Tag: Filip Springer
-
Wydrążona ziemia
Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Czarne 2012Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania, Czarne 2011Zarówno Springer, jak i Chomątowska piszą o ruinach i gruzach, o wydrążonej ziemi, na której w kolejnych dekadach próbuje się budować na nowo. Ta figura właśnie – ziemi wydrążonej − staje się w ich opowieści kluczowa dla myślenia o naszej przeszłości, stanowi pewnego rodzaju synekdochę określającą wyobrażenie PRL-u. Pozwala ona obojgu autorom pokazać w całym skomplikowaniu powiązanie tożsamości własnej i wrogiej, splot wspomnień katów i ofiar, odtworzyć wreszcie dialektykę pamięci i zapominania, prześledzić manipulacje, którym podlegała polska pamięć kulturowa. Ta pamięć, którą przedstawiają reportażyści, stoi w sprzeczności z mitem odbudowy, ale też mitem walki (który zastąpił mit odbudowy w naszej pamięci zbiorowej po 1989 roku). Figura wydrążonej ziemi każe się bowiem skupić na tym, co zniszczone i nienaprawione, na pracy, którą kolejni „zwycięzcy” wkładają w zatarcie śladów poprzedników, na gruzach, jałowych polach, zamkniętych kopalniach i rozkradzionych fabrykach, zmienionych nazwach geograficznych. U Chomątowskiej pierwszy ślad tej figury pojawia się na początku opowieści, gdy próbuje uchwycić istotę Muranowa jako miejsca-po-getcie. Springer pisze zaś:Wkrótce Karl Heinz Friebe dowiaduje się też, że Kupferberg nie jest Kupferbergiem. Jego nowa nazwa to Miedziana Góra. Jannowitz staje się Janowicami, Rudelstadt to Ciechanowice, Marzdorf to Marciszów, a Waltersdorf to Mniszków.To bardzo ważny cytat, bo pokazuje, jak za pomocą gestów administracyjnych zmienia się tożsamość miejsc i jak rozpoczyna się budowanie nowej pamięci zbiorowej. Chomątowska i Springer mówią bowiem to, co coraz głośniej rozbrzmiewa w publicystyce, badaniach naukowych i historiografii – podkreślają, że głównym doświadczeniem wojennym Polaków jest przesiedlenie. I natychmiast dodają, że nie jest to wyłącznie doświadczenie Polaków jako ofiar, repatriantów usuwanych przymusowo z Wilna i Lwowa, ale że jest to również doświadczenie wejścia do cudzego domu, zajęcia cudzego mienia. Jak lapidarnie pisze Ryszard Nycz, polskie społeczeństwo powojenne to „społeczeństwo przesiedlone, zdeterytorializowane, zdyslokowane”, jednak nasza pamięć kulturowa nie zachowała takiego doświadczenia. W PRL-u o repatriacji, przesuwaniu granic nie mówiono. Ustalenie granicy zachodniej przedstawiano jako odzyskanie „ziem odwiecznie piastowskich”, wszelkie wzmianki o usuwaniu żywiołu polskiego ze Wschodu w latach 1944-1946 cenzurowano. Tymczasem w perspektywie badaczy, to właśnie przesiedlenie okazuje się najważniejszą konsekwencją II wojny światowej, zdarzeniem, które w największym stopniu zmieniło losy Europy i ciągle ujawnia swoje kolejne skutki. Jak pisze Keith Lowe, wszystkie czystki etniczne, które miały miejsce po 1945 roku w Europie, wyrosły z rozpadu idei stabilnych społeczeństw, jaki dokonał się w trakcie działań zbrojnych. Okazuje się zatem, że dwa porządki dyskursu – komunistyczny, skupiony na budowaniu nowego ładu oraz demokratyczny, zajęty rozliczaniem z komunizmem i systemową transformacją – usunęły poza pole refleksji istotne doświadczenie wojenne. Ono zaś, niewypowiedziane i odsuwane w niepamięć, staje się nieprzepracowaną traumą. W reportażach Chomątowskiej i Springera właściwie wszyscy bohaterowie