Tag: blog

  • Pękają granice świata

    Pękają granice świata

    Katja Kettu, Akuszerka
    Świat Książki 2016
    przekł. Bożena Kojro
    Trudno napisać powieść wojenną, która byłaby melodramatem i jednocześnie w sposób serio stawiała pytania moralne. Kettu – młodej fińskiej autorce – w pełni się to udało. Akcja jej Akuszerki rozgrywa się w 1944 roku na północnym krańcu Finlandii, niedaleko granicy z ZSRR, pod okupacją nazistowską. Dzikie Oko, tytułowa akuszerka, to kobieta dysponująca tajemniczym darem leczenia i uśmiercania, reprezentująca nieujarzmioną siłę natury, budząca lęki zabobonnej ludności. Ucieka od mężczyzn, nie chce domu, w którym byłaby uwięziona i zmuszona do leczenia dzieci skazanych na śmierć z niedożywienia. Zakochuje się jednak w esesmanie, odchodzi za nim do obozu przejściowego, w którym zatrudnia się jako pomoc medyczna. Widzi w nim człowieka pięknego i czystego, choć ten ma na koncie udział w masakrze w Babim Jarze. Kobieta chce pomagać więźniom, nie wie, czemu w rzeczywistości służy obóz, ratuje przed rozstrzelaniem nastolatkę z lokalnego plemienia Skoltów.  Wszystko zmienia się jednak, gdy Dzikie Oko zachodzi w ciążę, a Finlandia podpisuje sojusz z ZSRR. Dotychczasowi więźniowie przejmują w obozie władzę i dziewczyna musi porzucić te wartości, których starała się strzec.
     
    Kettu pyta o to, czy można oskarżyć kobietę, która za wszelką cenę chcę ratować swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Równocześnie opowiada o dramatycznych zmaganiach wojennych na granicy fińsko-radzieckiej,  o splątanych losach uczestników wojny, o konflikcie między oświeconymi oficerami armii nazistowskiej i ciemnym ludem rdzennych mieszkańców Północy, których trudno przypisać do jakiejkolwiek znanej rasy. O kryzysie umysłu racjonalnego wydanego na pastwę przyrody północy. W tym wszystkim miejsce muszą znaleźć sobie jej bohaterki, bo to wysuwają się na plan pierwszy w stosunku do słabych mężczyzn. Podstępne, zaborcze, zaślepione, naiwne i chutliwe – Kettu rysuje portrety wielu postaci kobiecych, z których tworzy panoramę, wokół nich skupia swą opowieść. 
     
     
    Ten tekst ukazał się pierwotnie w 41 nr „Polityki” (2016). 
  • Zabobony przodków Brajanka, czyli polska demonologia ludowa

    Zabobony przodków Brajanka, czyli polska demonologia ludowa

    Łukasz Maurycy Stanaszek, Wampiry w średniowiecznej Polsce NCK 2016
    Tuż przed Wszystkimi Świętymi, w okolicy Halloween i Dziadów zamierzałam opublikować lekki tekst o wampirze i o pochówkach, jakie organizowano, by na ziemiach dawnej Polski odpędzić zło. Podstawą do takiego rozrywkowego tekstu miała być książka Łukasza Maurycego Stanaszka Wampiry w średniowiecznej Polsce. Otóż nie będzie zabawy, jak zwykle będzie za to wytykanie punktów słabych. Gdy zorientowałam się, jaka to słaba książka, miałam zamiar ją w ogóle przemilczeć, ale we wczorajszym wydaniu „Gazety Wyborczej” znalazłam wywiad z autorem, który kreuje się na wybitnego specjalistę w swej dziedzinie. Co to to nie.  
     
    Od początku jednak: Stanaszek bada tzw. dawne pochówki atypowe, czyli wszystkie te, które odbiegają od ustalonej przez archeologów normy. Interesuje go, na jakie sposoby grzebano ciało, bo sposoby te dowodziły, jak wyobrażano sobie zło oraz jego powrót zza grobu. Odwracano więc ciało zmarłego na brzuch, przykładano je kamieniami, odcinano wreszcie głowę i układano ją między nogami. Stanaszek robi także katalog cech, na podstawie których definiowano wampiryzm. Były to oczywiście cechy fizyczne, ale też niektóre choroby, których źródeł średniowieczna medycyna nie potrafiła wskazać.  
     
