Tag: esej

  • Przemoc jako temat kultury

    Przemoc jako temat kultury

    Czy można pisać o przemocy tak, żeby jej nie pokazywać? Żeby ją jednocześnie uwypuklić i umniejszyć? Można.
    Nelson robi to w swojej książce o procesie zabójcy swojej ciotki.
    „Argonauci” udowodnili już, jaki Nelson ma styl, jak potrafi wydobywać nieoczywistości, sprzeczności, niekonsekwencje z sytuacji codziennych i pokazali też, że do jej zasadniczego instrumentarium należy jeden chwyt: pogłębionej analizy sytuacji pozornie nieznaczących i pozornie niewinnych.
    „Czerwone fragmenty” powstały w oryginale 10 lat przed „Argonautami”, gdy Nelson była wykładowczynią na uniwersytecie pośrodku niczego, w miejscowości Middletown.
    Głównym tematem tej książki jest przemocy – przemoc wobec kobiet – dodać trzeba. Taka przemoc, która często stanowi ornament, punkt zero, rodzaj ramy narracyjnej wykorzystywanej przez kulturę masową. Jej ciotka padła ofiarą seryjnego mordercy jako młoda dziewczyna. Porzucone ciało odnaleziono na cmentarzu, przez prawie 40 lat nie dało się znaleźć sprawcy. Bardzo bym chciała, żeby twórcy polskiego kryminału, tak często odwołujący się właśnie do takiej sytuacji – z niej biorący rozbieg, sięgnęli po „Czerwone fragmenty”, bo autorka pokazuje, że przemoc wobec kobiet nie jest czymś zwykłym i łatwo akceptowalnym, że dotyka całej rodziny, przechodzi na kolejne pokolenie w postaci ukrytego lęku i świadomej obsesji.
    Przy czym nie jest to bynajmniej opowieść łatwa, dydaktyczna, gotowa do wypisania na sztandarach. Bo Nelson rozważa w niej także samo pisanie o przemocy, jego uwikłania w płeć, w łzawe stereotypy, które mają nam dać (złudną) pociechę, poczucie, że oto wiele dzieli nas od umysłu mordercy.
    No i książka ta w gruncie rzeczy nie nadaje się zupełnie dla polskich czytelników, skoro ciągle powracają u nas dyskusje o kastracji skazańców, karze śmierci. Bo choć przygląda się ona samemu mordercy, to jednocześnie widzi w nim człowieka, produkt społeczeństwa i kultury, a nie dewianta, który zasługuje na najsroższą karę i na społeczną zemstę.
    Przeł. Anna Gralak @wydawnictwoczarne
  • Wojna na kobiecym ciele

    Wojna na kobiecym ciele

    Sofi Oksanen to autorka, która powoli staje się w Polsce coraz głośniejsza – wiosną 2015 r. ukazała się jej druga powieść Gdy zniknęły gołębie, w czerwcu tego samego roku gościła na Big Book Festival w Warszawie.
    Nie sposób kupić jej pierwszą książkę, zatytułowaną Oczyszczenie – nie ma jej w oficjalnej dystrybucji, nie ma w antykwariatach ani na aukcjach internetowych. Urodzona w 1977 r., opublikowała pięć powieści, za które otrzymała wiele prestiżowych nagród. Wywodzi się z rodziny o estońsko-fińskich korzeniach, jako swój temat wybrała jednak przede wszystkim historię estońską, która staje się u niej pretekstem do opowiadania o zbiorowym losie, o tym, co spotykało Estonię w czasie wojny, komunizmu i bolesnego wyzwolenia w latach 90.
    Dla czytelnika polskiego perspektywa Finko-Estonki, paradoksalnie, wydaje się naturalna, bliska. Oksanen odwołuje się do II wojny światowej, do doświadczeń małego narodu, który ulec musi dominacji Związku Radzieckiego – Polakom łatwo się zatem utożsamić z losami jej bohaterów. Wydaje się, że czytamy o sobie: walka partyzantów z komunistami w latach 40., czyszczenie podziemia, umacnianie władzy ludowej i wiodąca rola towarzyszy z ZSRR w Estonii przebiegały podobnie jak w Polsce. Jednocześnie autorka opowiada o świecie wojennym zupełnie nam obcym: zanim nastało w Estonii panowanie komunistów, silne były wpływy nazistów, spora część społeczeństwa popierała też wojnę Hitlera, widziała siebie jako nadludzi, wyraźnie odróżniając się od żydowskich i słowiańskich obywateli. Takich doświadczeń Polacy w latach 40. nie mieli, a jak pokazuje wyraźnie Oksanen, los wspólnoty kuszonej przez dwa totalitaryzmy, zbyt słabej politycznie, by móc podjąć walkę, jest losem wybitnie demoralizującym, konstruującym dylematy trudne do pojęcia dla kogoś spoza żelaznej kurtyny.
    *
    Oksanen nie chce jednak być ani pisarką narodową, ani eksportową. klucz polityczny nie jest dla niej najważniejszy, choć obsesyjnie w kolejnych tekstach wraca ona do podległości estońskiej wobec nazistów i komunistów. To, co wydaje się dla jej pisarstwa najbardziej istotne, to starcie żeńsko-męskie na tle wydarzeń historycznych. Doświadczenie czytelnicze podpowiada nam, że pisanie o wojnie, nawet w duchu pacyfistycznym, nie jest ani łatwe artystycznie, ani proste moralnie. Każda reprezentacja wojennej przemocy, każda próba kompromitacji wojny jako pasma zdarzeń bezsensowych, biologicznego wyniszczenia stanowi przecież w jakiś przewrotny sposób apologię owej przemocy, daje czytelnikowi wstydliwą przyjemność obcowania z nią. Ryszard Koziołek w eseju o Sońce Karpowicza wylicza autorów, którzy pomimo krytycznego stosunku do wojny nie uniknęli jednocześnie jej mitologizacji, nadawania jej sensu, jakiegoś głębszego (choć negatywnego) znaczenia: Remarque, Trakl, Żeromski, Wittlin, Littell. Nie jest to jednak prawidłowość, której nie udaje się przezwyciężyć, wystarczy przecież do tego równania Koziołka dodać pisarki – ani u Sofi Oksanen, ani u Swietłany Aleksiejewicz nie znajdziemy tego krytyczno-fascynującego splotu w opowieści wojennej. Zmiana optyki z męskiej na kobiecą przekształca zupełnie sensy wypełniające opowieści wojenne. Każda z nich przesuwa punkt ciężkości z mężczyzny na kobietę, pokazuje wojnę jako szereg czynności absurdalnych, mężczyzn zaś jako głupców, którzy dają się uwodzić ideologii. U Oksanen w tę męską wojnę kobiety zostają uwikłane nie z własnej woli, lecz z powodu męskiej decyzji.
