Tag: Czarne

  • Legenda emigracji

     

    Paweł Goźliński, Jul
    Czarne 2010
    Akcja powieści rozgrywa się w Paryżu w 1845 roku, jej głównymi bohaterami są zaś polscy emigranci – przedstawieni jednak zupełnie inaczej niż w historycznej legendzie. Nie ma tu mowy o polemikach między stronnictwami politycznymi, nad całym polskim światkiem unosi się duch rozpaczy, biedy, syfilisu i hazardu.
    Goźliński łączy w swoim tekście cechy powieści historycznej i kryminału, przy czym intryga kryminalna – poszukiwanie mordercy w okrutny sposób pozbawiającego życia ludzi powiązanych z wieszczami narodowymi – stanowi tu nie tylko wątek główny, ale też sposób na unowocześnienie obrazu przeszłości. Świat Jula, choć zanurzony w tradycji Eugeniusza Sue i Honore Balzaka,  jest na wskroś współczesny, ponieważ przemoc, jaką przedstawia autor, nie ma nic wspólnego z XIX-wiekiem.
    Z jednej strony autor polemizuje z mitami narodowymi, złotą legendą emigracji, która wypracowała nowoczesny światopogląd polski, podtrzymywała wzory patriotyczne, z drugiej zaś przedstawia społeczne i psychologiczne tło formowania się tej legendy. Goźlinski kreuje postacie tak, by pokazać, że zna cały kanon literatury o emigracji XIX-wiecznej, wszystkie eseje Brandysa, Zawieyskiego, opracowania historyczne, korespondencję z epoki. Jednocześnie jednak świadomie odcina się od tej tradycji przedstawiania, która skupiała się na ewolucji światopoglądu, a rzadko przywoływała złe warunki życia. Jego Paryż emigracyjny to miasto zła, brudu i zepsucia, narkotyków i tajnej policji, w którym Polacy nie są wcale niewinnymi ofiarami.
    Główny bohater – Adam Podhorecki to ironiczne nawiązanie do postaci detektywa z klasycznego kryminału, zmęczonego życiem, pomieszkującego z kobietą o bogatej przeszłości, traktującego poszukiwanie mordercy w kategoriach osobistej misji. Jednakże Goźliński w tej postaci wyjaskrawia też „polski los”: Podhorecki walczył w powstaniu listopadowym, uczestniczył w wyprawie Zaliwskiego, napadnięty przez chłopów, został ukrzyżowany. Goźliński niby gra tu z mitami, odbrązawia je, odwraca historię na nice, ale zarazem umacnia je w przedziwnym „anty-wizerunku”: pokazuje ludzi zniszczonych fizycznie, zdegenerowanych moralnie, pogrążających się w grzechu i przestępstwie, ale właśnie z powodu zdrady, odejścia od ideałów własnej młodości, rozczarowania ideałami i  zanurzenia w politycznych sporach.
    Siłą powieści Goźlińskiego jest jego sposób przedstawiania i język – niezwykle nowoczesny, obrazowy, reporterski, daleki od klasycznej, rozlewnej frazy XIX-wiecznej. Goźliński nie udaje, że przedstawia prawdziwą historię, on wprost mówi nam, że ją konstruuje.
                                       
                                                                          
  • Mityczna kraina

     

    Colin Thubron, Po Syberii
    Czarne 2011
    W swojej opowieści o podróży po najdalszych i najdziwniejszych zakątkach Syberii Thubron przedstawia zupełnie inny obraz tej przestrzeni niż Jacek Hugo-Bader czy Mariusz Wilk. Anglik wędruje przez ten gigantyczny obszar w nadziei na odrodzenie. W pamięci ma swój poprzedni pobyt, jeszcze w ZSRR, i obecność tajnych służb, które obserwowały go przez cały czas. Teraz zaś pragnie zobaczyć, jak Syberia odżywa po upadku komunizmu i podnosi się ze zniszczeń. Pragnienie to okazuje się jednak niezaspokojone, bo rany, jakie komunistyczna Rosja zadała Syberii, nie chcą się tak łatwo goić. Thubron porusza się więc szlakiem widm i trupów – zwiedza dom kupca Ipatiewa, w którym dokonano egzekucji na carskiej rodzinie w 1918 r., Workutę – miasto widmo, żyjące wspomnieniem setek tysięcy zeków pracujących w kopalniach, Akademgorodok – ośrodek naukowy, który miał zrewolucjonizować świat, tysiącletnie groby Scytów w Ałtaju, splądrowane przez archeologów, którzy wszystkie cenne znaleziska wywieźli do Petersburga, Potapowo – podbiegunową wieś, której bezrobotni mieszkańcy upijają się przez cały rok.
     
