Tag: biografia

  • Poza margines

    Poza margines

    W czasie przygotowań do Wielkanocy w Kościele odbywa się symboliczna ceremonia obmycia stóp. Ma przypominać o cnocie pokory i o najmniejszych tego świata. Jeśli ktoś chce poczytać o prawdziwych najmniejszych to polecam bohaterów reportaży Domosławskiego: wyklętych, wykluczonych, na marginesie społecznym i ekonomicznym (a często poza nim). Domosławski pokazuje, że tam, gdzie my widzimy nędzę i kres, wyrastają osobne światy, złożone, wielopiętrowe, bo nędza jest stopniowalna. Jego reportaże łączą się z biografiami: bo i Kapuściński i Bauman właśnie o tych najuboższych, wyrzuconych poza tor historii chcieli dbać, nimi się zajmowali (pomijam szczerość i powodzenie tych projektów). Pisarstwo Domosławskiego to ciekawy projekt, kompletny, ciągle pogłębiany, drążony z różnych stron. I to taki, który skupia się na mało popularnym temacie biedy i pogardy wobec tej biedy. I jakoś bardziej wydaje mi się szczery niż gwiazdorstwo Caparrosa.

  • Patronat po raz pierwszy

    Patronat po raz pierwszy

    Gdybym mogła, to wyjmowałabym ludziom z rąk złe książki. Ponieważ jednak nie mogę tego robić, będę wskazywała te najciekawsze, co oznacza, że Książki na ostro dają swój patronat. Pierwszą książką, która ukaże się z logo Książek na ostro jest biografia „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata” Mayi Jasanoff, w przekładzie Krzysztofa Cieślika i Macieja Miłkowskiego (Wydawnictwo Poznańskie 2018).

    Książek objętych patronatem będzie mało. Będą rzadko.

    Codziennie wysyłam przynajmniej kilka maili z odmowami – pisania, pokazania, zareklamowania. Nie wiem w sumie, dlaczego odmawiam. Wszystkie te propozycje to przecież „arcydzieła”, „książki poruszające dusze”, „nakłaniające do myślenia”, „bestsellery za Oceanem” (ocean musi być wielką literą, inaczej się kurczy), zawsze skierowane do moich odbiorców – myślących czytelników.

    W jakiś sposób będę próbowała z tym walczyć za pomocą patronatów, bo wybieram do nich książki dobre. Dbam też o moich czytelników, którzy wiedzą, że nie pudruję literatury.

     

    Autorka biografii Conrada, Maya Jasanoff, przyjeżdża do Polski na Festiwal Conrada.

    Kto żyw, bieży na spotkanie: 26 października, godz. 13. Pałac Czeczotka.

  • Przecież wcale tak nie musiało być

    Przecież wcale tak nie musiało być

    Patrycja Bukalska, Krwawa Luna

    Wielka Litera 2016
    Z reguły bardzo lubię takie biografie – o postaciach zapomnianych dzisiaj, niejednoznacznych, wyciąganych z cienia, z kurzu historii. Patrycja Bukalska wzięła na warsztat losy Julii Brystygierowej, krwawej Luny, jedynej kobiety odpowiedzialnej w Polsce za stalinowski terror. Ostatnio na podobny temat pisał Piotr Lipiński, który wznowił swoją starą książkę o procesie stalinowskich oprawców Bicia nie trzeba było ich uczyć. Pisałam o niej tutaj, sama opowieść była potwornie rozczarowująca, nie dawała żadnych właściwie odpowiedzi, prześlizgiwała się po powierzchni zjawisk, obracała na poziomie klisz. Tak samo dzieje się u Bukalskiej. Co jest z tymi polskimi autorami, że nie potrafią napisać porządnej historii o ludziach, których życiorysy niosą w sobie olbrzymi ładunek moralny i dramatyczny? To jest jakaś ironia losu, że najtrudniej opowiada się o ludziach posiadających literacko-filmowe biografie. To jest też jakiś straszny chichot historii, że nie potrafimy w rzetelnych i ciekawych dla odbiorcy tekstach przedstawić postaci, które wpłynęły na kształt polityki, a które – przede wszystkim – miały na rękach krew.
     
