Tag: Beata Geppert

  • Powieść o przejrzewaniu

    Powieść o przejrzewaniu

    Bohater, który próbuje wycofać się z życia, zmniejszyć jego ciężar społeczny, psychologiczny, emocjonalny – powoli przygotowuje się do samobójstwa, bo tylko takie wyjście ostateczne z tego świata jest możliwe. Jednocześnie zachwyca się 14 odmianami hummusu i chyba zaczyna wierzyć w boga. Czysty Houellebecq, ale jakby jakiś inny: liryczny, wycofany.

    Michel Houellebecq, Serotonina, WAB 2019

    Przekład: Beata Gepper

    To jest krótka książka o nienawiści do życia, pisana z perspektywy 46-latka, który przedstawia się nam jak starzec. Florent-Claude ma już dość, na nic nie czeka, życie go uwiera, ludzie drażnią, nie ma energii, żeby zmagać się z otoczeniem. Stymulują go już tylko leki antydepresyjne, dzięki potężnym dawkom do mózgu ciągle jeszcze wydziela się tytułowa serotonina. Jedyny wysiłek, do jakiego jest zdolny, to stopniowa likwidacja życia: odejście z pracy, wypowiedzenie mieszkania, przeprowadzka do hotelu z jedną walizką. Z ostatnią kochanką związek rozpadł się do tego stopnia, że nie musi jej nawet informować o ostatecznym odejściu. Ciągle myśli o samobójstwie, ale nie może go popełnić, bo po ojcu pozostał mu spory jeszcze majątek, musi wydać pieniądze, by nie pozostawiać ich państwu (jak większość postaci Houellebeqa, ten także nienawidzi instytucji państwa). Jest to więc, jak widać z tego powierzchownego streszczania, opowieść o kłopotach pierwszego świata: zamożny, biały heteroseksualny mężczyzna nienawidzi swojej egzystencji. Houellebecq zdaje sobie z tego sprawę, szydzi oczywiście w dużym stopniu z tej konwencji i od razu rzuca swego bohatera w drugą: opowieść o dawnych miłościach, wspominanie młodości, kolejnych związków z kobietami, które go ukształtowały, zbudowały w pewien sposób, ale które zdradził i sam rozbił związki z nimi. 

    Tę konwencję także podważa – suitę śmierci rozbija ironia, kpina, szyderstwo: autor drwi ze swego bohatera, uciekającego od śmierci w konsumpcję, zachwyconego zaopatrzeniem paryskim marketów, odmianami hummusu, ilością wina. Już sam punkt wyjścia jest przecież komediowy: Florent chce się zabić, ale musi czekać, aż skończy się odziedziczona forsa.

    Oczywiście cała ta podróż sentymentalna jest wyłącznie pretekstem do opowiadania o tym, jak człowiek nie jest w stanie wyjść ze swoich lęków, jak walczy o własną niezależność – tym silniejszej im bardziej jest zaangażowany emocjonalnie. Houellebecq, jak we wcześniejszych powieściach, zderza swego bohatera z systemem politycznym i społecznym – Florent jest agronomem, pracuje w ministerstwie rolnictwa, zajmuje się przez lata programami wsparcia dla rolnictwa francuskiego i rolnictwem europejskim. Ten wątek polityczny jest tu jednak opracowany dość krótko, Florent odchodzi z pracy, bo nienawidzi biurokratycznej machiny, czuje, jak stopniowo wysysa ona z niego siły, a sama praca jest kompletnie bezcelowa, przepisy skonstruowane w idiotyczny sposób. Same old, same old.

    Houellebecq bierze na warsztat formułę powieści o starości i dokonuje na niej kilku ostrych cięć: wprowadza młodszego bohatera i każe mu myśleć o samobójstwie. Ta powieść jest tak odległa od afirmacji życia, jak to tylko możliwe. A jednocześnie pobrzmiewa tu fałszywy głos, który udaje łabędzi śpiew.  autor z premedytacją zepsuł kilka nut, żeby pokazać podważanie konwencji. Tę suitę śmierci rozbija ironia, kpina, szyderstwo: autor drwi ze swego bohatera, uciekającego od śmierci w konsumpcję, zachwyconego zaopatrzeniem paryskim marketów, odmianami hummusu, ilością wina. Jego nałogowi palacza poświęca całe strony, opowiadając jak wykręca czujniki dymu w hotelach, jak układa rytm dnia pod papieroski. Już sam punkt wyjścia jest przecież komediowy: Florent chce się zabić, ale musi czekać, aż skończy się odziedziczona forsa.