    Jej narracje wymierzone są w dwa typy opowieści: o męskim bohaterstwie i o historii pisanej przez zwycięzców. W Oczyszczeniui Gdy zniknęły gołębie chodzi zatem o to, by oddać głos tym, którzy do tej pory go nie mieli, Estończykom podporządkowanym dyskursowi sowieckiemu oraz postaciom kobiecym. Oksanen w mistrzowski sposób montuje historie jednocześnie emocjonalne i intelektualne, wspólnotowe i indywidualne, miłosne i polityczne. Oczyszczenie rozpoczyna się od dramatycznego zauroczenia dwóch sióstr estońskim chłopakiem Hansem Pekkiem. Choć Hans żeni się ze starszą Ingel, to właśnie wieloletnie poświęcenie młodszej Aliide ratuje mu życie. Hans walczy w partyzantce antykomunistycznej i po 1944 r. musi się ukrywać, siostry w domu rodzinnym budują mu więc skrytkę, w której spędza całe lata. Bite, torturowane, przesłuchiwane nie wydają bliskiego człowieka. Hans nie jest jednak ważny w tej historii, jego obecność za ścianą stanowi bowiem tylko pretekst, by opowiadać, jak radziły sobie kobiety zmuszone do pracy w gospodarstwie, jak bały się strzałów w lesie i jak po wojnie zadawano im rozmaite cierpienia, by wydały swoich bliskich – teraz wrogów ludu. W Gdy zniknęły gołębie główna bohaterka pomaga estońskiemu ruchowi oporu ukrywać Żydów, nawiązuje z czystej miłości romans z niemieckim oficerem, wreszcie staje się kochanką partyzanta. Po wojnie zaś wraca do męża – urzędnika ministerstwa bezpieczeństwa, szpicla, donosiciela i fałszerza. Za każdym razem jednak zachowując własną osobność, a nawet obcość wobec dominujących nad nią mężczyzn.
    *
    Ten subwersywny, rewindykacyjny charakter opowieści odnajduje potwierdzenie w konstrukcjach narracyjnych, bo autorka w strategii odwracania porządku na nice idzie konsekwentnie przez wszystkie poziomy powieściowego świata. Oksanen rozbija różne schematy, które znamy z filmowych i literackich popularnych historii o wojnie: Aliide, by chronić Hansa-partyzanta, zabija, szantażuje, wysyła na zesłanie. Juudit w jednej z pierwszych scen Gdy zniknęły gołębie lękliwie wpatruje się w dzwoniący telefon. Nie boi się jednak tego, że może dowiedzieć się o śmierci męża, ale przeciwnie – obawia się, że może przeżył on zawieruchę wojenną i zechce do niej wrócić. W świecie Oksanen nie istnieje żadna wartość absolutna, którą udawałoby się jakoś obronić, nie porzucić jej, gdy nadciągnie niebezpieczeństwo. W Oczyszczeniu rzuca się na stół do tortur małą dziewczynkę, jej matka pozwala na to, by bronić swego męża, ukrywającego się we wsi. Partyzanci w Gdy zniknęły gołębie wymuszają pomoc szantażem i przemocą, niemiecki oficer staje się romantycznym kochankiem, troskliwym i zaangażowanym. Oficer estońskiego wojska szybko zamienia się w obozowego kata, odpowiedzialnego za śmierć wielu żydowskich więźniów, później w donosiciela i mordercę. Z rozbijania schematów, w ramach których uporządkowaliśmy sobie przeszłość, Oksanen czerpie energię do konstrukcji niezwykłych, drenujących świadomość czytelnika obrazów. Jej celem jest właśnie wywołanie zamieszania, zbudzenie zastanych wyobrażeń, uruchomienie dyskusji na temat moralności, granic poświęcenia, przede wszystkim zaś odpowiedzialności za własne czyny, pragnienie biologicznego trwania i walkę o własne szczęście. Jej bohaterki bowiem mogą walczyć tylko podstępem, tylko opierając się na męskiej sile. Aliide, jako samotna kobieta, doświadcza zbiorowego gwałtu. Aby więc zapobiec takim sytuacjom w przyszłości, wychodzi za mąż za najżarliwszego komunistę we wsi. Te dramatyczne kobiece losy są zatem oskarżeniem świata męskiego, jego zakłamanego systemu wartości, takiego przebiegu procesu historycznego, w ramach którego to kobieta zawsze więcej traci: dom, dzieci, godność, integralność cielesną, dobre imię. Oksanen zdaje się mówić, że nie tylko męski popęd seksualny ma charakter prymitywny i destruktywny, że popęd polityczny równa się z nim na skali zniszczeń. Nie ma u niej pociągającego obrazu wojny, nie ma wpisanych żadnych wyższych znaczeń, ponieważ celem wszystkich kobiecych wysiłków jest jedynie ocalenie życia, biologicznego istnienia, którego nie ima się żadna ideologia. Nie ma zderzenia wartości, bo kruche kobiece ciało zawsze ugina się wobec męskiej przemocy.
    Czekać możemy zatem tylko na wydanie po polsku pozostałych jej książek, w których opowieść o wiejskiej estońskiej wojennej rzeczywistości staje się diagnozą całego naszego świata.
    Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie, tłum. Sebastian Musielak,
    Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 368
    Sofi Oksanen, Oczyszczenie, tłum. Sebastian Musielak,