    O Brystygierowej wiedzą właściwie tylko ci, którzy w jakikolwiek sposób interesują się historią, albo czują silną potrzebę rozliczenia przeszłości, wyciągnięcia z szaf wszystkich trupów. Urodzona na początku XX wieku w żydowskiej rodzinie, zrobiła doktorat z filozofii. Wyszła za mąż młodo, urodziła dziecko, zostawiała męża, syn mieszkał z ojcem, a potem z dziadkami. Trzy razy przed 1939 rokiem siedziała w więzieniu oskarżona o działalność komunistyczną. Ostatni wyrok, ten z 1937 roku – paradoksalnie – ocalił ją od stalinowskiej czystki. W 1943 roku została wezwana przez Wandę Wasilewską do Moskwy i zaproszona do Związku Patriotów Polskich. W czasie wojny starała się nieść pomoc komunistom – organizowała kartki na chleb, dawała papiery i pracę. Rzuciła to i wyjechała do Moskwy, gdzie zajęła bardzo wysoką pozycję w nowych strukturach władzy. Po powrocie do Polski zajęła stanowisko kierownicze w Departamencie V, operacyjnym, zajmującym się rozpracowywaniem opozycji politycznej, Kościoła i środowisk artystycznych. Zrezygnowała z tej pracy w 1956 roku, odeszła na emeryturę. Po jakimś czasie ona sama stała się obiektem zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, podsłuchiwano ją i śledzono. Gdyby taka ilość zdarzeń była za mała na jedną biografię, Brystygierowa  pod koniec życia zbliżyła się do katolicyzmu, miała kontakty z zakonnicami w Laskach.
     
    Tyle suche streszczenie, teraz zobaczmy, co pisze o niej Bukalska, bo udaje jej się rzecz praktycznie niemożliwa – z krwistej (i krwawej) postaci, pełnej życia, inteligencji, silnych i mrocznych emocji czyni papierową, nudną bohaterkę. Dlaczego? Istnieją ku temu chyba dwa powody: po pierwsze o mało materiałów pozostało o Brystygierowej, brakuje też świadków. Nie istnieje ona poza protokołami spotkań, rozkazami, poza całą nudną papierową, banalną  pisaniną administracyjną, stanowiącą też jednak zapis działania zbrodniczego, opresyjnego systemu. Bukalska nie wie zatem, dlaczego Brystygierowa wychodzi za mąż, dlaczego szybko porzuca męża, dlaczego nie angażuje się w wychowanie syna. Tym bardziej nie wie też, dlaczego jej bohaterka akceptuje tortury stosowane przy ulicy Koszykowej. Nie wie tego, a sugerowane przez nią odpowiedzi mają charakter hipotez socjologicznych (odeszła od męża, bo on chciał pewnie kobiety domowej, a ona studiowała, zrobiła doktorat, chciała czegoś więcej), bo nie udaje jej się dostać do tej postaci, otworzyć jej dla siebie, tym bardziej zatem nie potrafi jej podać czytelnikowi. Ale jeśli faktycznie materiału biograficznego nie było (a nie było, bo ta z kamienia wyciśnięta książka ma 200 stron), to po prostu należało pracę nad nią zarzucić. Tymczasem Bukalska skorzystała ze swoich kwerend, z materiałów po Teresie Torańskiej, która także interesowała się Brystygierową i zamierzała o niej pisać, lecz nie zdążyła.
     
