Tag: feminizm

  • Gwoździe i popelina

    Gwoździe i popelina

     

    Taka egzotyka, jaką potrafi zorganizować Oksanen, jest bardzo rzadko w literaturze głównegu nurtu spotykana – połączenie dylematów prozy wysokoartystycznej z woltami dramatycznymi, trafne, głębokie pytania o znaczenie historii, o los, o odpowiedzialność za własne życie – przedstawione w pół-kryminalnych fabułach, wciąganych na jedno czytelnicze posiedzenie.

    Sofi Oksanen, Psi park,

    Przeł. Katarzyna Aniszewska

    Znak Literanova 2022

    Sofi Oksanen, średnio w Polsce znana, fantastyczna pisarka fińsko-estońska, opublikowała właśnie kolejną swoją powieść. I to powieść ukraińską jeszcze. Niby rozrywkową i sentymentalną, trochę o więzi i walce o przetrwanie kobiet, ale w gruncie rzeczy stanowiącą wielkie oskarżenie społeczne, głęboki sprzeciw wobec kapitalistycznych porządków.

    Lata 2000, Ukraina, była modelka, która nie była wystarczająco sprytna, by ustawić się na Zachodzie, wraca do domu. Ojciec nie żyje, bo zginął w wypadku w nielegalnej kopalni, matka utrzymuje się z produkcji i sprzedaży maku. Dziewczyna wie, że musi się wyrwać, że trzeba zacząć wszystko na nowo i trafia do agencji surogatek. Szybko staje się ich koordynatorką, a fabuła rozkręca się jak w powieści mafijnej albo szpiegowskiej. „Psi park” to także historia o biedzie, ale takiej, która obdziera z godności, gdzie walczy się o życie. Olena nawet dekadę później będzie bała się podejść do krawężnika, przekonana, że zaraz ktoś „nieznajomy” może ją wepchnąć pod samochód. Bo Olena uwodzi swoje podopieczne i je wykorzystuje, bo buduje swoje życie (i swojej rodziny) kosztem innych młodych kobiet. Bierze udział w grze o coraz wyższą stawkę, o awans i władzę w tym świecie, w którym kobieta sprawdzona jest do jednej tylko funkcji.

    To także opowieść o sprycie – jak każda zresztą powieść Oksanen – a właściwie pojedynek na spryt i determinację. Najpierw z biografii Oleny musi zniknąć nielegalna praca ojca, jego skłonność do alkoholu i choroba płuc, żeby dziewczyna wydawała się zachodnim klientom interesującą surogatką. Uczy się, jak obsługiwać klientów, jaki jest ich system wartości, na ile zwracają uwagę na urodę, a na ile na geny i pochodzenie, na ile interesuje ich rodzinna historia. Jak ich zjednać, jak oszukać? Sekundujemy jej w tej walce, bo klienci z Zachodu kompletnie nie rozumieją Ukrainy, traktują dziewczyny jak materiał do użycia, tani zamiennik drogich usług z własnej części Europy. Mnożą roszczenia, wykazując się kompletnym niezrozumieniem historii i społecznych przeszkód, ekonomicznych ograniczeń. Ukraina i Olena są tu w jakiś sposób podobne – muszą się mizdrzyć, a jednocześnie walczyć z zaciśniętymi pięściami. Przyjmować zachodni system wartości, żeby się odbić od tego bagna, jaki stanowi bezrobocie i gangsterska mentalność mężczyzn. Zresztą jeśli chodzi o mentalność mężczyzn, to Olena doskonale wie, że tylko pozorna, wierzchnia warstwa obycia różni tych z Zachodu od tych ze Wschodu, że gest zawłaszczenia wykonują oni może w innym czasie, pewna jest jednak, że go wykonają.