    Po Syberii to reportaż ponury, przygnębiający, a jednak niezwykle barwny. Autor tworzy wizję krainy daleką od polskiego mitu Sybiru. W jego opowieści jest to kraina oszałamiająco bogata, zróżnicowana, nawet jej wielkość konotuje liczne znaczenia, nie ma więc tu mowy o zakorzenionym w polskim myśleniu przekonaniu o pustce i braku. Syberia widziana oczyma Thubrona to „twierdza ducha”, wcielenie rajskiej opowieści o niewinnej i samowystarczalnej ziemi, tak jednak zmiennej i różnorodnej, że ustalenie jakichkolwiek prawidłowości, wypracowanie wspólnego kształtu okazuje się niemożliwe.
  • Kraje, których już nie ma

     

     
    Martin Pollack, Dlaczego rozstrzelali Stanisławów?
    Czarne 2009
    W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Martin Pollack powiedział: Opowiadam historie z krajów, których już nie ma. Zdanie to najlepiej charakteryzuje zbiór – tym razem, w przeciwieństwie do innych jego książek, jest to zbiór reportaży. Pollack oddaje w ręce czytelnika tom składający się z tekstów rozproszonych, pisanych i publikowanych w różnych czasopismach na przestrzeni lat. Ten brak spójności widać i osłabia on wymowę zbioru.
    Reportaże opowiadają o Austrii, Niemczech, Ukrainie, Polsce, Słowenii, Chorwacji, Bułgarii i Jugosławii. Pollack nazywa je krajami, których już nie ma z powodu przemian, jakie przeorały ludzką świadomość, przekształcając zarazem porządek ustrojowy i społeczny. A nawet jeśli politycznie państwa te nie rozpadły się, to zatriumfował w nich zupełnie nowy ład, który narzucił inny klimat, dokonał destrukcji starych wartości. Taki obraz Polski wyłania się z tekstu Nowi panowie Gdańska, który opisuje mafię: 
    W eleganckiej restauracji przy ulicy Długiej w Gdańsku […] tuzin młodych ludzi, połyskujące złote łańcuchy, wyzywające sygnety, wszyscy w kolorowych dresach i drogich markowych adidasach. Wszyscy też z zacięciem kulturystycznym, co widać po szerokich barach, byczych karkach i potężnych muskułach. Rozmawiają, mieszając języki, polski, ukraiński, rosyjski: „jak idą geszefty?”, „kurwa twoja mać!” 
    Pollack dostrzega tę nową rasę, nowy typ człowieka we wszystkich krajach dawnego bloku wschodniego. Jego zdaniem, to właśnie ci młodzi są prawdziwymi beneficjentami przełomu. W latach 80., gdy system chwiał się już w posadach, uciekli oni do piwnic, gdzie śmierdziało męskim potem i brylantyną, i stamtąd zaczęli narzucać rzeczywistości swoje nowe prawa. Tekst ten pochodzi z roku 1995 i dziś widać, jak stracił na aktualności. Faktycznie, rzeczywistość lat 90. skrzypiała niczym łóżko polowe używane na targu i „nowi ludzie” byli zjawiskiem często spotykanym, jednak dziś nasza mafia doszlusowała do poziomu zachodnioeuropejskiego.
    Tematem Pollacka jest zmiana i stałość, konflikt i napięcie, jakie wytwarzają one w ludzkim życiu, dynamika i niejednoznaczność, jakie nadają historii. Część reportaży opowiada o zdarzeniach rozgrywających się w czasie II wojny światowej. W tekście tytułowym na przykład autor stara się odnaleźć przyczyny, które doprowadziły do tego, że zamordowano dwóch robotników przymusowych pracujących w austriackich gospodarstwach. Ironia historii polega na tym, że Austriacy traktowali ich dobrze, dawali lokum w domu, pozwalali nosić cywilne ubrania, zabierali do kina, a obu chłopaków zabili „wyzwalający” Rosjanie. W Obrazkowej historii analizuje garść fotografii odnalezionych w antykwariacie, a które zostały zrobione na terenach okupowanej Polski przez niemieckiego żołnierza. W Niechcianych wnukach marszałka Tity szuka powodów, dla których młode pokolenie Jugosławian nie może znieść już dłużej mitu armii partyzanckiej i zaczyna dekonstruować utarte wyobrażenia o przeszłości.