    Po drugie: Bukalska zadaje nudne, przewidywalne pytania, ujmuje los Brystygierowej w ramach jakiejś idiotycznej kliszy, której ta biografia się po prostu nie poddaje. Otóż krwawa Luna najpierw jest wrażliwą panienką, uczuloną na nędzę społeczną i losy otoczenia. Bukalska na potęgę cytuje jej wczesne utwory, popełnia zatem klasyczny błąd biografa, utożsamiając postaci z tekstów literackich z ich autorem. Każdy badacz, także biograf, musi mieć zdolność pociągnięcia samego siebie za uszy do góry, wyjścia poza to, co narzuca materiał. Tymczasem, jak pokazuje streszczona przeze mnie wyżej biografia Brystygierowej, jej los ułożył się w wyraźne pasmo: od wrażliwości społecznej i oddania sprawie poprzez akceptację przemocy i jej stosowanie na olbrzymią skalę, aż do nagłego złagodzenia pod koniec życia. I tym tropem podąża autorka Krwawej Luny, posłuszna jednej drodze. 
     
    Katalog pytań banalnych: kim była, zanim zaczęła pracę w MBP, kim była potem, czy żałowała, kiedy w jej życiu nastąpił zwrot, co zdeterminowało jej życie? nie znajduje odpowiedzi w materiałach, do których dotarła autorka. Pewność płynąca z jej własnych odpowiedzi ma swą kategorycznością nadrobić wcześniejsze wątpliwości: „weszła na drogę, z której nie potrafiła zawrócić”, „Julia jest dogmatyczna i ślepo przekonana o wiodącej roli partii”, „Julia w pełni wspiera plany Moskwy”. Głównym źródłem wiedzy stają się tu dla niej pamiętniki Władysława Gomułki i portret komunistów, jaki w nich konstruuje. Bukalska robi więc tu delikatny, ale mało subtelny skrót: Brystygierowa jest dokładnie jak oni, jak ta zbiorowość, której portret kreśli Gomułka (a umówmy się, że nie było bezstronnym świadkiem wydarzeń).
     
    Ten poziom banalnych pytań i banalnych odpowiedzi uzupełniony zostaje o banalną narrację z banalnymi frazesami: 
    śmierć rodziców – jak kwiaty z Jagielnicy – zaległa pod jej skórą – pisze autorka.
     
    Szkoda, że Torańska nie zdążyła napisać swojej książki. Szkoda, że Bukalska napisała swoją. 

     

