Tag: blog

  • Okropna sytuacja

    Okropna sytuacja

    Piotr Seweryn Rosół, Genet Gombrowicza. Historia miłosna,
    Fundacja Terytoria książki 2015
    Wielu krytyków i badaczy próbowało już zmierzyć się z Gombrowiczem, z jego tekstami i biografią zarazem. Do najgorszych zaliczyć można Jaśnie panicza Joanny Siedleckiej. Genet Gomrbowicza zaś z pewnością należy do najlepszych. W 1952 roku Jean Paul Sartre opublikował olbrzymi esej biograficzny poświęcony Jeanowi Genetowi zatytułowany Genet. Aktor i męczennik. Pomysł, na którym oparł się Sartre, a który wykorzystywał w innych esejach (o Baudelairze, Flaubercie), wywodził się z psychoanalizy i przekonania, że istnieje w życiu człowieka jakiś jeden moment decydujący, jakaś chwila, w której objawia się cała jego istota, i który można badać, by się do niego zbliżyć. Do tej myśli nawiązuje właśnie Piotr Seweryn Rosół, gdy zakotwicza swą rozległą opowieść biograficzną w Paryżu 1963 roku i sięga po krótki fragment z DziennikaGombrowicza, w którym opisuje spotkanie-niespotkanie z Genetem:
     
     Genet! Genet! Wyobraźcie sobie, co za wstyd, przyplątał się do mnie ten pederasta, ciągle za mną chodził, ja idę ze znajomymi, a tu on na rogu, gdzieś, pod latarnią, i jakby kiwał… daje mi znaki! Zupełnie jakbyśmy byli z tej samej branży! Kompromitacja! A także – możliwość szantażu! Przed wyjściem z hotelu wyglądałem przez okno… nie ma go… wychodzę… jest! Jego plecy stulone zerkają na mnie!
     
    Rosół wykorzystuje zatem zarówno postać Geneta, jak i jego twórczość jako klucz interpretacyjny do rozpoznania tekstów Gombrowicza. Siedząc przez trzy tygodnie w hotelu Helder, tuż po powrocie do Europy po 25 latach pobytu w Argentynie, Gombrowicz zaczytuje się w Ceremoniach żałobnych Geneta i stwierdza, że zawierają one wszystko to, czego on sam nie ośmielił się nigdy napisać. Genet jako swoją strategię pisarską wybiera bowiem głośne mówienie o sprawach homoseksualnych, to właśnie swoboda, bunt, obsesyjne łamanie tabu stanowią siłę napędową jego tekstów. Tymczasem Gombrowicz spiętrza figury maskujące i pod milczeniem ukrywa wątki homoseksualne. Rosół – uzbrojony w teksty Geneta, analizy literaturoznawców-gombrowiczologów, korespondencję między Gombrowiczem a jego przyjaciółmi oraz opublikowany w 2013 roku tajny dziennik Gombrowicza czyli Kronosa, rozpoczyna śledztwo, rozcina kolejne teksty Gombrowicza, by wywieść z nich opowieść o tym, co w społecznej normie wydaje się patologiczne. Patologiczne, czyli prywatne i niepolityczne, to, co rodzi destrukcyjną energię. Gombrowicz odkrywa Geneta jako swoje żenujące alter ego, choć Rosół charakteryzuje to spotkanie także jako historię miłosną. Obu łączy wszak  doświadczenie ludzi zepchniętych na margines normy społecznej, nie godzących się jedna ani na normę, ani na dyskurs emancypacyjny.  
     
    Genet Gombrowicza to z jednocześnie książka naukowa, badawcza i kryminał, czy też esej sensacyjny: drobiazgowe śledztwo przeprowadza autor, próbuje zaś zgłębić to, co Gombrowicza nazywa „niewysłowionym sekretem”. Rosół na różne sposoby rozumie ten sekret, zderza twórczość Geneta i Gombrowicza, by pokazać między nimi punkty wspólne i różnice. Dynamikę i napięcie w tym tekście wytarza nieustanne właśnie nieustanne zderzanie Geneta i Gombrowicza: łączy ich „antynaturalność” – obnażanie konstrukcji w tym, co wydaje się naturalne, przemoc w „naturalności”, pisanie osobliwe, ośmieszanie tradycyjnej analogii między Tekstem a Naturą. Łączy ich skłonność do obrazoburstwa i perwersji, jednakże dzieli to, jak produkują obrazy perwersyjne. Genet stawia na przerysowanie, nagromadzenie seksu i przemocy, podczas gdy Gombrowicz nie zapisuje ani jednej sceny otwarcie seksualnej. Obaj zafiksowani są na tych samych figurach: młodości, niższości, męskości, ale opracowują je w zupełnie inny sposób. Genet pisze o młodości wprost, odmienia ją przez wszystkie przypadki, a przed to – jak twierdzi Rosół – dokonuje jej uprzedmiotowienia, odbiera jej wartość. Gombrowicz umieszcza młodość w sferze pojęć mglistych i niedopowiedzianych, co pozwala mu zachować (jak śmiesznie by to nie brzmiało w odniesieniu do tego pisarza) jej wagę:
     