to ludzie przesiedleni – Springer pokazuje wypędzenie Niemców i osiedlanie w ich domach Polaków. Obraz Polaków jako wypędzających kłócił się z wyobrażeniem Polaków jako skrzywdzonych przez historię tragicznych ofiar, a taki obraz właśnie utrwalała propaganda PRL-u. Tymczasem w Miedziance autor unika łatwych ocen, daleki jest od tak pojmowanej sprawiedliwości dziejowej. W rozdziałach opisujących koniec wojny sięga po perspektywę dziecięcego bohatera, pół-sieroty, głodnego, żebrzącego o mleko Karla Heinza Friebego:Nagle alarm, na niebie radzieckie samoloty, ludzie wybiegają na zewnątrz. Jest zima, śnieg, w oddali jakieś miasto. Biegną, samoloty są coraz bliżej. Karl trzyma siostrzyczkę za jedną rękę, a matkę za drugą. Najbardziej boi się tego, że puści którąś z nich.To właśnie mały Hans, zanim jeszcze zostanie ostatecznie przepędzony ze swojego domu, będzie musiał nauczyć się nowych nazw miejscowości i ulic. Stanie się świadkiem nie tylko wojny, ale i modelowania rzeczywistości przez zwycięzców, pisania nowej historii:Karl szybko liczy, że w jednym pociągu zmieści się całe miasteczko, a nawet dwa. Mogliby zatrzasnąć cały Kupferberg w wagonach i powieźć to wszystko na Zachód. Ale miasteczko zostaje. To tylko oni znikają.Później zaś opowieść o wypędzeniu Niemców zostaje więc uzupełniona historią o polskiej biedzie, o konieczności zdobywania wszystkiego na nowo. I znów narracja ta ustanawiana jest jako rodzaj kontroopowieści wobec dominującego w polskiej pamięci przeszłości przekonania, że ziemie poniemieckie stanowiły w okresie powojennym krainę mlekiem i miodem płynącą.Chomątowska udowadnia, że nie tylko na obszarach przygranicznych odbywały się wędrówki ludów: nowa dzielnica posługuje się nową topografią, znika wiele nazw ulic lub przynajmniej zmieniają one kierunek i przebieg. Nie ma już przedwojennych Nalewek, Tłomackiego, Tamki, na nowym Muranowie zamieszkują nowi mieszkańcy – ludzie z awansu, ale też przesiedleni, wrzuceni w miejski krajobraz, otrzymujący przydział na mieszkanie:Na przykład Stanisław Korycki, lakiernik z Mostostalu, wyróżniony tytułem przodownika pracy przy budowie trasy W–Z, a mimo to gnieżdżący się dotąd w jednym pokoju razem z żoną, dzieckiem i bratem. Albo Marian Jackowski, kontroler w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych, przesiedlony z przeznaczonego do rozbiórki domu na Litewskiej.Zasadniczym elementem naszej powojennej pamięci w perspektywie Chomątowskiej i Springera jest gruz: pagórki, które pozostały po zburzonym getcie, leje i zapadliska po nigdy nie zbadanych dokładnie piwnicach, poniemieckie domy i cmentarze, kopalniane osuwiska i zapomniane szyby, hałdy ziemi, przytłaczające małe dolnośląskie miasteczko. Jednocześnie zgliszcza te mają wymiar symboliczny, bo przywołują pamięć niechcianą, wspomnienie grup etnicznych, które nie mieściły się w komunistycznym projekcie Polski powojennej. Wraz z pozostałościami po niemieckich cmentarzach i żydowskich kamienicach usuwano zatem pamięć o przedwojennych mieszkańcach terenów nowej Polski. Znikanie gruzów miało wymiar nie tylko polityczny, ale też etyczny, bowiem umacniający swoją władzę komuniści pozwolili na profanację, na rozbudowę kurników i przydomowych komórek dzięki cegłom wywiezionym z getta czy tablicom nagrobnym zapisanych gotykiem. Springer cytuje też polskie pisma urzędowe: „germańskie plugastwo” ma być tak traktowane, by