Tag: Agora

  • Zbawcze wykluczenie

    Zbawcze wykluczenie

    Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem

    Agora 2025

    Grynberg zawsze, kiedy pisze o śmierci, to pisze o życiu – i w ten sposób „Rok, w którym nie umarłem” niczym nie różni od „Oskarżam Auschwitz” czy innych jego zagładowych książek.

    Historia wydaje się tu bardzo prosta: zawał i rehabilitacja, nie ma właściwie czego streszczać. Grynberg trafia na oddział, udzielają mu pomocy, bohater przeżyje, stopniowo staje na nogi, chodzi na rehabilitację, przykłada się, żeby wrócić do formy. Rozmawia w domu o chorobie, kruchości, stanie zdrowia, o ostatniej woli – taki jest szkielet fabularny.

    Jednocześnie jednak wszystko tutaj dzieje się w głowie bohatera, choć powodem akcji jest jego serce. A także w tekście, który spisuje, by zrozumieć własne doświadczenie, by się od niego trochę oddzielić, zdystansować, stanąć z boku i na własne ciało i jego słabe serce popatrzeć jakoś spoza niego. A Grynberg jest mistrzem dystansu, królem oddalania się i zbliżania, specjalistą od patrzenia z ukosa i wyciągania rozmaitych elementów ukrytych na samym wierzchu i jednocześnie niewidocznych dla innych oczu.

    Trochę na gorąco i pod wpływem emocji podzieliłabym ten książkę na dwie równoległe opowieści – o czułości domowej, miłości, która widzi przedmiot uczucia, bo zawałowy Grynberg bardzo zwraca uwagę na to, co myśli jego rodzina. Pozycja centralna, bycie osią życia rodzinnego wydaje mu się jakaś niewygodna, podobnie jak rozmowy o śmierci. Nie toczy ich z dziećmi też za dużo, raczej notuje to, co w postaci krótkich strzałów pojawiało się między nimi przez lata – jaka jest ostatnia wola, co zrobić z majątkiem, gdzie są ważne papiery. Drugi wątek natomiast dotyczy chorobliwej męskości polskiej i nie chodzi tu o inceli z internetu, ale o taki model bycia mężczyzną, który wprost prowadzi do zawału: z dużą ilością alko, seksem traktowanym w kategoriach performansu i osiągów, niezdrowym jedzeniem, nienawiścią wobec innych. Wspólnota jaskiniowa osacza, dyscyplinuje wszystkich jej członków, którzy tylko pozornie opuścili Cro-Magnon. Grynberg patrzy na tych mężczyzn jako Inny – nie dość, że intelektualista, to jeszcze Żyd i te dwa znaki tożsamości, które nie pozwalały mu na przynależność do wspólnoty polskich mężczyzn, teraz też pozwalają mu wyzdrowieć, nie kierują na drogę prowadzącą do kolejnych zawałów. Grynberg może spokojnie odmówić tańca wokół totemu polsko-katolickiego penisa – w przeciwieństwie do większości samców, z którymi zetknął się w szpitalu i na rehabilitacji.

    Pod tymi dwoma wątkami, które łatwo opisać, bo są afektywne lub socjologiczne, czai się jeszcze jeden, trudniejszy do uchwycenia, ale mocno widoczny w lekturze: opowieść o słabości ciała. Niepewność, mała sprawczość, oddanie się w ręce innych – bynajmniej nie z własnej woli, testowanie nowych granic ciała, lęk, potworny lęk przed bólem, przed tym, że powróci, że dołoży. I znów: źle się to streszcza, świetnie się to w „Roku…” czyta, bo język Grynberga – jednocześnie ironiczny i czuły, detaliczny i syntetyzujący, robi wielką robotę. Tak samo fantastyczna jest jego perspektywa: zaglądanie za parawan, ale tylko własny, wpuszczanie do małżeńskiego łóżka, ale tylko na jego skraj, sprawdzanie tętna, ale tylko przy użyciu palca – Grynberg daje nam wgląd w swoje życie, ale raczej pojedynczy i krótki, nie wywala wszystkich bebechów, nie pozwala, byśmy się za bardzo z nim bratali, nie chce byśmy żyli jego życiem, a tylko z niego wzięli pewną naukę (i może też nauczkę).