    W ciągu ostatnich kilku tygodni w polskim Internecie krąży żart:
    -Mamo, a mogę się przebrać na Halloween?
    – Nie, bo to nie jest polskie święto, Brajanku (pojawił się nawet na Sztucznych Fiołkach)
    dobitnie świadczący o tym, że ciągle trwa walka pogaństwa z chrześcijaństwem, która u nas ma jeszcze jeden poziom: ścierania się narodowej kultury z wpływami Zachodu, uwielbianego i nienawidzonego jednocześnie.
     
    Ten sucharkowy żart mógłby otwierać książkę Stanaszka. Autor próbuje w niej pokazać, jak we wczesnych fazach chrześcijaństwa w Polsce ścierały się wpływy nowej wiary i starej demonologii ludowej, pogańskich kultów. To w gruncie rzeczy najciekawszy temat, bo o wampirach i wierzeniach ludowych, wokół których skupia się uwaga Stanaszka,  trudno dzisiaj wymyślić coś nowego. Ten ciekawy temat autor załatwia na kilku stronach i musimy przyjąć na wiarę wywody, które przytacza za innymi badaczami: chrześcijaństwo w wersji uproszczonej, ludowej stopniowo torowało sobie drogę do szerokiego grona wyznawców, ale jednocześnie głoszone przez nie tezy umacniały funkcjonowanie wielu wierzeń ludowych. Naukę o ukrzyżowaniu lud odbierał jako opowieść z pogranicza starej i nowej wiary. Przebicie boku Chrystusa przypominało użycie kołka, zwalenie wejścia do grotu głazem – przywalanie kamieniami, zmartwychwstanie po trzech dniach – powrót strzygonia lub innej mary. Podobnie sytuacja kształtowała się wśród duchowieństwa – walczący przeciwko zabobonom, gusłom i wierzeniom ludowym księża sami czasem sięgali po środki wskazane do walki z demonami, znali wszystkie rytuały „deviant burial” i potrafili je zastosować, by uchronić wiernych od złego powracającego zza światów.  
     
    Dr Stanaszek wydał w Narodowym Centrum Kultury swoją pracę magisterską obronioną w 2000 roku i już na wstępie informuje czytelnika, że w ciągu ostatnich 15 lat badania w opisywanej przez niego dziedzinie posunęły się naprzód, on jednak ich nie uwzględnia w swojej książce. Każdy z nas, kto kiedykolwiek pisał jakiś tekst naukowy, wie, że jego największą wartością jest wykorzystanie badań najnowszych, ustosunkowanie się do ostatnich odkryć, a nie arbitralne porzucanie narracji w pewnym punkcie. Lenistwo nie jest tu żadnym wyjaśnieniem, trzeba było przepisać tekst na nowo, dodać mu w niektórych miejscach akapity o najnowszych badaniach, a nie deklarować szczerze i naiwnie, że jest się o 15 lat spóźnionym. Każdy, kto próbował kiedyś opublikować swój naukowy tekst, wie także, że to właśnie jest główny problem: opublikować artykuł, książkę czy inny esej na tyle szybko po zakończeniu badań, gdy jeszcze nie straciły one na aktualności. Jak inaczej nauka mogłaby się w ogóle rozwijać?
     