zechciało „samo uciekać z nowych terenów Polski”. Wraz z gruzem rugowano też wspomnienia wstydliwe, w których to Polacy wchodzili w rolę agresorów, szabrowali pożydowskie mienie czy skuwali ściany w poniemieckich domach w poszukiwaniu ukrytego złota. Jednym z celów młodych reportażystów jest więc przypomnienie cywilnych ofiar wojny – mieszkańców gett żydowskich i wypędzonych Niemców, umieszczenie ich w obrazie przeszłości obok polskiej martyrologii, której pamięć forsowano w dobie PRL-u jako zasadnicze doświadczenie wojenne. Chomątowska dobitnie podkreśla, że Muranów stał się dla komunistów sceną, na której odgrywali propagandowy spektakl, że pamięć Holocaustu wraz z opowieścią o polskim antysemityzmie była dla nich zbędna, niemożliwa do opracowania, została więc przykryta opowieścią o wojnie polsko-niemieckiej. Dlatego też modelowano historię: gdy wznoszono kolejne bloki Muranowa i pisano o zwycięstwie właściwego nurtu historii, to jednocześnie rozwiązywano Bund. Narastały też przejawy antysemityzmu, które zaowocowały w połowie lat 50. wielką falą żydowskiej emigracji. Sterowana odgórnie amnezja przynosiła skutki i nowi mieszkańcy Muranowa – przesiedleni z innych obszarów Polski, pozbawieni wykształcenia i wiedzy historycznej − nie wiedzieli, dlaczego teren dzielnicy jest tak pofałdowany.Miedziankę i Stacja Muranów, opisujące zupełnie różne zjawiska z polskiej, nieodległej jeszcze przeszłości, łączy pragnienie odkłamania pamięci, odkrycia tych problemów, zdarzeń i osób, które w ramach różnych strategii politycznych były dyskredytowane i przemilczane, czyli przede wszystkim dotyczących etnicznego oczyszczania ziem polskich po wojnie i przyzwolenia na prowadzenie rabunkowej gospodarki. Metafora wydrążonej ziemi u Springera wiąże się w sposób naturalny z pracami w kopalni, z wydobywaniem węgla oraz uranu, a na poziomie symbolicznym z modelowaniem społeczeństwa: pozbawionego poczucia bezpieczeństwa, niepotrzebnego i przerzuconego na „nowy odcinek”. Ludzi można drążyć niczym ziemię, formować, dowolnie eksploatować. Większość Niemców, którzy w 1945 roku jeszcze nie uciekli, podejrzewano o przynależność do nazistowskiej partyzantki, przesłuchiwano, więziono, umieszczano w obozach i wysiedlano. W latach 50. w rolę niewygodnych ofiar weszli Polacy – w oficjalnych rejestrach nie zaznaczano, ile osób zmarło z powodu napromieniowania w czasie pracy w kopalni uranu w Miedziance, ile szantażowano i zwalniano, a ile torturowano lub zamordowano, bo przecież uran wydobywano na potrzeby zbrojeniowe Związku Radzieckiego. Nikt nie wie, ile robotnic – podobnych do Barbary Wójcik – zostało zgwałconych przez pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy traktowali przyzakładowe kwatery jak domy publiczne. W działającej przez cztery lata kopalni nikt nie ostrzegał przed szkodliwym promieniowaniem, górników aresztowano za drobiny urobku znalezione w odzieży, donosicieli wynagradzano zaś pracą przy lepszej ścianie. Nie zmieniano warunków zatrudnienia ciężarnym wywożącym codziennie wagoniki uranu na powierzchnię, bo rąk do pracy wciąż brakowało − nawet karne bataliony tworzone z więźniów politycznych i żołnierzy nie były w stanie zaspokoić potrzeb kopalni.U Chomątowskiej wydrążona ziemia to gruzy po powstaniu w getcie, ale też pozostałości obozu koncentracyjnego KL Warschau i osamotnione, ocalałe z wojny kamienice. W odniesieniu do okresu powojennego