    Appendix:

    Miarą wartości człowieka w Serotoninie jest jego świadomość nieznośności życia oraz radykalizm środków, jakie podejmuje, by sobie z nim poradzić. To właśnie zawsze irytuje mnie u Houellebecqa i to wskazałabym jako prawdziwy dowód mizoginii autora: nie wzruszają mnie jego seksistowskie kawałki, bo one spełniają konkretną funkcję – zwłaszcza zaś ważne są w tej powieści. Poza tym jeśli szokuje nas (jako czytelników) seks i u Zyty Rudzkiej, i u Michela Houellebecqa, to – jakby to powiedzieć? – nie oni źle piszą o seksie, tylko my to źle czytamy. Tymczasem prawdziwa otchłań pogardy rozciąga się w Serotoninie właśnie w wątku konfrontacji z życiem: Florent uważa życie samo za idiotyzm, porzuca pracę, marzy o takim mieszkaniu, które ma wewnętrzny zsyp i nie musi wychodzić ze śmieciami, a wszystkie zakupy zamierza robić przez internet, co oznacza, że nie będzie miał już żadnych kontaktów z otoczeniem. Każdy – a właściwie każda, kto nie dostrzega beznadziei, jest dla Houellebecqa kretynką bez wartości. Jedna z jego dawnych kochanek nałogowo pije, ale według Florenta robi to z powodu freudowskiego konfliktu z matką, a nie z powodu spleenu. Inna marzy o rodzinie – to dopiero mieszczański system wartości! Jeszcze inna – Yuzu, którą pogardza najbardziej – nałogowo uprawia seks w wersji swingerskiej, ze zwierzętami, wieloma mężczyznami na raz, chodzi głównie o seks mechaniczny, z upokorzeniem, na granicy ryzyka. Florent uważa ją jednak za pustą lalę pozbawioną moralności, bezmyślną do granic. Czeka ją, jak uważa, sprawiedliwa kara, gdy skończą jej się jego pieniądze i będzie musiała wrócić do rodziców w Japonii, gdzie zostanie natychmiast i bez pytania wydana za mąż.

    Od razu wyjaśniam: nie irytuje mnie ten wątek dlatego, że domagam się od Houellebeqa poprawności politycznej (chociaż korona by mu się może nie obsunęła). Literatura nie podlega tym kategoriom, a na pewno nie w tym sensie jak na przykład dziennikarstwo i życie publiczne. Mierzi mnie takie ustawienie perspektywy, bo w gruncie rzeczy jest ono szalenie wsteczne literacko i kulturowo: powieść o dojrzewaniu, Bildunsroman, przez wielki operowała bohaterem męskim, który miał być czytany jako Everyman, choć umówmy się, dojrzewanie chłopców i dziewcząt przebiega radyklanie inaczej. Ten sam błąd popełnia dzisiaj Houellebecq, który ustawia nam bohatera męskiego w pozycji uniwersalnej, podczas gdy postaci kobiet są partykularne, silnie zindywidualizowane i ich biografie nie mają szerszego przełożenia. Dziwny tradycjonalizm u pisarza, który chce wytyczać nowe kierunki, eksperymentuje z formą, i jest niesłychanie czuły na efektywność własnej skandaliczności. Gdy tylko widzi, że czytelnik przyzwyczaja się do jego szokowania, sięga po nowe środki, by tylko zbić nas z pantałyku, byśmy stale mieli go za genialnego pornografa. Genialnego, ale ciągle pornografa.

    Zdjęcie: Katarzyna Urbanek, Unsplash.

  • Kwestionariusz tłumaczki – Beata Geppert

    Kwestionariusz tłumaczki – Beata Geppert

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Od czterdziestu. Ale literaturę piękną (z jednym wyjątkiem) od kilkunastu.