    Jednakże wojna w Europie nie jest dla Pollacka problemem zamkniętym. Obok reportaży odwołujących się do zjawisk z lat 40., znajdziemy tu również BajaUczciwi handlarze ludźmi, w którym Pollack opisuje miejscowość przy granicy węgiersko-serbskiej, gdzie przewodnicy przemycają uciekinierów z Bośni. Nie interesują go tu jednak budzący współczucie muzułmańscy uchodźcy, lecz ci, którzy zarabiają na „przemyśle”, jakim staje się przeprowadzanie ludzi przez zieloną granicę. Hotel w Baja doskonale prosperuje, wszystkie miejsca są w nim nieustannie zajęte, ponieważ grupują się w nim krewni oczekujący na uchodźców. Portier kontaktuje się z przemytnikami, otrzymuje więc ciągle sute napiwki za choćby najkrótszą i mglistą wiadomość. Pollack przeprowadza paralelę między wojną w  Bośni w latach 90. i zdarzeniami z czasu II wojny światowej. Odwołuje się do haseł, jakimi posługiwano się po wojnie, gdy mówiono o humanitaryzmie, konieczności pomocy, negacji obojętności, gdy powtarzano „nigdy więcej!” Teraz jednak konflikt na Bałkanach jest traktowany jako wojna regionalna, nieznacząca z perspektywy polityki wielkich państw. Siłą Pollacka jest ukazywanie właśnie tych obszarów, które uznane są za drugorzędne w europejskim porządku i nigdy nie trafiają do gazet, bo wydają się peryferyjne, niereprezentatywne dla jednoczącej się Europy, po prostu prowincjonalne.
    Wszystkie teksty zebrane w tym tomie ukazują świat znikający – zniszczony przez wojnę, komunizm lub jego upadek. Te zdarzenia wyznaczają dla Pollacka kolejne przełomy w losach Europy Wschodniej – autor powołuje się nie na gigantyczne mechanizmy historyczne, lecz pochyla się nad życiem niepiśmiennych chłopów z małych słoweńskich wiosek czy sztetlów na Kresach Wschodnich i w ich biografiach odnajduje wpływy wielkiej historii. Ślady te notuje jednak przede wszystkim na fotografiach i w ruinach domów, a także dokumentach statystycznych, ponieważ większość jego bohaterów – polscy Żydzi, austriaccy Cyganie – zginęli w czasie zawieruchy wojennej. W reportażu zatytułowanym Żydzi, którzy zniknęli z Prokurawy Pollack przywołuje opowieść o losach Żydów, którzy przed wojną stanowili połowę społeczeństwa nad Prutem i Czeremoszem. Po wejściu Niemców ukrywali się w polach, w czasie sianokosów Huculi w zbożu znajdowali całe rodziny swoich dotychczasowych sąsiadów. Część z nich pomagała Żydom, ale inni dokonywali na nich rzezi – nad Czarnym Czeremoszem Żydów wrzucano do strumienia i topiono.
    Swoją recenzję z tego tomu reportaży Paweł Smoleński w „Gazecie Wyborczej” zatytułował Reportera kuferek z pamiątkami, uznał też książkę za ważną i wybitną. Owszem, jest to książka ważna, ale z pewnością nie wybitna – nie dorównuje ani Śmierci w bunkrzeOjcobójcy, ani nawet Cesarzowi Ameryki. Być może Pollack przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu swojej pisarskiej roboty, rozpieścił balansowaniem na pograniczu literatury i reportażu, byśmy teraz mogli przyjąć z zadowoleniem ten mały zbiorek. Widać w nim materiał na wiele fascynujących historii, widać bystre spostrzeżenia i świetne chwyty narracyjne, ale pozostaje jednak pewien niedosyt – związany chyba z powierzchownością tych tekstów, ich wymieszaniem tematycznym. Sądzić można, że to wydawca zaproponował autorowi wydanie takiego tomu, by podtrzymać obecność nazwiska na rynku. Nie było to jednak posunięcie dobre, bo na tych prasowych tekstach czas odcisnął swój ślad, część z nich straciła aktualność, inne stanowiły jedynie zapis momentu, nie miały wartości uniwersalnej. Zamiast umocnić miejsce pisarza w literackim rankingu, książka ta osłabiła jego pozycję. 
  • Mięso historii

     


    Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji
    Czarne 2011
    Po raz kolejny Pollack pokazuje mięso historii – masy, których los jest okrutny, anonimowy, zupełnie też nieznany historiografii, obojętny dla badaczy spraw politycznych. Próbuje więc opisać pewnego rodzaju brak, lukę w naszych dotychczasowych narracjach, wprowadzić do opowieści o przeszłości takich ludzi, którzy w żaden sposób się w niej nie zapisali, którzy przeminęli błyskawicznie i bez śladu. Jego bohaterem zbiorowym staje się  galicyjska biedota, uciskana, zacofana, głodująca i uciekająca z cesarstwa austro-węgierskiego ku biedzie amerykańskiej i innym odmianom ucisku.
    Autor sięga w swojej książce po tylko jeden temat – problem emigracji do Ameryki od drugiej połowy XIX wieku do wybuchu I wojny światowej. Nie jest to jednak opowieść o spełnionych marzeniach i budowaniu nowego silnego państwa, ale potworna historia o głodzie i głupocie, demoralizacji i okrucieństwie, prymitywizmie i naiwności. Mnóstwo tu obrazów dzieci głodzonych na śmierć, zarzynanych koni, dziewcząt wywożonych do burdeli w Buenos Aires i Stambule.
    W mniejszym stopniu interesuje Pollacka sama podróż do Nowego Jorku, a bardziej skupia się on na powodach opuszczania Europy. Zarysowuje z rozmachem społeczne tło – nędzę „Golicji i Głodomerii”, jej zacofanie gospodarcze i rozdrobnienie ziemi, rozwarstwienie i egoizm spoęłczny, luki prawne pozwalające na handel ludźmi. Odwołuje się też do obyczajów – to fale pogromów w głębi Rosji powodują, że o ile polscy czy słowaccy chłopi wracają po kilku latach z emigracji, o tyle żydowscy uciekinierzy – nigdy.  Tak więc historyczne rekonstrukcje Pollacka stanowią rodzaj uzupełnienia do tez Dostojewskiego o tym, że to bieda wpędza w zepsucie, prawdziwa nędza powoduje całkowitą degenerację.
    Uciekinierzy ze Wschodu – Rusini, Ukraińcy, Polacy, Słowacy – padają tu bowiem ofiarą pazerności agentów handlowych, którzy namawiają ich do wyjazdu. Europa w tej opowieści stanowi pewnego rodzaju sień, której centrum znajduje się w Hamburgu. Z tego miasta właśnie wyruszają kolejne okręty z gigantycznym ludzkim ładunkiem, do niego też trzeba ściągać chłopów z całej europejskiej prowincji. Do każdej wioseczki wyruszają agenci-naganiacze, każda stacja kolejowa jest przez nich kontrolowana. Gdy austriacki i pruski rząd uszczelniają granice, agenci prowadzą chłopów przez pola, bocznymi drogami. Wszystkie drogi prowadzą tu do Hamburga, do przedsiębiorstwa HAPAG.
    Pollack pokazuje, że do rozpracowania każdej grupy narodowej agenci mieli inne techniki: Rusinom opowiadali, że cesarz Rudolf wcale nie zginął, lecz wyemigrował i w Brazylii tworzy właśnie nowe państwo, Polaków przekonywali, że wyjazdu wymaga papież, który nakazuje szerzyć katolicyzm wśród dzikich. W Brazylii też małpy miały wykonywać wszystkie obowiązki, między domami rosły drzewa chlebowe, a z innych płynęło mleko. Te opowieści – dziś budzące tylko śmiech – brzmią strasznie w tej historii, stanowią bowiem rewers chłopskiej głupoty i prymitywizmu:
    Mykołaj Malyniak, ten sam, który zegarek pierwszy raz w życiu zobaczył w agencji Herza, bełkocze coś w trudnym do zrozumienia ukraińskim dialekcie, sąd i słuchacze mogą z tego potoku słów wyłowić tylko dziandar, co ma chyba oznaczać żandarma, oraz stale powtarzające się głośne hej, hej!, którymi Malyniak kończy każde zdanie.