    To, co jednak odróżnia Oksanen od innych autorów i autorek powieści z głównego nurtu, to fakt, że zmienia ona trochę stawkę, skalę, w jakiej ustawia swoich bohaterów. W każdej powieści bowiem pojawia się rodzaj jokera, postać, która w obronie jakiejś wartości idzie na całość, przekracza wszystkie normy i granice moralne. Tak było w debiucie, pt. „Oczyszczenie”, w którym główna bohaterka stała się donosicielką, by ratować ukochanego, ukrywanego mężczyznę, w innych powieściach kolejni bohaterowie stają się zdrajcami, by kogoś ukryć, ocalić, ujść cało z wojny, tak dzieje się też w „Psim parku”. Bo później to sama Olena musi nauczyć się, jak grać, jak zmuszać do posłuszeństwa inne dziewczęta, kiedy posłużyć się pochlebstwem, a kiedy przemocą. I staje się mistrzynią, zachowując równowagę między jednym a drugim, mości im aksamitne klatki. Ona też ma kogoś, kogo musi ocalić i płaci za to swoją moralnością. Więzi i prześladuje inne kobiety, handluje ich bezpieczeństwem, ciałem, dziećmi. Ale nie ma co udawać, że w świecie, w którym dziewczyny doskonale wiedzą, że młode ciało jest ich jedynym atutem, że od ich urody, sprytu, posłuszeństwa zależy byt ekonomicznych całej rodziny, da się cokolwiek ocalić, zachować godność.

    Tak książka wpadła mi w ręce krótko po tym, jak przeczytałam gdzieś artykuł o powodach, dla których tak wiele kobiet w ciąży i z maleńkimi dziećmi ucieka z Ukrainy. Oczywiście, to one są najbardziej narażone, większość z nich nie opuszcza swoich domów po to, by ratować siebie, są opiekunkami i strażniczkami swoich dzieci, młodszego rodzeństwa. Ale ten odsetek jest wysoki także dlatego, że Europa uczyniła sobie z Ukrainy zagłębie ciążowo-porodowo-dziecięce, że obniża tam koszty stworzenia rodziny, gdy biologicznie nie jest do tego zdolna. I o tym też pośrednio opowiada Oksanen. O tym, że godność ma swoją bardzo konkretną cenę, że jej wartość mierzyć można w euro i hrywnach.

    Pisałam o wszystkich jej książkach i mam z nią zawsze kłopot, bo im bardziej się zachwycam, tym bardziej popelinowy tekst mi wychodzi. No na przykład we wstępie tutaj napisałam „Oksanen pyta o sens historii, o odpowiedzialność za właśnie życie” – przecież to brzmi jak jakieś zdanie z rozprawki! Albo innej pracy licencjackiej drugiej świeżości, ale kto czytał Oksanen, doskonale wie, o co mi chodzi. W jej książkach wszystkie krwawe historie, wszystkie wściekłe chichoty losu, cała potworna niesprawiedliwość świata jest tak opakowana, że jemy te gwoździe łyżką i to z zachwytem.

     

     

     

     

  • Bogini bez majtek

    Bogini bez majtek

    Miała być wybitna proza kobieca, a jest tanie czytadło. Autorka szantażuje czytelniczki, bo porusza kwestie modne i głośne: kobieca emancypacja, seksualność. I trudno o tym napisać źle. Ale nie da się inaczej.

    Carmen Maria Machado, Jej ciało i inne strony

    Przeł. Dobromiła Jankowska

    Agora 2018

    Polskie życie wydawnicze jest chyba bardzo jałowe, skoro kolejną już średnią, popularną amerykańską prozę sprzedaje nam się jako arcydzieło. A tak pisze się o Machado: proza feministyczna, z pazurem, brutalna i naturalistyczna – to przymiotniki z tylko jednej recenzji. Pazur? Chyba taki z hybrydą, albo inny utemperowany pazur żelowy.