autorka rysuje paradoksalną wizję ziemi zarówno wydrążonej, jak i nasyconej krwią, pełnej ludzkich szczątków. Jest to więc znak braku, klęski, śmierci. Jednakże gruzy i ruiny z 1945 roku w pamięci kultury zapisały się w dwuznaczny sposób: nie tylko jako symbol zniszczenia, ale także jako szansa, pole eksploracji, szabrowniczego bogacenia się. Gruzy, jak widzi je zatem Chomątowska, to przestrzeń ukrytego bogactwa, czekająca na swoich odkrywców. Na te dwa znaczenia nakłada zaś autorka jeszcze obraz trzeci – dawnego getta jako kłopotu administracyjnego, bo dla władz hałdy gruzu stanowią wyłącznie problem, wymuszają skomplikowane roboty porządkowe, na które nie ma przecież środków oraz konieczność opracowania nowego planu zabudowy. Zainteresowaniem instytucji państwowych cieszył się wyłącznie nazistowski obóz pracy, w którym MBP przetrzymywało aresztowanych AK-owców.Stacja Muranów i Miedziankamają charakter subwersywny wobec głównego nurtu pamięci społecznej, starają się ożywić inną pamięć kulturową, uruchomić nowe treści, wprowadzić do opowieści o przeszłości nowe grupy społeczne. Oczywiście, żaden tekst nie ma wartości rewelatorskiej w sensie historycznym, ale każdy ukazuje słabo znany wycinek przeszłości, odsłania nowy kontekst zdarzeń, albo też przybliża rzadko obecne w głównym nurcie treści. Bohaterami obu reportaży stają się takie grupy, które rzadko bywały tematem literackim: u Springera są to górnicy z Dolnego Śląska, z okolic Jeleniej Góry, a nie z wielkich budów socjalizmu. Miedzianka i jej prowincjonalny świat zajmują miejsce zarezerwowane do tej pory w polskiej literaturze dla Katowic, Nowej Huty czy Stoczni Gdańskiej.Powyższy tekst to fragment dużego eseju, który ukazał się w najnowszym numerze „Fa-artu” (4/2015) -

Wakacyjny kicz Spingera, czyli dlaczego wydawca robi krzywdę autorowi
Filip Springer, Księga zachwytówAgora 2016Właściwie można się było spodziewać, że Księga zachwytów zachwytu nie wzbudzi. Springer wydał bowiem swoje felietony, które pisał na temat różnych polskich obiektów architektonicznych dla portalu Gazeta.pl od 2014 roku. Wyszła z tego potężna książka, bardzo starannie wydana. I to właściwie wszystko, co można o niej dobrego powiedzieć: ładna i gruba. Kłopot polega na tym, że teksty, które znajdziemy w środku pisane były lewą ręką, mimochodem, poza głównymi obowiązkami i zajęciami Springera. Książka złożona z tekstów pisanych i publikowanych przez długi czas jest zawsze nierówna, tutaj jednak widać, jak słaba jest całość. Teksty są słabe, bo krótkie, o ewidentnie prezentacyjnym charakterze, pisane dla szerokiej publiczności internetowej, a więc stroniące od trudniejszych terminów. Powstające na marginesie, a więc też dość niechlujnie, niestarannie:Dominacja kolorowego plastiku i paździerza jest tu zbyt silna i despotyczna, by oprzeć się jej mogło cokolwiek. W tego typu miejscach zwanych „wakacyjnymi destynacjami” wszystko musi być bowiem bardziej i mocniej. Bo przecież podczas urlopu doznania muszą być silniejsze. Dominujące tu środki architektonicznego wyrazu, jeśli tak można górnolotnie nazwać to, co tu się dzieje, zbliżają tego typu miejscowości do parków taniej rozrywki. Jeśli którąś z nadmorskich miejscowości regionu można nazwać stolicą wakacyjnego kiczu i ostatnim kręgiem urlopowego piekła, z pewnością będzie to Mielno. W wysokim stężeniu występuje tu wszystko to, na co choruje polska