Blog

  • Przepisywanie własnego życia

    Przepisywanie własnego życia

    Maria Karpińska, Ucichło, WAB 2022

    Z raportu Sierakowskiego i Sadury, opublikowanego w „Krytyce Politycznej” kilka tygodni temu wynika, że po pandemii Polacy dość powszechnie doceniają wagę zdrowia psychicznego, chcieliby mieć dostęp do lekarzy i psychologów, mają też świadomość, że koszty psychologiczne pandemii są do tej pory jeszcze niepoliczone. Powieść Karpińskiej, wydana jesienią, opiera się na monologu bohatera, który jakby znał te badania wcześniej, który – więcej nawet – jest uzależniony od terapii. Zmienia ciągle terapeutów, szybko opanowuje żargon i konwencję odbywania wizyt, ocenia swoich rozmówców, ćwiczy na nich różne swoje sztuczki. Do gabinetów trafia zaś dlatego, że nie może zasnąć. Przyczyna nie jest jednak somatyczna, a psychologiczna właśnie, jednak nawet świadomość, że boi się snu, w żaden sposób mu nie pomaga.

    Nie jest to jednak dla mnie powieść o terapii, ale o tym, że w ramach terapii montujemy sobie życie na nowo, że w ramach opowieści na kozetce stajemy się wszyscy autorami naszych żyć. Karpińska buduje medytacyjną, powolną, bardzo precyzyjną historię trójkąta siostry, brata i Janka – który żeni się z dziewczyną, a przez całe życie przyjaźni z jej bratem, głównym bohaterem. Janek umiera w kwiecie wieku, osierociwszy dwóch małych chłopców, nie wiedząc, że żona jest w trzeciej ciąży i po jego śmierci na świat przyjdzie córka.

    Przy tak oczyszczonej konstrukcji paradoksalnie dużo łatwiej pisać, czego „Ucichło” nie dotyczy. Chaos życiowy odzywa się tu bowiem tylko dalekim echem, pogłosem, wprowadzony jakby zza szyby, z dystansu przez głównego bohatera, szalenie introwertycznego, skupionego człowieka. Karpińska zastawia też na swoich czytelników sieć pułapek: konwencja terapii, spowiedzi na kozetce, podejmowane wiele razy próby uporządkowania życia sugerują bowiem, że oto dostajemy opowieść całkowicie szczerą, autentyczną, prawdziwą do ostatnich wylanych na terapii łez. Otóż właśnie nie. Karpińska gra bowiem na strunie, która mnie tutaj szczególnie interesuje, to znaczy właśnie na potrzebie kreowania, zbliżającej monologującego bohatera do pisarza, wytwarzającego historię, wyznaczającego jeden jej moment jako początek i szukającego takiej chwili, którą uzna za właściwe zakończenie.

    Fabuła „Ucichło” rozpoczyna się w chwili, gdy bohater trafia na terapię narracyjną, i większa część powieści to jego spowiedź. Karpińska odtwarza więc jego doznania, jego przemyślenia i lęki, a nie prawdę obiektywną o jego świecie. Główny bohater, frustrujący różne osoby ze swojego otoczenia właśnie poprzez permanentne skupienie na sobie, ocenia rzeczywistość przy pomocy swoich filtrów i hierarchii: uważa swoją siostrę na aktorkę, najczęściej nie może jej znieść, bo uważa, że ma ona w sobie grama prawdy, że ciągle się stylizuje i każdą sytuację, każdy dialog odbywa jako rodzaj wchodzenia na scenę. On zaś właśnie dlatego tak wysoko ceni sobie znajomość z Jankiem, bo zazdrości mu umiejętności zaangażowania się w całości w każdą chwilę, w każde doświadczenie i zdarzenie. On sam ciągle jest gdzieś obok, nie w całości, lekko wycofany, gotów do ucieczki i raczej niezdolny do działania, gdy czyjeś życie jest zagrożone.