    Ale zaczęłam od życia, które u Grynberga jest wciąż obecne, choć nigdy wcześniej nie pojawiło się jako wartość – w jego wcześniejszych książkach na plan pierwszy wysuwa się jego negatywność: odebranie życia, pozbawienie życia, skrócenie życia. Utrata rodziny, bo bardzo często jego rozmówcy to ci pojedynczy, ostatni, jedyni, którzy ocaleli. Wartość życia jest zatem absolutna, oczywista, niewymagająca wypowiedzenia ani określenia, bo zasadnicza. Tak samo jest i tutaj: zagrożenie własnego życia sprawia, że jego wartość rośnie, że jeszcze większej roli nabierają więzi, że miłość ma jeszcze większe znaczenie.

    Grynberg nie potrafi utrzymać jednego smaku i zawsze miesza cukier z solą, miód z dziegciem, miesza więc opowieść o potędze życia z opowieścią o kruchości ciała. I jest to wyjątkowy plaster na wszystkie rany.

  • Bogini bez majtek

    Bogini bez majtek

    Miała być wybitna proza kobieca, a jest tanie czytadło. Autorka szantażuje czytelniczki, bo porusza kwestie modne i głośne: kobieca emancypacja, seksualność. I trudno o tym napisać źle. Ale nie da się inaczej.

    Carmen Maria Machado, Jej ciało i inne strony

    Przeł. Dobromiła Jankowska

    Agora 2018

    Polskie życie wydawnicze jest chyba bardzo jałowe, skoro kolejną już średnią, popularną amerykańską prozę sprzedaje nam się jako arcydzieło. A tak pisze się o Machado: proza feministyczna, z pazurem, brutalna i naturalistyczna – to przymiotniki z tylko jednej recenzji. Pazur? Chyba taki z hybrydą, albo inny utemperowany pazur żelowy.

    Wszystkie opowiadania oparła Machado na tym samym pomyśle odwlekanej tajemnicy, sekretu, który jest nam sugerowany, późno lub wcale ujawniony. To jest, jak sądzę, sprawdzony przepis creative writing na stworzenie wrażenia komplikacji, literackiej misternej formy. Do tego zaś Machado, nauczycielka z takich właśnie kursów, dorzuca nam garść tematów modnych, ważnych i politycznie słusznych, które wszystkie feministki niosą na ustach: gwałt, prawo do decydowania o własnym ciele, inicjacja seksualna nastolatki, szansa na rozwój osobisty kobiety w wieku średnim, kompleksy, relacje z dziećmi, akceptacja ciała, walka o pozycję w życiu społecznym, odkrywanie własnej tożsamości, seksualna otwartość, zrównanie w prawach do seksu mężczyzn i kobiet. Związuje tym samym ręce potencjalnej krytyce, bo nie sposób nie zgodzić się z jej hasłami, odmówić im słuszności. Tylko że opakowano je w toporną formę literacką, która zubaża także refleksję nad wszystkimi powyższymi zagadnieniami. Machado powtarza schematy narracyjne sprzed 40 lat, jakby powieść postmodernistyczna była gatunkiem nowym i eksperymentalnym. Także na poziomie polityczności Jej ciało i inne strony nie wychodzi poza banał, oklepaną tezę. W opowiadaniu Mężowski szew, tak bardzo chwalonym,  chodzi o prawo kobiety do decydowania o sobie, przedstawiane tutaj symbolicznie pod postacią zawiązanej na szyi wstążki. Jej chłopak, późniejszy mąż, nie ma prawa jej dotknąć i dopóki przestrzega zakazu, ich seks, związek, wspólny świat doskonale się układają. W chwili gdy jednak sięga po wstążkę, relacja się psuje, bo mężczyzna odmawia kobiecie prawa do odrębności. Jej ciało zamienia się w ciało lalki. Tej wstążce odpowiada szew założony po porodzie, ma on zwęzić pochwę, o jego dołożenie prosi mąż. Machado mówi zatem, że ciało kobiece poddawane jest ciągłej opresji, ingerencji, ma odsłaniać się i zmieniać, ale tylko w taki sposób, jakiego zażyczy sobie mężczyzna.

