Tag: eseje

  • Wielka sztuka, małe życie

    Wielka sztuka, małe życie

     

    Eseje Yeatsa trzeba przeczytać z trzech powodów: po pierwsze – wielkim poetą był; po drugie – w Polsce jest słabo znany, a to trochę wstyd; po trzecie – dobrze odtruć się za pomocą tekstu z innej epoki. Wejść w inny kontekst, inny słownik.

     

    William Butler Yeats, Eseje

    Przeł. Leszek Engelking

    Officyna 2017

     

    Leszek Engelking zebrał tutaj 17 esejów Yeatsa, które powstały na przełomie XIX i XX wieku. Wielką zaletą jego przekładu jest użycie współczesnego języka, usunięcie właściwej epoce stylizacji młodopolskiej. Czytam więc Yeatsa uwspółcześnionego, tłumaczonego poza kontekstem epoki – nie ma strachu jednak, rzeczowniki przypominają, kiedy powstały oryginały. Yeats pisze dużo o magii, czarodziejskich wyspach literatury, duchowej tęsknocie, niewidzialnym życiu, objawieniu, szczerości wyobraźni itp. – zjawiskach, przy których tylko twardzi zwolennicy modernizmu nie zamykają książki.

    Wskazuję jednak rolę przekładu dlatego właśnie, że język, jakiego Engelking użycza tu Yeatsowi, bardzo łatwo pozwala wyjść czytelnikowi poza ten słownik rodem z Przybyszewskiego i znaleźć w esejach irlandzkiego poety świetne rozważania na temat sztuki, jej miejsca w życiu społecznym i narodowym, relacji między różnymi rodzajami sztuk, a także – co dzisiaj wydaje się szczególnie ważne z perspektywy rynków wydawniczych – ironiczne przemyślenia na temat języków mniejszości i większości (odbiorców). Yeats, pisząc o poezji ludowej twórców romantycznych i sobie współczesnych, formułuje nagle dwa całkowicie nowoczesne wnioski: pyta o społeczne pochodzenie tych poetów i konstatuje, niczym urodzony marksista, że żadne z nich nie wywodził się z ludu, rozważa zatem sprawę wykształcenia, ale też autentyczności poezji, możliwości przedstawiania pewnych problemów i tradycji w literaturze. Interesuje go właśnie to, jak poeci, sięgając po mity, legendy ludowe, tradycyjne pieśni, fingują szczerość, stylizują się na prostaczków, choć pochodzą z wyższych, wykształconych warstw.

    Złym smokiem w tej pięknej baśni o literaturze Yeatsa jest postęp, rozwój cywilizacyjny i nauka. To one odpowiadają za „obumieranie ludzkich serc”, powodują też, że pogrzebaliśmy wyobraźnię. Yeats marzy o powrocie magii, „wczucia”, metafizyki, religii.

    Odrzucenie opisów przyrody w imię samej przyrody – to jeden z jego postulatów.

    Oczywiście kompletnie się z nim nie zgadzam, ale nie wiem, czy on sam byłby zadowolony, gdyby zobaczył, że w dzisiejszej kulturze właśnie „magia” i „wczucie” odpowiadają za większość tekstów nieautentycznych, nieudolnych, pisanych w pocie czoła przez  nieuków.

    Drugą sprawą, którą Yeats w swych esejach uważa za oczywistą, a dzisiaj stanowi ona temat istotnych dyskusji, jest przekonanie o autentyczności i wewnętrznym, naturalnym ładzie sztuki:

    Gwałtowna energia, która wszystko uporządkuje, jeśli tylko to wszystko pochodzi ze szczerego serca.

    Jakby to powiedzieć delikatnie: no, hell no. Dawno już nie widziałam w literaturze „szczerego serca”, a nawet jeśli się ono pojawia, to gwarantuje nam nieuporządkowany strumień emocji, które dopiero ręka redaktora musi uregulować.

    I trzeci wątek ważny dla Yeatsa, który dzisiaj można wydobyć: rozważania warsztatowe dotyczące takiego konstruowania tekstu, by opowiadał on o zjawiskach wielkich i trudno uchwytnych:

    Nie może być wielkiej sztuki bez małego, ograniczonego życia fabuły, która jest tym lepsza im prostsza oraz bogatego, idącego daleko, wieloobrazowego życia tylko na wpół widzianego świata poza nią.