    Z drugiej strony jest to też historia o okrucieństwie sprawującej władzę arystokracji, która w obawie przed brakiem rąk do pracy nie chce polepszyć losu chłopów, ale domaga się wprowadzenia coraz bardziej restrykcyjnych praw i kolejnych form ograniczenia wolności – co też administracja cesarska czyni:
    Żniwa za pasem, a pracowite „mrówki”, parobkowie, służące, wyrobnicy i bezrolni chłopi, choć nie do zastąpienia i bardzo pomocni, zawsze żałośnie opłacani, przepadli jak kamień w wodę. Kto teraz będzie żął zboże, wykopywał kartofle, kosił trawę, zwoził plony, młócił, karmił i poił bydło? Wielcy panowie podnoszą wrzask, wzywają władze, żandarmów, żołnierzy, by siłą i pod bagnetami zatrzymywali ludzi w wioskach, pilnowali granic, a czcigodny gubernator we Lwowie niechby zakazał emigracji, najlepiej rozporządzeniem. 
     Pollack skupia się na drogach, którymi kandydaci na emigrantów próbują wydostać się z Galicji, sposobach, na jakie próbują oszukać administracją austriacką i pruską. Wyjazd za ocean nie jest tu wyborem wolnym – rząd austriacki obawia się ubytku materii ludzkiej, z kolei Prusacy lękają się, by niepiśmienni chłopi nie chcieli u nich zostać, zamiast okrętować się na transoceaniczne statki. W Stanach także nikt nie wita imigrantów z otwartymi ramionami – o niesławnej Ellis Island pisała u nas już wcześniej Małgorzata Szejnert w Wyspie klucz.
    Cesarza Ameryki czyta się świetnie, i to właśnie budzi moje największe podejrzenie. Pollack w swoim eseju stawia sobie taki sam cel, jaki przyświecał mu w poprzednich książkach – zarysowanie tła epoki, przedstawienie świadomości pewnej grupy, uchwycenie perspektyw życiowych w danym momencie historycznym. Jego praca okazuje się tu jednak trudniejsza niż w Śmierci w bunkrze czy Ojcobójcy – zabiera on tutaj głos w imieniu tysięcy bezimiennych analfabetów, ludzi, po których pozostało niewiele śladów, żaden materialny dowód ich nędzy. Za każdym razem Pollack skazany jest na rekonstrukcję, na budowanie obrazu z elementów obcych, zewnętrznych wobec swoich bohaterów: strzępków pamiętnikarskich, artykułów prasowych, policyjnych i sądowych protokołów, raportów organizacji charytatywnych. W poprzednich esejach miał Pollack więcej materiału, więcej tekstów źródłowych, czy też pracował na podstawie wiedzy o losach własnej rodziny, nie oburzała zatem spójność i logika. Tutaj jednak wchodzi on właściwie w dziurę historii – a nie widać tego w jego narracji, która okazuje się pełna, płynna, porządkująca wszystkie wątki. Nie ma tu miejsc pustych, niejasności, mało urwanych historii o pojedynczych osobach. I dlatego właśnie nie wierzę w tę opowieść – bo jest zbyt gładka, bo daje odpowiedzi na wszystkie pytania, a to po prostu niemożliwe. Zatem za wadę tego eseju uważam to, co wychwala Krzysztof Cieślik w „Polityce” – dynamikę, dramatyzm, poczucie naoczności. Cieślik unosi się nad stylem Pollacka: „nie tylko pisze znakomite książki, znalazł też wyjątkowy sposób opowiadania. Nikt nie tworzy reportaży tak, jak Austriak (…)”.
    No, na szczęście, bo coraz wyraźniej widać, że te reportaże są anachroniczne, pisane na przekór zmianom w historiografii. Że Pollack jest pewnego rodzaju hochsztaplerem, który ukrywa ściegi swojej historii.   