  • Rozsypany obraz

    Jan Pieszczachowicz, Ku wielkiej opowieści. O życiu i twórczości Kornela Filipowicza
    Wydawnictwo Literackie 2011
    Biografia stworzona przez Jana Pieszczachowicza to pierwsza próba zmierzenia się z życiem i twórczością Kornela Filipowicza, jednego z wybitnych, a dziś chyba trochę zapomnianych pisarzy polskich. Biografia ta jednak obciążona jest wszystkimi wadami, jakie niesie ze sobą pionierstwo: pragnienie napisania wszystkiego, uruchomienia wszelkich kontekstów, ujawnienia wszystkich kluczy, prowadzą zawsze do rezultatów przeciwnych niż zamierzone. Zamiast bogactwa interpretacji, mamy informacyjny chaos, a dążenie do prezentacji szerokiego tła epoki wymusza płytkość refleksji i uruchamia tryb streszczający, szybkie przemieszczanie się pomiędzy epokami, przeskakiwanie z problemu na problem. Pieszczachowicz chce bowiem przedstawić Filipowicza jako bohatera burzliwej historii, uczestnika życia literackiego trzech epok: Polski międzywojennej, czasu II wojny i wreszcie PRL-u. Jednocześnie stara się konstruować biografię prywatną pisarza, jego biografię intelektualną powiązaną z przemianami politycznymi, portretuje więc Filipowicza jako świadka historii, w końcu zaś pragnie zawrzeć tu także monografię jego twórczości i odwołania do recepcji krytycznej. Celów tych jest więc za dużo, by udało się stworzyć spójną i koherentną narrację, wszystkie te zamiary zrealizować w ramach jednego tomu. Dążenie Pieszczachowicza do stworzenia książki doskonałej, oferującej czytelnikowi wiedzę pełną na temat Kornela Filipowicza, realizuje się tu w swojej karykaturze, daje nam obraz częściowy, niepełny, rozsypany. Zamiast trzech przeplatających się studiów, otrzymujemy zaledwie trzy szkicowo zarysowane wątki. Paradoksalnie, dużo lepszym tekstem poświęconym Filipowiczowi okazuje się więc książka Byliśmy u Kornela – przez Pieszczachowicza zredagowana, a składająca się ze wspomnień osób z pisarzem zaprzyjaźnionych.
    Pieszczachowicz konstruuje swą biografię wedle klasycznych prawideł gatunku: najwięcej miejsca poświęca okresowi dziecięcemu i wczesnej młodości Filipowicza, szukając w tej pierwszej fazie życia, w przeżyciach wojennych rodziców pisarza, w niespodziewanych przenosinach z Kresów na Śląsk determinant kształtujących późniejsze życie i decyzje jego bohatera. Rozdział poświęcony dzieciństwu, przyjaźniom szkolnym, osadzaniu w nowej kulturze, pierwszym pasjom i zajęciom jest równie rozbudowany, co ostatnia część – poświęcona PRL-owi i zupełnie już dorosłemu życiu pisarza. To ona jednak, a nie dzieciństwo, wydaje się czytelnikowi najciekawsza – tutaj przecież działa i pisze Filipowicz-twórca kultury. Dla zrozumienia jego postaci ważniejsze wydają się konsekwencje przeżycia wojny, pobytu w obozie i konieczność zajęcia jakiegoś miejsca wobec nowego systemu, niż relacja z ojcem (przedstawiona tu w porządku patriarchalnym, matka bowiem stanowi jedynie tło dla rozwoju syna, jej obecność jest, według autora, naturalna i niepoddawana refleksji – co wydaje się dziwne, skoro matką Filipowicz opiekował się do 1977 roku) i stosunki panujące w liceum. Pieszczachowicz uruchamia więc tutaj klasyczny mit genezy, wierząc, że to w początkach życia kształtują się zalążki wszystkich kolejnych wyborów. Próbuje oświetlić dzieciństwo Filipowicza, przekonany, że to w nim zawiera się klucz do wyjaśnienia jego biografii.
    Drugi zaś problem, poza ambicjami biografa, wytwarza tu sam przedmiot refleksji – Filipowicz. Mało w literaturze polskiej osób tak skrytych, żyjących w dużym kręgu przyjaciół, ale zarazem tak zamkniętych w sobie, niechętnych osobistym zwierzeniom,  snuciu opowieści o sobie samym. Zapis tych trudności znajdziemy w Ku wielkiej opowieści – Pieszczachowicz notuje, jak mało listów udało mu się zdobyć, jak niewiele w ogóle tekstów prywatnych Filipowicza można odnaleźć. Ten stan sprawia właśnie, że autor biografii sięga po rozwiązanie tyleż mało satysfakcjonujące, co niebezpieczne metodologicznie – przedstawia Filipowicza poprzez pryzmat jego bohaterów:
    Powieściowy Jan, ktoś rodzaju sobowtóra Kornela, lubił pracować w drukarni, dbając o różnorodność czcionki i doskonaląc korekty tekstów.
    W ten sposób Kornel Filipowicz staje się nagle tworem równie „literackim” co Jan Borecki i Gustaw Michajtis – postacie z jego prozy. Zabieg ten pozwala na dopowiedzenia, na uspójnienie narracji, gdy przed badaczem rozciągają się białe plamy w biografii, gdy nie ma źródeł mówiących o przeżyciach i przemyśleniach jego bohatera. Jednakże to „maskowanie” nie przynosi czytelnikowi poczucia autentycznego kontaktu z pisarzem, nie stanowi relacji o jego życiu. Pieszczachowicz rozwija wszakże tę strategię plątania kreacji tekstowych z żywym człowiekiem, ponieważ jest przekonany, że cała twórczość Filipowicza jest z gruntu autobiograficzna (jednym z dowodów na ten układ jest tutaj fakt, że wiele tekstów Filipowicza to utwory z kluczem – z którym to przełożeniem można śmiało polemizować). Nie ma jednak chyba już dziś tak naiwnych czytelników biografii, którzy w takie uproszczenie byliby skłonni uwierzyć. Nawet przecież u autorów, którzy znani są z autobiograficznych inspiracji w swej twórczości, ważniejszy staje się pierwiastek fikcyjny, literackie przetworzenie, które zupełnie odrywa narracyjne konstrukt od ich życiowego podłoża.  Zabieg ten okazuje się więc podwójnie jałowy – nie tylko nie rozwija naszej wiedzy o Filipowiczu, ale i zubaża interpretację jego twórczości, każąc w niej widzieć rodzaj literackiego pamiętnika.
  • Houellebecq jak Sarkozy