    Jeśli ambicja dyskursu, operującego na polu ogólności, uniwersalności, sięga po jasne oddzielenie normy od tego, co patologiczne, to „niedyskursywna” młodość, obok innych Gombrowiczowskich mglistych kategorii, wprowadzając patologiczne w obszar normy, podważa w ogóle zasadność tego podziału. Oto subwersywny wymiar pisania występnego, sugeruje Gombrowicz, oto jego siła i oryginalność daleko przekraczające transgresję Geneta, możliwą jedynie wewnątrz dominującego dyskursu, tym samym podtrzymującą system jego zakazów.
     
     Obaj są anty-proustowscy w traktowaniu pamięci, nie wierzą bowiem w jej moc ocalającą i uobecniającą. Takie nastawienie otwiera pole melancholii, umacnia się poczucie utraty, choć jej przyczyny nigdy nie jest do końca określone. Genet pisze o utraconej miłości, Gombrowicz – znowu – nie doprecyzowuje jej źródła. Geneta charakteryzuje Rosół jako masochistę, Gombrowicza zaś jako sadystę. Nie chodzi znów jednak o ich upodobania erotyczne, ale o strategię obalania Prawa: Genet jest masochistą, bo pozornie przyjmuje Prawo, podczas gdy sadystyczny Gombrowicz podważa je od podstaw. Genet jest pozornie posłuszny, by ostatecznie zdradzić, Gombrowicz wybiera inną wartość, która uchyla Prawo. Rosoła nie zadowala jednak to rozpoznanie i drążąc zagadnienie, pokazuje, jak obaj często odstępują od tych strategii i wybierają rozwiązania przeciwne.
     
    I jeden, i drugi, odrzucony, który sam odrzuca – inscenizując raz po raz momenty oporu i subwersji albo zdradliwego posłuszeństwa – poświadczają nieusuwalną obecność Prawa.
     
    To nie jest historia kulturowa homoseksualizmu, ani też portret pisarzy homoseksualistów, choć oba wątki powracają wielokrotnie i rozwijają się w drugim planie. Rosołowi chodzi raczej o spięcie poziomu prywatnego doświadczenia Gombrowicza z jego tekstami oraz o wydobycie wielu poziomów ukrytych w powieściach i do tej pory słabo rozpoznanych. Zaszyfrowane wątki homoseksualne Rosół rozwija szalenie subtelnie, bo biografia nigdy nie służy mu do topornego intepretowania powieści, sprawnie za to porusza się po wszystkich źródłach i tekstach, konfrontując je ze sobą. W liście do Jeleńskiego w 1963 roku Gombrowicz pisze o tym, że dotknął go właśnie „szalony atak pederastii”, co później nazywa też „okropną sytuacją”. W zapisach w Kronosie dotyczących tego okresu wylicza nadzwyczaj długą listę imion męskich. Rosół stawia zaś tezę, że aktywność seksualna Gombrowicza w tym czasie stanowiła powtórzenie doświadczenia intelektualnego – Gombrowicz w doświadczeniu prywatnym odtwarzał sceny z Ceremonii żałobnych Geneta, które czytał w tym okresie.
     