    Podobnie prosta teza stoi za opowiadaniem pt. Inwentarz, w który Margaret Atwood krzyżuje się z Cormakiem McCarthym. Narratorka opowiada o swoim życiu poprzez wyliczenie kolejnych kochanków obojga płci oraz charakterystykę wspólnego seksu, ich temperamentów, potrzeb i oczekiwań. Widzimy kobietę stopniowo wybijającą się na niepodległość, wyzwoloną, świadomą potrzeb ciała, gotową zaspokajać potrzeby fizyczne bez emocjonalnej więzi. W tle zaś rozwija się zaraza, wielka wyniszczająca ludzkość epidemia, która stopniowo dosięga domu narratorki.

    W opowiadaniu o urodzie i jej braku, pięknie fizycznym i trudnych relacjach z córką, pisze Machado, używając infantylnych fraz, tak często przypisywanych słabej prozie kobiecej. I nie mam wrażenia, żeby tutaj przezwyciężała ten stereotyp:

    – Tak – mówi pierwsza siostra. – Moja radość tańczyła po domu jako dziecko, a ja tańczyłam z nią. Niemal rozbiłyśmy wtedy dwa wazony!

    – Tak – mówi druga siostra. – Uwolniłam swoje wewnętrzne piękno, które wylegiwało się w kałużach światła niczym prężący się kot.

    Nie mogę podarować Machado tego banału, jakim operuje, tworząc dość toporne i ilustracyjne historie na poziomie „Wysokich Obcasów”, a nie wybitnej prozy artystycznej. To, co jednak mnie się wydaje obsuwą, słabością tego zbioru, w istocie jest chyba zamierzeniem autorki. Kogo przecież interesuje ambitna powieść, skoro można sprzedać kilka prostych opowiadań?

     

    Zdjęcie:  Zulmaury Saavedra on Unsplash

  • A te książki koniecznie…

    A te książki koniecznie…

    1. Weronika Gogola, Po trochu, Książkowe Klimaty 2017 – świetna, świeża proza. Opowieść o życiu na prowincji, o rodzinie i dorastaniu w polskiej rzeczywistości. Zaczyna się od opisu pożaru sklepu GS, a nagle orientuję się, że jestem na setnej stronie.
    2. Stanisław Grochowiak, Wiersze zebrane, t. 1 i 2, Warstwy 2017. To pozycja obowiązkowa na regale. Wielki powrót do autora, którym zaczytywał się każdy wrażliwy licealista mojego pokolenia (prawda?). Pierwszy tom zawiera wszystkie wydane zbiory Grochowiaka, drugi – zebrane, nieznane wcześniej teksty. W liceum czytałam go jak starego buntownika. Dzisiaj uświadamiam sobie, że umierając z przepicia, Grochowiak był niewiele starszy ode mnie. Powiedzielibyśmy: młody gość, 42 lata. Będę jeszcze o tym pisać, ale muszę przepracować nostalgiczne uniesienie.
    3. Andrzej Muszyński, Fajrant, Wydawnictwo Literackie 2017 – bo po Miedzy Muszyński znajduje się na mojej krótkiej liście autorów obowiązkowych. Fajrant przedstawia środowisko nowej emigracji, i Muszyński przedstawia je w sposób niezwykle wiarygodny. Co ważne, to nie jest powieść realistyczna o życiu na Wyspach i po emigracji, to jest książka o tym, jak radzić sobie ze światem i o tym, jak można się w nim zgubić.
    4. Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny, Wydawnictwo Literackie 2017 – dawno nie miałam w ręku tak mocnej, gęstej kobiecej prozy. Świetna, realistyczna i magiczna zarazem.
    5. Ziemowit Szczerek, Międzymorze, Czarne i Agora 2017 – bo zawsze lubiłam Szczerka za jego przewrotną niepoprawność polityczną, za wnioski trzeźwe i ironiczne, sarkazm, ale też jakąś potworną cierpliwość w oczekiwaniu na katastrofę, zderzenie kultur, którego powolne nadciąganie obserwuje on w kolejnych swoich reportażach i esejach.
  • Pamięć cię skrzywdzi