    Denis Demonpion, Michel Houellebecq
    PIW 2009
    Rację miał Krzysztof Varga, gdy w recenzji w „Gazecie Wyborczej” pisał, że  czytanie biografii żyjącego pisarza jest niestosowne. Demonpion uczynił to doświadczenie dodatkowo przykrym i męczącym, ponieważ stworzona przez niego rozprawa jest nudna i płytka. Krótko: to jeden z najgorszych tekstów biograficznych, jakie czytałam.  
    Autor nie tylko nie rozumie Houellebecqa, ale też nie stara się nawet spróbować ogarnąć natury jego pisarstwa. Zachowuje się jak skrupulatny kancelista – mierzy, waży i podlicza – podaje fakty, wiernie podąża śladami swojego bohatera, wypytuje jego dawnych znajomych i rodzinę. Cytuje czasopisma, powołuje się na wywiady, przytacza obszerne fragmenty z powieści. Nie wychodzi jednak poza ścisłą robotę dokumentalną, z jego buchalterii dziennikarskiej nie płyną żadne wnioski. Powstają tylko długie, nużące rekonstrukcje poszczególnych etapów biografii Houellebecqua i nie tworzą one spójnego obrazu życia pisarza – Demonpion podchodzi bowiem do swego bohatera jak do polityka czy gwiazdy filmowej; sądzi, że podane przez niego informacje same ułożą się w koherentną całość – tymczasem produkt, który otrzymujemy, można co najwyżej nazwać szkicem do biografii. Szkicem, dodać trzeba, potwornie pretensjonalnym, sformułowanym w języku poruszającym się między lirycznym banałem a wulgarną inwektywą:
    Wellbecq, jeśli chcieć dokładnie oddać brzmienie – to słowo łopocze jak nagły poryw wiatru, dzięki któremu Michel, zerwawszy cumy, wypłynął na pełne morze, a teraz śmiało pruje fale, z oryginalnością i śmiałością, jakich w literaturze nie widzieliśmy od dziesiątków lat.
    Czy też:
    Poglądy pisarza nie zawsze odbiegają daleko od poglądów bucowatych bohaterów jego książek.
    Houellebecq jest dla niego fenomenem kulturowym i społecznym, a nie pisarzem. Choć Demonpion wiele czasu poświęcił na poznanie tej postaci, to udało mu się jedynie opisać pozycję, jaką zajął Houellebecq – nie wyszedł poza nią, nie tylko nie pogłębił znajomości jego postaci, ale nawet nie postawił własnej hipotezy dotyczącej istoty owego literackiego zjawiska. Pisze o nim:
    O Houellebecqu wiemy jedynie to, co on chce, żebyśmy wiedzieli. Jego wizytówką są przede wszystkim powieści, a na pierwszym miejscu pośród nich Cząstki elementarne, kultowa książka XX wieku. Z takim impetem wtargnął do literatury jesienią 1998 roku, że fala uderzeniowa zagłuszyła ostatnie echa roku 1968 oraz epigonów w postaci feministek i ekologów.  
    Przekształcenia, jakim Houellebecq poddał swoją biografię w obiegu kulturalnym, z perspektywy Demonpiona ujawniają się jako kłamstwo, rodzaj oszustwa, a nie literacka kreacja. Biograf pracowicie wytropił, że nie zgadza się data urodzenia Houellebecqa podawana w jego tekstach: przyszedł na świat w 1956, a nie w 1958 roku. Demonpion nie wie jednak, jak rozumieć ten manewr – przedstawia go jako grę pozorów, sposób na wyrażenie rozdwojenia jaźni, próbę pozbycia się tej wczesnej fazy jego życia, która nie pasuje do literackiego wizerunku. Sąd ten wiąże się także z naczelną ideą niniejszej biografii – Demonpion widzi bowiem swojego bohatera jako paranoika, który w życiu dorosłym stara się uwolnić od zależności rodzinnych, przekreślić swoje wcześniejsze doświadczenia, zapomnieć o tym, że kiedyś był nieśmiały i nazywał się Michel Thomas.