    Badacz często wychodzi od szczegółu, jednego zderzenia, jednej cechy, by wyprowadzić wnioski o charakterze filozoficznym: bada u Geneta i Gombrowicza obecność figury sobowtóra, stosunek do pamięci zbiorowej, do melancholii, śmierci, domu i ojczyzny. Wskazuje na podobne źródła ich poglądów antypolitycznych i antypaństwowych, buduje pole wartości, charakteryzuje strategie, rekonstruuje ich prywatne mitologie. Obaj piszą o powojennym Berlinie, Geneta fascynuje jednak armia niemiecka, ujawnia się tu „miłosna kolaboracja”. Gombrowicz w Berlinie czuje nieprzepracowane wciąż doświadczenie wojny, widzi to miasto jako „punkt najbardziej zbroczony historią”. Choć narracją autora rządzą tutaj największe kategorie (jak melancholia, samotność, sobowtór, śmierć, rozpoznanie, romans, miłość), to świetne są drobne analizy Rosoła, które pokazują z bliska, jak działa ta opowieść: nogi i motyw chodzenia pojawiają się u obu pisarzy, zupełnie inaczej jednak realizują ten motyw:
     
    Prywatna mitologia Geneta i Gombrowicza, jako że narasta w opozycji wobec mitologii mieszczańskiej, którą demistyfikuje Barthes, idzie w odwrotnym kierunku. Zrzeka się idealnej, czystej, nieziemsko pięknej, a przy tym zupełnie bezużytecznej twarzy, z której „wyretuszowano wszelkie wzruszenia” (bo u pierwszego od­twarza, to jest zamienia ją w ikonę, fetysz, a u drugiego deformuje, to jest zamienia ją w gębę wobec innej narzuconej z zewnątrz gęby), a jednocześnie na pierwszym planie umieszcza nogi.
     
    Inny przykład: obaj zafiksowani są na relacji Pan-Niewolnik, jednak Gombrowicz pisze o Panu zakochanym w Niewolniku. U Geneta Niewolnik zabija Pana.
     
    Last but not least, to także opowieść o Genecie – w Polsce właściwie nie znanym, tłumaczonym, choć nie intepretowanym krytycznie. Książka Rosoła stanowi zatem pierwszą próbę i to próbę spełnioną (a także monumentalną dzięki ilości przeanalizowanych wątków i omówionych tematów) interpretacji twórczości Geneta, która pokazuje, że warto sięgnąć po powieści tego autora, by wyczytać w nich coś więcej niż „dziennik złodzieja”. 

     

    Choć autor wielokrotnie posługuje się terminami „patologii” (tej nadaje w ogóle status kategorii badawczej) i „wulgarności”, to daleko mu do skandalizowania, nie ma w Genecie Gombrowicza żadnej potrzeby obnażenia bohaterów. Przeciwnie ‑ chodzi o rozpoznanie tego, jak tworzą oni swą tożsamość, jak budują swoje wizerunki i jakich sobowtórów przywołują w tekstach. Rosół tworzy taki rodzaj interpretacji, która pokazując różne sprzeczności, tajemnice, punkty wysiłku, obsesje przezwyciężane i utrwalane, jest sama fascynującą opowieścią o czytaniu, płynną i erudycyjną. Genet Gombrowicza zahacza, bagatela, o dwa kontynenty, prozę polską i francuską, porusza się swobodnie i twórczo po literaturze ostatnich 150 lat, by jednocześnie głęboko przeorać twórczość obu pisarzy.  
     
     
    Ten tekst ukazał się w „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, w numerze 4-5/2016. 
  • Matka jak Filifionka

    Matka jak Filifionka

    To nieprawda, że książki dla dzieci są tylko dla dzieci. W grudniowym szaleństwie, gdy czytamy ostatnią część przygód Muminków, o późnym, smutnym listopadzie, gdy Muminki już śpią, znajduję zdanie:
     
    Otóż Filifionka, gdy tylko dotknęła miotły lub ścierki, dostawała zawrotu głowy i od razu mdlące uczucie strachu wzbierało jej w żołądku i grzęzło w gardle.
     
    (Tove Jansson, Listopad w dolinie Muminków, przekł. Teresa Chłapowska, Nasza Księgarnia 2000. Ilustracje autorki pochodzą z tego wydania książki).

     