    Po drugie, w pewien sposób oburza mnie postawa wyższości, jaką Stanaszek przyjmuje w swojej książce. Czytałam w swoim życiu kilka prac magisterskich i ta – delikatnie mówiąc  – nie należy do najlepszych. Nie można też bronić tej książki argumentem, że to praca popularnonaukowa, bo właśnie wyższość autora, pośpiesznie ferowane wyroki, lekceważenie to cechy, które wyraźnie pokazują, że autor (dzisiaj dr, a nie mgr) ma wysokie ambicje naukowe. Otóż wyższość objawia się w takich oto frazach: „świeżo ochrzczeni tubylcy”, „najbardziej wsteczne nurty nieoświeconej kultury ludowej”, „prawdy wiary były często rozumiane opacznie i błędnie interpretowane przez nieoświeconych mieszkańców wczesnośredniowiecznej Polski”. Na moich studiach uczono, że badaczom nie wolni używać słownictwa nacechowanego, wartościującego. Tutaj zaś roi się od epitetów: nieoświecony lud, wsteczny ruch, tubylcy itp. Jednakże badacz kultury nie możne na nią patrzeć wyłącznie w ramach perspektywy postępu cywilizacyjnego, zwłaszcza że idea ta dość mocno się już skompromitowała. Rozumiem jednak, że autor książki odczuwa silną potrzebę, by odróżnić się od niepiśmiennego chłopstwa, wierzącego w zabobon. XIX-wieczni naukowcy, aby odróżnić się od prymitywnych ludów, zawiązywali pod szyją fulary i zakładali kamizelki, zanim wyruszyli do buszu.  Dzisiaj jednak nie uprawia się już nauki w ten sposób.

     