     

    Świat Książki, Warszawa 2010, s. 336
     
     
     
    Ten tekst ukazał się najpierw w miesięcznik „Znak” – grudzień 2016, nr 739. 
  • Książka na zakręcie

    W ostatnich latach coraz częściej mówi się o kryzysie czytelnictwa: alarmują fatalne wyniki badań narodowego czytelnictwa, publicyści straszą, że zniknie książka papierowa, że nasze dzieci czytać będą wyłącznie treści internetowe. W pesymizm wpędzają rankingi najlepiej sprzedających się książek: rządzi na nich trylogia o młodej dziennikarce ze słabością do pejcza i podobne wzorowane na niej opowieści. Polską prozą reprezentują słabe stylistycznie przygody właścicielki pensjonatu nad rozlewiskiem. Czy zatem książka jako taka jest za zakręcie? Czy polski rynek literacki okazuje się słabszy, gorszy niż ten zachodni?

    Zawsze, gdy czytam, że we Francji jakiś tytuł sprzedał się w nakładzie 800 tysięcy egzemplarzy, w Polsce zaś rozeszło się jedynie 22 tysiące (przypadek niezwykłej, skandalizującej powieści „Łaskawe” Jonathana Littella. Jak na polskie warunki to był hit – dla porównania to samo wydawnictwo w tym samym roku sprzedało 17 tys. egzemplarzy „Lodu” Jacka Dukaja), zastanawiam się, czy nasze słabsze wyniki są rezultatem niechęci wobec książki. Czy to, że mało czytamy, stanowi efekt wtórnej analfabetyzacji, niechęci do tak nudnego i niedochodowego zajęcia jak czytanie? Czy też za przyczynę należy uznać raczej zmierzch paradygmatu kultury druku? Zmiany w tempie życia? Konkurencyjne wobec książki sposoby tekstowej komunikacji? A może to po prostu rezultat biedy? Takiej biedy, której nie widać z perspektywy centrum dużego miasta, a którą widzi każdy mieszkaniec miasta powiatowego. Nie można wszak wierzyć, że stopniowe odchodzenie od książek (albo też znikanie książek) wynika jedynie ze społecznej niechęci.
     
    Na początek trochę otrzeźwiających danych: w Polsce wydaje się średnio 30 tysięcy tytułów  rocznie, w tym tylko 5 tysięcy można zaliczyć do beletrystyki. Większość z nich to literatura tłumaczona, najczęściej zresztą z angielskiego, średni nakład powieści to między 3 a 5 tysięcy egzemplarzy (dla porównania tomy poetyckie ukazują się w nakładzie 300-500 egzemplarzy). Książka z roku na rok drożeje, dzisiaj średnio kosztuje 37 złotych brutto. W Polsce w 2012 roku działało około 2 tysięcy księgarni stacjonarnych, w Internecie istnieje 550 księgarni. Czyta tylko 32 procent społeczeństwa. Najgorzej jest na wsi − 50 procent mieszkańców wsi nie sięga po książkę wcale. To lapidarne zestawienie przekłada się na oczywiste wnioski – nie czytamy, bo książki są za drogie, bo za 37 złotych można kupić dziecku ubranie albo trampki, albo kilka kilogramów proszku do prania, albo dwa szkolne bilety do kina, albo zamówić trzy-cztery kawy w kawiarni. Każdy z nas ma swój przelicznik. Nie czytają mieszkańcy wsi, bo są najubożsi, bo dla nich 37 złotych to stosunkowo znacznie wyższa kwota.
     