  • Wojna na kobiecym ciele

    Wojna na kobiecym ciele

    Sofi Oksanen to autorka, która powoli staje się w Polsce coraz głośniejsza – wiosną 2015 r. ukazała się jej druga powieść Gdy zniknęły gołębie, w czerwcu tego samego roku gościła na Big Book Festival w Warszawie.
    Nie sposób kupić jej pierwszą książkę, zatytułowaną Oczyszczenie – nie ma jej w oficjalnej dystrybucji, nie ma w antykwariatach ani na aukcjach internetowych. Urodzona w 1977 r., opublikowała pięć powieści, za które otrzymała wiele prestiżowych nagród. Wywodzi się z rodziny o estońsko-fińskich korzeniach, jako swój temat wybrała jednak przede wszystkim historię estońską, która staje się u niej pretekstem do opowiadania o zbiorowym losie, o tym, co spotykało Estonię w czasie wojny, komunizmu i bolesnego wyzwolenia w latach 90.
    Dla czytelnika polskiego perspektywa Finko-Estonki, paradoksalnie, wydaje się naturalna, bliska. Oksanen odwołuje się do II wojny światowej, do doświadczeń małego narodu, który ulec musi dominacji Związku Radzieckiego – Polakom łatwo się zatem utożsamić z losami jej bohaterów. Wydaje się, że czytamy o sobie: walka partyzantów z komunistami w latach 40., czyszczenie podziemia, umacnianie władzy ludowej i wiodąca rola towarzyszy z ZSRR w Estonii przebiegały podobnie jak w Polsce. Jednocześnie autorka opowiada o świecie wojennym zupełnie nam obcym: zanim nastało w Estonii panowanie komunistów, silne były wpływy nazistów, spora część społeczeństwa popierała też wojnę Hitlera, widziała siebie jako nadludzi, wyraźnie odróżniając się od żydowskich i słowiańskich obywateli. Takich doświadczeń Polacy w latach 40. nie mieli, a jak pokazuje wyraźnie Oksanen, los wspólnoty kuszonej przez dwa totalitaryzmy, zbyt słabej politycznie, by móc podjąć walkę, jest losem wybitnie demoralizującym, konstruującym dylematy trudne do pojęcia dla kogoś spoza żelaznej kurtyny.
    *
    Oksanen nie chce jednak być ani pisarką narodową, ani eksportową. klucz polityczny nie jest dla niej najważniejszy, choć obsesyjnie w kolejnych tekstach wraca ona do podległości estońskiej wobec nazistów i komunistów. To, co wydaje się dla jej pisarstwa najbardziej istotne, to starcie żeńsko-męskie na tle wydarzeń historycznych. Doświadczenie czytelnicze podpowiada nam, że pisanie o wojnie, nawet w duchu pacyfistycznym, nie jest ani łatwe artystycznie, ani proste moralnie. Każda reprezentacja wojennej przemocy, każda próba kompromitacji wojny jako pasma zdarzeń bezsensowych, biologicznego wyniszczenia stanowi przecież w jakiś przewrotny sposób apologię owej przemocy, daje czytelnikowi wstydliwą przyjemność obcowania z nią. Ryszard Koziołek w eseju o Sońce Karpowicza wylicza autorów, którzy pomimo krytycznego stosunku do wojny nie uniknęli jednocześnie jej mitologizacji, nadawania jej sensu, jakiegoś głębszego (choć negatywnego) znaczenia: Remarque, Trakl, Żeromski, Wittlin, Littell. Nie jest to jednak prawidłowość, której nie udaje się przezwyciężyć, wystarczy przecież do tego równania Koziołka dodać pisarki – ani u Sofi Oksanen, ani u Swietłany Aleksiejewicz nie znajdziemy tego krytyczno-fascynującego splotu w opowieści wojennej. Zmiana optyki z męskiej na kobiecą przekształca zupełnie sensy wypełniające opowieści wojenne. Każda z nich przesuwa punkt ciężkości z mężczyzny na kobietę, pokazuje wojnę jako szereg czynności absurdalnych, mężczyzn zaś jako głupców, którzy dają się uwodzić ideologii. U Oksanen w tę męską wojnę kobiety zostają uwikłane nie z własnej woli, lecz z powodu męskiej decyzji.
