Tag: eseistyka

  • Wakacyjny kicz Spingera, czyli dlaczego wydawca robi krzywdę autorowi

    Wakacyjny kicz Spingera, czyli dlaczego wydawca robi krzywdę autorowi

    Filip Springer, Księga zachwytów
    Agora 2016
    Właściwie można się było spodziewać, że Księga zachwytów zachwytu nie wzbudzi. Springer wydał bowiem swoje felietony, które pisał na temat różnych polskich obiektów architektonicznych dla portalu Gazeta.pl od 2014 roku. Wyszła z tego potężna książka, bardzo starannie wydana. I to właściwie wszystko, co można o niej dobrego powiedzieć: ładna i gruba. Kłopot polega na tym, że teksty, które znajdziemy w środku pisane były lewą ręką, mimochodem, poza głównymi obowiązkami i zajęciami Springera. Książka złożona z tekstów pisanych i publikowanych przez długi czas jest zawsze nierówna, tutaj jednak widać, jak słaba jest całość. Teksty są słabe, bo krótkie, o ewidentnie prezentacyjnym charakterze, pisane dla szerokiej publiczności internetowej, a więc stroniące od trudniejszych terminów. Powstające na marginesie, a więc też dość niechlujnie, niestarannie:
     
    Dominacja kolorowego plastiku i paździerza jest tu zbyt silna i despotyczna, by oprzeć się jej mogło cokolwiek. W tego typu miejscach zwanych „wakacyjnymi destynacjami” wszystko musi być bowiem bardziej i mocniej. Bo przecież podczas urlopu doznania muszą być silniejsze. Dominujące tu środki architektonicznego wyrazu, jeśli tak można górnolotnie nazwać to, co tu się dzieje, zbliżają tego typu miejscowości do parków taniej rozrywki. Jeśli którąś z nadmorskich miejscowości regionu można nazwać stolicą wakacyjnego kiczu i ostatnim kręgiem urlopowego piekła, z pewnością będzie to Mielno. W wysokim stężeniu występuje tu wszystko to, na co choruje polska przestrzeń.
    W tym krótkim, ale reprezentatywnym fragmencie widać wyraźnie brak staranności warsztatu Springera (a to zjawisko do tej pory u niego niespotykane, stąd przykry zawód czytelnika) – frazy, których nie znajdziemy w jego wypieszczonych językowo książkach. Tutaj krótkie szkice o architekturze zamieniają się w publicystyczne, tanie kawałki, operujące słownictwem nadużywanym przez dziennikarzy zajmujących się tą dziedziną: „wszystko musi być bardziej i mocniej”, „choroba polskiej przestrzeni”, „wakacyjny kicz”. Czekałam tylko, aż Springer napisze jeszcze o amatorach białego szaleństwa i  niebieskim paliwie – wtedy mielibyśmy już komplet komunałów.
    Czyja to jest wina? Wydawnictwa Agora, które chciało skapitalizować markę, czyli zarobić na tekstach coraz modniejszego autora. Łatwo i przyjemnie odcina się takie kupony, zwłaszcza jeśli puszcza się do druku dokładnie te same teksty, które wcześniej umieszczano na portalu. Agora odcięła więc kupony od sukcesu Springera i dwóch wydawnictw, z którymi związany był wcześniej i dzięki którym zrobił karierę. Czarne i Karakter dbały o niego jednak dużo bardziej, bo działy promocji zaczynały swoje działania marketingowe wcześniej, wydawcy bardziej też dopieszczali jego książki. Promocja Księgi zachwytów zaczęła się tydzień przed publikacją. Dlaczego tak późno? Ktoś się zagapił? Wydawca stracił wiarę w sukces książki? Jeśli tak, to po co ją w ogóle drukował? Wychodzi na to, że w procesie odcinania kuponów od sławy Springera Agora odcięła mu też kilka palców, bo ta słaba książka źle zrobi raczej autorowi niż wydawcy.
    To także wina Springera, bo zajmując się wyłącznie pisaniem, zapomniał chyba, że trafiają mu się teksty słabsze, że nawet taki pracoholik-profesjonalista może mieć za dużo na głowie, że puszcza teksty-szmaty. Nie potrafił się obronić przed wydawcą, albo zapomniał, że – jeśli używać dalej metaforyki sportowej – wydawca gra przede wszystkim na siebie, a nie na autora.  
    Jeśli popatrzeć na publikację tej książki z punktu widzenia marketingu autorskiego (pisarz jako marka, wartość rynkowa), to była ona bezsensowna z innego jeszcze powodu: Springer wydał jesienią swą ostatnią książkę (13 pięter w Czarnym). Obecność marki Springer na rynku jest więc widoczna, bardzo wyraźna, rośnie jego autorytet. Nie było więc żadnej konieczności, żeby publikować taką słabiznę.