    Włodzimierz Nowak, Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda

    Agora 2016
    To kolejna niewygodna reporterska książka Włodzimierza Nowaka, niewygodna chyba nawet bardziej niż Obwód głowy, który o doświadczeniach II wojny światowej opowiadał z niemieckiej perspektywy. Tym razem bohaterem Nowaka jest Zygfryd Kapela, syn Polaka i Niemki, urodzony na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, niebieski ptak i niespokojny duch. Wychowywany za pomocą ojcowskiego pasa, karany za każde wspomnienie niemieckich korzeni, marzy tylko o tym, by uciec z beznadziei PRL-u na Zachód. Idzie do wojska, podejmuje pracę pogranicznika tylko po to, by rozpoznać trasy przerzutowe, możliwe drogi ucieczki. Próbuje uciec na południe, przez Austrię, potem do Niemiec. Zatrzymany, postrzelony, aresztowany, wraca do Polski. Podejmuje pracę palacza w pegieerze, zapisuje się do Solidarności, awansuje na przewodniczącego OPZZ w Zielonej Górze. W latach 80., gdy coraz łatwiej wyjechać na Zachód, służby wciąż odmawiają mu paszportu. Kapela godzi się na największe kompromisy moralne, podejmuje współpracę z SB, donosi na swoich kolegów o towarzyszy z Solidarności, licząc, że w końcu wypuszczą go za granicę.

    Nowak, opowiadając o splątanych losach Kapeli, snuje tak naprawdę trzy różne opowieści: o Niemcach pozostałych w Polsce po zakończeniu wojny i o tym, jak traktowali ich Polacy, o dylematach moralnych towarzyszących zaangażowaniu politycznemu lat 70. i 80., o historii opozycji i Solidarności na terenach wiejskich, w pegieerach.

    Ważna jest deklaracja autora:
    Nie lubię pisać o bohaterach, do których nie można się przytulić, poddać ich opowieści jak spokojnej rzece. Tu, przy Kapeli, trzeba ciągle uważać. Ale im bardzie mnie to męczy, tym wyraźniej widzę, że trzeba to opowiedzieć do końca. Że tak należy. 

    Skąd to poczucie obowiązku? Wierności niewygodnej, często skłamanej opowieści osobistej? Bo Polacy są coś winni Niemcom, bo to ich cmentarze zrównywali z ziemią i stawiali na nich magazyny – jak opowiada Kapela o miejscowości Wilenko (przed wojną Zion). Bo należy wreszcie pokazać historię antybohatera, Niemca uwięzionego w Polsce wbrew jego woli, Polaka, uwikłanego w relację władzy i ludu, próbującego wytyczyć własną ścieżkę w ciągle zmieniającej się strefie wpływów. Kapela to jednocześnie postać przeciętna i nieprzeciętna zarazem: słabo wykształcony, obarczony dość wcześnie rodziną, poszukujący jakiejkolwiek pracy, doskonale rozumie sytuację pracowników pegieerów, bo jego światopogląd w niewielkim tylko stopniu odbiega od ich horyzontu. Ale jednocześnie staje się w pewnym momencie ludowym trybunem: szybko zyskuje zaufanie współobywateli, ma łatwość zjednywania sobie ludzi, świetnie przemawia. Nie jest to jednak drugi Wałęsa, bo bardzo szybko ugina się pod naciskiem SB i szeroko opowiada o ludziach Solidarności, z którymi się spotyka. Najważniejszy jest bowiem paszport, możliwość ucieczki z Polski. Korzenie tego pragnienia powrotu do korzeni, „do macierzy” niemieckiej Nowak odkrywa w teście dość późno, Kapelą kieruje nie tylko tęsknota za wymyśloną przez babkę sielankową wspólnotą niemiecką, ale też wielkie poczucie krzywdy, zdrady, która dotknęła jego rodzinę w końca wojny. Matka, zgwałcona przez żołnierzy radzieckich, ledwo przeżyła rok 1945. Ojciec, próbując pomścić krzywdę żony, uwikłał się w zależność od milicji, z której też musiał uciekać, obawiając się zemsty współtowarzyszy. Ich związek – nawiązany w czasie wojny i szalenie niebezpieczny – po wojnie także rodzi szereg problemów. Hildegarda zostaje Helą, Zygfryd zamienia się w Zbigniewa, ojciec zakazuje rodzinie mówić po niemiecku.

    Wydobywszy się z takiego kotła pamięci Zygfryd aktywnie i histerycznie szuka swojego miejsca. W latach 70. Jest hipisem i cinkciarzem, pogranicznikiem i więźniem izolowanym w celi. Nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca. Nie ma swoich wyrazistych oglądów, bo ciągle stawia się w pozycji przeciwnika,  lawiruje, kluczy, awansuje i jest brutalnie dymisjonowany.