    Yeats chce zatem takiego montażu w obrębie tekstu, by maksymalnie prosta historia odsyłała w sposób ukryty i nieoczywisty do jakiś treści głębszych. Powołuje się na Balzaka, Flauberta i Maeterlincka. Od razu przychodzi też na myśl przykra kontra, bo współczesna literatura polska robi na odwrót: kaszaloty szybują po niebie, autorka romansów wyjeżdża do hotelu-spa w Ząbkowicach Śląskich, stare małżeństwo młodnieje i przenosi się do skolonizowanej przez Francuzów Polski lat 60. itp., itd. Nie da się streścić rozbudowanych fabuł, natomiast spokojnie można w jednym zdaniu opowiedzieć o zawartości światopoglądowych tych powieści. Co potwierdza tylko moje przekonanie o ich miałkości i pustosłowiu.

    Te eseje Yeatsa, z którymi można się kłócić albo zgadzać, opierają się na jednym zasadniczym i ważnym dzisiaj założeniu: nie ma nic bardziej serio od literatury, nie ma niczego ważniejszego, co mocniej wiązałoby się z życiem. Amen.

     

    Przyznam, że do Yeatsa mam słabość od liceum, ze względu na jego poezję. Wracam do niego jak do starego, ale zapomnianego, dawno go nie czytałam. Odkrywam jednak nowe powody do sympatii: Yeats nienawidzi poezji śpiewanej!

    Po cóż pisać piosenkę miłosną, jeśli śpiewak zamiast „miłość” wymawia „miło-o-o-o-o-ść”.

    He he.

     

  • Wakacyjny kicz Spingera, czyli dlaczego wydawca robi krzywdę autorowi

    Wakacyjny kicz Spingera, czyli dlaczego wydawca robi krzywdę autorowi

    Filip Springer, Księga zachwytów
    Agora 2016
    Właściwie można się było spodziewać, że Księga zachwytów zachwytu nie wzbudzi. Springer wydał bowiem swoje felietony, które pisał na temat różnych polskich obiektów architektonicznych dla portalu Gazeta.pl od 2014 roku. Wyszła z tego potężna książka, bardzo starannie wydana. I to właściwie wszystko, co można o niej dobrego powiedzieć: ładna i gruba. Kłopot polega na tym, że teksty, które znajdziemy w środku pisane były lewą ręką, mimochodem, poza głównymi obowiązkami i zajęciami Springera. Książka złożona z tekstów pisanych i publikowanych przez długi czas jest zawsze nierówna, tutaj jednak widać, jak słaba jest całość. Teksty są słabe, bo krótkie, o ewidentnie prezentacyjnym charakterze, pisane dla szerokiej publiczności internetowej, a więc stroniące od trudniejszych terminów. Powstające na marginesie, a więc też dość niechlujnie, niestarannie:
     