  • Nagroda Conrada – moje typy

    Nagroda Conrada – moje typy

    Poniżej fragmenty książek debiutantów nominowane w tym roku do Nagrody Conrada. Ja stawiam na dwie osoby – co rzadko mi się zdarza – na Panią Stefę Kicińskiej i O pochodzeniu łajdaków Wiśniewskiego. Nie mogę się zdecydować, która książka podoba mi się bardziej. 
    Kicińską czytałam jeszcze w 2015 roku, rozmawialiśmy o niej na antenie Radia Kraków w programie Koło Kultury. Natomiast Wiśniewskiego przeczytałam dzięki nominacji do tej nagrody.
    Sami Państwo sprawdzą, kogo warto przeczytać.
    Zakładów bukmacherskich na razie chyba się nie przyjmuje. Rozstrzygnięcie w niedzielę, godz. 2o.
    Marek Adamik, Sensu sens
    Helion 2015
    W s p o m n i e n i e :
    Jedna praca zakończona i towarzyszące temu uczucie satysfakcji. Wszystko się udało. Byłem zmęczony, lecz kolejne spotkanie, na które właśnie jechałem, napawało chęcią do życia. To było kolejne wyzwanie. I tak cały czas, od zlecenia do zlecenia. Od publikacji do publikacji.
    Bardzo wyraźnie pamiętam te odczucia. Odczucia, że żyłem. Wiele rzeczy wydawało się wtedy prostszych. Kiedyś byłem prowodyrem. Kiedyś. Pozostało niewielu przyjaciół, znajomych.
    Stałem się odludkiem. Unikam miejsc, w których mogę spotkać starych znajomych. Proste pytania stawiają mnie wtedy pod ścianą.
    – Gdzie zniknąłeś?
    – Co teraz robisz?
    – Gdzie można zobaczyć twoje nowe prace?
    Dawni towarzysze tańczą niczym cienie w głowie. Nie liczyłem się tylko z jednym. Trzeba było wydrzeć z przeszłości również wspomnienia.
    Magdalena Kicińska, Pani Stefa
    Czarne 2015
    Poniżej próbka – bardzo charakterystyczna. Styl Kicińskiej jest konkretny, gęsty, portret bohaterki budowany powoli i subtelnie. Rośnie i rozwija się przez cały reportaż:
    Dzień jest zawsze za krótki, więc trzeba wstać przed wszystkimi. Umyć twarz, uczesać włosy (poprawić, nie układają się gładko), założyć okulary, czarną suknię. Wejść do sypialni, jednej, drugiej, obudzić dzieci (składają pościele, ubierają się – kilkorgu trzeba pomóc). Wydać tran. Dopilnować, żeby wypiły. Zmienić opatrunki i podać lekarstwa chorym. Poczekać, aż skończą modlitwę (te, które chcą). O siódmej uderzyć w gong (przyszedł od darczyńcy), dać znać, że śniadanie gotowe. Na śniadanie była bawarka, dwie bułki.
    Wyprawić do szkoły te, które idą na ranną zmianę (sprawdzić, czy czysto ubrane – będą o nich mówić „lalki pani Stefy”).
    Icchak Belfer zapamiętał:
    – Już jest po śniadaniu, dzieci wychodzą do szkoły. Stefa stoi w drzwiach, przy niej dwa kosze kanapek. Pamięta, komu z czym. W mojej szkole dzieci mi zazdrościły, bo tylko ja przynosiłem. Byli tacy dwaj bracia, chodzili na zmianę, bo mieli jedne buty, to się z nimi dzieliłem.
    O jedenastej zawołać na drugie śniadanie te, które zostają. Podaje się dzieciom chleb z masłem.
    O trzynastej pierwsza, o szesnastej druga tura obiadów: zająć ósme miejsce przy jednym ze stołów. W środku auli, tak aby widzieć wszystkie dzieci. Wstać, żeby pomóc tym, które nie umieją,
    rozleją, wyplują. Na obiad zupa i mięso (sześć razy w tygodniu), jarzyny. Pomidorową próbuje zawsze. Nie układa menu, ale pilnuje, żeby chleb stale był dostępny między posiłkami; jeśli któreś
    zgłodnieje, wie, skąd go wziąć. Kiedy jedna z filantropek kręci nosem na za grube pajdy, Wilczyńska odpowiada: „pani daje swojemu dziecku na kromkę masło i wędlinę, więc może być chudsza. Ja swoim najwyżej dżem”.
    Chyba że to sobota.
    Wtedy: budzić można później, nie idą do szkoły. Przyjąć zapisy na zakłady (kto, z kim, o co i kiedy), potem zebrać wszystkie w auli na czytanie gazetki (ona albo Korczak). Poprzedzić zebranie zdaniem, że w tym tygodniu żadne dziecko nie zostało uderzone przez żadnego z wychowawców (jeśli to prawda). Wyprawić do rodzin. Jeżeli zbliża się święto albo uroczystość – znaleźć czas, żeby je przygotować.