przestrzeń.W tym krótkim, ale reprezentatywnym fragmencie widać wyraźnie brak staranności warsztatu Springera (a to zjawisko do tej pory u niego niespotykane, stąd przykry zawód czytelnika) – frazy, których nie znajdziemy w jego wypieszczonych językowo książkach. Tutaj krótkie szkice o architekturze zamieniają się w publicystyczne, tanie kawałki, operujące słownictwem nadużywanym przez dziennikarzy zajmujących się tą dziedziną: „wszystko musi być bardziej i mocniej”, „choroba polskiej przestrzeni”, „wakacyjny kicz”. Czekałam tylko, aż Springer napisze jeszcze o amatorach białego szaleństwa i niebieskim paliwie – wtedy mielibyśmy już komplet komunałów.Czyja to jest wina? Wydawnictwa Agora, które chciało skapitalizować markę, czyli zarobić na tekstach coraz modniejszego autora. Łatwo i przyjemnie odcina się takie kupony, zwłaszcza jeśli puszcza się do druku dokładnie te same teksty, które wcześniej umieszczano na portalu. Agora odcięła więc kupony od sukcesu Springera i dwóch wydawnictw, z którymi związany był wcześniej i dzięki którym zrobił karierę. Czarne i Karakter dbały o niego jednak dużo bardziej, bo działy promocji zaczynały swoje działania marketingowe wcześniej, wydawcy bardziej też dopieszczali jego książki. Promocja Księgi zachwytów zaczęła się tydzień przed publikacją. Dlaczego tak późno? Ktoś się zagapił? Wydawca stracił wiarę w sukces książki? Jeśli tak, to po co ją w ogóle drukował? Wychodzi na to, że w procesie odcinania kuponów od sławy Springera Agora odcięła mu też kilka palców, bo ta słaba książka źle zrobi raczej autorowi niż wydawcy.To także wina Springera, bo zajmując się wyłącznie pisaniem, zapomniał chyba, że trafiają mu się teksty słabsze, że nawet taki pracoholik-profesjonalista może mieć za dużo na głowie, że puszcza teksty-szmaty. Nie potrafił się obronić przed wydawcą, albo zapomniał, że – jeśli używać dalej metaforyki sportowej – wydawca gra przede wszystkim na siebie, a nie na autora.Jeśli popatrzeć na publikację tej książki z punktu widzenia marketingu autorskiego (pisarz jako marka, wartość rynkowa), to była ona bezsensowna z innego jeszcze powodu: Springer wydał jesienią swą ostatnią książkę (13 pięter w Czarnym). Obecność marki Springer na rynku jest więc widoczna, bardzo wyraźna, rośnie jego autorytet. Nie było więc żadnej konieczności, żeby publikować taką słabiznę. -

Uciekinierzy z historii
Na trzech rzeczach znają się wszyscy Polacy – na polityce, na piłce nożnej i na historii. Nasza znajomość polityki to temat, którego na tych łamach nie wypada poruszać, bo obowiązuje pewne decorum. Znajomość piłki nożnej jest powszechna i dogłębna, ale jak pokazują kolejne porażki reprezentacji i drużyn ligowych – wyłącznie teoretyczna. Natomiast naszej znajomości historii nikt nie jest w stanie zweryfikować, podobnie jak trwających od jakichś 200 lat sporów o jej interpretację. To nasza narodowa pasja, w której wszyscy egalitarnie mogą sobie pofolgować, nawet jeśli mylą im się daty kolejnych powstań. Postrzegany świat dzisiejszy przez odniesienia do historii: kolejne mecze piłkarskie z Niemcami ustawiamy w porządku Grunwald-Westerplatte, żywiołowo reagujemy na polityczne hasła sięgające do historii. „Dziadek z Wehrmachtu” zelektryzował całe społeczeństwo, stał się też przyczyną politycznej przegranej wnuka. Nie dziwi zatem fakt, że historia staje się dla nas główną przestrzenią przedstawień literackich.