    Tematem głównym „Ucichło” jest radzenie sobie z myślą o własnej śmiertelności – zapowiada ją już motto, zaczerpnięte z powieści „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona. Janek, podobnie jak bohater Gustafssona, domyśla się, że jest śmiertelnie chory, ale nie podejmuje żadnych badań, terapii, ukrywa prawdę przed rodziną, bo boi się tej prawdy, woli żyć jakimiś okruchami nadziei. O swoim stanie zdrowia informuje tylko przyjaciela, nie mówi nic żonie. Główny bohater, obarczony tą wiedzą, przygotowany w jakiś sposób na śmierć Janka, nie potrafi jej przyjąć, w ramach terapii stara się zbudować taką opowieść o świecie i przeszłości, w której Janek nie umrze. Karpińska wykorzystuje to więc jeden z najstarszych toposów literackich: opowiadanie jako przedłużanie życia. Niestety to tylko terapia, a nie baśnie Szeherezady i śmierć następuje bez zbędnych fabularnych opóźnień, nie ma żadnego odroczenia.

    To, co mnie najbardziej interesuje w tej powieści, to właśnie rodzaj gry z inteligenckimi i elitarnymi lękami i próbami ich rozbrojenia (terapia, powieść z kluczem i powieść w powieści, odraczanie badań, prowadzenie notatek z własnego stanu zdrowia, rating lekarzy i terapeutów) oraz nieustanne budowanie i burzenie analogii między terapią i literaturą. Karpińska nie daje się jednak wciągnąć w motywy z Woody’ego Allena (bless her!) – jej bohater nie jest autoironicznym intelektualistą z mocną neurozą, a jego opowieść nie stanowi wyrazu kompulsji, obserwowanie jego prób odwrócenia śmierci w żaden sposób nie jest zaś zabawne. Poza horyzontem głównego wątku rysuje się tu jeszcze seria dramatów, które do głównego bohatera docierają jakby zza szyby: siostra, tuląc się do niego po pogrzebie, sugeruje, że pewnie chciałby, by to ona zmarła, a nie Janek, jej trzecia „pogrobowa” ciąża, dzieci rozpaczające po śmierci ojca, dyżury rodziny, by zająć się chłopcami i zrekompensować im brak, lęki matki, czy chłopcy nie zaczną wstawiać wuja w rolę ojca. Nad tym zaś unosi się absolutnie ponadczasowy problem lęku przed śmiercią, medykalizacja procesu chorowania i umierania, zaskakująca wszystkich odmowa wejścia na te tory. Karpińska nie gra na jednej dramatycznej strunie, nie woła nigdzie silnym głosem o nieuchronności śmierci, bo to zupełnie nie jest jej estetyka.

    Jeśli sobie chcecie popłakać w święta – to weźcie popłaczcie nad czymś dobrym, na przykład nad „Ucichło”, a nie nad romansami z choinką na okładce.

     

     

    Tekst powstał we współpracy z WAB. 

     

     

     

  • Jak się mają twoje przylądkowe?

    Jak się mają twoje przylądkowe?

    Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,

    Karakter 2022

    Podobno Polacy wyjątkowo lubią leczyć się sami, bo nie dowierzają lekarzom i nie chcą czekać w kolejkach. Zatem jeśli szukacie lekarstwa na jesienną chandrę, na lęki wojenne i kryzysowe, zalecam Pufelskiego w dużych dawkach.

    Przećpałam się tą książką, ale była mi chyba potrzebna, bo do sklepu boję się iść i w domu gaszę każdą możliwą żarówkę. Chociaż to jest chyba niesprawiedliwie ustawiony punkt wyjścia – „Pawilon małych zwierząt” broniłby się nawet w czasach prosperity i pokoju. Pufelski, etatowy pracownik zoo najpierw w Krakowie, a potem we Wrocławiu, opowiada o swoim życiu opiekuna zwierząt, ale też o prywatnych lękach i frustracjach, o życiu wyoutowanego geja w Polsce, który musi wynegocjować sam z sobą, czego się domaga: akceptacji, a nie tylko jakiejś bieda-tolerancji, który sam się nadzoruje przy pilnowaniu tych obietnic: upomina wąsatych wujów, strofuje dziadka. Jego babki i ciotki nie tylko rozszerzają tę politykę, ale też domagają się od swoich znajomych zmian w mowie i myśleniu, stają się strażniczkami inkluzji społecznej. Pufelski nie opisuje jednak tego procesu z zewnątrz, ale tylko od środka, referując rozmowy z ciocio-babkami, rodzicami i przyjaciółmi. To pytanie o „twoje przylądkowe” zadaje babcia w czasie jednej z takich rozmów – dogłębnych, troskliwych, czułych.