    Zorganizować wycieczkę – Ogród Botaniczny, Stare Miasto, iluzjon (zdobyć pieniądze, kupić bilety, podzielić grupy, wyprawić).
    fot. Anna Mika
    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina
    Czarne 2015
    To jest taki rzadki przypadek debiutantki, która po roku od publikacji książki nie potrzebuje już chyba żadnej reklamy. Nominowana do paszportów „Polityki”, Gdyni, Nike i teraz Conrada, już chyba zdobyła swoich czytelników. Czekamy na drugą książkę!
    – Był w chlebie kręgosłup – odparła ciotka. – Masa drobnych kości.
    – Tak z centymetr od skórki spieczonej – dodał wuj.
    – Więc nie w każdym miejscu – powiedziała Maria, na co ciotka surowo:
    – Nie kupujcie już tam, gdzieście kupowały. Kupujcie razowy – i odwróciwszy się do wujka, dodała: – Dolałbyś mi ciepłej wody?
    – Stawać do konkursu lub układać kok – odczytał z gazety.
    – Na siedem, pionowo.
    – Bo się zimno robi, słyszysz?
    – Nie wiesz? – zapytał, spojrzał na Marię. – Ty też nie?
    – Nie – powiedziała. – Są jakieś litery?
    – Drugie „o” – odparł, wstając.
    – W kuchni masz czajnik, idź no – powiedziała ciotka.
    – To ja też pójdę już może – powiedziała Maria. – Żeby nie przeszkadzać.
    – Nie przeszkadzasz – odparła ciotka. – Znaczy po tym wszystkim to już chyba nie ma znaczenia, czy przeszkadzasz czy nie.
    A to, pomyślała Maria, co znowu?
    – Byłaś dzieckiem, pamiętam.
    Ciotka wyciągnęła stopę z miski i przebierała palcami.
    – Takim dzieckiem, o – wskazała gdzieś metr nad ziemią – ale już wtedy po oczach, po spojrzeniu… Nie masz pojęcia, o czym mówię?
    – Nie – odparła Maria. – Ciotka się przeziębi z tą nogą.
    – Ja się spodziewałam – powiedziała tamta – spodziewałam się tego. Spytaj matkę! Dzisiaj jej jeszcze mówiłam: „Ale czy ty pamiętasz, że ja was ostrzegałam? Pamiętasz?”.
    – Ja nic nie pamiętam.
    – Człowiek się po łokcie urabia, żeby miała jak najlepiej, a ta nawet listu nie zostawi. Dwóch, trzech zdań nie napisze, nie chce jej się.
    Nadszedł wuj z czajnikiem, nachylił nad miską.
    – Unieś, serce, nogi – rzekł do ciotki – może być gorąca.
    I spuścił do miski szary, parujący strumień wrzątku, ciotka zanurzyła największy palec stopy i pisnęła z uciechy.
    – Ciało jest już sztywne – rzekł wuj, odstawiając czajnik. – Ty je już widziałaś?
    – Nie – odparła Maria. – I nie wiem, czy zobaczę.
    – Nie było dużo ludzi – powiedział wuj – właściwie nikt.
    Znaczy pani Różyłło…
    – Jest pogrzeb o czternastej – powiedziała ciotka.
    – Ja na żaden pogrzeb nie idę – odezwała się Maria. – Nie chce mi się. Po co mi to? Mam już swoje plany. Poza tym żyję jeszcze.
    – Ta – odparła ciotka, zanurzając obie stopy; znów pisnęła cicho. – Dzwonił narzeczony, chwileśmy gadali. Ja wiem, może ze dwie minuty? Mama była w kościele, to odebrałam.
    – Ze dwie minuty pewnie – przytaknął wuj.
    – I mówię mu, że będzie pogrzeb o czternastej, a on, że dziękuje.
    – Chciał przyjechać, ale nie mógł nigdzie znaleźć butów – powiedział wuj. – No, szkoda. Szkoda, żeś się z ludźmi więcej nie zadawała. Przyjemnie mieć potem ładny pogrzeb, ale za życia trzeba się tym interesować, że tak powiem. Twoja mama mówiła – dodał – że cię dzisiaj widzieli pod kościołem.
    Skarżą się podobno, że ich przerażasz. Ktoś mówił, że drażniłaś patykiem święte figurki.
    – Jakie figurki? – spytała Maria. – Jakim patykiem? Ja od pewnego czasu przecież nie biorę nic do ręki.
    – Masz żal, nie? – spytał wuj. – No, ale powiedz szczerze. Masz żal, nie? Do Boga?
     