    Dominacja kolorowego plastiku i paździerza jest tu zbyt silna i despotyczna, by oprzeć się jej mogło cokolwiek. W tego typu miejscach zwanych „wakacyjnymi destynacjami” wszystko musi być bowiem bardziej i mocniej. Bo przecież podczas urlopu doznania muszą być silniejsze. Dominujące tu środki architektonicznego wyrazu, jeśli tak można górnolotnie nazwać to, co tu się dzieje, zbliżają tego typu miejscowości do parków taniej rozrywki. Jeśli którąś z nadmorskich miejscowości regionu można nazwać stolicą wakacyjnego kiczu i ostatnim kręgiem urlopowego piekła, z pewnością będzie to Mielno. W wysokim stężeniu występuje tu wszystko to, na co choruje polska przestrzeń.
    W tym krótkim, ale reprezentatywnym fragmencie widać wyraźnie brak staranności warsztatu Springera (a to zjawisko do tej pory u niego niespotykane, stąd przykry zawód czytelnika) – frazy, których nie znajdziemy w jego wypieszczonych językowo książkach. Tutaj krótkie szkice o architekturze zamieniają się w publicystyczne, tanie kawałki, operujące słownictwem nadużywanym przez dziennikarzy zajmujących się tą dziedziną: „wszystko musi być bardziej i mocniej”, „choroba polskiej przestrzeni”, „wakacyjny kicz”. Czekałam tylko, aż Springer napisze jeszcze o amatorach białego szaleństwa i  niebieskim paliwie – wtedy mielibyśmy już komplet komunałów.
    Czyja to jest wina? Wydawnictwa Agora, które chciało skapitalizować markę, czyli zarobić na tekstach coraz modniejszego autora. Łatwo i przyjemnie odcina się takie kupony, zwłaszcza jeśli puszcza się do druku dokładnie te same teksty, które wcześniej umieszczano na portalu. Agora odcięła więc kupony od sukcesu Springera i dwóch wydawnictw, z którymi związany był wcześniej i dzięki którym zrobił karierę. Czarne i Karakter dbały o niego jednak dużo bardziej, bo działy promocji zaczynały swoje działania marketingowe wcześniej, wydawcy bardziej też dopieszczali jego książki. Promocja Księgi zachwytów zaczęła się tydzień przed publikacją. Dlaczego tak późno? Ktoś się zagapił? Wydawca stracił wiarę w sukces książki? Jeśli tak, to po co ją w ogóle drukował? Wychodzi na to, że w procesie odcinania kuponów od sławy Springera Agora odcięła mu też kilka palców, bo ta słaba książka źle zrobi raczej autorowi niż wydawcy.
    To także wina Springera, bo zajmując się wyłącznie pisaniem, zapomniał chyba, że trafiają mu się teksty słabsze, że nawet taki pracoholik-profesjonalista może mieć za dużo na głowie, że puszcza teksty-szmaty. Nie potrafił się obronić przed wydawcą, albo zapomniał, że – jeśli używać dalej metaforyki sportowej – wydawca gra przede wszystkim na siebie, a nie na autora.  
    Jeśli popatrzeć na publikację tej książki z punktu widzenia marketingu autorskiego (pisarz jako marka, wartość rynkowa), to była ona bezsensowna z innego jeszcze powodu: Springer wydał jesienią swą ostatnią książkę (13 pięter w Czarnym). Obecność marki Springer na rynku jest więc widoczna, bardzo wyraźna, rośnie jego autorytet. Nie było więc żadnej konieczności, żeby publikować taką słabiznę.

     

  • Pan zrobi, żeby wyglądało

    Marcin Wicha, Jak przestałem kochać design
    Karakter 2015
    To chyba najczęściej komentowana książka tej wiosny, wszędzie w Internecie widać do niej odniesienia, cytaty i wywiady z autorem. Mnożą się recenzje na blogach książkowych, choć przecież Wicha napisał anty-poradnik, a nie powieść. Wszyscy piszą, czym ta książka nie jest i co w niej zabawnego, zachwycającego, chwalą, jak sprytnie puentuje okropne zachowania niewykształconych klientów agencji reklamowych, którzy chcą mieć plakat na błyszczącym papierze i z dużą ilością kolorów. Każdy swoją wypowiedź krytyczną zaczyna od sakramentalnego zdania: „Ja się nie znam, ale…” i tu oczywiście zaczyna się seria skojarzeń, z których Freud mógłby napisać kolejne fundamentalne dzieło:
     
    A ten drugi projekt, pani hrabino? Ten ze słoneczkiem?
    Ja się na tym nie znam, ja nie jestem designer rzekła hrabina. Ale ja to pokazałam moj monsz. On jest Anglik. I moj monsz, Anglik, on powiedział: sonce to jest sun. Sonce to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A ten latawiec?
    Co wy mnie tak pytacie? Ja się nie znam, ja się nie interesuję. Mowiłam, ja nie jestem designer Ale ja to pokazała moj monsz. Moj monsz, Anglik, popaczył i powiedział: latawiec to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A piłka? Mnie się nawet podoba, taka kolorowa spróbował któryś wójt.
    Moj monsz, Anglik, powiedział: piłka to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A ten taki z niedźwiedziem?
    Moj monsz, Anglik, popaczył i powiedział: tutaj nie ma Rosja.
    Dla mnie jednak jest to przede wszystkim książka o tym, że choć w polskiej sztuce zmieniło się wszystko, w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło – Wicha, rocznik 1972, a więc pamiętający zamierzchłe czasy PRL-u, zgrzebnemu komunizmowi poświęca sporą część swojej książki. Produkcja cywilna w każdej chwili mogła zamienić się w wojenną, więc makaron wytwarzany w polskich fabrykach miał średnicę gilzy, a traktor można było zamienić w czołg. Autor pisze o stopniowaniu szarości i o beżowo-brązowym dominującym wszędzie kolorze, o paskudnych wyrobach, które i tak znikały z półek, o niepotrzebnej wtedy reklamie: 
     