    „Pawilon małych ssaków” z żelazną konsekwencją jest pisany emocjami i z pozycji naiwnej – ale one są oczywiście fingowane, bo kryje się za nimi znajomość procesów i zjawisk kulturowych. Nie chodzi mi tu o wskazanie oszustwa autora, przeciwnie – jego wielką zaletą jest umiejętność odrzucenia perspektywy wyższościowej i to zarówno w relacjach z innymi ludźmi, jak i na szerszym, międzygatunkowym, poziomie. Pufelski nie pyta na przykład o sens swojej pracy w zoo, nie unosi się infantylnie nad urodą, sprawnością zwierząt. Nie, on je charakteryzuje jak istoty myślące i czujące, unika też równocześnie pułapki antropomorfizacji.

    Jego świat ma charakter wybitnie zwierzęcy – od ilości wyliczanych przez niego gatunków kręci się w głowie. Ale imię połączone z gatunkiem pojawia się tylko raz, później, gdy wraca do kopytnych, pingwinów, hipopotamów posługuje się już tylko imionami. Tak samo z pandami, kapibarami, słoniami. Ucieka od sentymentalizmu i fascynacji mega-zwierzętami, na które najłatwiej uwodzić dzisiejszych odbiorców, bo w lodówce u niego w domu hibernuje żółw, od Ukraińców adoptuje ślimaki. Ze wszystkimi swoimi podopiecznymi nawiązuje szybko więź, ponosi też oczywiście koszty emocjonalne – musi się żegnać z tymi, które umierają albo wyjeżdżają do innych ośrodków zoologicznych, sekunduje ich stanom przygnębienia, porodom. Te porody, adopciny, wykluwiny łączą się tu zresztą płynnie ze świętami ludzkimi, płynnie układając się w karnawał, wymagający symbolicznej oprawy. W końcu trzeba postawić pytanie o to, kogo dotyczy pawilon małych ssaków – bo to nie tylko jeden z punkt w zoo, ale też w gruncie rzeczy rodzina i przyjaciele samego autora – wszyscy tak samo są ssakami tworzącymi małe wspólnoty.

    W tle toczy się tu dyskusja ekologiczna i ona w tym porządku naiwnym jest ukryta. Ani razu nie pada hasło kryzysu ekologicznego czy katastrofy klimatycznej, Pufelski nie posługuje się w ogóle językiem współczesnych mediów. Powraca za to wiele razy troska o to, czy uda się rozmnożyć jakiś gatunek, dzika radość z kolejnej ciąży i porodu, poczucie, że na ograniczoną skalę coś się dzieje. Bo skoro nie można uratować całych gatunków i na wolności, to należy walczyć o każdą pojedynczą istotę nieludzką. Rewers tej radości stanowi rozpacz po śmierci Bąbla, lwa z krakowskiego zoo, lęk o kopytne w Ukrainie, przygnębienie na wiadomość o zamknięciu nierentownego ogrodu Living Coast, zajmującego się opieką nad ptakami morskimi.

    Gdybym mogła, to bym napisała, że Pufelski wysyła w naszą stronę miziastego, futrzastego przytulasa, ale ponieważ mi nie wypada, to napiszę, że pokazuje on, jak może w języku literackiego zapisu działać etyka troski, jak literatura może nieść ukojenie, nawet jeśli nie jest ono trwałe i jak budowanie wspólnoty międzygatunkowej dokonuje się już teraz, a zwrot ku istotom nieludzkim nie wymaga w naszym życiu żadnej specjalnej rewolucji.  

    Ale jeśli was bardziej przekonuje miziasty przytulas – go for it.

  • Dania orientalne w galerii handlowej, czyli literatura peryferii

    Dania orientalne w galerii handlowej, czyli literatura peryferii

    Przewaga języka angielskiego na rynku wydawniczym jest tak duża, że wydaje nam się oczywista. Jednocześnie sprawia ona, że wszystkie pozostałe języki i ich literatury stają się peryferiami, a angielski trwale zajmuje pozycję hegemona, którego właściwie nic nie jest w stanie naruszyć. W Polsce ponad 55% produkcji wydawniczej to przekłady z angielskiego, pozostałe 45% zajmuje polski i wszystkie pozostałe języki.