    Wszystkie opowiadania oparła Machado na tym samym pomyśle odwlekanej tajemnicy, sekretu, który jest nam sugerowany, późno lub wcale ujawniony. To jest, jak sądzę, sprawdzony przepis creative writing na stworzenie wrażenia komplikacji, literackiej misternej formy. Do tego zaś Machado, nauczycielka z takich właśnie kursów, dorzuca nam garść tematów modnych, ważnych i politycznie słusznych, które wszystkie feministki niosą na ustach: gwałt, prawo do decydowania o własnym ciele, inicjacja seksualna nastolatki, szansa na rozwój osobisty kobiety w wieku średnim, kompleksy, relacje z dziećmi, akceptacja ciała, walka o pozycję w życiu społecznym, odkrywanie własnej tożsamości, seksualna otwartość, zrównanie w prawach do seksu mężczyzn i kobiet. Związuje tym samym ręce potencjalnej krytyce, bo nie sposób nie zgodzić się z jej hasłami, odmówić im słuszności. Tylko że opakowano je w toporną formę literacką, która zubaża także refleksję nad wszystkimi powyższymi zagadnieniami. Machado powtarza schematy narracyjne sprzed 40 lat, jakby powieść postmodernistyczna była gatunkiem nowym i eksperymentalnym. Także na poziomie polityczności Jej ciało i inne strony nie wychodzi poza banał, oklepaną tezę. W opowiadaniu Mężowski szew, tak bardzo chwalonym,  chodzi o prawo kobiety do decydowania o sobie, przedstawiane tutaj symbolicznie pod postacią zawiązanej na szyi wstążki. Jej chłopak, późniejszy mąż, nie ma prawa jej dotknąć i dopóki przestrzega zakazu, ich seks, związek, wspólny świat doskonale się układają. W chwili gdy jednak sięga po wstążkę, relacja się psuje, bo mężczyzna odmawia kobiecie prawa do odrębności. Jej ciało zamienia się w ciało lalki. Tej wstążce odpowiada szew założony po porodzie, ma on zwęzić pochwę, o jego dołożenie prosi mąż. Machado mówi zatem, że ciało kobiece poddawane jest ciągłej opresji, ingerencji, ma odsłaniać się i zmieniać, ale tylko w taki sposób, jakiego zażyczy sobie mężczyzna.

    Podobnie prosta teza stoi za opowiadaniem pt. Inwentarz, w który Margaret Atwood krzyżuje się z Cormakiem McCarthym. Narratorka opowiada o swoim życiu poprzez wyliczenie kolejnych kochanków obojga płci oraz charakterystykę wspólnego seksu, ich temperamentów, potrzeb i oczekiwań. Widzimy kobietę stopniowo wybijającą się na niepodległość, wyzwoloną, świadomą potrzeb ciała, gotową zaspokajać potrzeby fizyczne bez emocjonalnej więzi. W tle zaś rozwija się zaraza, wielka wyniszczająca ludzkość epidemia, która stopniowo dosięga domu narratorki.

    W opowiadaniu o urodzie i jej braku, pięknie fizycznym i trudnych relacjach z córką, pisze Machado, używając infantylnych fraz, tak często przypisywanych słabej prozie kobiecej. I nie mam wrażenia, żeby tutaj przezwyciężała ten stereotyp:

    – Tak – mówi pierwsza siostra. – Moja radość tańczyła po domu jako dziecko, a ja tańczyłam z nią. Niemal rozbiłyśmy wtedy dwa wazony!

    – Tak – mówi druga siostra. – Uwolniłam swoje wewnętrzne piękno, które wylegiwało się w kałużach światła niczym prężący się kot.

    Nie mogę podarować Machado tego banału, jakim operuje, tworząc dość toporne i ilustracyjne historie na poziomie „Wysokich Obcasów”, a nie wybitnej prozy artystycznej. To, co jednak mnie się wydaje obsuwą, słabością tego zbioru, w istocie jest chyba zamierzeniem autorki. Kogo przecież interesuje ambitna powieść, skoro można sprzedać kilka prostych opowiadań?

     

    Zdjęcie:  Zulmaury Saavedra on Unsplash

  • Solidarność i istoty rodzinne

    Solidarność i istoty rodzinne

    Wiem, że dzisiaj świętujemy rocznicę. Ale im więcej czytam o historii PRL-u, im więcej reporterskich tekstów, tym mniej to święto wydaje mi się radosne (z innych powodów niż podaje TVP).