    I tak żaden plakat nie zachęciłby ludzi do kupienia biletów na bułgarski western lub przywdziewania odzieży roboczej.
    Wicha, pisząc o designie, robi też psychoanalizę tłumu – to z powodu szarości komunizmu Polacy teraz chcą mieć kolor, to z powodu dominujących w nędznym komunizmie form prostych, marzą dzisiaj o gargamelowych kształtach, przesadzie, rozwichrzeniu, nie dają grafikowi dojść do głosu. Z niedosytu wpadliśmy w przesyt, nadmiar barw, faktur i kształtów. Skończyła się epoka metafory, przenośni, zawoalowanych znaczeń, ich miejsce zajęła dosłowność  (nie ma riba – nie ma sens). Z jednego rodzaju brzydoty płynnie przeszliśmy w jej odmienny gatunek. Wicha pisze tu z niechęcią i złośliwością, frustracją, ujawnia się jako projektant, któremu narzuca się pozycję podwykonawcy, którego pomysły się krytykuje, zasłaniając jednocześnie własną ignorancją.
     
    Jak przestałem kochać design to opowieść wielowątkowa – o tym, jak zmieniają się trendy, ale też i o tym, jak zmienia się społeczeństwo, jakie formy wybiera i z czym toczy wojnę w imię swojej koncepcji sztuki. Przede wszystkim to jednak historia o szukaniu podwójnych znaczeń, pokazująca zmiany w naszej świadomości zapisane w przedmiotach.

     

  • Pochwała żarliwości

    Pochwała żarliwości

     