    Otóż nic nie jest takie proste − proszę jeszcze raz popatrzeć na te statystyki. Owszem, nie czytają mieszkańcy wsi, a książki są drogie, ale wynika z nich także, że nie czyta 25 procent inteligencji, że nie czytają prawnicy, lekarze, dziennikarze, aktorzy, nauczyciele, inżynierowie, muzycy, filmowcy, menadżerowie, naukowcy, księża, politycy, psychologowie.  Przywoływany tu raport jest alarmujący także dlatego, że w czasie badań pytano o lekturę przynajmniej jednej książki rocznie (więcej niż 7 książek rocznie czyta jedynie 12 procent społeczeństwa). Oznacza to (i tutaj powinny zadrżeć nie tylko nasze humanistyczne dusze, ale i wszyscy ci, którzy ustawiają się w kolejce do lekarza, szukają porady prawników lub liczą na rzetelne informacje w serwisach telewizyjnych), że 25 procent pracowników nie doskonali się zawodowo, nie czyta literatury profesjonalnej, nie aktualizuje swojej wiedzy, nie uczy się niczego nowego. Nie jest więc to zatem tylko kłopot naszego wolnego czasu i tego, że społeczeństwo głupieje po godzinie 17, poddając się władzy szklanego ekranu. Durniejemy także między 9 a 17, pracując ciągle w oparciu o wiedzę, którą zdobyliśmy w czasie studiów. Nie czytają zatem ludzie, których stać na kupno książek, dla których 37 złotych to cena lunchu, jedno wejście do aquaparku, 2 smakowe latte w Warszawie. Nie czytają mieszkańcy dużych miast, mający łatwy dostęp do bibliotek oraz do oferty instytucji kultury, zapraszani na spotkania autorskie, promocyjne, dyskusje panelowe i wieczory poezji. Oznacza to, że nie istnieje w Polsce społeczeństwo wiedzy, tak hucznie anonsowane w różnych raportach, stanowiące też powód do dumy wielu polityków. To właśnie jego istnienie miało nam zagwarantować wysoką pozycję w Europie. Cóż…
     
    Cena książki nie jest barierą ostateczną, najważniejszą. Nie czytamy bowiem i tego, co znajdziemy za darmo w Internecie. Badania pokazują bowiem, że 33 procent osób korzystających z sieci nie czyta tekstów dłuższych niż „trzy ekrany komputera”. W Internecie zaś śledzimy tylko te treści, które nas interesują, są aktualne, bezpłatne, podane w nowoczesnej formie (a więc teoretycznie mają te wszystkie zalety, których nie ma przestarzała, papierowa, napisana archaicznym językiem książka – jak choćby taka jedna długa o gryce i dzięcielinie).  Dlaczego zatem nie czytamy tego, co nas interesuje, dlaczego wybieramy treści krótkie, powierzchowne, często przepisane z innych portali?
     
    Sprawdźmy jeszcze inne przekonanie – wielu nauczycieli skarży się, że młodzież nie czyta. Statystyki mówią jednak, że młodzież czyta dużo więcej niż dorośli, częściej też korzysta z bibliotek. 70 procent nastolatków wypożycza książki, tymczasem tylko 24 dorosłych potrafi znaleźć drogę do biblioteki. Jak pisze w ostatnim numerze „Książek. Magazynu do czytania” Jacek Dukaj, współczesna literatura młodzieżowa stała się dzisiaj wzorcem opowieści – tzw. young adult, czyli właśnie powieści dla starszej młodzieży rządzą we wszystkich rankingach bestsellerów. Sięgają po nie coraz częściej i dorośli, wiele osób szuka w nich przygody, oddechu, fantazji, wszystkiego tego, czego nie da nam gospodyni domowa zamieniona w drapieżną dominatrix.
     
    Okazuje się zatem, że żyjemy w dobie kryzysu czytelnictwa i rynku książki, ma on jednak zupełnie inny kształt, niż pokazują nam to media. Wydaje się też, że – co zakrawa na paradoks absolutny – za kryzys czytelnictwa w dużym stopniu odpowiada rynek wydawniczy i media właśnie. Książka na rynku wydawniczym funkcjonuje jako nowość przez 30 dni: wtedy jest recenzowana, omawiana w telewizji (w tych kilku krótkich programach, które próbują opowiadać o literaturze), czytana we fragmentach w stacjach radiowych. Wtedy pojawia się na blogach i portalach kulturalnych. Wtedy ujmuje się ją w statystykach – sprzedaży, bestsellerów miesiąca. Później znika. Niewielu jednak czytelników nieprofesjonalnych, nie zajmujących się zawodowo książką, jest w stanie za tym rytmem nadążyć. Większość książek zaś ukazuje się jesienią, przed targami książki w Krakowie, przed sezonem prezentowo-świątecznym. Łatwo gubiący się czytelnik staje wtedy w obliczu jeszcze większego problemu, musi odnaleźć się w morzu książek od jakiegoś czasu ustawionych już na półkach księgarskich i w nacierającej na niego fali nowości. Nowość można kupić w promocji, bo wydawcy chcą przyciągnąć uwagę czytelników. Nie ma jednak promocji na książki sprzed roku lub dwóch, na książki, których nie zdążyliśmy przeczytać zimą i chętnie kupilibyśmy na wakacje. Przed wakacjami jednak prasa atakuje  nas zestawieniami plażowych kryminałów i opowieści o wakacyjnej miłości, ginie więc gdzieś ta poważna proza, którą wydaje się jesienią, jakby ludzie w temperaturze powyżej 15 stopni Celsjusza tracili nagle część zdolności intelektualnych. Gdzie szukać zatem porady? Znów posłużę się tu wynikami badań czytelnictwa: dla 64 procent czytelników najważniejsze jest nazwisko autora i temat książki. Wielbiciele Władimira Sorokina czy Philipa Rotha w ciemno mogą sięgać po ich kolejne książki, młodzi chłopcy wypożyczają wyłącznie produkcje Fabryki Słów, dziewczęta od deski do deski czytają „Pretty Little Liars”, dziesięcio- i dwunastolatki pochłaniają przygody Percy’ego Jacksona, kobiety zaczytują się Magdaleną Tulli i Alice Munro. Ważne są także opinie na forach internetowych i sądy naszych znajomych, najbardziej efektywny rodzaj marketingu, czyli marketing szeptany. Tylko 15 procent czytelników sugeruje się opinią krytyki. Pozostajemy więc rozdarci między infantylnym i efekciarskim językiem marketingowych specjalistów oraz naukowym, hermetycznym językiem krytyki. Każda książka jest „największym wydarzeniem XXI wieku”, „bestsellerem rozchwytywanym w USA”, „historią mrożącą krew w żyłach”, „pełną ciepła i humoru opowieścią”. Nie mamy za to dostępu do wypowiedzi krytyki profesjonalnej, bo rytm publikacji czasopism jest odwrotnie proporcjonalny do rytmu publikacji wydawniczych. Sięgamy więc po wypowiedzi na forach i okazuje się, że o dramatycznej książce Anny Janko „Mała zagłada” opowiadającej o śmierci jej dziadków w pacyfikowanej przez Wehrmacht wsi pisze się tak: „Ostatnio miałem okazję przeczytać tą książkę i szczerze polecam każdemu. Jest tam dramat, trochę powagi i ogólnie bardzo ciekawa fabuła. Polecam każdemu kto lubi książki, gdzie się dzieje dobra akcja i wszystko wygląda bardzo autentycznie”. W takiej krótkiej wypowiedzi widać pomieszanie wszystkich kategorii, niezrozumienie zasadniczych problemów, o jakich pisze autorka.
     