    To właśnie wtedy umacnia się mit kobiety jako „istoty rodzinnej”. To działacze Solidarności w ciągu kilku lat po objęciu władzy uznają, że wyjście poza kobiece obowiązki domowe to dowód na przemoc systemu. Kobieta zaś musi dokonać wyboru, nie może bowiem – jak mężczyzna – mieć rodziny i działać w opozycji – tak pokazują dzisiaj serie portretów „dziewczyn”:
    „Miała wyrzuty sumienia, że zaniedbuje rodzinę”.
    „Po wyjściu z więzienia na kilka lat Elżbieta zawiesiła działalność. Urodziła trzecie dziecko i całkowicie poświęciła się rodzinie i pracy zawodowej”.
    „Do pełnego zaangażowania się w Solidarność nie było powrotu. Miałam dwójkę małych dzieci i obowiązki matki”.
    „Z założenia najbardziej aktywne były starsze kobiety, te, które już odchowały dzieci i których ewentualne uwięzienie nie było tak groźne, jak tych, na które czekały w domu pociechy”.

    Na zdjęciu dwie potwornie złe książki i jedna dobra, stanowiąca wyjątek – Ewy Kondratowicz.

  • Przystojne dziki i uległe maciory

    Przystojne dziki i uległe maciory

    Kobieta świnia, biznesmen wilkołak, satyra na kapitalizm, ślepa droga feminizmu, rozpustne i obłudne społeczeństwo, krzywda zwierząt – to tylko kilka porządków, które mieszają się w „Świństwie (Truizmach)” Darrieussecq.

    Marie Darrieussecq, Świństwo (Truizmy)

    Karakter 2018

    przekł. Barbara Walicka

    Darrieussecq wydała swoją debiutancką powieść we Francji w 1996 roku, szybko zdobyła rozgłos. Tytuł opiera się na grze językowe, której język polski nie jest w stanie oddać: francuskie truismes oznacza truizmy, banały, ale i zawiera rdzeń truie – dosłownie maciora. Oba te sensy autorka w równym stopniu eksploatuje w swojej opowieści, w krótkiej, parabolicznej historii, która gatunkiem nawiązuje do „Metamorfoz” Owidusza. Różnica jest jednak zasadnicza: Owidiuszowi żadne wątki feministyczne, ekologiczne do głowy nie przychodziły, nie zastanawiał się też nad słusznością prymatu człowieka nad innymi gatunkami. W większości jego fabuł człowiek powraca do ludzkiego kształtu, bo tylko tak ład może zostać przywrócony – u Darrieussecq jest odwrotnie. Zatrudniona jako masażystka-prostytutka dziewczyna ma niewielką wiedzę o świecie, opowiada o nim przy użyciu klisz i banałów, powtarza obiegowe, nic nieznaczące opinie i słowa. W równym stopniu jest więźniem ciała, języka i płci. Stopniowo wychodzi z tego ograniczenia, co autorka pokazuje w przewrotny, satyryczny sposób. Wykorzystywana i upokarzana coraz bardziej przez kolejnych klientów i partnera, który nic nie wie o jej dziennej pracy, dziewczyna powoli zamienia się w świnię. Wielokrotnie powraca do kształtu ludzkiego – zawsze odbywa się to po okresie odosobnienia, odzyskiwania godności, lub nawiązywania jakichś podmiotowych więzi. Gdy bohaterka jest postrzegana jako człowiek – staje się człowiekiem. Gdy kolejni mężczyźni widzą w niej tylko ciało, zamienia się w cielsko. Jej fizyczność potęguje się, wzmacnia, aż do przerysowania, aż do u-zwierzęcenia. Paradoksalnie to ono chroni ją przed dalszym wykorzystaniem, stanowi rodzaj ucieczki, do jakiej ona sama świadomie nie jest zdolna, bo nie wyobraża sobie świata, w którym nie byłabym obiektem przemocy i pożądania. I to chyba największe oskarżenie, jakie formułuje „Świństwo…”.

