Srebrne kule śpią w czarnych lufach

Słucham tej książki i jeżdżę gąbką po talerzu o dziesięć razy za dużo, obieram niepotrzebnie kilka marchewek więcej, zawieszam się. Surmiak-Domańska potrafi bowiem posługiwać się niesłuchanie hipnotycznym tonem. Bardzo często sięga po strategię dziwienia się światu, by pokazać splot problemów psychologicznych, moralnych, wychowawczych, społecznych, bez rozdzielania ich na pojedyncze pasma. W „Świat przed nami nie istniał…” wybiera temat, który jeszcze 20 lat temu raczej nie zostałby podstawą reportażu, jako mało uchwytny: dziedziczenie traumy wojennej przez kolejne pokolenia, wpływ PTSD dziadków na naszych rodziców i na nas. Legitymacja reporterska pozwala jej pójść dalej niż psychologom – może stawiać pytania, poszukiwać kolejnych świadków, zastanawiać się, jakie elipsy łączą depresję dziadka i wnuka, czy też nie mają one żadnego związku, jak każe myśleć porządek logiczny. Jak działa gwałt, który nigdy nie został opowiedziany, a jak funkcjonuje rodzina, w której ojciec na starość zaczyna wyć w nocy? Czy córka lekarza ocalałego z obozu koncentracyjnego musi żyć intensywnie jak on, skoro nie ma potrzeby nadrabiania lat w kacecie?

To, co zawsze lubię w książkach Surmiak-Domańskiej, to głębokie osadzanie jej kolejnych tematów na tle historycznym i społecznym – jakby mówiła: taki mamy stan wiedzy dzisiaj, a taki mieliśmy 30 lat temu. Bo choć wiele jej reportaży opowiada o zderzeniu doświadczania i jego wypowiedzenia (na odległości między nimi autorka „Mokradełka” rozciąga sobie linę i wykonuje tu wiele skomplikowanych akrobacji). Tak opowiadała o Ku Klux Klanie, tak samo pisała o Wołyniu, w podobny sposób opowiada o dziedziczeniu wojennej traumy. Pokazuje więc nie tylko źródło doświadczenia i jego przebieg, ale też tworzy ramę, kontekst, co w przypadku wojennej traumy jest opowieścią o tabu, cenzurze i wyparciu.  PRL blokował pamięć cierpienia, selekcjonował okoliczności martyrologii narodowej, a te skomplikowane procesy socjotechniczne realizował na zaskakująco proste sposoby –na przykład poprzez adresowany do dzieci konkurs plastyczny ogłoszony przez Ministerstwo Oświaty w 1946 roku ( poświęcony dwóm tematom: „Moje osobiste wspomnienia z czasów wojny i okupacji” oraz „Co zdarzyło się w mojej rodzinie i u naszych krewnych podczas wojny i okupacji”). Tylko wątki niemieckie, nie ma Rosjan, nie ma wywózek, nie ma Syberii, nie ma konfliktu polsko-ukraińskiego: ani Wołynia, ani pacyfikacji wsi przez polskie podziemie, nie ma wypędzeń niemieckich, choć te jeszcze się wcale w 1946 nie skończyły, nie ma też polskiego udziału w Zagładzie. Pozostaje martyrologia, proste układy rysunkowe, w których Polacy leżą w kałuży krwi, albo chodzą w pasiakach. Surmiak-Domańska wygrzebuje mnóstwo takich składających się z dwóch warstw, nieopowiedzianych później historii.

Na pierwszym planie jej opowieści są dzieci albo wnuki tych, którzy przeżyli wojnę – czasem sieroty, poszukujące przez całe życie prawdy o śmierci swoich rodziców, przekazujące własne poczucie porzucenia. Czasem to ci, którzy przez lata żyli ze swoimi rodzicami i uczyli się nasłuchiwać zmian w tonie ich losu albo wyczekiwali napadów picia, depresji, oziębłości. „Świat przed nami nie istniał…” kręci się niby wokół wojny, ale w gruncie rzeczy to opowieść rodzinna, potężna saga polska. Akcja Surmiak-Domańskiej rozlewa się na wiele, wiele osób i kilka pokoleń, zasysając po drodze żony i mężów, ciche ciotki, wycofanych wujów, zbuntowanych synów i córki opiekujące się matkami, wnuczki w terapii i wnuków, szukających autorytetu w historiach dziadków, bo te rodziców powalają nudą pokojowego życia. Surmiak-Domańska robi tu rzecz, której moja babka, należąca do Cichego Pokolenia, nigdy by jej nie wybaczyła: pyta o dynamikę życia rodzinnego, wyciąga z szaf przeróżne trupy, a często też „zepsutych” krewnych, straumatyzowanych do tego stopnia, że niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania w życiu świadków wojennej przemocy. Zdziera też pozłotkę, której moja babcia nigdy by jej nie pozwoliła ruszyć: pyta nie tylko o żałobę po bliskich, koszty cierpienia własnego, czy spadek po obserwowaniu krzywdy najbliższych, ale też o cenę bohaterstwa. Jak stres, poczucie odpowiedzialności, aktywność konspiracyjna, posługiwanie się bronią, przekładają się później na zaburzenia snu, stany lękowe, kłopoty z pamięcią, nocne przeżywanie wojny na nowo. Ciemny nurt tych historii pokazuje, że dzieci bohaterów i dzieci zdrajców dziedziczą równie solidną traumę.

