konfesji. To jest zupełnie inna historia: o tym, jak poświęcenie dla państwa, wierność, doprowadzone do granic osuwają się w zło, jak miejsce sprawiedliwości zajmuje nieprawość.
    I to jest ostatni chyba wielki skandal, jaki Littell wpisuje w swoją powieść. Którą należy czytać bez okrzyków, za to z wielkim skupieniem, bo mówi nam bardzo brzydkie rzeczy o nas samych. Dzisiaj.
    Korzystałam z:
    Piotr Michałowski, Strategie skandalu i stereotypy odbioru, „Przestrzenie teorii” 2003, nr 2.
    Małgorzata Szpakowska, 1939: Zrozumieć kata, dwutygodnik.com
    Joanna Tokarska-Bakir, 1939: Littell, dwutygodnik.com
    Do lektury:
    Jean Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego, Kraków 2007.
    Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Kraków 2010.
    Imre Kertész, Los utracony, Warszawa 2002.
    Jonathan Littell, Łaskawe, Kraków 2008.

     

     Tekst ukazał się w „Polonistyce” (nr 5/2016).
  • Wojna na kobiecym ciele

    Wojna na kobiecym ciele

    Sofi Oksanen to autorka, która powoli staje się w Polsce coraz głośniejsza – wiosną 2015 r. ukazała się jej druga powieść Gdy zniknęły gołębie, w czerwcu tego samego roku gościła na Big Book Festival w Warszawie.
    Nie sposób kupić jej pierwszą książkę, zatytułowaną Oczyszczenie – nie ma jej w oficjalnej dystrybucji, nie ma w antykwariatach ani na aukcjach internetowych. Urodzona w 1977 r., opublikowała pięć powieści, za które otrzymała wiele prestiżowych nagród. Wywodzi się z rodziny o estońsko-fińskich korzeniach, jako swój temat wybrała jednak przede wszystkim historię estońską, która staje się u niej pretekstem do opowiadania o zbiorowym losie, o tym, co spotykało Estonię w czasie wojny, komunizmu i bolesnego wyzwolenia w latach 90.
    Dla czytelnika polskiego perspektywa Finko-Estonki, paradoksalnie, wydaje się naturalna, bliska. Oksanen odwołuje się do II wojny światowej, do doświadczeń małego narodu, który ulec musi dominacji Związku Radzieckiego – Polakom łatwo się zatem utożsamić z losami jej bohaterów. Wydaje się, że czytamy o sobie: walka partyzantów z komunistami w latach 40., czyszczenie podziemia, umacnianie władzy ludowej i wiodąca rola towarzyszy z ZSRR w Estonii przebiegały podobnie jak w Polsce. Jednocześnie autorka opowiada o świecie wojennym zupełnie nam obcym: zanim nastało w Estonii panowanie komunistów, silne były wpływy nazistów, spora część społeczeństwa popierała też wojnę Hitlera, widziała siebie jako nadludzi, wyraźnie odróżniając się od żydowskich i słowiańskich obywateli. Takich doświadczeń Polacy w latach 40. nie mieli, a jak pokazuje wyraźnie Oksanen, los wspólnoty kuszonej przez dwa totalitaryzmy, zbyt słabej politycznie, by móc podjąć walkę, jest losem wybitnie demoralizującym, konstruującym dylematy trudne do pojęcia dla kogoś spoza żelaznej kurtyny.
    *
    Oksanen nie chce jednak być ani pisarką narodową, ani eksportową. klucz polityczny nie jest dla niej najważniejszy, choć obsesyjnie w kolejnych tekstach wraca ona do podległości estońskiej wobec nazistów i komunistów. To, co wydaje się dla jej pisarstwa najbardziej istotne, to starcie żeńsko-męskie na tle wydarzeń historycznych. Doświadczenie czytelnicze podpowiada nam, że pisanie o wojnie, nawet w duchu pacyfistycznym, nie jest ani łatwe artystycznie, ani proste moralnie. Każda reprezentacja wojennej przemocy, każda próba kompromitacji wojny jako pasma zdarzeń bezsensowych, biologicznego wyniszczenia stanowi przecież w jakiś przewrotny sposób apologię owej przemocy, daje czytelnikowi wstydliwą przyjemność obcowania z nią. Ryszard Koziołek w eseju o Sońce Karpowicza wylicza autorów, którzy pomimo krytycznego stosunku do wojny nie uniknęli jednocześnie jej mitologizacji, nadawania jej sensu, jakiegoś głębszego (choć negatywnego) znaczenia: Remarque, Trakl, Żeromski, Wittlin, Littell. Nie jest to jednak prawidłowość, której nie udaje się przezwyciężyć, wystarczy przecież do tego równania Koziołka dodać pisarki – ani u Sofi Oksanen, ani u Swietłany Aleksiejewicz nie znajdziemy tego krytyczno-fascynującego splotu w opowieści wojennej. Zmiana optyki z męskiej na kobiecą przekształca zupełnie sensy wypełniające opowieści wojenne. Każda z nich przesuwa punkt ciężkości z mężczyzny na kobietę, pokazuje wojnę jako szereg czynności absurdalnych, mężczyzn zaś jako głupców, którzy dają się uwodzić ideologii. U Oksanen w tę męską wojnę kobiety zostają uwikłane nie z własnej woli, lecz z powodu męskiej decyzji.
    Jej narracje wymierzone są w dwa typy opowieści: o męskim bohaterstwie i o historii pisanej przez zwycięzców. W Oczyszczeniui Gdy zniknęły gołębie chodzi zatem o to, by oddać głos tym, którzy do tej pory go nie mieli, Estończykom podporządkowanym dyskursowi sowieckiemu oraz postaciom kobiecym. Oksanen w mistrzowski sposób montuje historie jednocześnie emocjonalne i intelektualne, wspólnotowe i indywidualne, miłosne i polityczne. Oczyszczenie rozpoczyna się od dramatycznego zauroczenia dwóch sióstr estońskim chłopakiem Hansem Pekkiem. Choć Hans żeni się ze starszą Ingel, to właśnie wieloletnie poświęcenie młodszej Aliide ratuje mu życie. Hans walczy w partyzantce antykomunistycznej i po 1944 r. musi się ukrywać, siostry w domu rodzinnym budują mu więc skrytkę, w której spędza całe lata. Bite, torturowane, przesłuchiwane nie wydają bliskiego człowieka. Hans nie jest jednak ważny w tej historii, jego obecność za ścianą stanowi bowiem tylko pretekst, by opowiadać, jak radziły sobie kobiety zmuszone do pracy w gospodarstwie, jak bały się strzałów w lesie i jak po wojnie zadawano im rozmaite cierpienia, by wydały swoich bliskich – teraz wrogów ludu. W Gdy zniknęły gołębie główna bohaterka pomaga estońskiemu ruchowi oporu ukrywać Żydów, nawiązuje z czystej miłości romans z niemieckim oficerem, wreszcie staje się kochanką partyzanta. Po wojnie zaś wraca do męża – urzędnika ministerstwa bezpieczeństwa, szpicla, donosiciela i fałszerza. Za każdym razem jednak zachowując własną osobność, a nawet obcość wobec dominujących nad nią mężczyzn.
    *
    Ten subwersywny, rewindykacyjny charakter opowieści odnajduje potwierdzenie w konstrukcjach narracyjnych, bo autorka w strategii odwracania porządku na nice idzie konsekwentnie przez wszystkie poziomy powieściowego świata. Oksanen rozbija różne schematy, które znamy z filmowych i literackich popularnych historii o wojnie: Aliide, by chronić Hansa-partyzanta, zabija, szantażuje, wysyła na zesłanie. Juudit w jednej z pierwszych scen Gdy zniknęły gołębie lękliwie wpatruje się w dzwoniący telefon. Nie boi się jednak tego, że może dowiedzieć się o śmierci męża, ale przeciwnie – obawia się, że może przeżył on zawieruchę wojenną i zechce do niej wrócić. W świecie Oksanen nie istnieje żadna wartość absolutna, którą udawałoby się jakoś obronić, nie porzucić jej, gdy nadciągnie niebezpieczeństwo. W Oczyszczeniu rzuca się na stół do tortur małą dziewczynkę, jej matka pozwala na to, by bronić swego męża, ukrywającego się we wsi. Partyzanci w Gdy zniknęły gołębie wymuszają pomoc szantażem i przemocą, niemiecki oficer staje się romantycznym kochankiem, troskliwym i zaangażowanym. Oficer estońskiego wojska szybko zamienia się w obozowego kata, odpowiedzialnego za śmierć wielu żydowskich więźniów, później w donosiciela i mordercę. Z rozbijania schematów, w ramach których uporządkowaliśmy sobie przeszłość, Oksanen czerpie energię do konstrukcji niezwykłych, drenujących świadomość czytelnika obrazów. Jej celem jest właśnie wywołanie zamieszania, zbudzenie zastanych wyobrażeń, uruchomienie dyskusji na temat moralności, granic poświęcenia, przede wszystkim zaś odpowiedzialności za własne czyny, pragnienie biologicznego trwania i walkę o własne szczęście. Jej bohaterki bowiem mogą walczyć tylko podstępem, tylko opierając się na męskiej sile. Aliide, jako samotna kobieta, doświadcza zbiorowego gwałtu. Aby więc zapobiec takim sytuacjom w przyszłości, wychodzi za mąż za najżarliwszego komunistę we wsi. Te dramatyczne kobiece losy są zatem oskarżeniem świata męskiego, jego zakłamanego systemu wartości, takiego przebiegu procesu historycznego, w ramach którego to kobieta zawsze więcej traci: dom, dzieci, godność, integralność cielesną, dobre imię. Oksanen zdaje się mówić, że nie tylko męski popęd seksualny ma charakter prymitywny i destruktywny, że popęd polityczny równa się z nim na skali zniszczeń. Nie ma u niej pociągającego obrazu wojny, nie ma wpisanych żadnych wyższych znaczeń, ponieważ celem wszystkich kobiecych wysiłków jest jedynie ocalenie życia, biologicznego istnienia, którego nie ima się żadna ideologia. Nie ma zderzenia wartości, bo kruche kobiece ciało zawsze ugina się wobec męskiej przemocy.
    Czekać możemy zatem tylko na wydanie po polsku pozostałych jej książek, w których opowieść o wiejskiej estońskiej wojennej rzeczywistości staje się diagnozą całego naszego świata.
    Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie, tłum. Sebastian Musielak,
    Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 368
    Sofi Oksanen, Oczyszczenie, tłum. Sebastian Musielak,

     

    Świat Książki, Warszawa 2010, s. 336
     
     
     
    Ten tekst ukazał się najpierw w miesięcznik „Znak” – grudzień 2016, nr 739.