    Nie jest to feministyczna biblia, jak czytam w zagranicznych recenzjach. Autorka jest świadoma swych poprzedniczek, nie daje nam tu żadnego podręcznikowego wywodu na temat buntu. To nie jest powieść, od której można zacząć przygodę z kobiecym wyzwoleniem, jej bohaterka nie ma żadnego wykształcenia, obycia, zmysłu krytycznego. Ba, nie ma nawet zmysłu praktycznego, ani nawet instynktu samozachowawczego. To nie jest postać z powieści Sagan czy de Beauvoir. Jej kolejne, coraz bardziej absurdalne przygody ciągle dotyczą mężczyzn. Przyczyną nieszczęścia, czyli wejścia na drogę prostytucji jest zatrudniający ją dyrektor sieci perfumerii. Szczęścia zaznaje z biznesmenem, leczyć próbuje ją afrykański znachor, do jej uwięzienia doprowadza prawicowy dyktator. Za ratunkiem w opuszczonym hotelu stoi arabski sprzątacz. Kolejne przygody odmierzane są przechodzeniem od jednego mężczyzny do kolejnego, z rąk jednego w ręce drugiego, pod jego władzę. Jakby bohaterka Darrieussecq była nowym wcieleniem Angeliki de Peyrac.

    Darrieussecq sprawnie, lekko, ironicznie, często cynicznie sięga do zbanalizowanych już dzisiaj tez feministycznych. Waga tej powieści polega jednak na tym, że parabola, którą Darrieussecq konstruuje, łączy w sobie różne tematy: satyrę polityczną, krytykę relacji opartych na przemocy, krytykę kapitalizmu, rządów skrajnej prawicy i lewicy, ukazuje rozpad więzi rodzinnych. Nie ma tu ani jednej wartości ocalającej, trwałej i nieskompromitowanej. Nie ma też żadnej szansy na ich wprowadzenie. Nie ma postaci pozytywnej, rezonującej poglądy autorki. Jedynie pasmo scen absurdalnych, okrutnych, drastycznych, surrealistycznych.

    Ważne jest i to, że układ „Świństw (Truizmów”) wypływa ze świadomości zmian, jakie dokonały się w obrębie gatunku powieściowego. Darrieussecq buduje pewną konstrukcję i podważa ją zarazem. Widać tu zarazem gniew, bunt, kulturową kontestację (tak, Francuzi ciągle piszą powieści w ten sposób), ale widać też grę, mocne rozsadzanie ram i konwencji: ukochanym bohaterki zostaje w końcu Yvan, zamożny biznesmen, właściciel olbrzymiej marki modowej, który nocą zamienia się w wilkołaka. W czasie pełni oboje przenoszą się pod inny adres i zamawiają pizzę: ona zjada pizzę, Yvan – dostawcę. O wszystkich przygodach opowiada nam sama, a jej ton, banały, których używa, prostota wniosków budują kolejne piętro satyry: tym razem satyry na kobiece pisanie, na poetkę kobiecego pamiętnika, dziennika intymnego. Czytane uważnie słowa bohaterki nic nie mówią, cały obraz sami musimy sobie zrekonstruować z tego, co pojawia się w zadaniach prostych, pozbawionych emocji: „Największym powodzeniem cieszyły się moje masaże; sądzę nawet, że dyrektor podejrzewał, że z własnej inicjatywy zaczęłam wykonywać masaże specjalne; zwykle zostawia się nowej pracownicy trochę czasu, by się oswoiła. Dzięki dochodom, jakie przynosiłam przedsiębiorstwu, nie ryzykowałam, że zostanę zwolniona po kilku tygodniach, dyrektor sieci do niczego mnie nie zmuszał, wszystko odbywało się w największej dyskrecji” – tak buduje się tu opowieść o przemocy, wyzysku ekonomicznym, seksualnym wykorzystaniu, przemocy i kobiecej podrzędności.

    Bohaterka nie doświadcza w tej powieści wyzwolenia – nie staje się człowiekiem, nie zdobywa też większej świadomości, żadnej wiedzy. Ba, ona nie ma nawet imienia. Pozostaje w lesie jako świnia, żyje z dzikiem „bardzo przystojnym i męskim”. Nie ma tu więc feministycznego happy endu, nie ma wolności, ani żadnej drogi, która ku wolności mogłaby ją poprowadzić. I na tym polega gorzka lekcja Darrieussecq.