    Książka zatem znalazła się na zakręcie i jest to zakręt niezwykle ostry, biegnący nad przepaścią. Nie trafiła tam jednak sama, bo to my ją tam umieściliśmy, uznając czytanie za czynność trudną, elitarną, wymagającą specjalnego stanu umysłu, którego na co dzień nie potrafimy osiągnąć. Coraz trudniej zabrać się do lektury, coraz trudniej też czytać długo i bez przerw. Odciąga nas natłok informacji przepływający obok, szereg urządzeń elektronicznych i tysiące znajdujących się w nich aplikacji. Czytanie książki – jak pisze Jacek Dukaj – staje się coraz trudniejsze, bo posługując się w ciągu dnia wieloma urządzeniami, filtrując wiadomości i przeskakując z jednej aplikacji do drugiej, nie potrafimy się skupić na książce, bo ta nie ma żadnych dodatkowych opcji. Służy wyłącznie do czytania. Wymaga koncentracji, nie podpowiada, nie zawiadamia, nie przypomina. Nie dzwoni i nie świeci (nawet w wersji elektronicznej).
     
    Tymczasem książki pozwalają nam oderwać się od życia, wyjść z kieratu, w którym kręcimy się codziennie. Uczą nas słów potrzebnych, by opisać nasze własne emocje, to dzięki losom bohaterów literackich rozpoznajemy nasze własne doświadczenie egzystencjalne. To z nich czerpiemy wiedzę o świecie, zderzamy się z cudzą myślą, konfrontujemy nasze poglądy w perspektywą zupełnie innych ludzi. To one daję nam poczucie wspólnoty, pokazują przeszłość i projektują przyszłość. To one przechowują języki, których ostatni użytkownicy pomarli, to one też płoną na stosach, gdy stają się niewygodne i niebezpieczne. To o ich treści dyskutują rodzice, obawiając się by dzieci nie sięgnęły po niewłaściwe treści.
     
    O tym wszystkim zapominamy i wikłamy się w dyskusje, czy przetrwa książka papierowa, czy zastąpią ją czytniki, czy zapach papieru i jego faktura nie jest integralną częścią literatury. Kłócimy się o to, co warto czytać, czy można pokazać się publicznie (czyli w tramwaju, autobusie i pociągu) z powieścią o wampirach.  Złośliwie analizujemy braki i lęki osób, które czytają harlequiny. Otóż wydaje mi się, że w epoce, gdy bez książki obywa się 26 milionów Polaków, nie ma znaczenia,  na jakim nośniku czytamy i jaki rodzaj literatury wybieramy. Ważne, że w ogóle czytamy. Wybieram więc powieści Michała Witkowskiego i prozę Andrzeja Stasiuka zamiast „Faktu”, Zadie Smith i Olgę Tokarczuk zamiast „Na wspólnej”, Henninga Mankella czy powieści Daniela Odiji zamiast „W11”, Johna le Carré czy Ryszarda Ćwirleja zamiast „Uwagi”, wolę powieści Sylwii Chutnik i poezję Justyny Bargielskiej od serialu „Przyjaciółki”.
     
    Ten tekst ukazał się w „Polonistyce”, nr 3/2015. 

     

  • Tereny pierwotne

     

     
    Mariusz Wilk, Tropami rena
    Noir sur Blanc 2007
     
    Tropami rena to dziennik-esej, odwrotność Barbarzyńcy w ogrodzie. Wilk świadomie nawiązuje do tekstu Herberta, a podstawą porównania są jego bohaterowie – Saamowie, koczownicze plemię zamieszkujące obszary za kołem podbiegunowym. Wilk, rekonstruując historię tej nacji, przytacza jedną z hipotez, według której Saamowie wywodzili się z jaskiń Altamiry, Lascaux i Cro-Magnon. Lapończycy (inna, szerzej znana nazwa Saamów) przybyli na Północ za renami, poszukującymi chłodniejszego klimatu po przesuwaniu się lodowca. Twórcy malowideł naskalnych, tak fascynujący Herberta w Barbarzyńcy w ogrodzie – stają się także obiektem zainteresowania Wilka. Odwrotnie jednak niż Herbert, Wilk szuka w historii Saamów siły, dzikości, wolności, nie interesują go podwaliny cywilizacji europejskiej. Autor Barbarzyńcy w ogrodzie, badając Lascaux, szuka śladów uczuć złożonych, pierwszych przejawów kultury, tymczasem Wilk w swoim widzeniu rytów naskalnych Kujwy podkreśla to, co w człowieku zwierzęce, nieujarzmione, a przede wszystkim nieprzekładalne na język, niewypowiadalne.
    Bezpośrednim źródłem takiego przyglądania się rzeczywistości staje sią dla autora Wołokiniewyjaśniona przyczyna zupełnie innego kształtowania rysowanych w jaskiniach figur. Europejczycy Zachodni przyczyn schematyczności w rytach na skałach Biesow Nosa upatrywali w prymitywizmie wykonawców. Tymczasem zdaje się, że uproszczenia były wynikiem przekształcania obrazu w symbol, znak – naskalne płaskorzeźby stanowiły więc początki pisma. Ta zaś teoria radykalnie kłóci się z posądzeniami o prymitywizm i barbarzyńskość Saamów.
    Podobnie jak Herbert, Wilk dokonuje przesunięć w obrębie kategorii Swój–Obcy. O ile jednak autor Barbarzyńcy… wciągał Polaka w obszar wysokiej kultury Zachodu, o tyle Wilk zwraca się zdecydowanie ku Wschodowi. Nie należy rozumieć tej operacji jako postulatu ożywienia idei słowianofilskiej, lecz rozpatrywać ją na poziomie bardziej uniwersalnym – jako odejście człowieka od cywilizacji, wyzwolenie z ograniczeń nowoczesnego świata poprzez sięgnięcie do tradycji plemion koczowniczych. Tym, co swojskie dla Wilka, będzie więc dziki Wschód, tym zaś, co obce – idea kultury łacińskiej.
    Autor obala również inne warianty wyrastające z tego zderzenia Wschodu i Zachodu: kategoryzację narodowo-etniczną i ontologiczną. Saamowie to maleńkie plemię, zasiedlające zarówno tereny północnej Rosji, jak i Norwegii, Szwecji i Finlandii. Według współczesnych definicji trudno nazwać ich narodem – nie mają bowiem swojego języka pisanego, tak więc kultura saamska powoli zanika. Jako plemię koczownicze, obojętni byli od zawsze na kwestie materialne, dlatego też nie zostały po nich ślady fizyczne, żadne pamiątki. Wilk podkreśla ich nieprzystawalność do norm określających europejską świadomość. Saamowie walczyli zarówno z systemem komunistycznych sowchozów i kołchozów, jak i z kapitalistyczną turystyką czy hodowlanym wypasem reniferów. Za czasów carskich prawosławie wbijało krzyże w pobliżu świętych miejsc Saamów, by obronić się przed złymi duchami, współcześnie urządza się w muzeach równie świętokradcze pokazy szamańskich obrządków. Wilk – wychowany w obszarze cywilizacji zachodniej, bardziej jednak utożsamia się z koczowniczymi regułami życia, to one budzą jego zachwyt, poczucie obcowania z czymś świeżym, nieskażonym, z wyższą formą kultury.
    Duchowa wspólnota z tym, co dzikie, nieujarzmione i pierwotne, wynika u Wilka z permanentnej negacji kultury Zachodu. Konstruuje on tu jej wizerunek tak, jak robił to już Joseph Conrad w Jądrze ciemności. Europejczycy jawią się na kartach Tropami rena jako ci, którzy nie krzewią cywilizacji, lecz niosą zniszczenie i śmierć. Za ich poczuciem wyższości Wilk widzi jedynie prymitywizm innego rodzaju, postęp zaś to narzędzie śmierci. Dla autora symbolem kultury europejskiej na Półwyspie Kolskim są nowobogaccy Rosjanie – rozjeżdżający góry dżipami i strzelający do renów z dalekonośnych karabinów. Między Wilkiem a Conradem rozciąga się jednak estetyczna przepaść, bo Wilk uprawia dyskurs pseudodemaskacji, ucieka w publicystykę i mówi nam o nas samych to, co już od dawna wiemy.
    Wilk swoją postawą sprzeciwia się mechanizmowi instynktywizacji wartości. Nie chce przyjmować tego systemu priorytetów, który obowiązuje w nowoczesnej Europie, wyrywa się z niej na tereny pierwotne. Proces opisany przez Stanisława Ossowskiego jako nieświadomy, w utworach Wilka jest w pełni uświadomiony i eksterioryzowany. Autor odrzuca te mechanizmy, które działają na jednostkę jako element całego społeczeństwa. Wilk zwraca się przeciwko praktykom z własnego kręgu kulturowego, ale inspiracji do buntu szuka – paradoksalnie – u Saamów, którzy wybierają właśnie swoją kulturę i zamykają się na wpływy z zewnątrz.
    Wilk, buntujący się przeciwko europejskiemu habitusowi, wybiera świat Północy – dziki, naturalny, broniący się ciągle jeszcze przed wartościami zachodnimi. O ile jednak jego analiza rzeczywistości Saamów, ich warunków życia oraz mentalności jest znakomita i czyta się ją z olbrzymim zaciekawieniem, o tyle obszerne passusy, które autor poświęca krytyce Europy, stanowią przykry w swej prostocie kontrast. Wilk nic nowego bowiem o Europie nam nie mówi, powtarza te same, znane skądinąd słowa, stawia stare i wytarte już zarzuty. Słuszność tej krytyki nie może tu jednak stanowić podstawy do jej obrony, bo jest ona całkowicie pozbawiona odkrywczości i jakiejkolwiek wartości artystycznej. Pęknięcie to psuje książkę, bowiem o ile w narracji poświęconej Saamom widać niezwykłą spostrzegawczość, bogactwo hipotez, przemyśleń, o tyle w krytyce Zachodu pobrzmiewają wyświechtane stereotypy, bezrefleksyjnie powielane wnioski oparte na kompulsywnej niechęci. Na wyższy poziom nie podniesie ich nawet fakt, że Wilk swoją niechęć wyraża poprzez streszczanie przemyśleń Sándora Máraia.
  • Rycerz i kucharka. Gender dla nastolatków

     

    Ten, kto śledzi publikowane w ciągu ostatnich kilku lat listy bestsellerów, wie, że nastolatki czytają i to mnóstwo. Przekonanie zaś o ich analfabetyzmie i ignorancji wynika z faktu, że miłość do książek nie jest w tym pokoleniu ukierunkowana na lektury, lecz na literaturę zgoła innego typu. To nastolatki stanowią główną grupę docelową dla większości publikowanych obecnie książek związanych z szeroko pojętą fantastyką i romansem, to gusta tej grupy ustalają też trendy i nurty w modzie – nie tylko wśród wydawców literatury, ale i producentów filmów, scenarzystów seriali czy wreszcie firm produkujących odzież. Popularność wampirów i wilkołaków we współczesnej kulturze wyrasta przecież przede wszystkim ze Zmierzchu Stephanie Meyers i True blood Charlene Harris, nie zaś z Draculi Brama Stockera, choć i ta pozycja znajduje się na liście wiernych wielbicieli nieumartych.
    Młodzieży jako odbiorców kultury, czytelników nie można ignorować i na Zachodzie nikt już tego nie robi, zwłaszcza że moc nabywcza tej grupy jest ogromna – nastolatki w USA wydają rocznie ponad 200 miliardów dolarów, a polskie ˗ 200 milionów złotych. Kwoty te sprawiają, że coraz prężniej rozwija się branża wydawnicza, która za główny target wybiera właśnie młodych, w jej tropy zaś podąża wiele innych sektorów przemysłu rozrywkowego. Najnowsza literatura młodzieżowa od poprzednich epok różni się przede wszystkim brakiem lub też silnym wycofaniem ładunku dydaktycznego, ponadto postawić można inną tezę: literatura młodzieżowa pozornie tylko jest nowoczesna, w gruncie rzeczy bowiem okazuje się zachowawcza, konserwatywna i umacniająca istniejące stereotypy oraz podziały. To emancypacyjne wycofanie widoczne jest w literaturze przygodowej skierowanej do nastolatków obu płci (którą odróżniam tu od romansu adresowanego praktycznie wyłącznie do dziewcząt). W literaturze tej, choć przeznaczonej do odbiorców nowoczesnych i wykształconych – nastolatków zamieszkujących przede wszystkim duże miasta, mających dostęp do Internetu, znających podstawy mitologii greckiej, historii europejskiej i amerykańskiej, orientujących się w świecie tolkienowskim, ale też w problemach współczesnej cywilizacji (ekologia, konflikty religijne, wielokulturowość zglobalizowanego społeczeństwa), powraca tradycyjny podział ról społecznych i płciowych, powielany jest silnie obecny patriarchalny schemat, powracają opresyjne wyobrażenia seksualności, dominuje heteronormatywność. I nie mam tu na myśli jedynie polskich powieści fantastycznych, powstających w szalenie konserwatywnym środowisku (wystarczy przypomnieć silnie prawicowego poglądy głoszone przez Jacka Komudę czy Andrzeja Pilipiuka), ale i światowe bestsellery: cykl o Eragonie Christophera Paoliniego, seria Zwiadowcy Johna Flanagana, Malowany człowiek Petera V. Bretta, a także seria Percy Jackson i bogowie olimpijscy Ricka Riordana – wszystkie te książki sprzedały się w milionach egzemplarzy i były tłumaczone na wiele języków.  
    Świat tych powieści to świat męskich wartości: liczy się tu przede wszystkim siła fizyczna, odwaga, lojalność, skłonność do brawury. Siła fizyczna decyduje zaś o przywództwie, ustala hierarchie, rywalizacja przybiera zaś zupełnie pierwotne, archaiczne formy  – Roran z Eragona musi udowodnić swoja siłę w zapasach z bykiem Urgalem, a ten, który wygra pojedynek, będzie mógł dowodzić oddziałem. To zasadnicze ukształtowanie, oparcie się na tężyźnie fizycznej sprawia, ze żadna postać kobieca nie ma szans wybić się na niepodległość w świecie przedstawionym, zawsze będzie zależna od męskiej siły. Nawet jeśli kobieta walczy, to okazuje się słabsza, ponosi klęskę i mężczyzna musi ją uratować z opresji, uwolnić z więzienia czy sprowadzić ze stosu.
    Wyraźny podział, związany z waloryzowanymi przestrzeniami zarysowuje się w scenie próby – jest to zazwyczaj początkowa konfrontacja, która ma określić umiejętności postaci. Już ona pokazuje dysproporcje możliwości, różnice w statusie kobiet i mężczyzn. W Ruinach Gorlanu Flanagana dziewczęta proszą o przyjęcie do dwóch z czterech gildii organizujących społeczeństwo dorosłych: Jenny chce być kucharka, Alyss – pracować w dyplomacji. Największym autorytetem cieszą się jednak gildia rycerzy i zwiadowców – obie zastrzeżone dla mężczyzn, wybór dziewcząt, choć swobodny, jest ograniczony, one same zaś już na starcie skazane na drugorzędność. 
    Wszyscy męscy bohaterowie określają się poprzez pochodzenie, przy czym to postać ojca za każdym razem jest kluczowa – Eragon, Ruiny Gorlanu, Złodziej Pioruna (to tytuły pierwszych tomów wyżej wymienionych serii) rozpoczynają się, gdy bohaterowie są  jeszcze sierotami o nieznanym pochodzeniu. Dopiero odkrycie imienia ojca dopełnia ich osobowość, potwierdza wybór drogi życiowej. Imię matki nie jest za to ważne, nie ma mocy determinującej, nie wpływa też na miejsce w hierarchii – w obozie herosów Percy musi czekać, aż to jego ojciec się ujawni, by zyskać przydział do właściwego domku, do odpowiedniego klanu. Dopiero gdy Posejdon uznaje go jako syna, Percy trafia na właściwe miejsce w strukturach organizujących życie młodych bohaterów. Podobnie u Paoliniego ˗ Eragon cierpi, sądząc, że jego ojcem jest największy w krainie zdrajca i okrutnik, pomocnik tyrana. Dopiero wiedza o tym, że pochodzi od Broma – jednego z najważniejszych buntowników, pozwala chłopcu na zdobycie spokoju duchowego, dopełnienie własnej tożsamości. To postać ojca dominuje w życiu postaci, określa ich działania, podczas gdy nawet największe poświęcenie matki wspominane jest jedynie jako ofiara bolesna, lecz spodziewana i oczywista.  
    Kobiety w świecie powieści młodzieżowej pozbawione są ambicji, nie dążą do równouprawnienia, akceptują swoje – zawsze gorsze – miejsce. Nie tworzą swojego osobnego świata, ani nie próbują świadomie kreować i zmieniać reguł rządzących ich otoczeniem, zgadzają się na los, który został im dany, podporządkowują się istniejącemu układowi. Nawet jeśli na poziomie eksplicytnym ujawnia się walka o wyzwolenie spod męskiej zależności, to zdarzenia fabularne jej przeczą. W Malowanym człowieku Bretta główna postać kobieca wyzwala się z przyjętego odwiecznie podporządkowania: Leesha nie wychodzi za mąż, odrzuca przeznaczonego dla niej kandydata, zyskuje niezależność i szacunek dzięki temu, że zostaje wiejską znachorką, która później staje też na czele wspólnoty, gdy rozpoczyna się walka z demonami. Jej emancypacja jest jednak pozorna – dziewczyna odrzuca przecież tylko jeden model kobiecej egzystencji, wybiera zaś inny, także uświęcony przez tradycję: przejmuje obowiązki uzdrowicielki po poprzedniczce, dysponuje wiedzą, którą zdobyła w prowadzonym wyłącznie przez kobiety szpitalu. Jej droga życiowa nie wybiega więc poza horyzont danych kobiecie możliwości.
    Choć kobiety pojawiają się na drugim planie, to każda z tych powieści operuje postaciami kobiecymi, główny bohater – zawsze chłopiec – musi mieć pomocnicę, przyjaciółkę, powiernicę, która wspiera go w działaniach, jednakże za każdym razem postać ta zajmuje pozycję niższą. Choć bohaterki są przedstawiane jako dziewczęta inteligentne, zdolne, obdarzone specjalnymi, niezwykłymi mocami, piękne i odważne, to jednak – najwyraźniej z racji płci, bo autor nigdy nie podaje uzasadnienia – podporządkowują się dominacji bohatera męskiego. Arya, przyjaciółka Eragona, choć należy do „lepszej” rasy elfów, jest od niego o sto lat starsza, lepiej też włada magią, to jednak uznaje jego przywództwo i staje się jego pomocnicą, podwładną. Tak samo czyni Annabeth w powieści Riordana ˗ dziewczyna przez lata czeka na misję, która pozwoli jej na wyrwanie się z obozu dla nastoletnich herosów. W końcu wyrusza na wyprawę jako pomocnica Percy’ego Jacksona, by zrealizować jego misję, dochodzi bowiem do wniosku, że przeznaczone jej być tylko osobą drugiego planu, że sama nie otrzyma od bogów daru, jaki byłaby próba sił.