     

  • Wysokie i niskie czyli esej o pin up girls

    Wysokie i niskie czyli esej o pin up girls

    Daniel Arasse, Nie widać nic. Opowiadanie obrazów
    DodoEditor 2012
    przekł. Anna Arno
    Zebrane w tym tomie teksty Arasse’a stanowią świetny przykład na to, jak można połączyć wysoki temat (malarstwo renesansowe) i trudny gatunek (esej) z popularną retoryką, tworząc  lekturę wciągającą i atrakcyjną. Arasse, opowiadając o klasycznych motywach ikonograficznych, łamie tabu kulturowe i oburza. Wybiera klasyczne motywy artystyczne (jak pokłon Trzech Króli, nagą Wenus, Zwiastowanie), ale pokazuje je jak obrazy skandalizujące i podniecające. Buduje wywód zbuntowanego krytyka, enfant terrible w środowisku badaczy  sztuk plastycznych.
     
    Tytuł odnosi się tutaj do strategii Arasse’a, który rozpoczyna swoją analizę obrazu od jakiegoś wybranego detalu, czyli właściwie od końca. Nie interesują go postaci centralne, autoportrety malarzy, którzy ukrywają się w dziele, ale niepasujące do całości szczegóły, często pomijane w klasycznych interpretacjach. Arasse patrzy więc na przekór utartym interpretacjom, wydobywa elementy dysharmoniczne, te, które niepokoją badaczy: w Zwiastowaniu Franscesco del Cossy skupia się na ślimaku pełznącym u stóp Maryji Panny, w Marsie i WenusTinorettiego interesuje go odbicie w lustrze wiszącym nad łóżkiem cudzołożącej pary, w Pokłonie trzech króli Bruegla wybiera postać Kaspra, czarnoskórego władcy.
     
     Wenus jako pin up girl, ślimak jako klucz do zrozumienia sensu Zwiastowania, czarnoskóry król symbolizujący boskość Chrystusa, lustro w Las Meninas podkreślające potencjalność malarstwa – to tylko kilka z wprowadzonych przez Arasse’a tez. Krytyk czyta tutaj obrazy w podwójnym kontekście, próbuje ustalić horyzont poznawczy autora, wskazać to, co mógł umieścić na obrazie malarz w świadomym procesie prezentacji, a jednocześnie uruchamia sensy anachroniczne, takie, które dopowiadają kolejne epoki. Ważny jest ten rozdział, bo tylko dzięki niemu ujawnia się hipotetyczność interpretacji stawianych przez innych krytyków. Arasse zarzuca na przykład badaczom, że zgadzają się na przyjęcie tez wątpliwych tylko dlatego, że godzą one elementy sprzeczne, uładzają niejasności. Tak robi właśnie, gdy pokazuje, że ślimak w Zwiastowaniu del Cossy wcale nie jest symbolem dziewictwa Maryji (średniowiecze uważało, że ślimaki zapładnia rosa, stąd proste przełożenie na Matkę Boską), jak uważa część badaczy. Według niego ślimak ten stanowi odniesienie do postaci samego Boga, który ujawnia się właśnie w ten sposób. To interpretacja ważna, dzięki niej bowiem ujawnia się wyższy sens zwiastowania, czyli wejścia w stworzenie, niewidzialnego, które staje się wizją.  
     
    Świetny jest też tekst Kobieta w kufrze o Wenus z Urbino Tycjana. Arasse – przeskakując od renesansowego Tycjana do impresjonisty Maneta (i jego Olimpii) − pokazuje, jak zmienia się przedstawienie kobiety, jak ręka położona na nagim łonie wskazuje na zmiany obyczajowe w kolejnych wiekach.
     
    Arasse wydaje mi się frapujący z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że opowiada o malarstwie bez snobizmu, pozwala krytyce malarstwa zejść z piedestału. Wybiera przecież temat nad wyraz ambitny, a jednocześnie opowiada o renesansowych obrazach, jakby były komiksami Marvela. Potrafi więc, nie obniżając poziomu interpretacji, wciągnąć na swe pole takiego odbiorcę, któremu na co dzień obca jest kontemplacja Velasqueza. Po drugie zaś dlatego, że wybiera własne ścieżki. Uwypukla to, co nie pasuje, co kłóci się z utartymi interpretacjami, bo nie interesuje go analiza  totalna, spięcie wszystkich elementów w całość uładzoną i kompletną (łatwo zauważyć więc, że chwalę u Arasse’a to, co najwyżej cenię w krytyce także literackiej). Polemizuje z innymi badaczami, wybiera własną drogę między historykami i teoretykami sztuki, studiuje inne teksty krytyczne po to, by się z nimi pokłócić, pokazać słabe punkty gotowych interpretacji.  Żywołem Arasse’a jest spór, nie zgoda – jako student wyleciał z seminarium Lacana (jak pisze tłumaczka, Anna Arno), spierał się z największymi krytykami swoich czasów (E. H. Gombrich, Erwin Panofsky), w swojej interpretacji Panien dworskich Velasqueza kłóci się z anachroniczną analizą Foucaulta. Warto więc sięgnąć po taką niepokorną lekturę.