Cała wsteczW wyobraźni kulturowej czas przeszły objawia się jako coś materialnego, jako potok dat symbolizujących kolejne klęski czy niepokoje polityczne, wojny i bitwy. Nasza świadomość wydaje się zatem uwięziona pomiędzy współczesnością, której procesów nie obejmujemy w całości i historią, której cały obraz ujawnia nam się w bezpiecznych ramach. Teraźniejszość ma dla nas ukryte przepływy, domyślamy się w niej spisków i zakulisowych działań, wydaje nam się nieprzewidywalna, podczas gdy przeszłość ujawnia się jako czytelna, jasna. To oczywiście paradoks, bo nie mamy przecież pełnej wiedzy o świecie minionym. Jednak kolejne prace historyczne sprawiają, że „dzisiaj” postrzegamy jak porozrzucane puzzle. „Wczoraj” – to już gotowa, złożona układanka, której wszystkie elementy do siebie przylegają. Ta pozorna czytelność sprawia jednak, że przestrzenią bardziej oswojoną staje się dla nas historia, nawet jeśli widzimy w niej pasmo nieszczęść. Nasze światoodczucie zasadza się na spoglądaniu wstecz i na nakładaniu kolejnych warstw, sklejaniu kolejnych doświadczeń. Taki tok jest całkowicie naturalny dla pamięci społecznej, w której obowiązuje porządek nie chronologiczny, a skojarzeniowy: w ten sposób właśnie myślimy o meczu Polska-Niemcy jako o nowym Grunwaldzie (choć za każdym razem jest tak samo: my liczymy na Grunwald, a oni robią nam Blitzkrieg). Kopernik sąsiaduje tu ze Skłodowską-Curie i Janem Pawłem II, kolejne powstania zlewają się w jedno, armia carska jest tożsama z Armią Czerwoną. Jan Sobieski kojarzy się z Władysławem Jagiełłą, Tadeuszem Kościuszką i Lechem Wałęsą.Właśnie to nakładanie się i przenikanie kolejnych płaszczyzn historii stanowi ważną cechę polskiej prozy, w której dominuje czas przeszły, czas doświadczenia historycznego. Żywimy się „przeszłością rozbitą, odebraną, zrujnowaną” (Jak twierdzi Andrzej Zieniewicz), filtrujemy ją przez przeżycia osobiste, biografię jednostki. Większość bohaterów i narratorów polskiej prozy to niewolnicy przeszłości, którzy za wszelką cenę chcą stać się uciekinierami z historii. Uwolnienie się od niej, zrzucenie jarzma jest jednak niemożliwe i owa klęska jednostki w walce z historią lub pamięcią przeszłości stanowi jeden z najważniejszych tematów polskiej powieści. Sprawdźmy tę tezę: przeszłość, historia wkraczająca w pojedynczy los, łamiąca często biografię, wyznacza oś najlepszych lub najgłośniejszych powieści po 1989 roku: tak jest w opowieściach Jerzego Pilcha, w Madame Antoniego Libery, w Lali Jacka Dehnela, w Traktacie o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego, w Hannemanie Stefana Chwina, w Ciemno, prawie noc Joanny Bator, w Morfinie Szczepana Twardocha, w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk. Za każdym razem to historia staje się kluczem do zrozumienia teraźniejszości, wszyscy bohaterowie są też jej ofiarami, niezależnie od tego, czy angażują się w politykę, interesuje ich życie wspólnoty, czy ustawiają się z boku, poza nią.Polska szkołaChoć często mówimy, że w Polsce tłumaczy się lub naśladuje to, co ukazuje się na Zachodzie, to jednak zdecydowanie więcej uwagi poświęcamy historii – wprowadzamy ją do gatunków, które w teorii przynajmniej skupiać się powinny na współczesności. Polska szkoła reportażu, jedno z najciekawszych dzisiaj zjawisk w naszej literaturze, coraz częściej zwraca się ku historii. Tak pisze starsze, średnie i młodsze pokolenie: Hanna Krall we wszystkich swoich książkach wraca do II wojny światowej, Mariusz Szczygieł w Gottlandpokazuje przenikanie się historii i współczesności Czech, Filip Springer w Miedziance rekonstruuje losy małego miasteczka na Śląsku.Genealogia pamięciNie podam Państwu przypisu do mojej tezy, ale przemawia za nią czytelnicze doświadczenie: o ile polska proza coraz częściej sięga po