    Bohaterka kobieca konstruowana jest jako niezwykle spokojna i zrównoważona – stanowi więc zawsze przeciwieństwo bohatera męskiego, który nie akceptuje zaistniałego porządku, buntuje się, jest pełen niepokoju popychającego go do działania. W takim ukształtowaniu widać wyraźnie odzwierciedlenie stereotypowych oczekiwań: dziewczęta powinny był poukładane i dobrze wychowane, chłopcy zaś mogą pozwolić sobie na poszukiwanie przygód. U dziewcząt premiuje się odpowiedzialność, porządek i opanowanie, bo te cechy konieczne są przecież do prowadzenia domu, podczas gdy chłopców nie krępują takie przyziemne cechy, ich domeną staje się przestrzeń poza domem – zdecydowanie bardziej rozległa, niebezpieczna, wymagająca sił, odwagi i skłonności do ryzyka. Do takiego właśnie podziału odwołuje się Paolini w Brisingrze (trzecim tomie Eragona): Roran służy w oddziałach buntowników walczących przeciwko tyranowi, zostaje dowódcą jednego z nich, co napawa go ogromną dumą, lecz wystawia też na niebezpieczeństwo. Tymczasem jego brzemienna żona chce odejść z obozu wojennego, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat – to na niej spoczywa odpowiedzialność za ocalenie i  wychowanie potomstwa, on nie staje przed dramatycznym wyborem, jakiego musi dokonać Katrina: własne bezpieczeństwo, życie wśród bliskich w znanym świecie i u boku ukochanego kontra samotna (i z dzieckiem u piersi) tułaczka w nieznane, poszukiwanie jakiejś oazy daleko od pola walki. Jej działanie jest tutaj zaś rozpoznawane w kategorii poświęcenia, nie zaś odwagi – bo ta zastrzeżona jest tylko dla bohaterów męskich.
    Kobieta jako przewodniczka spełnia też w powieściach dla młodzieży funkcję reprezentantki zastanego świata, to ona właśnie staje się symbolem stałości, normy, reguł, ona też wprowadza bohatera w zasady rządzące daną rzeczywistością, powraca więc tu archetyp Beatrycze. Kobieta jest jednak tylko przewodniczką, nie awansuje nigdy na pozycję mentora, bo ta zastrzeżona jest dla innego bohatera męskiego:  w Percym Jacksonie to Annabeth opowiada chłopcu o organizacji obozu dla herosów, wydaje się do tego zadania specjalnie przeznaczona jako córka Ateny, stała mieszkanka obozu. Ona też opowiada chłopcu o stworach mitologicznych żyjących w fantastycznej przestrzeni, przedstawia podział władzy między Zeusem, Posejdonem i Hadesem, wprowadza go w świat, którego chłopak zupełnie nie zna. Podobnie czyni Arya – to ona eskortuje Eragona do świata elfów, umożliwiając mu tym samym zdobycie niezwykłych umiejętności magicznych. Obecność dziewcząt wiąże się jednak za każdym razem z tym, co stałe i trwałe ˗ także wtedy, gdy jest to trwałość niepożądana, jakieś nieszczęście, którego bohaterki nie potrafią przezwyciężyć. Arya przez wiele lat wozi jajo smoka między osadą ludzi i elfów, i choć pełni tę wyjątkową i ważną rolę, nie potrafi doprowadzić sama do wyklucia się smoka, a tym samym do rozpoczęcia wojny z tyranem Galbatoriksem. Ten czyn udaje się dopiero Eragonowi. Takie samo ukształtowanie zdarzeń powraca w Malowanym człowieku – Leesha mimo swej olbrzymiej wiedzy nie potrafi pokonać demonów, dopiero znajomość z Arlenem popycha ją do niezwykłych odkryć i podjęcia walki z otchłańcami. Tak więc to zawsze bohater męski staje się katalizatorem, zwiastuje zmianę, wprowadza ruch, przygodę, pozwala pokonać nieszczęście. Cała wiedza postaci kobiecej dopiero oddana do dyspozycji mężczyzny sprawia, że dokonuje się przemiana, rozpoczyna się walka ze złem. W konstrukcji powieściowej to kobieta właśnie jest zawsze obarczona jakimś ograniczeniem, którego nie potrafi przezwyciężyć sama, lub też takim, na które skazana jest z racji swojego pochodzenia: Leesha jako kobieta nie może stać się przywódczynią narodów w walce z demonami, o tę rolę rywalizują Arlen i Jardir, Leesha może zająć wysoką pozycję tylko jako żona lub kochanka któregoś z nich. Arya nie staje się przywódczynią, bo ta pozycja zastrzeżona jest dla Smoczego Jeźdźca – mężczyzny posiadającego władzę nad smokiem. Annabeth jest tylko pomocnicą, bo dzieje będą zależeć od potomków trzech najwyższych bogów (Percy to potomek Posejdona), ona zaś jest córką jedynie Ateny. Kobieta więc skazana jest na przeciętność, życie w cieniu, w drugim szeregu, podczas gdy bohater męski – nawet jeśli początkowo okazuje się słaby – stopniowo rośnie w siłę, ujawnia cechy wybrańca, przywódcy, nowego zbawcy.
    Sukces mężczyzny w powieści przygodowej wiąże się ze zdobyciem niezwykłych umiejętności i wiedzy, przedmiotów czy zwierząt magicznych – Arlen w Malowanym człowieku zna runy, które umożliwiają walkę z demonami, Percy Jackson posiada nadludzką moc dzięki kontaktowi z wodą – żywiołem jego ojca. Will ze Zwiadowców w niedościgniony sposób włada łukiem, Eragon zna magię i posiada własnego smoka. W ich przypadku cechy heroiczne pojawiają się poprzez doskonalenie własnych talentów i umiejętności, zdobywanie nowych kompetencji, słowem poprzez rozwój. Tymczasem w przypadku bohaterek kobiecych ta reguła nie obowiązuje: Leesha, choć zdobywa ogromną wiedzę, staje się jedynie znaną uzdrawiaczką, Annabeth nie ma szansy wykorzystać swojej wiedzy i inteligencji poza zawodami organizowanymi w obozie, Alyss ze Zwiadowców po latach nauki w szkole dyplomatycznej zostaje wysłana z misją, ale jako wsparcie dla Willa, Arya jest kurierką i przewodniczką, bierze udział w wojnie jako łącznik między ludźmi a elfami. Sukces kobiety jest możliwy tylko dzięki rezygnacji, odrzuceniu własnej kobiecości, zaprzeczeniu jej w działaniach i sposobie myślenia. Kobieta, by zwyciężyć, musi przezwyciężyć własne ciało, które w świecie powieści przygodowych przedstawiane jest jako przyczyna słabości, musi też ograniczyć swoją psychikę, przyjąć męski sposób myślenia, bo tylko tak zdobędzie niezbędną siłę. Kobiecość równoznaczna jest tu ze słabością: Nasuada jako przywódczyni zbuntowanych Vardenów w Najstarszym i Brisingrze musi brać udział w walce zbrojnej, by udowodnić swą odwagę, staje też do pojedynku ze współplemieńcem, który przekonany jest, że jako kobietę łatwo będzie ją pokonać. Pojedynek polega na nacinaniu własnych ramion – kto zrobi więcej ran, ten zwycięża ˗ dziewczyna musi więc pokonać niechęć do krwi i wątłość ciała, bo tylko tak pokona wielkiego, umięśnionego wojownika. Podobny los staje się udziałem Renny z Malowanego człowieka  – dziewczyna, wykorzystywana seksualnie przez ojca, wyzwala się z traumy tylko dzięki przemocy, jaką stosuje wobec demonów. Ze słabej, przerażonej dziewczyny staje się silną kobietą pod wpływem Arlena – to on uczy ją walki z demonami, zachęca do działania. Renna przemienia się w wojowniczkę i zapomina o krzywdach z dzieciństwa.   
    Nie miejsce tu, by obnażać artystyczną słabość tych utworów, by rozważać ich fabularną powtarzalność i prymitywizm rozwiązań psychologicznych. Martwi raczej co innego – popularność tych tekstów, w których w sposób groźny i zarazem bezmyślny powtarzane są płciowe stereotypy. Zastanawia też dysproporcja: w powieściach tych, tak nowoczesnych w formie, przedstawiających w alegorycznej formie problemy współczesnego świata, powraca tradycyjny podział płciowy, nie ma też mowy o jakichkolwiek teoriach genderowych. Każdy spełnia te obowiązki, jakie narzuca mu wspólnota i tradycja, nie ma mowy o jakimkolwiek samodzielnym i świadomym wyborze. I tutaj przede wszystkim – nie zaś w niskim poziomie artystycznym, masowym przepracowywaniu wartości kultury wysokiej – kryje się zagrożenie. Bo większe ryzyko wiąże się z wykształceniem kolejnego pokolenia niewrażliwych młodych ludzi, nie dostrzegających potrzeby równouprawnienia, aprobujących męską dominację niż z faktem, że część z nich będzie sobie wyobrażała Aresa jako motocyklistę ubranego w skóry (takie wyobrażenie pojawia się w Percym Jacksonie).
    Za podsumowanie tych rozważań niech posłuży cytat z Brisingra – fragment przysięgi małżeńskiej:
    – Ja, Roran Młotoręki, syn Garrowa, przysięgam na moje imię i mój ród, że będę chronił i utrzymywał Katrinę Ismirasdotter do końca naszych dni. Przysięgam, że będę strzec jej honoru, pozostawać jej wiernym w nadchodzących latach i traktować z właściwym szacunkiem, godnością i łagodnością. I przysięgam, że do jutrzejszego zachodu słońca dam jej klucze swego domostwa i obejścia, a także szkatuły, w której trzymam swą monetę, by mogła zająć się mymi sprawami, jak przystoi żonie(…). – Ja, Katrina, córka Ismiry, przysięgam na moje imię i mój ród, że będę służyć i utrzymywać Rorana Garrowssona do końca naszych dni (…). Przysięgam strzec jego honoru, pozostać mu wierną w nadchodzących latach, rodzić mu dzieci i być dla nich czułą matką. I przysięgam zająć się jego majątkiem i obejściem, zarządzać nimi rozumnie, by mógł skupić się na swych obowiązkach.
                                                                          