Dość przewrotnie lubię u Surmiak-Domańskiej najbardziej te momenty, kiedy zderza się z ideologicznymi przeciwnikami, trafia do obcych, opisuje świat wartości sprzecznych z własnym światopoglądem. W jej reportażach to są zawsze momenty najbardziej kontrolowane, nigdy nie puszczane, bo autorka nie posługuje się umniejszającym opisem, czy szyderstwem. Spór to powód do większego pilnowania się, a nigdy powód do ataku. Świetne są zatem nie tylko partie, w których opisuje pomniki ofiar wołyńskich albo maile wymieniane z konserwatywnymi krewnymi, ale też dialogi z dumnymi dziedzicami wojennej polskiej tradycji, ludźmi pozbawionymi elementarnej zdolności empatyzowania, przekonanymi, że pobyt dziadka na Syberii to powód do rodzinnej dumy, wyróżnienie na kolejne 5 pokoleń i w ogóle świetna przygoda. Włosy się jeżą na głowie, gdy czytam rozmowy z nimi, bo to oni wywołają kolejną wojnę.

W tle, za postaciami i rodzinną sagą narodową, pojawiają się w „Świat przed nami nie istniał…” jeszcze wielkie tematy: PRL-owskie praktyki tłumienia opowieści wojennych, tabuizowanie nie tylko tych niezgodnych z politycznym kierunkiem wschodnim, ale też takimi, które nie były państwowotwórcze oraz temat drugi, ważniejszy nawet – rozwój powojennej polskiej psychologii, próby podejmowania badań wojennych doświadczeń, ich wpływu na psychikę kolejnych pokoleń, prowadzone często przez ludzi, którzy sami wyszli z niej pokiereszowani.

Surmiak-Domańska pokazuje rozwój polskiej powojennej psychologii jako historię zerwanych badań, utraconego języka i nadrabiania wieloletniego opóźnienia. Tuż po wojnie Stefan Baley, Maria Żebrowska, Ludwik Bandura czy Maria Kaczyńska właściwie od razu zaczynają opisywać psychiczne skutki okupacji: badają sny, lęki, zachowania i moralność dzieci oraz dorosłych, rejestrując zjawiska, które znacznie później zostaną włączone do opisu traumy. Ten obiecujący początek zostaje jednak brutalnie przerwany przez stalinizm: psychoanalizę uznaje się za wrogą, zachodnią doktrynę, psychologię podporządkowuje pawłowizmowi, a psychiatria ma już nie tylko leczyć, lecz także kształtować „nowego człowieka”. Surmiak-Domańska pisze wręcz o pierwszej powojennej dekadzie jako czasie zmarnowanym dla psychoterapii społeczeństwa – traumy zostają zepchnięte pod powierzchnię. Po odwilży nauka stopniowo odzyskuje możliwość zajmowania się wojennym cierpieniem, ale jeszcze w latach 80. Maja Lis-Turlejska czyta w amerykańskich czasopismach o PTSD, podczas gdy jej polscy koledzy nie wiedzą, co ten skrót oznacza, a w krajowych bibliotekach niemal nie ma literatury o traumie.

To jest reportaż, który jednocześnie mości się sam na dzisiejszym rynku wydawniczym, ale współgra z innymi opowiadanymi już intensywnie historiami. Można czytać go razem z „Traumalandem” Michała Bilewicza – zobaczymy wtedy różne kawałki pokiereszowanego narodu. Można go zestawić z nową książką Pawła Piotra Reszki – „W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum”, wtedy zobaczymy wielki transfer pamięci, nieuświadomiony, bezwolny, ponadjednostkowy. Chcemy, nie chcemy, nie wywiniemy się.

 Surmiak-Domańska jest zarazem reporterką subtelną, która nie lubi mocnych tonów, stroni od języka i podniosłego, i dosadnego. Jednocześnie jednak tak wali z półobrotu, że nie sposób się przed jej ciosem obronić. Sądziłam, że co jak co, ale wojnę w mojej rodzinie mam przemyślaną, że skończyłam już ten temat, tymczasem zawieszam się przy słuchaniu jej książki i bezsensownie leję wodę w zlewie, patrząc tępo na kafelki.  

Można w tej wspaniałej, zniuansowanej, bolesnej książce zobaczyć odpowiedź na memy o porzucaniu traumy jako o przelewaniu coraz jaśniejszej wody z kubka do kubka – choć w interpretacji Surmiak-Domańskiej zmiana koloru nie będzie tak spektakularna jak w instagramowych rolkach, czasem woda będzie czarna przez trzy pokolenia.

Last, but not least, można też „Świat przed nami nie istniał” podsunąć wszystkim sumiastym dziadom w rodzinie, którzy twierdzą, że młodzi dzisiaj tacy wrażliwi, kto to widział, panie? Dawnej tego nie było.

Bo było, wiadomo.

 

Katarzyna Surmiak-Domańska, Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach

Agora 2026

Comments

Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *