Tag: Ha!art

  • Dlaczego poezja młodych kobiet jest lepsza niż poezja starych mężczyzn

    Dlaczego poezja młodych kobiet jest lepsza niż poezja starych mężczyzn

    2 dowody tylko: Natalia Malek i Ilona Witkowska. Jakoś ostatnio nie mogę czytać ani starych mistrzów, ani młodych gniewnych facetów. Miałkie, pogubione, nadęte. Za dużo męskiej gadki, męskiego przekonania, że to, co dotyczy ich jest uniwersalne, a kobiece jest tylko kobiece. Lao Che ma taki kawałek Govindam, w którym mówi Matka-Ziemia i to jest ważniejsze niż męskie wynurzenia o ciężarze egzystencji:

    Panie dzieju, ja to już niejednych takich przeżyłam
    Panie dzieju, niejedno widziałam, gdy się tak tu kręciłam
    Znam niejedną szaradę o niejednym narodzie
    Myślę, że Maryja chciała, by Józef był przy porodzie.

     

     O tej miłości

    Emilia nie mówiła wprost, na czym ma polegać pobyt do towarzystwa.

     

    z jej słów, których dzisiaj nie pamiętam,

    wynikało, że niekoniecznie musiało dojść do uprawiania seksu.

     

    ja potraktowałam tę propozycję jako wyjazd,

    gdzie mogłabym miło spędzić czas, a może i nawet zakochać się,

    bo Emilia mówiła, że to fajni mężczyźni.

    pierwszego dnia przyszli, może dwóch czy trzech, w wieku ok. 30 lat.

    urody południowoeuropejskiej.

     

    odbyła się z ich udziałem zwykła impreza.

    Ilona Witkowska, Lucyfer zwycięża, Ha!art 2017

     

    Poooooh!

     

    Pan Klóska uczy zmysłowości

    dziewczynki z czwartej E – liczyć, przede wszystkim liczyć,

    potem: czytać pauzy zgarbione pod sznurem: tańczyć według własnego odczytania,

     

    potem: ukłon.

    Ukłon, uczył, musi być techniczny. Zostawić za sobą ślad. Jak otwieracz do puszek.

     

    Natalia Malek, Kord, WBPiCAK 2017

     

     

    Zdjęcie: Mohammad Faruque, Unsplash

     

  • Majtając pały białymi czyli syndrom polski

    Ziemowit Szczerek, Siódemka
    Ha-art 2015
    Podróż z Krakowa do Warszawy – jak pokazuje Szczerek – może nigdy się nie kończyć, zwodzić bohatera i poddawać go różnego rodzaju próbom. Siódemka, czyli wyjątkowo ohydna droga krajowa, w optyce autora staje się metaforą polskiej doli, zarówno tej historycznej, jak i duchowo-metafizycznej. Parszywa architektura odzwierciedla nasze wszystkie kompleksy, oraz marniutkie próby ich maskowania. Szczerek lubi brać na warsztat tzw. charakter narodowy Polaków, ale nie pisze o nim wprost, zawsze szuka jakiegoś filtra, rodzaju zapośredniczenia, który pozwoli lepiej pokazać pewne zjawiska. W Przyjdzie Mordor i nas zjetakim rodzajem zapośredniczenia jest podróż po Ukrainie i to ona pozwala opowiedzieć o systemie kompleksów polskich. W „Siódemce” filtrem staje się opowieść o architekturze rozciągającej się wzdłuż siódemki, o jej cudach, czyli najwybitniejszych brzydactwach, ale przede wszystkim o masie przeciętnej brzydoty, wstrętnych domach jednorodzinnych (pudełka z doby „najntisów”), brzydkich, ale pretensjonalnych barów przydrożnych, pokrywających wszystko reklamach i bilbordach. W optyce Szczerka zderzają się dwa zasadnicze pragnienia Polaków: zachowania naszej narodowej odmienności i niezwykłości (jak mówi Szatan, Polska jest najlepsza, bo jest w środku, w centrum Europy), ale równocześnie życia w „normalnym kraju”, który nie ma obsesji na swoim punkcie.

    Wszyscy jego bohaterowie to dziwacy, egzemplarze niezwykłe – jak wiedźmin wracający z konwentu, „zbójcerze” czyli ochroniarze lokalnego bogacza, proboszcz szantażujący swojego pracownika. Jednocześnie jednak Szczerek nie pracuje tutaj na indywidualizacji, chodzi mu raczej o pokazanie tego, co reprezentatywne, uniwersalne w swym dziwactwie. Większość jego bohaterów jest bezimienna, pojawia się w tekście na prawach typu: zbójcerze noszą hełmy wojenne przerobione z kasków ORMO, lecz cieszą się, że nie muszą pracować w „Oszonie w Miechowie”, ksiądz proboszcz przypomina Rejowego plebana, który urzęduje pod podobizną Jana Pawła II i buduje Golgotę (a w niej Urban, Kwaśniewski, Kalisz symbolizują grzechy główne):

    Golgota powstaje tu dla państwa wygody – przedrzeźnia zachodni styl marketingowy Szczerek.
    Koniec zmiany zbójcerzy kwituje frazą: Odchodzą, majtając pały białymi.
    Nasze pragnienia patetyczne w realizacji okazują się śmieszne, wysokie potrzeby sprowadzamy do karykatury.

    Obok tych postaci pojawia się bohater zbiorowy: dresiarze, o których Szczerek pisze „chłopaki-tajgerzaki”, pracownicy stacji benzynowych marzący o wyjeździe na saksy. Wszystkich ich łączy nie tylko brak jakichkolwiek perspektyw, ale i zaangażowanie polityczne, skupienie na sprawach polityczno-społecznych. Chłopcy ze stacji rozważają, czy możliwe jest powtórzenie scenariusza z 1939 roku, jeśli zacznie się wojna z Rosją, chłopcy z kebabowego baru zastanawiają się, z kim zawrzeć sojusz, żeby zrobić Polskę od morza do morza, i marzą o tym, jak żyłoby się w kraju czystym etnicznie i bez obcego kapitału − istniałaby wtedy „Polska Polska”.

    Wszystkie jednak żarty i bezformie kończą się, gdy główny bohater spotyka się z Księciem Ciemności, a potem rozpoczyna się wojna z Rosją. Szczerek, maglując wciąż zestaw polskich kompleksów, szuka takiej fabuły, w ramach której spełniłaby najważniejszy lęk polski, a powtarzane w dobie PRL-u pytanie: „wejdą czy nie wejdą” zyskałoby wreszcie klarowną odpowiedź. Snuje więc swoją wizję deliryczno-polityczną, przełamuje ją surrealistycznym humorem, rozbija jakąkolwiek spójną teorię.

    Pokazuje Polskę jako kraj ohydy architektonicznej, ale jednocześnie szydzi z ekipy „Kilersów” – hipsterskich czyścicieli pragnących zniszczyć najbardziej znane kiczowate budynki. Wszystkie dyskusje o losie polskim, próby rozważania historii podlegają tu kompromitacji, owe rozważania prowadzone są bowiem przez chłopaczków, którym po brodzie cieknie biało-czerwony (łagodny i ostry) sos do kebaba. Tradycja oporu staje pod znakiem zapytania, gdy na wiadomość o ataku rosyjskim Paweł od razu zaczyna rozważać, jaki i kiedy zostanie sformowana partyzantka, od razu jednak też przekreśla mit solidarności narodowej:

     Wyobraziłeś sobie partyzantów pukających do drzwi domów przy Siódemce, w nocy, jak ich mieszkańcy (umierający ze strachu tak przed partyzantami, jak przed rosyjską policją wożącą swoje wielkie czapy w zdobycznych polskich radiowozach, w oplach insigniach) otwierają lodówki, wyciągają, co mają, i oddają partyzantom, oddychając z ulgą, gdy tamci sobie idą.

    Całą historię bierze zaś w nawias postać narratora – opowieść prowadzona jest w drugiej osobie i dopiero dalsza część ujawnia, kim jest ten, kto relacjonuje przemyślenia głównego bohatera, kto opowiada zdarzenia.

    Wydany wcześniej Przyjdzie Mordor i nas zje poruszał się na pograniczy fikcji i faktu, realizował słabo obecny w Polsce gatunek gonzo. W Siódemce Szczerek przenosi pewne chwyty gonzo do powieści, rozwija też styl patronów literatury gonzo, cała halucynacyjna, wizyjno-demoniczna fabuła utrzymana jest w klimacie rozwichrzonych powieści Kerouaca i Burroughsa – patronów tego właśnie nurtu.

    Świat brudu, brzydoty, kompleksów maskowanych sztukaterią i złoceniami – Szczerkowa obsesja, którą znają czytelnicy jego poprzednich tekstów – pojawia się tutaj znowu, znowu też w podobnej konwencji, którą moi studenci zgrabnie określają jako „kwas” (kolejny gonzoidalny atrybutPodobnie jak w Przyjdzie Mordor…, także w Siódemceujawnia się sarkazm, ironiczna pasja autora, który szeroko przedstawia nie tylko cały katalog kompleksów, ale równie wiele miejsca poświęca opowieści o próbach ich maskowania, o tym, że Polacy nie są w stanie sami podciągnąć się za uszy, stać innym narodem. Pojawia się tu zatem opowieść o polskim wstydzie, o tym, że za stiukami i tynkami, golgotą, zamkami i gadającymi dystrybutorami kryje się narodowa schizofrenia, próby ukrycia naturalnej brzydoty. Polacy – jak pisze Szczerek – wstydzą się swojego dziedzictwa, udają, że przeszłość to tylko Kazimierz, Sandomierz, Wilanów i Łazienki. Odpowiedź Pawła jest dość prosta, mieści się w poetyce tej kwasowej powieści:   
    A chuj — myślałeś — to jest właśnie Polska, ten bar Sarmacja, to jest cywilizacja, którą wytworzyliśmy, i chuj, i koniec, kropka, jeśli się jej wstydzimy, to mamy problem, to coś z nią, kurwa, zróbmy, ale nie udawajmy, że jej nie ma. To Bar Sarmacja powinien być na znaczkach pocztowych, a nie, kurwa, Wilanów.

  • Polak mały, bolszewika goń!

    Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian,
    Ha!art 2013
    Mordor, Afryka, Arabowie, Rosja i Morze Śródziemne – to wszystko metafory, które mają opisywać Ukrainkę w reportażach Szczerka. Za każdym razem jednak okazuje się, że jest to  kraj wymykający się poznaniu. Zróżnicowany, pełen skrajności, rozerwany na dwie części: prozachodnią i prorosyjską, a to wszystko sprawia, że nie można rozpisać jakiejś jednej jego charakterystyki, że nawet jego mieszkańcy nie potrafią dobrze go określić, ani wskazać swojego w nim miejsca. Szczerek stara się jednak uchwycić tę dziwność, to przełamywanie starego i nowego porządku, próbuje oddać świadomość mieszkańców Ukrainy i jej uprzywilejowanych gości, ostatecznie jednak mówi, że nie da się połączyć tych wszystkich perspektyw, bo są one wobec siebie sprzeczne, często też wrogie. Pozycja Szczerka też zawsze jest zewnętrzna, obca:

    Przy przejściu granicznym pokazałem legitymację prasową ukraińskiemu pogranicznikowi, żeby mnie przepuścił przed kawalkadą mrówek. Przez Ukraińców przeszedłem szybko. W polskim przejściu wszedłem do bramki „dla obywateli UE”. Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok, w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca (…). Zaciskałem pięści i było mi wstyd. 
      
    Ruch na przekór widoczny jest w tym reportażu w każdym wątku, w każdej opowieści. Od tematu począwszy, poprzez sposób jego realizacji, na formie gatunkowej skończywszy. Szczerek krytykuje, ośmiesza, szydzi – z estetyki komunistycznej, architektury sowieckiej, ukraińskich cwaniaków, polskich turystów: albo pijanych, albo histerycznych, płaczących nad polskim Lwowem i Sonetami krymskimi.

    Polacy podróżują na Ukrainę, by ucałować groby przodków, odbyć podróż sentymentalną, do źródeł, jakiegoś „przedkomunistycznego” modelu polskości, zrobić zdjęcia grobom Orląt Lwowskich, zobaczyć Drohobycz, Bakczysaraj, Czufut-Kale. Ten cel sentymentalny nie przeszkadza jednak zaspokoić innej terapeutycznej potrzeby – dla Polaków Ukraina to przecież miejsce, gdzie można podreperować poczucie własnej wartości, zobaczyć gorszy świat, raz stać się reprezentantem wyższej kultury, większego porządku. Bo w porównaniu z Ukrainą Polska to już Zachód, Unia, dobrobyt, ład i bezpieczeństwo. Aby jednak przepaść ta była bardziej widoczna (a więc i samopoczucie lepsze), należy zderzyć się z jakimś absurdem Wschodu – takie zaś sytuacje zaradni Ukraińcy coraz częściej Polakom aranżują. W przydrożnym barze Misza – ukraiński przewodnik kilku zamożnych Polaków – rozpoczyna awanturę z lokalnymi zabijakami, grozi im bronią, w końcu zasłania się legitymacją policyjną. Wszystko to zaś organizuje, by podnieść poziom adrenaliny, zaspokoić potrzeby znudzonych klientów.

    Polacy współczują Ukrainie, ale też cały czas oglądają ją jak kraj egzotyczny, miejsce, gdzie jest większa bieda, przemoc, bezprawie, gdzie można dowartościować własną sytuację narodową i społeczną:

    Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego można się ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość

    mówi urażona Ukrainka.

    Szczerek rozpoczyna swe ukraińskie podróże dekadę temu, w 2002 roku, trafia zatem w przestrzeń, gdzie już się skończył komunizm, ale jeszcze dobrze nie zaczął się kapitalizm, gdzie powstaje jakaś forma przejściowa, w której słuchać „ruskie techno”, rosyjska flota rdzewieje w Odessie, a dziewczęta noszą buty na bardzo wysokich obcasach i mają mocny makijaż. Autor jedzie na Wschód w epoce, gdy wiele osób podróżuje wyłącznie na Zachód, tylko do Unii. Zamiast na łacińskie Południe, wybiera się na Ukrainę, podróżuje bez celu, po to tylko, by obserwować życie, by próbować określić odmienność wschodniego sąsiada. Zwraca się jednak nie tylko przeciw ruchowi turystycznemu generowanemu przez biura podróży, ale i przeciw alternatywnym formom podróżowania, szydzi ze studentów antropologii i kulturoznawstwa, z polskich plecakowców, których tłumy przemierzają Ukrainę. Ci bowiem chcą być inni niż bezmyślny tłum turystów, chcą zbliżyć się do prawdy o Ukrainie, tymczasem – jak pokazuje Szczerek – wybierają po prostu inny stereotyp: chcą przeżyć jakiś „hardkor”, kolekcjonują historyjki o absurdzie ukraińskiego życia, biegają po wsiach, bo chcą wypić wódkę z tubylcami i usłyszeć pieśni ludowe. 

    Cały ten ładunek rozliczeniowy zostaje tu jednak oprawiony w bardzo atrakcyjną, coraz bardziej modną formę reportażu gonzo. Wszystkie kwestie wypowiadają tu postacie wzorowane na amerykańskich beatnikach, chłopcy nieprzytomni od marihuany, kwasów, kokainy. Organizujący hardkor samodzielnie – kierowca łady, którą podróżują po kraju, nigdy nie jest bardziej trzeźwy niż jego pasażerowie, napojem zasadniczym jest zaś mocno wyskokowy płyn na potencję „Wigor”. Myli się jednak ten, kto czyta Przyjdzie Mordor i nas zje… jako zapis diarystyczny. Szczerek idzie tu bowiem bardziej w stronę faction – łączy fikcję i prawdę, szuka takiej formy opowieści, która stanie się maksymalnie sugestywna.

    Szczerek wprowadza w Polsce gonzo do prozy mainstreamowej i robi to doprawdy znakomicie. Jednakże wydarzenia ostatnich kilku miesięcy, widmo wojny domowej, które coraz wyraźniej zagraża Ukrainie, sprawiają, że czyta się tę książkę w zupełnie inny sposób, że obserwacje autora przestają mieć wymiar wyłącznie kulturowo-antropologiczny, a stają się dramatyczną opowieścią o walce – prawdziwej walce – o inną niż narzucona tożsamość. 
  • Wypisy – Szczerek

    http://www.ha.art.pl
    Zamiast benzedryny mieliśmy balsam Wigor. Zamiast wiejskiej Ameryki i Meksyku lat 50. – mieliśmy Ukrainę. Ale chodziło o to samo. Braliśmy plecaki i jechaliśmy w drogę. Nie czytaliśmy Kerouaca, bo nie dało się tego czytać. Tyle tam było pulsujących w każdą stronę, skłębionych bebechów. No i też dlatego, że było nam trochę głupio, bo nam w przeciwieństwie do Kerouaca, o nic nie chodziło. Kerouac i reszta dokonywali jednak jakiejś rewolucji, a my po prostu przebiegaliśmy w pełnej kurwie przez, na oścież już otwarte, drzwi.

    Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian. Ha!art, Kraków 2013