     

     

                                                                                                                          
  • Bombardowanie literatury niemieckiej

     

    W. G. Sebald, Wojna powietrzna i literatura
    W.A.B 2012
                W swoim eseju o powojennej kondycji literatury niemieckiej Sebald dokonuje dość bolesnego rozliczenia z pisarzami, którzy wyszli z epoki nazizmu. Oskarża społeczeństwo i elity intelektualne przełomu lat 40. i 50. o to, że nie potrafiły dokonać literackiego przedstawienia – a poprzez nie – skonfrontowania się z alianckimi bombardowaniami. Tekst ten stanowi owoc wykładów, jakie autor Austerlitz przeprowadził w Zurychu w 1997 roku, streszczonych następnie przez niemiecką prasę i szeroko nad Szprewą dyskutowanych. Próba rozliczenia, o której braku pisał Sebald, dokonała się więc – w sposób dość histeryczny i kaleki – dopiero po jego wystąpieniu.
    Sebald urodził się w bawarskich Alpach, lecz większą część swojego życia spędził w Anglii – oba państwa jednak są tutaj w równym stopniu obiektem ataku. Jak pisze w swoim eseju, alianci zrzucili milion ton bomb, w Niemczech zginęło 600 tysięcy osób, 7 i pół miliona zostało bezdomnymi, ale równocześnie w Anglii wśród praktycznie nieletnich pilotów przeżyła mniej niż połowa, cała produkcja przemysłowa wiązała się z dostawami dla lotnictwa, w Norfolk budowano olbrzymie lotniska, z których startowały obładowane bombami lanckastery. Mamy więc tu do czynienia z krytyką bombardowań jako narzędzia wojennego, gigantycznego przemysłu śmierci. Sebald szuka przyczyn kontynuowania przez kilka lat tej akcji, skoro dość szybko Brytyjczycy zorientowali się, że naloty nie łamią ducha niemieckiego społeczeństwa, ani nie ograniczają nazistowskich zbrojeń (bo atakowano przede wszystkim miasta, cele cywilne). Ostatecznie stawia on hipotezę wyjątkowo niekorzystną dla aliantów – te bombardowania miały poprawić morale ichspołeczeństwa, dać sfrustrowanym Brytyjczykom poczucie odwetu, sprawiedliwej zemsty. Jednocześnie stanowiły jeden ze składników ekonomii wojennej, maszynerii której nie można było zatrzymać: „Skazywać wyprodukowany materiał, maszyny i ich cenny ładunek na to, by bezczynnie zalegały na wschodnioangielskich lotniskach, byłoby sprzeczne ze zdrowym instynktem ekonomicznym”.
    O ile Brytyjczycy na cel wybierają sobie „zniszczenie samo w sobie”, o tyle po wojnie Niemcy zwracają się ku przyszłości, pragnąc jak najszybciej odbudować kraj „jeszcze większy i potężniejszy”. Bombardowania i ich efekty objęte są więc zmową milczenia, otacza je jakaś zbiorowa anatema. Sebald twierdzi nawet, że energia psychiczna, którą Niemcy włożyli w błyskawiczną odbudowę, pochodziła właśnie z tego fundamentalnego przemilczenia: 
     
    powszechnie strzeżona tajemnica zamurowanych u podwalin naszej państwowości trupów, tajemnica, która w latach powojennych łączyła i do dziś łączy Niemców silniej niż jakikolwiek cel pozytywny.
     
    Sebald w swym wykładzie przeszukuje literaturę niemiecką, nie znajduje w niej jednak żadnej tekstowej reprezentacji adekwatnej dla doświadczenia bombardowań. Krytykuje odbudowującą się od 1947 roku literaturę niemiecką za to, że za bardzo skupiła się na dwóch celach – utrzymaniu politycznej poprawności oraz korekturze biografii twórców. Polityczną poprawność rozumiano wtedy jako nieporuszanie jakichkolwiek wojennych treści, brak odwołań do zdarzeń pesymistycznych czy wzbudzających poczucie winy oraz klęski (a bombardowania były, według Sebalda, „doświadczeniem niebywałego narodowego poniżenia”). Zdaniem autora, zniszczenia wojenne przedstawiano więc jako pierwszy krok ku odbudowie, jako rodzaj oczyszczania pola. Nie było też twórcy, który poważyłby się na realistyczne lub reporterskie przedstawienie zniszczonych miast. Sebald twierdzi, że ci pisarze, którzy przeżyli nazizm w Niemczech, po klęsce ideologii próbowali dokonać korektury swojej biografii, przedstawiali się jako więźniów sumienia, emigrantów wewnętrznych. Tę swoją tezę rozwija w drugim wykładzie, poświęconym Albertowi Andreschowi, który staje się dla Sebalda synekdochą zachowań pisarzy niemieckich w okresie wojennym i powojennym (to właśnie ten tekst, poprzez pewną generalizację budzi szczególnie wiele kontrowersji wśród krytyków). Sebald twierdzi też, że poza poprawianiem biografii, twórcy niemieccy przyjmowali także radykalnie inną dykcję – 

    w abstrakcyjnych frazesach zaklinali się na ideę wolności i humanistyczne dziedzictwo Zachodu
     
     – ta zaś w żaden sposób nie służyła wyrażeniu doświadczenia burzy ogniowej, operowała bowiem zupełnie innymi kategoriami.

    Pisząc krytykę literatury niemieckiej, Seblad układa swój traktat o bombardowaniu, stara się w eseistycznej formie przedstawić to, co nie doczekało się reprezentacji. Tworzy swoją własną „historię naturalną zniszczenia”. Pisze o miastach-gruzowiskach opanowanych przez szczury i muchy, o „życiu ruin”. Sebald – podobnie jak uczynił to wcześniej Kurt Vonnegut w Rzeźni numer pięć – stara się przedstawić opis burzy ogniowej wywołanej przez bomby; dokonuje też typologii śmierci, jakiej zaznali ci, którzy znajdowali się w Dreźnie, Kolonii i Hamburgu.  Szuka obrazów, które pozwolą mu na plastyczne, a zarazem realistyczne uchwycenie tego postapokaliptycznego świata i taką figurą-kluczem staje się dla niego ruina, hałda gruzu. Obraz ten wydaje się tym istotniejszy, że wprowadza problematykę braku i zniszczenia, ponadto stanowi odwołanie do wyobrażenia zasadniczego dla jego twórczości. W wykładzie Sebald zaznacza, że choć urodził się w 1944 roku i to w miejscu w niewielkim tylko stopniu dotkniętym przez wojnę, to właśnie obraz budynków strzaskanych przez bomby stał się dla niego najważniejszym, pierwotnym obrazem. W wielu tekstach powraca do opisu ruin, pustyni, pustki, jałowej ziemi. Reprezentacja wspierająca się na przekazach dokumentalnych, zapisach lekarzy i ratowników, staje się zatem dla Sebalda jedyną możliwą dla literatury drogą. Domaga się on w swoich wykładach opisów niezapośredniczonych, pozbawionych ozdobników, reportażowej wierności, mówienia wprost. Ta lista postulatów zadziwia wszystkich czytelników jego powieści, w których koszmar wojenny nigdy właśnie wprost nie zostaje wypowiedziany, a wprowadzony poprzez metaforę, czy inny obraz subtelny i nienachlany. 

    Tezy Sebalda wywołały w Niemczech gorący odzew, obudziły sprzeczne emocje wśród czytelników i tych, którzy bombardowania pamiętają. Nie może to jednak dziwić w przypadku opinii tak skrajnych, jednoznacznych i totalizujących, jak wyrażone w „Wojnie powietrznej i literaturze”. Echo tych zjawisk widać też w polskiej recepcji eseju – tłumacz Andrzej Kopacki  („Sebald rozlicza Niemców”)   wypowiada się przeciwko sformułowanym w wykładach wnioskom, wskazuje histeryczny ton, jakim zdarza się operować Sebladowi, zarzuca mu zbyt wielki kwantyfikator. Tymczasem po stronie tego nurtu rozliczeniowego staje krytyk Grzegorz Jankowicz, w swoim artykule w „Tygodniku Powszechnym” („Cytaty z ruin”)uznając, że uregulowanie rachunku, o które apeluje autor „Pierścieni Saturna”, jest koniecznym przepracowaniem pamięci, jedyną prowadzącą do niego drogą. To, po której stronie należy się opowiedzieć, stanowi zatem zadanie dla czytelnika.