historię, bo nie potrafi opisać współczesności, o tyle polski reportaż odwołuje się do przeszłości, bo szuka w niej źródeł najbardziej istotnych zjawisk współczesnych lub chce pokazać genealogię naszej okaleczonej pamięci. Współczesna polska powieść en masse przywołuje przeszłość, by zaspokoić naszą nostalgię, by pozwolić uciec nam od niezrozumiałej teraźniejszości. Dekoracja historyczna – nieważne czy z XIX wieku, czy z lat 40. XX wieku – stanowi tło egzotyczne i bezpieczne zarazem, wnosi powiew nowości i swojskości. Polacy nie lubią czytać i nie lubią kupować książek, a jeśli już to robią, to wybierają najczęściej proste, gatunkowe powieści z historią w tle. Stąd właśnie popularność powieści historyczno-obyczajowych, kryminałów retro, pseudo-reportaży o biografiach dam XX-lecia międzywojennego, królowych, żon prezydentów, łączniczek, sybiraczek, itp. Wypróbowaną już poetykę wykorzystują więc także autorzy literatury ambitnej, skoro bowiem sprawdził się ten przepis raz, sprawdzi się i kolejny. Kłopot polega jednak na tym, że do rąk czytelnika trafiają odgrzewane, historyczne kotlety: Paweł Huelle kopiuje sam siebie, gdy osadza w przeszłości akcję kolejnych utworów. O ile jednak Weiser Dawidek był genialny, a Mercedes-Benzświetny, o tyle Castorp, a przede wszystkim Śpiewaj ogrody należy uznać za odcinanie kuponów od własnej popularności, ogrywanie ciągle tego samego motywu. W tej kategorii można umieścić i innego autora z Gdańska – Stefan Chwin stworzył w Hannemanie nową jakość, połączył bowiem perspektywę obcą polskiej tożsamości (niemieckiego mieszczanina, który nie chce po II wojnie opuścić Gdańska) z fantastyczną historią przedmiotów, historią materialną. Tego sukcesu nie udało mu się już jednak powtórzyć ani w Esther, ani tym bardziej w Pannie Ferbelin.Czas Abla i czas KainaPolska powieść wykorzystuje historię jako główny swój punkt odniesienia, wypełniacz fabularny, dostarczycielkę tła. Sięga po nią – dzisiaj już – bezrefleksyjnie, automatycznie, rozumiejąc, że liczy się w większym stopniu rekwizytorium niż to, do czego można go użyć. Czytelnik bowiem pragnie przede wszystkim retro. Wydaje mi się, że tego błędu nie popełnia polski reportaż, który w większym stopniu niż powieść problematyzuje zagadnienia historyczne. Beata Chomątowska w Stacji Muranów i Pałacu. Biografii intymnej, Magdalena Grzebałkowska w 1945. Wojnie i pokoju, Anna Kłys w Brudnych sercach, Filip Springer w Miedziance nie starają się budować obrazu przeszłości fantazmatycznej, zastępczo-nostalgicznej. Mechanizm kompensacyjny (który w prozie stanowi ukrytą przyczynę, stelaż opowieści) w ich reportażach jest ujawniany, zawsze pytają, jakie są jego źródła, czemu on służy, co próbujemy sobie kompensować. Jak pokazują reportażyści, polska historia nie jest czysta moralnie, nie stanowi wyłącznie przestrzeni naszej krzywdy, ani nie jest polem triumfu. Obowiązuje u nich też rozkład akcentów: 1945 rok nie stanowi tak oczywistej cezury, jak wydaje się po lekturze podręczników, czas przeszły nie jest zdominowany przez walkę z komunizmem. Czas przeszły to czas Kaina w większym stopniu niż Abla, bo doświadczenie przeszłości zasadza się na przesiedleniach, wywózkach i bratobójczych walkach. Te zdarzenia historyczne, które polska proza wypiera lub opowiada w ramach narracji sentymentalnej, znajdują ostatnio swoje miejsce w reportażu. Chomątowska pisze o tym, jak na gruzach getta warszawskiego budowano nową dzielnicę i jak pod tymi gruzami chowano pamięć żydowską, zastępując ją propagandowymi hasłami odbudowy. Grzebałkowska pokazuje, że rok 1945 to nie wyłącznie rok zwycięstwa, a wielkich migracji, wzmocnienia pewnych wyniesionych z wojny konfliktów oraz narodzin nowych. Jej opowieść, osadzona przede wszystkim na zachodzie Polski, pokazuje koszty