  • Dziadek będzie księżniczką

    Dziadek będzie księżniczką

    Grzegorz Kasdepke, A ja nie chcę być księżniczką

    Nasz Księgarnia 2015

    Lubię książki Grzegorza Kasdepke za ich przewrotność i humor – dokładnie taka jest właśnie A ja nie chcę być księżniczką. Marysia odgrywa scenki z rodzicami i dziadkami. Za każdym razem taka sama scenka: uwięziona księżniczka, smok, rycerz, który próbuje go pokonać, martwi rycerze, którzy polegli w walce. To Marysia przydziela jednak role – ona zawsze jest smokiem, królewną – mama, rycerzem – tata. Dziadkowie nudzą się na podłodze w strojach kościotrupów. Babcia wciąż namawia Marysię, by została księżniczką i Marysia, naciskana i lekko już znużona zabawą, decyduje się na zmianę. Smokiem zostaje babcia, a księżniczką dziadek. Marysia zaś zamienia się w basztę. Babcia jest oburzona: „Przecież jesteś śliczna jak księżniczka”. Marysia jednak nie tylko jest niezależna, ale i rezolutna, bo odpowiada: „No to będę ślicznym smokiem”.

    Kasdepke opowiada zatem mądrą historię o mądrej dziewczynce, która nie poddaje się naciskom starszych, nie godzi się na rolę ładnej panienki, wybiera aktywną zabawę. W gruncie rzeczy A ja nie chcę być księżniczką to książka o definiowaniu wizerunku i roli kobiety. Babcia, domowa despotka (to, że w drugim podziale ról ona właśnie zostaje smokiem ewidentnie o tym świadczy), próbuje wcisnąć Marysię w schemat dziewczynki ładnej, grzecznej i skupionej na ładnych, grzecznych i różowych zabawach. To także zabawna opowieść o nowej definicji męskości, która spełnia się nie w obowiązkach macho-rycerza, ale czułego ojca: tata jako rycerz nie może uwolnić księżniczki, za każdym razem zostaje pokonany przez smoka. Jego słabość wynika tu jednak z troski: „Może zdejmę zbroję (…). Żebyś nie skaleczyła się w język?” – pyta rycerz Marysię-smoka.

    Fantastyczne są też ilustracje Emilii Dziubak, której prace bardzo lubię. To ona właśnie ilustrowała dwie książki, o jakich już pisałam – Proszę mnie przytulić i Uśmiech dla żabkiPiotra Wechterowicza. Dziubak opowiada tę historię w dwóch wątkach: raz rysuje Marysię w stroju smoka z uroczym, dyndającym jej nad czołem pyskiem, a raz to, jak Marysia postrzega siebie – czyli smoka-giganta ziejącego ogniem, ledwo mieszącego się w domowym salonie.

     

    Świetna, dowcipna i mądra książka. Zabawna dla dzieci, dydaktyczna zaś dla rodziców.

  • Na dzień matki – Mueller

    Joanna Mueller, Powlekać rosnące (apokryfy prenatalne)
    Biuro Literackie 2013
    To jest opowieść o macierzyństwie, o posiadaniu dzieci i byciu człowiekiem, kobietą i matką. Historia, która wychodzi z macicy i łożyska, ale się do nich nie ogranicza, bo autorka próbuje ująć ciążę i wychowywanie dzieci jako zadania intelektualne. Joanna Mueller nawiązuje tutaj do tekstów feministek, ale i poetek, do wielkich dzieł kultury. Dla macierzyństwa szuka kontekstu filozoficznego, poetyckiego, antropologicznego. I taki też jest jej główny postulat – by matka pozostała myślącym człowiekiem, kobietą o pełnym życiu duchowym, nie ograniczała się do wypełniania jednej funkcji życiowej. Ten zbiór esejów nie jest jednak w żadnym stopniu wywodem zimnej egoistki – Mueller bardzo często odwołuje się do doświadczenia osobistego, do przeżyć z czasu ciąż, porodów i połogów. Stale pisze o emocjach, których dostarcza jej trójka własnych dzieci.