    Jej narracje wymierzone są w dwa typy opowieści: o męskim bohaterstwie i o historii pisanej przez zwycięzców. W Oczyszczeniui Gdy zniknęły gołębie chodzi zatem o to, by oddać głos tym, którzy do tej pory go nie mieli, Estończykom podporządkowanym dyskursowi sowieckiemu oraz postaciom kobiecym. Oksanen w mistrzowski sposób montuje historie jednocześnie emocjonalne i intelektualne, wspólnotowe i indywidualne, miłosne i polityczne. Oczyszczenie rozpoczyna się od dramatycznego zauroczenia dwóch sióstr estońskim chłopakiem Hansem Pekkiem. Choć Hans żeni się ze starszą Ingel, to właśnie wieloletnie poświęcenie młodszej Aliide ratuje mu życie. Hans walczy w partyzantce antykomunistycznej i po 1944 r. musi się ukrywać, siostry w domu rodzinnym budują mu więc skrytkę, w której spędza całe lata. Bite, torturowane, przesłuchiwane nie wydają bliskiego człowieka. Hans nie jest jednak ważny w tej historii, jego obecność za ścianą stanowi bowiem tylko pretekst, by opowiadać, jak radziły sobie kobiety zmuszone do pracy w gospodarstwie, jak bały się strzałów w lesie i jak po wojnie zadawano im rozmaite cierpienia, by wydały swoich bliskich – teraz wrogów ludu. W Gdy zniknęły gołębie główna bohaterka pomaga estońskiemu ruchowi oporu ukrywać Żydów, nawiązuje z czystej miłości romans z niemieckim oficerem, wreszcie staje się kochanką partyzanta. Po wojnie zaś wraca do męża – urzędnika ministerstwa bezpieczeństwa, szpicla, donosiciela i fałszerza. Za każdym razem jednak zachowując własną osobność, a nawet obcość wobec dominujących nad nią mężczyzn.
    *
    Ten subwersywny, rewindykacyjny charakter opowieści odnajduje potwierdzenie w konstrukcjach narracyjnych, bo autorka w strategii odwracania porządku na nice idzie konsekwentnie przez wszystkie poziomy powieściowego świata. Oksanen rozbija różne schematy, które znamy z filmowych i literackich popularnych historii o wojnie: Aliide, by chronić Hansa-partyzanta, zabija, szantażuje, wysyła na zesłanie. Juudit w jednej z pierwszych scen Gdy zniknęły gołębie lękliwie wpatruje się w dzwoniący telefon. Nie boi się jednak tego, że może dowiedzieć się o śmierci męża, ale przeciwnie – obawia się, że może przeżył on zawieruchę wojenną i zechce do niej wrócić. W świecie Oksanen nie istnieje żadna wartość absolutna, którą udawałoby się jakoś obronić, nie porzucić jej, gdy nadciągnie niebezpieczeństwo. W Oczyszczeniu rzuca się na stół do tortur małą dziewczynkę, jej matka pozwala na to, by bronić swego męża, ukrywającego się we wsi. Partyzanci w Gdy zniknęły gołębie wymuszają pomoc szantażem i przemocą, niemiecki oficer staje się romantycznym kochankiem, troskliwym i zaangażowanym. Oficer estońskiego wojska szybko zamienia się w obozowego kata, odpowiedzialnego za śmierć wielu żydowskich więźniów, później w donosiciela i mordercę. Z rozbijania schematów, w ramach których uporządkowaliśmy sobie przeszłość, Oksanen czerpie energię do konstrukcji niezwykłych, drenujących świadomość czytelnika obrazów. Jej celem jest właśnie wywołanie zamieszania, zbudzenie zastanych wyobrażeń, uruchomienie dyskusji na temat moralności, granic poświęcenia, przede wszystkim zaś odpowiedzialności za własne czyny, pragnienie biologicznego trwania i walkę o własne szczęście. Jej bohaterki bowiem mogą walczyć tylko podstępem, tylko opierając się na męskiej sile. Aliide, jako samotna kobieta, doświadcza zbiorowego gwałtu. Aby więc zapobiec takim sytuacjom w przyszłości, wychodzi za mąż za najżarliwszego komunistę we wsi. Te dramatyczne kobiece losy są zatem oskarżeniem świata męskiego, jego zakłamanego systemu wartości, takiego przebiegu procesu historycznego, w ramach którego to kobieta zawsze więcej traci: dom, dzieci, godność, integralność cielesną, dobre imię. Oksanen zdaje się mówić, że nie tylko męski popęd seksualny ma charakter prymitywny i destruktywny, że popęd polityczny równa się z nim na skali zniszczeń. Nie ma u niej pociągającego obrazu wojny, nie ma wpisanych żadnych wyższych znaczeń, ponieważ celem wszystkich kobiecych wysiłków jest jedynie ocalenie życia, biologicznego istnienia, którego nie ima się żadna ideologia. Nie ma zderzenia wartości, bo kruche kobiece ciało zawsze ugina się wobec męskiej przemocy.
    Czekać możemy zatem tylko na wydanie po polsku pozostałych jej książek, w których opowieść o wiejskiej estońskiej wojennej rzeczywistości staje się diagnozą całego naszego świata.
    Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie, tłum. Sebastian Musielak,
    Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 368
    Sofi Oksanen, Oczyszczenie, tłum. Sebastian Musielak,