poniesione w wojnie przez ludność cywilną, próbuje walczyć z mitem „odzyskiwania” Ziem Odzyskanych, których poprzedni mieszkańcy zostali wygnani. Temat czasu przeszłego, który ciągle trwa i niezakończonych konfliktów opisywał w 2011 roku Filip Springer w swoim debiutanckim reportażu Miedzianka. Springer sięgnął po studium – losy małego śląskiego miasteczka, które prześledził od momentu jego założenia aż do upadku w latach 60. XX wieku. Miedzianka, położona poza wielkimi szlakami, staje się w jego opowieści świadkiem historii, axis mundi. To z niej odjeżdżają w wagonach bydlęcych Niemcy, to tu przenosi się z nakazem pracy Polaków, tu pracują w kopalni uranu i tu zapada się ziemia po latach drążenia. W historii zdaje się też żyć Anna Kłys, która w Czarnych sercach sięga po oś konfliktu polsko-polskiego, opowiadając o wyroku na młodego AK-owca wykonanym przez młodego milicjanta w 1945 roku. Kłys widzi w tym nie tylko niesłuszny wyrok i niesprawiedliwość historii, ale też więcej – ślepy traf, który ustawia Stanisława Cichoszewskiego w pozycji partyzanta, a Jana Młynarka na miejscu egzekutora. Bohaterką jej opowieści jest też ironia historii, powodująca, że niewielkie różnice między oboma chłopcami, dzielące ich w przeddzień końca wojny w ciągu kilku miesięcy urastają do gigantycznego konfliktu, wplątują ich w wojnę domową i z jednego czynią niewinną ofiarę, z drugiego zaś bezlitosnego kata. Tę samą prawidłowość dostrzec możemy u Włodzimierza Nowaka, najstarszego z przywoływanych tu reporterów, autora Obwodu głowy, opublikowanego w 2006 oraz 2015 roku. Książka ta mieści teksty poświęcone pograniczu polsko-niemieckiemu oraz relacjom między przedstawicielami oby tych nacji. W 2006 roku czytaliśmy jednak te historie w większym stopniu przez pryzmat ekonomii, porównywaliśmy sytuację polskiej gospodarki do niemieckiego dobrobytu. W nowym wydaniu Nowak dodał jeden tekst, „Co ja mogę zrobić dla Niemców”, w którym pokazuje, że dzisiaj kluczowa nie jest sprawa rozwoju gospodarczego, a problem pamięci o wojnie (w Niemczech tłumiony, w Polsce eksponowany), problem tożsamości, winy, przebaczenia, rozliczenia moralnego. W tej perspektywie najważniejsze stają się jego teksty poświęcone II wojnie światowej, powikłanej historii polsko-niemieckiej: „Noc w Wildenhagen” (o niemieckich kobietach popełniających samobójstwo ze strachu przed nadciągającą Armią Czerwoną) oraz „Mój warszawski szał” (relacja szeregowego żołnierza Wehrmachtu biorącego udział w tłumieniu powstania warszawskiego). Te dwa teksty działają najmocniej, wchodzą pod skórę zarówno Polakom, jak i Niemcom, pozwalają bowiem zabrać głos drugiej stronie, pokazują takie świadectwa zdarzeń, które nie przechowały się w naszej pamięci kulturowej. Czas przeszły okazuje się zatem tutaj ciągle żywy, ciągle teraźniejszy – Nowak kilka razy podkreśla, że w niemieckich domach w dalszym ciągu milczy się o tym, co dziadkowie robili na froncie wschodnim w latach 40. i co robiły babcie, gdy zbliżała się Armia Czerwona. Opowieści o czasie przeszłym, który rozbija rodziny i nie pozwala na prawdziwe zbliżenie, mają więc tutaj znaczenie terapeutyczne. Nie są ucieczką przed problemami czasu współczesnego, ale właśnie próbą odnalezienia różnych źródeł naszych dzisiejszych trudności.Niezależnie jednak od tego, czy wolimy czytać opowieści Nurowskiej o II wojnie, fantastyczne historie Tokarczuk czy też emocjonalne reportaże Kłys i refleksyjne teksty Springera, wszyscy ciągle jesteśmy zanurzeni w historii. Nasza pamięć, nawet ta dotycząca zdarzeń sprzed naszego urodzenia, steruje nami dzisiaj. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy polityczne i co sądzimy o piłce nożnej, skazani jesteśmy na czas przeszły, bo tylko on daje nam klarowność, na której budujemy swoją tożsamość.