    Żanna Słonowska, Dom z witrażem
    SIW Znak 2015
     
    Słowo „mama” nie jest dla mnie obrazkiem, jest dźwiękiem. Zaczyna się w brzuchu, przez płuca i krtań ciągnie do tchawicy i utyka w gardle. Jesteś totalnym beztalenciem muzycznym, zwykła powtarzać, więc nigdy nie śpiewam. Mimo to głos, który rodzi się w moich wnętrznościach, jest jej głosem, mezzosopranem. Rzecz w tym, że kiedy siedziałam w jej brzuchu, wydawało mi się, że ten głos należy do mnie, a gdy wyszłam, okazało się, że jest tylko jej. Ta nasza muzyczna oddzielność trwała jedenaście lat, aż do jej śmierci. Później długo nie było nic, ani dźwięków, ani kolorów, jedynie dziura na wylot w okolicy łopatki. A gdy w końcu urosłam, wyszło na jaw, że teraz to ona siedzi w moim brzuchu. Teraz ona nic nie widzi. Znów jest tylko głosem, pięknym mezzosopranem. A ja na próżno staję przed lustrem, otwieram usta i próbuję go z siebie wydobyć. 
     
     
    Tomasz Wiśniewski, O pochodzeniu łajdaków czyli opowieści z metra
    Lokator 2015
    4.2. Czas walki
    Pewna epoka minęła, odeszła bezpowrotnie. Wielu się ode mnie odwróci. Przyjaciele w czarnych swetrach mi podziękują. Przyjaciółki poetki powiedzą, że się skończyłem. Bramkarze nie wpuszczą do niektórych barów. Z bibliotek nie dostanę niektórych książek. Z księgarń będę po prostu wypraszany.
    Bo zdradziłem. O świcie.
    Zacząłem biegać. Zacząłem uprawiać jogging.
    Wszystko trwało całe piętnaście minut, piętnaście minut krystalicznie czystego szaleństwa w białych butach puma, opasce i szortach, piętnaście minut dramatycznej walki o utrzymanie postawy pionowej, walki, która była jednocześnie zdradą idei dekadenckiej, okrutnym sztyletowaniem w plecy wszystkich zadymionych lat.
    A jednak przeszedłem przez to piekło i z pełną świadomością oczekuję tego, co dopiero nadejdzie: szykan, publicznych zniewag, ataków, wykluczeń.
    Ale przetrwam to wszystko, przetrwam jak Nietzsche w Bazylei, jak De Sade w Bastylii. Przetrwam!

     

  • Conrad dzień drugi

    Conrad dzień drugi

    Teraz wyznanie osobiste – przez ostatnie trzy lata jesień budziła moje szczere przerażenie. Targi Książki, festiwal Conrada, mnóstwo nowych książek przyspieszało tętno krytyczne. Last but not least organizacja Nagrody Szymborskiej – mnóstwo pracy organizacyjnej, nerwy. Na Conrada wpadałam rzadko, na targi – w przelocie, żeby nagrać materiał dla radia w sprawie intensywnej literacko jesieni. Ale teraz, odkąd Nagroda Szymborskiej przyznawana jest latem (i skutecznie utrudnia mi uczestnictwo w Festiwalu Miłosza;), mam czas na Conrada. No więc chodzę codziennie. Wczoraj Ryszard Koziołek, w którego książce tyle samo rzeczy mnie wzrusza, co irytuje (ale irytuje w sposób pozytywny, pobudzający krytycznie). Dzisiaj o 18. „W Polsce, czyli gdzie?” –  spotkanie z Dominiką Kozłowską, Michałem Łuczewskim, Włodzimierzem Nowakiem i Ziemowitem Szczerkiem.

     

    Obu ostatnich uwielbiam, i chociaż czytam ich wciąż „na ostro”, to nie ma się do czego przyczepić. Nowak oddaje teksty pełne, kompletne, spójne. Takie, które wytrzymują próbę czasu.  Obwód głowy ciągle rozsadza mózg, Niemiec zadaje coraz więcej pytań – wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną. Szczerek z kolei to autor, do którego formy można mieć zastrzeżenia, natomiast niesamowita jest ewolucja, jaką przeszedł między Przyjdzie Mordor i nas zje a Tatuażem z tryzubem. Obie książki są świetne, ale każda z nich w zupełnie inny sposób – Mordor buntowniczy, z ostrzem satyry. Tatuaż z tryzubem – pełen pytań bez odpowiedzi, formułujący przerażające wnioski. 

     
     
  • Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Wikimedia Commons

    Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna

    Marginesy 2015
    Przeczytałam tę książkę prawie rok po publikacji, ale ciągle jeszcze – myślę sobie – zmieściłam się w granicach 100 rocznicy I wojny światowej, której powieść jest poświęcona.
     
    Wojna, a właściwie Wielka Wojna, wysuwa się tu na plan pierwszy, stanowi centralne doświadczenie życia Urbaina Martiena, choć ten umiera dopiero w 1981 roku, a więc szmat życia przypada na okres powojenny. Martien, chłopak z ubogiej rodziny, dostaje powołanie na front, i na własnej skórze przekonuje się, jak toczy się nowoczesną wojnę. Hertmans jest fantastycznie konsekwentny w tej swojej perspektywie: całą I wojnę obserwujemy z pozycji okopów, z pozycji niedoświadczonych, szeregowych, przestraszonych żołnierzy, którym dowódcy na przemian nakazują maszerować i kopać. W opowieści Hertmansa widać, jak dokonuje się zderzenie słabego ludzkiego ciała z nowoczesną bronią, gazami bojowymi, nowymi sposobami prowadzenia działań militarnych. Martien, cudem przeżywający kilka największych bitew, poza przerażeniem wciąż odczuwa zdziwienie, pewnego rodzaju zaskoczenie, że ciało tak łatwo poddaje się kulom, że umiera się tak szybko i bez wysiłku.
     