    Wydaje się, że Denis Demonpion nie ma narzędzi, by zrozumieć swojego bohatera, by zagłębić w specyficzną sferę, jaką stanowi biografia pisarza. Ten dziennikarz pisma „Le rów Point”, autor biografii aktorów i polityków, nie ma żadnej świadomości literackiej, co nie razi, gdy pisze o Sarko, ale tu sprawia wyjątkowo niekorzystne wrażenie. Prymitywne sądy wraża zaś w języku prasowych komunałów: styl dandysa z przełomu wieków, błysk błękitnego, przeszywającego i doskonale obojętnego spojrzenia, ostrego jak promień lasera. W tekście roi się od takich zdań-protez, nic nie mówiących wyliczeń: reakcjonista, faszysta, bolszewik, siedemnastolatek, niezbyt poważny, lecz z głową pełną planów, o sercu zimnym i gniewnym, oraz melancholijnej duszy.
    Brak przygotowania literackiego najbardziej widoczny jest, gdy Demonpion sili się na interpretacje tekstów Houellebecqa. Czyta je przede wszystkim na płaszczyźnie socjologicznej i politycznej: omawia poglądy pisarza na Islam, czy problem aborcji. Krytykuje za rasistowski światopogląd, jaki Houellebecq rzekomo zaprezentował w Lovecrafcie. Nawet pisarską drogę swego bohatera Demonpion sprowadza do płaszczyzny społecznej – Houellebecq debiutujący, szukający własnych środków wyrazu, to w oczach Demonpiona człowiek, który po prostu chce być sławny i zastanawia się, jak to zrobić.
    Demonpion nie lubi też swego bohatera, lektura kolejnych stron napawa przekonaniem, że nadrzędnym celem autora było nie przedstawienie Houellebecqua, ale jego oczernienie, które dokonuje się tu za pomocą kuchennej psychoanalizy. Materiał do swoich analiz Demonpion czerpie z książek Houellebecqa – szuka w nich faktów z życia. Zarzuca pisarzowi głoszenie nieprawdy, stwierdza,  że w powieściach przeinacza on rzeczywistość, bo różni rozmówcy Demonpiona inaczej przedstawiają poszczególne wydarzenia z przeszłości. Wątpić można, czy Demonpion słyszał kiedyś o zjawisku fikcji literackiej, tekst bogaty jest bowiem w spostrzeżenia typu:
    Wspomnienia, jakie cała czwórka zachowała z tamtych lat [ze szkoły średniej – dopisek mój P.M.], zdecydowanie nie pokrywają się z ponurym obrazem, wykreowanym przez Houellebecqa w „Cząstkach elementarnych”.
    Książka Demonpiona nie zamknie problemu biografii Houellebecqua. Przeciwnie – Houellebecq stał się figurą masowej wyobraźni, z jego życia można wykroić jeszcze wiele smakowitych kąsków, które sprzedawane będą w grubej oprawie i za grube pieniądze. Jego wierni czytelnicy powinni uzbroić się w cierpliwość, gdyż właśnie powstaje książka o kobietach w życiu Houellebecqa. Niesmak budzi fakt, że wszystkie te publikacje, których rzeczywistym celem jest wywołanie skandalu i wysoka sprzedaż, przygotowywane są pod hasłem poznawania pisarza i przybliżania jego twórczości.