    Mueller, poetka i krytyczka, ujawnia się tutaj chyba przede wszystkim jako eseistka-feministka, jej opowieść skupia się bowiem na macierzyństwie i kobiecym, wojowniczym dość jego przeżywaniu. Kobieta funkcjonuje tutaj w sferze „bez”:

    Uczę się znów funkcjonować bez. Bez codziennych kilku kaw, bez wieczornego piwka przy filmie, bez wyjść towarzyskich, bez szaleństw do zawrotu głowy (…), bez smakołyków, skoro istnieje trzydzieści procent, że cukrzyca nawróci, bez planów na przyszłe wakacje, bez zaproszeń na festiwale i spotkanie autorskie, bez nadprogramowych wydatków (…), bez ambicji ukończenia tej książki, którą właśnie przez ciebie – dla ciebie zaczynam pisać.  
    Ale jednocześnie poświęcenie dla dziecka ma granice. Mueller − przyszła matka, szuka w literaturze wsparcia dla swojego egoistycznego pragnienia pozostania sobą, kobietą myślącą. Tropi więc różne teksty pod kątem macierzyństwa i kobiecości, czyta na nowo poezję Anny Świrszczyńskiej i Krystyny Miłobędzkiej, sięga po teksty feministek: Luce Irigaray, Julii Kristevy, Hélène Cixous. A za pośrednictwem Jestem babaŚwirszczyńskiej i esejów Claude’a Levi-Straussa zestawia swoje doświadczenie z macierzyństwem kobiet kolorowych czy ubogich. Łączy zatem to, co wniosła druga fala feminizmu z postulatami trzeciej fali. Stara się budować szeroki kontekst, łączyć doświadczenia i doznania kobiet z różnych grup społecznych i narodowych. Czyta Czarne mleko Elif Şafak o depresji poporodowej i List do nienarodzonego dziecka Oriany Fallaci, za każdym razem pokazując, że biologiczne uwarunkowania przegrywają z kulturowymi, że świadomość odgrywa rolę pierwszoplanową. W tekście Wywołać ubywające (lavabo) buduje swą refleksję w odniesieniu do Świrszczyńskiej i Sylvii Plath. Później zderza Plath piszącą o poronieniu z Obsoletkami Justyny Bargielskiej.

    W każdym tekście poszerza ona jednak od razu perspektywę, od fizjologii przechodzi do filozofii i literatury. Uprawie pisarstwo typowo kobiece: punktem wyjścia dla refleksji antropologicznej stają się u niej substancje abjektalne czyli mleko matki i krew. Za każdym też razem doświadczenie własne przekształca się w tutaj w opowieść uniwersalną. Fizjologia jest kluczem otwierającym, ale od niej prowadzi droga do opowieści o kobiecym ciele i życiu. W równym stopniu co o macierzyństwie jest to opowieść o budzeniu się kobiecej świadomości – Mueller snuje opowieść o „pokoleniach straconych” – kobietach, które skończyły studia, ale potem zamykały się w domach, by wychowywać dzieci i po latach odkrywały, że ograniczenie do matkowania zabiło w nich inne możliwości, ukradło tożsamość.

    Choć Mueller za feministkami powtarza wielokrotnie, że wszystko, co prywatne jest publiczne, to jednocześnie mało uwagi poświęca tutaj życiu publicznemu i politycznemu (wyjątek czyni, wspominając o matkach walczących w Polsce o miejsce w przestrzeni publicznej). Bardziej interesuje ją osobiste, indywidualne macierzyństwo, jego metafizyczny wymiar, konflikt z samą sobą, egoizm, który trzeba wykształcić, świadomość, którą w sobie należy pobudzić, wylinka, którą każda kobieta powinna zgubić. Pisze o ubezwłasnowolnieniu i zdobywaniu wolności i wydaje się, że właśnie te kategorie wyznaczają dwa przeciwległe bieguny jej wywodu – Mueller zwraca się przeciwko wszelkim sposobom ubezwłasnowolnienia, zawsze zaś za wolnością kobieco-matczyną.

    Powlekać rosnące to fantastyczny, erudycyjny, bardzo mądry i dojrzały zbiór. To także wyważona opowieść o tym, jak darować siebie drugiemu człowiekowi i jednocześnie zachować siebie.

    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w miesięczniku „Nowe Książki”.