  • Grzechy lewicy

    Maciej Zaremba Bielawski, Higieniści. Z dziejów eugeniki
    Czarne 2011
    Zaremba-Bielawski w Higienistach przedstawia problem, który większość krajów wypycha ze swojej historii i pamięci zbiorowej – choć na co dzień autor pracuje w Szwecji i przede wszystkim tego państwa dotyczą reportaże, to jednak dowiadujemy się wiele również o ustawach eugenicznych wprowadzanych w Szwajcarii, USA, Niemczech, Japonii, a nawet o próbach takich reform w Polsce. Prawa eugeniczne, polityka czystości rasy od lat 80. XIX do połowy XX wieku cieszyły się wielką popularnością wśród lewicowych elit intelektualnych różnych państw i choć towarzyszące im idee związane z ulepszeniem człowieka, poprawą warunków jego bytu, prawem dzieci do dorastania w odpowiednich warunkach brzmią dumnie, to jednak Zaremba-Bielawski pokazuje praktyczne rezultaty wcielania w życia tych haseł: kastracje, sterylizacje, umacnianie podziału na uprzywilejowanych (czyli ludzi wykształconych, zamożnych, z dobrym pochodzeniem) oraz „głuptaków” z marginesu.
    Jak ironicznie zaznacza, w ciągu kilkudziesięciu lat poprzedzających II wojnę światową „międzynarodówka blondynów” ustaliła nowy sposób oglądu człowieka i społeczeństwa – w cień odeszło pojęcie indywidualności, jej miejsce zajęły zaś prawa totalizujące: jednostka nie mogła decydować samodzielnie o swoim ciele, zdrowiu, rodzinie, bo jej decyzje stanowiły element polityki społecznej. Zaremba-Bielawski pokazuje, że w pierwszej połowie XX wieku nie można było zająć pozycji poza tym konfliktem, ponieważ lewicowe stowarzyszenia liberalne popierały prawa eugeniczne (w tym sterylizację), prawica zaś naciskała na jak największą, przymusową rozrodczość, tylko ta miała bowiem zagwarantować rozwój narodu, przewagę w czasie wojny i ekspansji terytorialnej.  
    Choć to właśnie eugenika, pragnienie wytworzenia lepszego człowieka stanowi główny nurt rekonstrukcji historycznej, jaką przeprowadza autor, to szybko okazuje się, że w tym zagadnieniu skupiają się newralgiczne problemy światopoglądowe epoki: pojęcie godności ludzkiej, prawo państwa do ingerowania w życie jednostki, różny status ciała i człowieka w katolicyzmie i protestantyzmie, pojęcie grzechu, wykorzystywanie nauki do ustanawiania przepisów prawa, wiara w obiektywizm naukowych odkryć i eksperymentów, a także problemy społeczne: zasiłki socjalne, pomoc państwowa, polityka rodzinna. Wszystkie te kwestie koncentrują się zaś wokół konieczności zdefiniowania „ograniczenia”, „nieprzystosowania” – autor przywołuje skrajne prawa, zapisy z ustaw różnych państw: bo „ograniczenie” mogło wiązać się tylko z chorobami fizycznymi i psychicznymi, które postrzegano jako dziedziczne, ale w większości ustaw eugenicznych ten termin rozszerzano również na margines społeczny, nie widząc rozróżnienia między biedą a patologią, zwykłą robotniczą nędzą i półświatkiem przestępczym. Eugenika – taka jest główna teza tego zbioru esejów – była wykorzystywana jako narzędzie ograniczania wydatków socjalnych państwa. Sterylizacji poddawano więc przede wszystkim kobiety (ponad 90% „pacjentów”) – chore, samotne ciężarne, matki z biednych rodzin wielodzietnych, czy wreszcie po prostu „rasowo nieczyste”. Chorobą stawała się zaś rozwiązłość seksualna, czy szeroko pojmowana „niespolegliwość seksualna” kobiety. Choć nie jest to temat tego zbioru, wyraźnie  zarysowuje się tu historia przemocy wobec kobiet, przykrawania ich warunków psychofizjologicznych do wizji ideologów społecznych (co przykre, nie tylko mężczyzn).
    Refleksja Zaremby-Bielawskiego podąża w dwóch kierunkach – stara się on pokazać, w jaki sposób państwa zupełnie wolne od jakichkolwiek naleciałości rasistowskich poddawały się dyktatowi rasy, z drugiej zaś strony oczyszcza pole, próbuje oddzielić refleksję eugeniczną od myśli nazistowskiej. Od przełomu XIX i XX wieku eugenika jawiła się jako recepta na wiele problemów społecznych – feministki widziały w niej drogę do kontroli urodzeń, sposób na przejęcie przez kobiety władzy nad procesem rozmnażania; socjaldemokraci sięgali po sterylizację, by ograniczyć wydatki państwowe związane z zasiłkami socjalnymi i koniecznością utrzymywania rzeszy „feeble-minded”; narodowcy chcieli za jej pomocą ulepszać rasę – w Japonii pisano, że najwartościowsze jednostki zginęły na wojnie, a rozmnożyli się tchórze na tyłach. Nawet w Polsce propaganda eugeniczna posługiwała się hasłami wzmacniania Legionów, budowania silnego państwa.
    Tymczasem drugi tor analizy Zaremby-Bielawskiego służy rozbiciu schematu myślenia, który wszystkie próby segregacji obywateli, kontroli rasy i drastycznej polityki rodzinnej wiąże z rozwojem hitleryzmu. Takie sprzężenie prowadzi do uproszczenia, dopuszcza do rozmycia odpowiedzialności. Punktem wyjścia do jego dziennikarskiego śledztwa było odkrycie, że w Szwecji proceder sterylizacyjny zakończył się dopiero w latach 70.,  za tym pierwszym odkryciem podążyły następne, które podważyły tezę o nazistowskiej proweniencji eugeniki: Hitler wykorzystał ustawę wprowadzoną wcześniej przed rząd weimarski, w Japonii zaostrzono przepisy sterylizacyjne w czasie okupacji amerykańskiej po 1945 roku, w Polsce dogmatycznym eugenikiem był pierwszy minister zdrowia z 1919 roku – Tomasz Janiszewski, sportretowany zresztą przez Żeromskiego jako główny bohater „Ludzi bezdomnych”.
    Książka Zaremby-Bielawskiego to z pewnością praca ważna, świetny też przykład zaangażowanego dziennikarstwa, próba zabrania głosu w imieniu ofiar – do lat 90. milczących, zawstydzonych, zapomnianych przez społeczeństwa i pogardzanych przez rządy. Wydaje się jednak, że niektóre tezy autora w ferworze demaskatorskiego wywodu układają się w zbyt proste, łatwe ciągi, tworzą zbyt daleko idące uproszczenia: winą za popularność eugeniki obarcza on ideę państwa opiekuńczego (a nie tylko konkretną realizację, jaką był Dom Ludu w Szwecji), wprowadza podział na popierających sterylizację, podporządkowanych ślepo państwu protestantów i krytycznie usposobionych, przezornych katolików. Jako prawdziwy motor działania higienistów uznaje ich problemy z życiem seksualnym, bezpłodność – taki prymitywny freudyzm niekorzystnie odbija się na całym tomie, prowadzi bowiem do spłycenia refleksji, wpływa też na widzenie polskiej kultury (dla autora Higienistów doktor Judym to zwykły sadomasochista – na co jednak nie może zgodzić się nasza historia literatury). Pod powierzchnią obrachunku z inżynierami rasy kryje się zaś rozliczenie z lewicą, Zaremba-Bielawski widzi w jej światopoglądzie podściółkę dla różnych niebezpiecznych trendów w nauce i polityce, zapominając, że – co pokazują różne jego teksty – każda myśl może się przerodzić w swoją karykaturę.
                                                                                       