    Nowak tworzy historię bohatera i zdrajcy, niejednoznaczną, nieprzyjemną, prowokującą. Wybiera człowieka, który nie pasuje do żadnego systemu, do żadnej opcji politycznej. Człowieka, obdarzonego taką biografią, która okazuje się z dzisiejszej perspektywy nieoperacyjna. Na tym właśnie polega doskonałość tego reportażu – polityczna i socjologiczna nieoperacyjność losu Kapeli służy żywiołowi opowieści. Niejasna i trudna do interpretacji biografia Kapeli, jego skłonność do uciekania w dygresje i  koloryzowania podkreśla wszystkie punkty niejednoznaczne polskiej historii. Nie da się go zamknąć w ramach gotowych obrazów pamięci historycznej, co tym samym przekłada się na pewnego rodzaju wolność poznawczą. Czytelnik podąża za Kapelą, może wypracować własną  perspektywę, musi wybrać, czy Kapela to postać tragiczna, do końca wierna sobie i powikłanym losom rodzinnym, pielęgnująca swoją skomplikowaną tożsamość, czy też tchórz, uciekinier, oszust?

     

    Ten tekst ukazał się wcześniej na stronie internetowej Instytutu Książki
  • I poszli dalej

    I poszli dalej

    Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój
    Agora 2015 
    1945. Wojna i pokój to opowieść reporterska o końcu wojny w Polsce. Autorka umieszcza tu 12 reportaży poświęconych różnym problemom związanym z zakończeniem działań zbrojnych: przesiedleniom, ekshumacjom, odbudowie, przejmowaniu władzy przez komunistów, ustalaniu granic, opiece nad sierotami wojennymi. Jednocześnie jednak jest to opowieść o ludziach, którzy walczą o przetrwanie, o lepszy byt, ocalenie życia i rodziny – ruszają zatem na szaber, na handel, sięgają po broń, wstępują do milicji, oddają dzieci pod opiekę obcym, zmieniają nazwiska. Jej bohaterami są osadnicy przepędzeni spod Lwowa pod Wrocław i Szczecin, ludzie powracający z robót przymusowych w Rzeszy, Ślązacy wypędzani do Niemiec, małorolni chłopi, mężczyźni siłą osadzani na urzędach, matki, poszukujące ciał chłopców zaginionych w powstaniu warszawskim, bezdomne dzieci, których rodzice wracają do Warszawy po końcu wojny.
     
    Autorka ratuje się przed chaosem, jaki niesienie ze sobą tak rozległy temat, narzucając sobie żelazną dyscyplinę kompozycyjną: 12 rozdziałów układa według miesięcy, dzięki czemu opowiada o różnych zdarzeniach z całego roku 1945. Do każdego z rozdziałów dodaje wprowadzenie ułożone z fragmentów ogłoszeń drobnych z prasy, co pokazuje, jak zmienia się życie społeczne, jakie kłopoty nękają ludność cywilną i jak próbują się odbudowywać różne instytucje. Jednocześnie te rozdziały sprawiają, że powstaje 12 zupełnie osobnych historii, funkcjonujących koło siebie, osobno. 
     
    Grzebałkowska planowała swój reportaż jako rodzaj optymistycznej historii o końcu pewnego cierpienia, jako happy end straszliwej wojny. Okazuje się jednak, że jej bohaterowie zupełnie inaczej pamiętają 1945 rok – jako rozciągnięte w czasie pasmo nowych klęsk, okres obrachunków, nowej walki:
     
    A pani pyta, czy jakieś szczęście mnie w 1945 roku spotkało. Więc odpowiadam: szczęściem było, że nikt z mojej rodziny w tamten rok nie umarł.
     
    Wojna kończy się stopniowo, i choć znika nazistowska armia, to pustka po niej natychmiast zostaje zastąpiona nowym konfliktem: Rosjanie ustanawiają nową władzę, Polacy organizują obozy dla Niemców, nasila się wojna z Ukraińcami, nie ma opału, natomiast wszędzie wala się broń, mnożą się epidemie.  
     