    To właśnie odróżnia go od Remarque’a i Cendrarsa, którzy całą swą energię poświęcili pokazaniu bezsensu wojny. Hertmans, przystępując do pisania Wojny i terpentyny niedługo przed setną rocznicą wybuchu wojny, miał świadomość, że włącza się w olbrzymi nurt literacko-historyczny, liczący – bagatela – jakieś 25 tysięcy tytułów. Trudno tu znaleźć własną drogę, powiedzieć coś nowego. Wydaje mi się jednak, że mu się to udało: Martien jest chłopakiem prostym, poczciwym i obowiązkowym, bardzo religijnym. Udział w wojnie nie wyrywa go z życia, trauma nie powoduje wykorzenienia, alienacji. Płaczącemu w okopach pociechę przynosi modlitwa i powtarzane w kółko słowa, swojskość modlitwy pozwalają przetrwać kompletnie obce doświadczenie wojny.
     
    Wszyscy piszą, że to piękna historia o pamięci. Zgoda. Wydaje mi się jednak, że to jeszcze piękniejsza opowieść o pokorze, z jaką przyjmuje się to, co przynosi życie. Hertmans na bohatera wybieram bowiem człowieka, którego los doświadcza wielokrotnie, konfrontuje go ze śmiercią, głodem, żałobą, rozpaczą, chorobą, poczuciem wstydu, niższości, z konfliktami klasowymi i narodowymi. Udział w wojnie to tylko jeden z zakrętów na drodze Martiena. To także historii o człowieku prostym, pozbawionym wykształcenia, ale jednocześnie obdarzonym niezwykłą samoświadomością, zdolnością obserwacji, wrażliwością na sztukę. Martien zaczyna pracować jako nastolatek, specjalnie odkłada pieniądze, by uczyć się rysunku, po wojnie pracuje na kolei jako robotnik, na emeryturze dopiero poświęca się całkowicie malowaniu. W powieści Hertmansa nie ma jednak w ogóle dystansu, nie ma wyższości wobec sposobu przeżywania świata przez robotnika. Robotnika, który zna swoje miejsce i nie próbuje spierać się z dowódcami wojskowymi, choć zdaje sobie sprawę z bezcelowości ich rozkazów, który w milczeniu przyjmuje ataki wymierzone w żołnierzy o flamandzkim pochodzeniu, a stosowane przez walońskie dowództwo. Martien znosi swój los z pokorą, nie buntuje się przeciwko wyrokom boskim i ludzkim, wypełnia swoje obowiązki, dba o rodzinę, wciąż żyje pełnią życia – ten jego upór w jakiś przewrotny sposób właśnie budzi w czytelniku największy podziw. Kilka razy cudem uratowany przed śmiercią – w odlewni żelaza i na froncie – zna wartość życia, choć jednocześnie wie, jak łatwo to życie stracić. Dlatego właśnie nigdy z życia się nie wycofuje. Nie znajdziemy tu dramatycznych uniesień, buntu przeciwko ontologii, ani oporu wobec politycznych decyzji, a jednocześnie wciąż widzimy, że Martien, skrupulatnie wykonując wszystkie polecenia kolejnych przełożonych, jest ponad nimi.
     
    Tutaj właściwie mogłabym skończyć ten tekst, ale kusi mnie, żeby tę fantastyczną, złożoną powieść przeciąć ostrym nożem polonistycznym, żeby pokazać choćby kilka zastosowanych w niej chwytów, które sprawiają, że otwiera się przed nami inna opowieść, daleko wykraczająca poza problem pamięci i wojennej traumy.
     
    Obok tej prostej, ale zarazem głębokiej historii o akceptacji życia w najgorszych warunkach, Hertmans buduje tutaj i drugą warstwę opowieści. Większość piszących o tej książce dała się złapać na lep stworzonej tutaj formuły: autor wymyśla bowiem pewnego rodzaju klamrę, historię w historii. Hertmans-wnuk pisze o przeżyciach wojennych Martiena-dziadka. Cała opowieść zbudowana jest bardzo misternie, symetrycznie splatają się tu różne wątki, albo też mamy ich zwierciadlane odbicie, przeciwstawienie przeszłości i teraźniejszości. Taki chwyt zadomowił się we współczesnych opowieściach wojennych – znamy go z Cercasa, Bineta, Littella.
     