    2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Teraz tak, ale nie tylko tłumaczenia literackie. Jestem też tłumaczką kabinową.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    W 1983 roku. Była to książka znajdująca się na indeksie (Listy z Rosji Custine’a), została więc wydana w londyńskim Aneksie pod pseudonimem Katarzyna Czermińska. Taka zabawna anegdota: w odstępie bodaj dwóch tygodni ukazała się moja wersja w Londynie i czyjaś (nie wiem czyja, też pod pseudonimem) w Paryżu. Porównania były bardzo pouczające…

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Jak już siadam, to siadam. Przekładam najchętniej bez uprzedniego czytania książki. Po pierwsze, żeby sobie nie psuć zabawy, po drugie, żeby nieświadomie nie zasugerować się ciągiem dalszym. Przy czym tłumaczę nawet nie zdanie po zdaniu, ale od przecinka do przecinka. W przypadku ostatniego Houellebecqa było to dość rozrywkowe i ryzykowne przedsięwzięcie: jedno ze zdań miało ok. 4000 znaków, a ja od przecinka do przecinka. Oczywiście niekiedy (często) wymaga to cofania się do początku zdania i wprowadzania dość radykalnych zmian. (Tylko z poezją tak się nie da). Po zrobieniu „rybki” dwa, trzy dni przerwy i siadam do poprawek: 1) wstępne wygładzenie tekstu, 2) sczytywanie z oryginałem (fajne kwiatki czasem znajduję!), 3) końcowe poprawki z papieru. Potem jeszcze jedne poprawki po otrzymaniu uwag redaktora i ostatnie poprawki po składzie. Za każdym razem jest co robić…

    • Autor, którego się boję… Nie znam.

    Ale pewnie jest takich mnóstwo. Aha, boję się poetów. Wszystkich.

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Do kitu. Nie dość, że stawki nie powalają, do tego recenzenci często „zapominają”, że polską wersję zawdzięczają tłumaczowi. Tyle że – z tego, co wiem – nie jest to tylko polski problem. Marna pociecha.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    W moim przypadku w ogromnym stopniu. Po pierwsze, dzięki współpracy z redaktorem człowiek zapoznaje się ze swoimi własnymi błędami (moją piętą achillesową zawsze była interpunkcja, która chyba uległa znacznej poprawie). Po drugie, dzięki współpracy z tekstem człowiek rozwija swój własny styl i słownictwo. Ostatnio popełniłam na FB tekst ewidentnie nawiązujący do stylu Houellebecqa (bez premedytacji z mojej strony, tak wyszło).

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

    Nie wiem.

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Robić kalek językowych, przekładać dosłownie, nieświadomie powtarzać kilka razy z rzędu to samo słowo (co innego świadomie jako zabieg stylistyczny autora)… Poza tym tłumacz nie powinien się uważać za mądrzejszego od autora. Skoro jesteś mądrzejszy, napisz własną książkę. Kiedy tłumaczysz, próbuj być w miarę niewidoczny. Nie należy również puszczać ewidentnych kiksów autora (chrzest Polski w 976 roku). Czasem się staje przed wyborem – czy poprawić w tekście, czy dać przypis. Moim zdaniem, to zależy. Zazwyczaj robię to na czuja.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Hm… Przekazać go polskiemu czytelnikowi w taki sposób, żeby tekst się czytał, jakby był napisany po polsku, jednocześnie nie zatracając tego, co charakterystyczne dla autora.

    • W przekładach innych szukam…

    Niestety, błędów. Tzn. ja ich nie szukam, one same mnie znajdują.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    tłumaczenia kiepskich książek. Ostatnio miałam do czynienia z książką, którą mogłam albo przerobić, bo się kompletnie, ale to kompletnie kupy nie trzymała, albo zerwać umowę. Wybrałam to pierwsze. Hardcore!

    Beata Geppert – tłumaczka literacka i konferencyjna z języka francuskiego. W jej przekładzie ukazały się powieści Michela Houellebeqa, Le Clezio, Colette, Jean-Paula Didierlaurenta.

    Za dwa tygodnie – Julia Różewicz.