    W 1945 najcenniejsza wydaje się wielowymiarowość obrazu – nie ma bowiem historii oczywistych, choć po 70 latach pisania o wojnie trudno powiedzieć o niej coś nowego. Grzebałkowskiej się to jednak udaje – zdarzenia z 1945 roku ukazują się u niej bowiem jako obrazy już znane i zarazem zupełnie nowe, jako historie polskie i jednocześnie uniwersalne. Rozdział zatytułowany „Nie jesteśmy przecież Niemcami” poświęcony jest obozowi dla przesiedleńców. Grupowano w nim ludność niemiecką przed wysłaniem pociągami repatrianckimi za granicę na Odrze. Łambinowice przeszły jednak do historii jako miejsce, w którym na rozkaz polskiego dowódcy torturowano, głodzono i mordowano ludność cywilną, męczono i znęcano się na całymi rodzinami tylko z powodu ich pochodzenia. Można czytać ten rozdział jako historię o polskiej winie, o nienawiści narodowej, pragnieniu zemsty na dawnym okupancie, ale można widzieć w nim też uniwersalną opowieść o tym, jak zaraźliwe jest zło, jakie spustoszenia psychiczne pozostawia wojna, w jaki sposób dokonuje się całkowita destrukcja moralności nawet u tych, którzy nie brali bezpośredniego udziału w wojnie. Takie same dwa poziomy odnajdziemy w „Sanoku”, poświęconym konfliktowi polsko-ukraińskiemu. Grzebałkowska opowiada, jak zwalczały się dwie partyzantki, jak grabiono i podpalano wsie podejrzane o sprzyjanie przeciwnikowi. A przecież widać tu i poziom uniwersalny – opowieść o dwóch zwalczających się narodach, które przez wieki żyły blisko obok siebie, a teraz porywają do oddziałów młodych chłopców, nadużywają władzy, sieją terror. 
     
    To przejście z poziomu narracji o jednym narodzie na poziom opowieści o uniwersalnej wojnie udaje się osiągnąć Grzebałkowskiej dzięki prostemu chwytowi, w którym specjalizuje się polski reportaż – za każdym razem sięga ona po relację żywego człowieka, po doświadczenie jednostki, konkretnego uczestnika zdarzeń. Niezbyt często pojawiają się tu wielkie liczby i instytucje, wiele za to wspomnień: o ucieczce przez lód Zalewu Wiślanego, o matce, która pakowała chleb przed ucieczką, o lęku młodego dezertera przed kontrolą w pociągu, o wielu dniach czekania na dworcu, w pyle i między klatkami ze zwierzętami. Autorka posiada jeszcze jedną niezwykłą umiejętność, która czyni jej opowieść tak interesującą – niezwykły pazur, umiejętność zderzania faktów, rysowania plastycznego obrazu. W jej reportażu znajdziemy wiele takich zderzeń: młody niemiecki dezerter, który ucieka w styczniu 1945 roku przed wcieleniem do Wehrmachtu i żydowska dziewczynka zamurowana w kryjówce w getcie; wspomnienia niemieckich sierot, które w polskich gospodarstwach pracowały jak niewolnicy oraz wspomnienia wojennych sierot zgromadzonych w sierocińcu w Otwocku, które nie są już wcale dziećmi;  3 tysiące ofiar, jakie pochłonęła budowa lotniska w Festung Breslau oraz fakt, że z tego lotniska wystartował tylko jeden samolot – uciekającego przed kapitulacją gauleitera Hancke; niemieckie rodziny uciekające z Prus Wschodnich przed frontem wschodnim i Polacy wysiedlani z Ukrainy przez Armię Czerwoną.  
     
    Wielowymiarowość, plastyczność, szczegółowość i intymność tej opowieści sprawiają, że wyróżnia się ona na tle wielu wydanych w Polsce w ostatnim czasie opowieści o wojnie. Czuć tu jednak pewien niedosyt – wynikający z pośpiechu (to na pewno), ale też z koncyliacyjnego tonu, jaki Grzebałkowska zdaje się tu faworyzować. Mało oskarżenia moralnego, bo pochylamy się ze współczuciem nad losem jednostki – ofiary historii. Powstaje z tego książka, którą można przetłumaczyć i pokazać za granicą. Tymczasem ja bym wolała, żeby jednak ktoś z takim talentem jak Grzebałkowska,  sięgnął do narodowych trzewi i trochę nimi zatargał. Użył ostrego pazura.