     

    Świat Książki, Warszawa 2010, s. 336
     
     
     
    Ten tekst ukazał się najpierw w miesięcznik „Znak” – grudzień 2016, nr 739. 
  • 5 powodów, dla których koniecznie trzeba sięgnąć po Agnetę Pleijel

    5 powodów, dla których koniecznie trzeba sięgnąć po Agnetę Pleijel

    1. Bo opisuje doświadczenie dziewczęcego dzieciństwa jak dzieciństwo uniwersalne – bolesne, pełne zmagań z własnym ciałem, szkołą, rodziną, otoczeniem – prawdziwy Bildungsroman.
    2. Bo fantastycznie pisze o zderzeniu świata dzieci ze światem dorosłych – z niezwykłą precyzją potrafi za pomocą kilku zdań i scen zarysować przepaść między tymi światami: Nie po raz pierwszy rozumie, że dorośli przemilczają nieprzyjemne sprawy. W ten sposób zmuszają również dzieci do kłamstw i udawania. Najbardziej milczy się o sprawach płci. Usta i organ płciowy są ze sobą powiązane. Są niechronionymi otworami wprost do wnętrza ciała.
    3. Bo to genialna powieść o samotności we wszystkich jej wymiarach: Pobyt w szpitalu uświadamia jej, że świetnie sobie bez niej radzą. Czyżby jej nie chcieli? Dziecko, które z jakiegoś powodu wystawiło się na odrzucenie, staje się przymilne. Jak ja. Teraz słyszy, że mają się przeprowadzić. Tata dostał stypendium w Princenton, w Institute for Advanced Studies. Często o tym mówią, dlatego zapamiętała nazwę. Nie mówi się o niczym innym, tylko o Ameryce. Nikt nie pyta o to, jak ona się miała.
    4. Bo to powieść o sprawach najważniejszych, a rzadko poruszanych w polskiej prozie – o dorastaniu do siebie, o umiejętności określania celu i kierunku w życiu, o łapaniu kontaktu ze światem i jednoczesnym niezatracaniu siebie. To po polsku brzmi banalnie, ale Pleijel potrafi tego banału uniknąć: Odpowiada, że wybiera życie w rozpaczy, jeśli to droga do olśnienia, zachwytu i prawdy. Gdy tylko to powiedziała, wie, że jest szczera (…) Wślizguje się w nią uczucie szczęścia (…) Szczęście? To niewłaściwe słowo. Czuje, że jest rozproszona. Zebrana w sobie. Czuje, że życie zaczyna drgać (…). Być może przybycie, ale także wyżyny olśnienia. Wie, że jej wybór jest prawdziwy. To jeden z rzadkich momentów.
    5. Bo to w końcu powieść, która pokazuje, że trzeba wreszcie zmienić wartość, jaką przypisuje się terminowi „literatura kobieca”. Bo gdyby nie nasze pierwsze skojarzenia z lichymi powieściami pocieszycielsko-rozlewiskow0-owocowymi, mogłabym śmiało napisać, że to przykład doskonałej prozy kobiecej (takiej spod znaku Helbig, Iwasiów, Tokarczuk, Tulli) i postawić tu kropkę. Ale ponieważ w Polsce „literatura kobieca” ma określoną opinię, to staramy się jej nie używać w odniesieniu do tych autorek, których nazwiska podaję w nawiasie powyżej, by nie zrobić im krzywdy, nie umniejszyć ich wartości i nie odstraszyć od niech czytelników. Potem wyjmuję jedzenie i whisky. Niektórzy mówią, że piją tylko w towarzystwie. Ze mną jest odwrotnie, whisky najchętniej piję w samotności. Dość dawno zaczęłam to wszystko pisać. Zbiorę jakieś wspomnienia, pomyślałam wtedy. Będę miała nieco jasności. Nie żyją. Teraz myślę o nich głównie ciepło. Jakbyśmy z czasem stali się rówieśnikami. 