    Skomplikowana formuła ujawnia się zarówno na poziomie przedstawionych w powieści wątków, jak i samej formy. Tekst stylizowany na autentyczną opowieść jest w gruncie rzeczy bardzo skomplikowaną grą w szczerość, tworzeniem masek i przesłon. Widać tu bowiem dwa rodzaje narracji, obie stworzone przez Hertmansa-pisarza. W jednej mówi wnuk, pisarz, intelektualista. W drugiej dziadek-żołnierz-robotnik, obie jednak wyszły spod pióra tego samego autora, oba w równym stopniu są tekstem literackim. Hertmans-pisarz, zdając sobie sprawę z tego, że samoistna opowieść wojenna nie utrzyma się w zalewie historii z I wojny, wybiera gatunki i zagadnienia, które mają wspomóc i zarazem skomplikować ten główny wątek. A zatem mamy tu elementy sagi rodzinnej (bo mamy tu sportretowane 4 pokolenia, przy czym ważniejsi są pradziadkowie niż rodzice), powieści o artyście (bo pradziadek maluje freski i miłość do nich go właściwie zabija, dziadek to malarz sztalugowy, a wnuk to pisarz), melodramatyczny romans (miłość dziadka i jego małżeństwo) i wreszcie jako czwarty gatunek – opowieść o wojnie. Nie mają zatem racji ci recenzenci i krytycy, którzy widzą w Wojnie i terpentynie prosty zabieg montażu – zderzenie opowieści dziadka i wnuka. Obie części są wykreowane, stworzone przez tego samego autora.  
     
    I tak prostemu, pozbawionemu wykształcenia dziadkowie autor przeciwstawia wnuka-pisarza, erudytę, cenionego intelektualistę. Trudowi budowania, tworzenia Martiena autor przeciwstawia postać wnuka jako dziecka, które niszczy cenne przedmioty, z dziecięcej nieporadności. W I części finguje autentyczność przeżyć dziadka, dysponuje pełną wiedzą, w II zaś – poświęconej związkowi miłosnemu i małżeństwu – podkreśla swą niewiedzę, wielokrotnie wskazuje, że snuje tylko domysły, stawia czytelnikowi przed oczyma tajemnicę i mnoży hipotezy, aluzyjnie podsuwając intymne szczegóły.
     

     

     Świetna lektura, fantastyczna opowieść o trwaniu i pokorze. Ale też kapitalna lektura dla wielbicieli metanarracyjnych, autotematycznych smaczków, dla zwolennikó1) wyrafinowanej, skomplikowanej formy. 
  • Dekalog czytelnika

    Dekalog czytelnika

    1. Czytaj codziennie. Czytaj swoim dzieciom codziennie.
    2. Rozmawiaj o tym, co czytasz. Zadręczaj znajomych opowieściami o fajnych książkach i ostrzegaj ich przed lipą.
    3. Chodź do księgarni, kartkuj, zaglądaj, podczytuj. Wybierz to, co ci się podoba.
    4. Książka nie ma terminu przydatności – czytaj to, co napisano sto lat temu, co wyszło dziesięć lat temu i co masz z biblioteki po dziadkach. Nowość nie jest lepsza od klasyki (a często dużo gorsza).
    5. Wierz bibliotekarzom.
    6. Nie wierz działom promocji, notom na książkach, blurbom.
    7. Zapomnij o listach bestsellerów. Albo lepiej – pamiętaj o nich i nie sięgaj po żadną książkę, którą na nich znajdziesz.
    8. Puszczaj książki w ruch – oddawaj swoje znajomym, pożyczaj od nich, wymieniaj się.
    9. Nie chomikuj, jeśli nie podoba ci się to, co masz, oddaj – komuś się spodoba.
    10. Książka nie jest święta, noś ją ze sobą, jedz nad nią, czytaj w tramwajach i kąpieli. Miej książkę zawsze przy sobie. Dzieciom pozwól czytać na nocniku.


     A co Wy o tym sądzicie? Jakie macie przykazania?