                               
    Marek Bieńczyk, Książka twarzy
    Świat Książki 2011
    Najnowsza książka Marka Bieńczyka skrojona została z jego drobnych tekstów prasowych, felietonów i esejów, należy więc do tego typu pozycji, które powstają raczej z inicjatywy wydawnictwa niż samego autora. Zazwyczaj to specjaliści od literackiego marketingu zabiegają o przygotowywanie publikacji tego typu, by umocnić status autora na rynku, zrobić szum wokół jego nazwiska. Jednakże Książka twarzy wydaje się doskonałym wyborem: gruba, wielotematyczna, zróżnicowana, a zarazem przepojona duchem autora, jego stylem, estetyką, wrażliwością. Choć teksty zebrane w tomie powstawały przez wiele lat i dotyczą rozmaitych dziedzin (od sportu, podróży i kulinariów aż do sztuki translatorskiej, powieściowej i refleksji teoretycznoliterackiej), wszystkie połączone są właśnie autorskim sposobem patrzenia na świat, żarliwością, pędem do zanurzenia się w życiu, który równocześnie podszyty lękiem i pragnieniem przyjęcia postawy kontemplacyjnej.
    Książka Bieńczyka wydaje mi się szalenie francuska z ducha, choć to spostrzeżenie brzmi paradoksalne w odniesieniu do tekstu tak mocno zanurzonego w kontekście polskim. Autor wspomina swoje dzieciństwo – spędzone nad cyklem poświęconym Winnetou, na stadionie Legii i Gwardii Warszawa, na kortach Legii, meczach młodziutkiego Fibaka. Bieńczyk opisuje pokolenie, dla którego największym bohaterem był Kazimierz Górski, a najważniejszym doznaniem – zwycięstwo polskich piłkarzy w 1974 roku. Jednocześnie pewna „francuskość” przejawia się w sposobie percypowania rzeczywistości, jej namiętnym, żarliwym pochłanianiu, zgłębianiu wszelkich jej przejawów: Bieńczyk równie silnie odbiera przecież spotkanie z Borgiem, ostatni mecz Agassiego, zdanie z powieści Chandlera, podróż do Brazylii. Sytuacje egzystencjalne, doświadczenia zmysłowe i kontakt z dziełami kultury mają tu tę samą moc, odbierane są dwutorowo – zmysłowo i intelektualnie (nigdy nie ma tu ograniczenia do tylko jednej sfery, jednego poziomu: lektura Winnetou daje przyjemność, ale też uczy moralności, stosunek do wina przekłada się na wizję świata i kultury, kajakarstwo odsyła do kolejnych cywilizacyjnych prób zapanowania ciała nad naturą), a ten sposób przyjmowania bodźców z zewnątrz, ich literackiego opracowywania wydaje mi się właśnie charakterystyczny dla kultury francuskiej.
    Najwłaściwszym określeniem charakteryzującym cały zbiór Bieńczyka byłby chyba właśnie zachwyt – nad lekturami, podróżami, winem, sportem. To w zachwycie właśnie, w pewnego rodzaju zapamiętaniu, realizuje się sposób Bieńczyka na opowiadanie o życiu. Nie ma tutaj bowiem intelektualnego rozgraniczenia na to, co wysokie i niskie, godne i niegodne, na zajęcia duchowe i przyjemności fizyczne, a tym samym znika podział na rzeczy warte zainteresowania i refleksji oraz te służące wyłącznie rozrywce. W Książce twarzy wszystko warte jest przemyślenia, a zarazem stanowi źródło przyjemności. Intelektualizm zaś przejawia się na innej płaszczyźnie – w gotowości do wyprowadzania uniwersalnych wniosków, myślowego przepracowywania każdej sytuacji, w jakiej Bieńczyk się znajdzie. Zdjęcie Beenhakkera w prasie popycha go na tory refleksji teoretycznej, czytając twarz selekcjonera reprezentacji, widzi w niej Barthesowski porządek pojęć i porządek substancji, dostrzega Różnicę, która oddziela holenderskiego trenera od polskich działaczy (tutaj też uruchamia się typowa dla Bieńczyka ironia, lekkość pióra felietonisty:
    Choć z tak odległych niekiedy miotów, są sobie jakoś bliscy [polscy trenerzy], i etnicznie, i mimicznie; na ich twarzach jest wypisana podobna, całkiem inna niż u Beenhakkera, egzystencjalna kalkulacja, negocjacja z życiem; wśród trenerów może jeden Gmoch (…) mógłby swą wydłużoną szczęką wybić dziurę w murze podobieństwa.  
    Nawet zdarzenia, które stają się z reguły powodem do frustracji, tutaj stanowią rodzaj pożywki, punkt wyjścia do zastanowienia: to właśnie uwięziony w motelu przy lotnisku we Frankfurcie Bieńczyk wymyśla nowy sposób podróżowania i nowy typ turysty absurde traveller, którym sam staje się w czasie wycieczki do Brazylii, gdy obwożony po górskich kurortach, nie ma kontaktu z plażami, lokalną kuchnią, a architektura przypomina francuskie i niemieckie górskie miasteczka. Spacer po paryskiej ulicy des Ecoles budzi w nim wspomnienie Barthesa, bo właśnie w tym miejscu sławny badacz doznał wypadku, który spowodował jego śmierć.
    Bieńczyk objawia się w tym tomie jako podróżnik, sportowiec, kibic, smakosz, ale najważniejsze doznania, teksty najdłuższe przynoszą rozważania nad literaturą – te poświęcone Chandlerowi, Słowackiemu, Barthesowi, Laclosowi, Flaubertowi. Bieńczyk-pisarz czyta literaturę inaczej niż przeciętny czytelnik, szuka rytmu zdań, melodii języka, przechodzi od poziomów najniższych – zdań i akapitów – do poziomu sensu. Porównuje różne przekłady (świetne studia na temat Laclosa i Flauberta), ale nie tylko po to, by rozkoszować się urodą języka, lecz po to, by wskazać różne znaczenia, kolejne interpretacje, jakie towarzyszyły poszczególnym translatorom. W tekstach poświęconych powieściom wprowadza rozróżnienie na powieść epileptyczną i eliptyczną – ta jego zupełnie prywatna, zabawna klasyfikacja stanowi punkt wyjścia do rozróżnienia powieści ujawniającej wszystkie elementy świata (Balzak) oraz takiej, która zataja, pozostawia miejsca puste (Flaubert).
    Książka Bieńczyka, choć u swej genezy niespójna, staje się całością koherentną, ukształtowaną przez perspektywę autora – opartą na żarliwości, na pochwale zaangażowania w życie, na kontemplatywnym podejściu do życia aktywnego.