    Agneta Pleijel, Wróżba

    Katakter 2016
    Przekł. Justyna Czechowska
  • Przecież wcale tak nie musiało być

    Przecież wcale tak nie musiało być

    Patrycja Bukalska, Krwawa Luna

    Wielka Litera 2016
    Z reguły bardzo lubię takie biografie – o postaciach zapomnianych dzisiaj, niejednoznacznych, wyciąganych z cienia, z kurzu historii. Patrycja Bukalska wzięła na warsztat losy Julii Brystygierowej, krwawej Luny, jedynej kobiety odpowiedzialnej w Polsce za stalinowski terror. Ostatnio na podobny temat pisał Piotr Lipiński, który wznowił swoją starą książkę o procesie stalinowskich oprawców Bicia nie trzeba było ich uczyć. Pisałam o niej tutaj, sama opowieść była potwornie rozczarowująca, nie dawała żadnych właściwie odpowiedzi, prześlizgiwała się po powierzchni zjawisk, obracała na poziomie klisz. Tak samo dzieje się u Bukalskiej. Co jest z tymi polskimi autorami, że nie potrafią napisać porządnej historii o ludziach, których życiorysy niosą w sobie olbrzymi ładunek moralny i dramatyczny? To jest jakaś ironia losu, że najtrudniej opowiada się o ludziach posiadających literacko-filmowe biografie. To jest też jakiś straszny chichot historii, że nie potrafimy w rzetelnych i ciekawych dla odbiorcy tekstach przedstawić postaci, które wpłynęły na kształt polityki, a które – przede wszystkim – miały na rękach krew.
     
    O Brystygierowej wiedzą właściwie tylko ci, którzy w jakikolwiek sposób interesują się historią, albo czują silną potrzebę rozliczenia przeszłości, wyciągnięcia z szaf wszystkich trupów. Urodzona na początku XX wieku w żydowskiej rodzinie, zrobiła doktorat z filozofii. Wyszła za mąż młodo, urodziła dziecko, zostawiała męża, syn mieszkał z ojcem, a potem z dziadkami. Trzy razy przed 1939 rokiem siedziała w więzieniu oskarżona o działalność komunistyczną. Ostatni wyrok, ten z 1937 roku – paradoksalnie – ocalił ją od stalinowskiej czystki. W 1943 roku została wezwana przez Wandę Wasilewską do Moskwy i zaproszona do Związku Patriotów Polskich. W czasie wojny starała się nieść pomoc komunistom – organizowała kartki na chleb, dawała papiery i pracę. Rzuciła to i wyjechała do Moskwy, gdzie zajęła bardzo wysoką pozycję w nowych strukturach władzy. Po powrocie do Polski zajęła stanowisko kierownicze w Departamencie V, operacyjnym, zajmującym się rozpracowywaniem opozycji politycznej, Kościoła i środowisk artystycznych. Zrezygnowała z tej pracy w 1956 roku, odeszła na emeryturę. Po jakimś czasie ona sama stała się obiektem zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, podsłuchiwano ją i śledzono. Gdyby taka ilość zdarzeń była za mała na jedną biografię, Brystygierowa  pod koniec życia zbliżyła się do katolicyzmu, miała kontakty z zakonnicami w Laskach.
     
    Tyle suche streszczenie, teraz zobaczmy, co pisze o niej Bukalska, bo udaje jej się rzecz praktycznie niemożliwa – z krwistej (i krwawej) postaci, pełnej życia, inteligencji, silnych i mrocznych emocji czyni papierową, nudną bohaterkę. Dlaczego? Istnieją ku temu chyba dwa powody: po pierwsze o mało materiałów pozostało o Brystygierowej, brakuje też świadków. Nie istnieje ona poza protokołami spotkań, rozkazami, poza całą nudną papierową, banalną  pisaniną administracyjną, stanowiącą też jednak zapis działania zbrodniczego, opresyjnego systemu. Bukalska nie wie zatem, dlaczego Brystygierowa wychodzi za mąż, dlaczego szybko porzuca męża, dlaczego nie angażuje się w wychowanie syna. Tym bardziej nie wie też, dlaczego jej bohaterka akceptuje tortury stosowane przy ulicy Koszykowej. Nie wie tego, a sugerowane przez nią odpowiedzi mają charakter hipotez socjologicznych (odeszła od męża, bo on chciał pewnie kobiety domowej, a ona studiowała, zrobiła doktorat, chciała czegoś więcej), bo nie udaje jej się dostać do tej postaci, otworzyć jej dla siebie, tym bardziej zatem nie potrafi jej podać czytelnikowi. Ale jeśli faktycznie materiału biograficznego nie było (a nie było, bo ta z kamienia wyciśnięta książka ma 200 stron), to po prostu należało pracę nad nią zarzucić. Tymczasem Bukalska skorzystała ze swoich kwerend, z materiałów po Teresie Torańskiej, która także interesowała się Brystygierową i zamierzała o niej pisać, lecz nie zdążyła.
     