  • Co w tym strasznego

     

    Włodzimierz Nowak, Obwód głowy

    Czarne, 2007
    Nowaka w Obwodzie głowy interesują problemy ważne w życiu codziennym: przemyt papierosów, rozkwit burdeli, polsko-niemieckie małżeństwa „z rozsądku”, studenckie peregrynacje za dyplomem prawnika. Autor skupia się na szarym życiu miast przygranicznych, bezrobociu po obu stronach Odry, walce o inwestorów z Zachodu, zajmuje go upośledzenie byłej NRD w stosunku do landów zachodnich.  
    Gubin i Słubice – przedstawione w reportażach Brzegi coraz bliżej, rybka daleko i Adam z Ewką żyli w raju wydają się Nowakowi polskim „dzikim Zachodem”. To miejsca, w których można dorobić się szybkich pieniędzy, ale też zaznać nędzy moralnej − matki pracują tu jako mrówki, córki zajmują się prostytucją, a synowie przerzutem ludzi przez granicę. Łatwy zarobek ściągnął wielu chętnych z całego kraju, taksówki walczą na moście granicznym w Gubinie o możliwość dowożenia niemieckich klientów do polskich burdeli.
    Nowak dzięki swoim bohaterom zgłębia drugą twarz polskiej gospodarki: tę opartą na ciężkiej przemytniczej pracy, przenoszeniu kartonów papierosów, handlowaniu ubraniami na bazarze, zbieraniu złomu po niemieckiej stronie, przywożeniu mebli „z wystawek”. Szczytem marzeń dla specjalistów od przygranicznego biznesu jest własny dom publiczny. Dlatego właśnie jedna z bohaterek mówi:
    Słubice to kurewskie i złodziejskie miasto.
    To eldorado powoli jednak obumiera:
    A ci nasi enerdowcy też groszem nie śmierdzą. Nieraz widziałam na osiedlu, jak pod blokiem Niemiec otwierał kanister, taki przerobiony i upychał do środka papierosy. Zaklejał taśmą, sikał sprejem. Przecież bogaty by sobie tyle trudu nie zadawał dla paru papierosów.
    Jednak obok współczesnej ekonomii w Obwodzie głowy nieustannie przewija się wojenna historia. Autor wybiera postacie szarych obywateli III Rzeszy, tych, którzy przyjmowali życie w systemie totalitarnym, bo za bardzo byli zajęci pracą w polu, by poświęcać się rozważaniom o polityce. Oni też ostatecznie stali się kolejnymi ofiarami nazizmu – tak jak bohaterka reportażu Noc w Wildehagen, której matka wraz z innymi kobietami ze wsi powiesiła się na strychu jednego z domów na wieść o zbliżaniu się Rosjan w 1945 roku. Podobne samobójstwa przetoczyły się falą przez wschodnie landy: ludzie mordowali najpierw dzieci, później sami wieszali się lub podcinali sobie żyły. Kobiety dyskutowały, jak długo trzeba wisieć, by się udusić (Adelheid Nagel przeżyła właśnie dlatego, że się „nie dodusiła”), w aptekach wszystkim chętnym sprzedawano truciznę (niedawno problem tych lęków końca wojny powrócił u nas przy okazji „Róży” Smarzowskiego).  Podobnie jak reżyser, Nowak odkrywa przed czytelnikami jedno z wydarzeń składających się na chaos końca wojny, epizod nie objęty żadnymi statystykami.
    Propaganda nazistowska wzmacniała lęk przed Armią Czerwoną, by zmobilizować Niemców do obywatelskiego wysiłku i poświęcenia na rzecz walczącej armii. Jednocześnie jednak nie były tajemnicą gwałty dokonywane przez Wehrmacht na Wschodzie i Niemcy obawiali się zemsty ze strony przeciwnika. Odwet ten był zresztą sankcjonowany przez najwyższe władze radzieckie – Nowak cytuje wypowiedź Stalina:
    Niech pan sobie wyobrazi człowieka, który, który walczył na całym odcinku między Stalingradem a Belgradem, przemierzywszy tysiące kilometrów przez własny zniszczony kraj, po trupach swoich kolegów i najukochańszych krewnych! Jak taki człowiek ma normalnie reagować? I co w tym strasznego, że po tych wszystkich okropieństwach zabawi się z kobietą?
    Autor Obwodu głowywychodzi jednak poza interpretację odwołującą się do rachunku krzywd. Przyczyn zbiorowych samobójstw szuka w wyobrażeniach, stereotypach społecznych. Jak bowiem uzasadnić fakt, że ludzie zabijali się nawet po podpisaniu kapitulacji? Jak wytłumaczyć, że ten sam gest wykonali parobcy w Prusach i Goebbels w Berlinie? Nowak widzi w samobójstwach rodzaj buntu, oporu wobec świadomości rozpadu dotychczasowego porządku, poczucia absolutnej klęski. Z tej wizji spełniającej się apokalipsy istniało tylko jedno wyjście – właśnie w śmierć.
    I nie było sensu, żeby po tym końcu świata żyły też ich dzieci, jako niewolnicy.
    Historia, postrzegana przez Nowaka, posiada przede wszystkim moc modyfikowania tożsamości. To zbieg okoliczności decyduje o tym, kim jesteśmy, do jakiej nacji i społeczności się zaliczamy. Człowiek wplątany w tryby historii zostaje wyzuty z tego, co dało mu wychowanie, gubi wspomnienia. Dowodzą tego losy „podmienionych” dzieci i bohatera Mojego warszawskiego szału – Mathiego Schenka. Uciekający przed Rosjanami Mathi, zostaje uratowany przez Polaków, żyje we wsi Ochodzy, koło Gniezna, jego gospodarz zamurowuje w ścianie książeczkę wojskową dowodzącą, że chłopak walczył w Warszawie w 1944 roku. Niemiec wyznaje Nowakowi, że gdyby nie list z domu, zostałby w Polsce. Opowiada również o swoim udziale w tłumieniu powstania warszawskiego. Jego relację można czytać jako uzupełnienie Rozmów z katem Moczarskiego, bo także stanowi narrację z niemieckiej, wrogiej perspektywy. O ile jednak Stroop jawi się jako podmiot i inicjator działań, o tyle Mathi Schenk jest zaledwie jedynym z wielu żołnierzy pędzonych niczym bydło przed czołgami. Również historia powstania 1944, opowiadana przez Schenka, daleka jest od opowieści Stroopa o powstaniu w getcie. Brak w niej uporządkowania, liczb, uwag taktycznych, poczucia triumfu – zamiast nich ciągle powraca motyw wymiotów, bezsenności, płaczu, picia i przerażenia. Dowódca oddziału strzela swoim podkomendnym w plecy, jeśli nie wykazują należytego zapału. Mathi boi się Polaków – bo noszą niemieckie mundury i hełmy, bo lepiej niż naziści mówią po niemiecku, a w ciemnościach świetnie walczą na bagnety. Drugą przyczyną lęku jest jednak poczucie, że na równi z Polakami stał się ofiarą wojny, wpadł w tryby maszynerii, która niszczy wszystkich bez względu na narodowość.
     Nowak w swoich reportażach odwołuje się do historii, szuka w niej odpowiedzi na pytania dotyczące konfliktu polsko-niemieckiego. Daleki od oceniania wydarzeń wojennych, stawia inną, wartą zastanowienia tezę: że rywalizacja Polaków i Niemców z polityki przeniosła się na grunt gospodarczy (czego dowodzi choćby konflikt między dwoma fabrykami koncernu General Motors w Bochum i Gliwicach), o czym najlepiej świadczy dialog w taksówce:
    Parę lat temu taksówkarz w Guben powiedział Krügerowi:
    – Jak Polska wejdzie to Unii, to my ten Gubin w jeden dzień wykupimy.
    Niedawno Krüger znów jechał taksówką po Guben:
    – Jak zniosą granicę Unii na Nysie – mówi taksówkarz – to ci z Gubina nas zjedzą.