    Po drugie: Bukalska zadaje nudne, przewidywalne pytania, ujmuje los Brystygierowej w ramach jakiejś idiotycznej kliszy, której ta biografia się po prostu nie poddaje. Otóż krwawa Luna najpierw jest wrażliwą panienką, uczuloną na nędzę społeczną i losy otoczenia. Bukalska na potęgę cytuje jej wczesne utwory, popełnia zatem klasyczny błąd biografa, utożsamiając postaci z tekstów literackich z ich autorem. Każdy badacz, także biograf, musi mieć zdolność pociągnięcia samego siebie za uszy do góry, wyjścia poza to, co narzuca materiał. Tymczasem, jak pokazuje streszczona przeze mnie wyżej biografia Brystygierowej, jej los ułożył się w wyraźne pasmo: od wrażliwości społecznej i oddania sprawie poprzez akceptację przemocy i jej stosowanie na olbrzymią skalę, aż do nagłego złagodzenia pod koniec życia. I tym tropem podąża autorka Krwawej Luny, posłuszna jednej drodze. 
     
    Katalog pytań banalnych: kim była, zanim zaczęła pracę w MBP, kim była potem, czy żałowała, kiedy w jej życiu nastąpił zwrot, co zdeterminowało jej życie? nie znajduje odpowiedzi w materiałach, do których dotarła autorka. Pewność płynąca z jej własnych odpowiedzi ma swą kategorycznością nadrobić wcześniejsze wątpliwości: „weszła na drogę, z której nie potrafiła zawrócić”, „Julia jest dogmatyczna i ślepo przekonana o wiodącej roli partii”, „Julia w pełni wspiera plany Moskwy”. Głównym źródłem wiedzy stają się tu dla niej pamiętniki Władysława Gomułki i portret komunistów, jaki w nich konstruuje. Bukalska robi więc tu delikatny, ale mało subtelny skrót: Brystygierowa jest dokładnie jak oni, jak ta zbiorowość, której portret kreśli Gomułka (a umówmy się, że nie było bezstronnym świadkiem wydarzeń).
     
    Ten poziom banalnych pytań i banalnych odpowiedzi uzupełniony zostaje o banalną narrację z banalnymi frazesami: 
    śmierć rodziców – jak kwiaty z Jagielnicy – zaległa pod jej skórą – pisze autorka.
     
    Szkoda, że Torańska nie zdążyła napisać swojej książki. Szkoda, że Bukalska napisała swoją. 

     

  • Dekalog krytyka w Internecie

    Dekalog krytyka w Internecie

    1. Czytaj dużo. Książki, recenzje, eseje krytyczne, nadesłane materiały prasowe, reklamy, próbki, fragmenty. Raporty na temat rynku książki, wywiady z pisarzami, pracownikami wydawnictw, przedstawicielami instytucji. To, że kochasz książki, nie wystarcza i nikogo też w gruncie rzeczy nie obchodzi. Musisz jeszcze coś o nich wiedzieć.
    2. Pisz mało tekstów krytycznych. Myśl o tym, co piszesz. Nie każda myśl, która przychodzi ci do głowy, zasługuje na to, by się nią podzielić ze światem. Blog to nie seks, żeby go uprawiać trzy razy w tygodniu.
    3. Publikuj jeszcze mniej. Myśl, co publikujesz.
    4. Nie pisz tego, w co nie wierzysz.
    5. Sprawdzaj swoje teksty – miłość do literatury nie zastąpi interpunkcji i poprawnej składni.
    6. Orientuj się w tym, co się dzieje także za granicą. Polski rynek wydawniczy w większość to przekłady – musisz wiedzieć, co się tłumaczy i dlaczego (a także to, czego się w Polsce różnych książek nie wydaje).
    7. Nie daj się wmanewrować w bycie słupem ogłoszeniowym. Twój tekst to nie bilbord do wynajęcia.
    8. Czytaj i podglądaj innych. Nie obrażaj się, nie głaszcz, ale pisz, co ci się u innych podoba. Klikanie buziek i like’ów nie zastąpi merytorycznej uwagi.
    9. Polemizuj, nawiązuj i kłóć się. Tekst polemiczny to nie jest hejterski komentarz, to dowód życia we wspólnocie.
    10. Wracaj do swoich lektur i swoich tekstów po jakimś czasie. Poprawiaj swój warsztat. Ucz się ciągle.