    Ten układ sprawia, że – jeśli w ogóle można mówić jeszcze dzisiaj o kanonie – ma on wymiar dwujęzykowy, dotyczy osobno literatury polskiej i obecnej u nas dość widmowo literatury światowej, przy czym ten drugi opiera się na książkach napisanych w oryginale przede wszystkim po angielsku. Nie chodzi mi teraz o to, byśmy zamieniali się wszyscy w krytyków anglo-globalizmu, ale byśmy dostrzegli, że taki układ rynku odtwarza globalne, zunifikowane hierarchie, nie tylko dublujące problemy istotne w zachodnim świecie języka angielskiego, czy konserwujące jego normy kulturowe i ekonomiczne, ale dające nam naskórkowe wrażenie kontaktu ze światem.

    Jakie są konsekwencje praktyczne tego układu? Najpierw te najbardziej przyziemne – ze wszystkich tłumaczy to właśnie tłumacze języka angielskiego zarabiają najmniej, bo też największy jest tu rynek i najwięcej osób go obsadza. To jest wątek paradoksalny, bo w jakiś sposób tłumacze ci reprezentują interesy hegemona, ale są na tym w gruncie rzeczy stratni. Wielu wydawców z pogranicza piractwa albo na wiecznym dorobku próbuje urywać po 50 zł na arkuszu, bo zawsze może szantażować tłumaczy, że znajdzie kogoś tańszego. Z drugiej strony zaś, tłumacze z „mniejszych” języków nie bardzo mogą sobie pozwolić na specjalizacje, o czym mówił Tomasz Kwiecień na spotkaniu z osobami zrzeszonymi w Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury. Ktoś, kto chce się utrzymać z tłumaczenia, musi brać praktycznie wszystkie zlecenia – od literatury popularnej, przez książki popularnonaukowe, dziecięce, po łapaną z rzadka literaturę wysoką. 

    Teraz poziom wyżej, ale dalej jesteśmy blisko ziemi: z angielskiego dostajemy największe barachło, często też przypadkowe rzeczy, opakowane jako „uniwersalne” i (w domyśle) „ważne”, bo „zachodnie”, szybko podchwycone, wydane, komentowane, chwalone przez duże media zagraniczne. Przykład: o #metoo wiemy najwięcej dzięki publikacjom amerykańskim, których popularność zagłusza bardzo słabe echo tego zjawiska w Polsce, a recepcja krytyczna takich słabizn jak „Kociarz” Kristen Roupenian daje pozór silnego i wywrotowego nurtu o wymiarze globalnym. W ten sposób zanika różnorodność, ale też powstaje skrzywiony obraz rzeczywistości, skrzywiony, bo reprodukujący postsekularną hierarchię wartości Pierwszego Świata.

    Wchodzimy poziom wyżej i dotykamy sufitu, co prawda nie szklanego: autorzy i autorki, a także wydawnictwa publikujące książki w innych językach nie są w stanie się przebić do dużych agencji sprzedających prawa, ani do zagranicznych wydawnictw biorących ich publikacje pod uwagę. Z reguły taki ruch udaje się wykonać tylko tym, którzy się najlepiej sprzedają, tym, którzy w pewien sposób reprodukują konwencje maistreamowej zachodniej prozy, ubarwiając je „kolorytem lokalnym”, a zatem dokonując pewnego rodzaju imitacji z lekką zmianą. Na podstawie ich książek budujemy często generalizujące wnioski, wyrabiamy sobie opinię na temat systemu wartości, wrażliwości, głównych bolączek ich kultur, uznając przekłady za reprezentatywne i typowe, a nie w jakiś sposób wyjątkowe. Jest to sąd uprawiony o tyle tylko, jeśli założymy że Szczepan Twardoch i Remigiusz Mróz – polscy autorzy na eksport –mogą reprezentować polską literaturę.

    O ile większość redaktorów i redaktorek nabywających dość dobrze wie, co się dzieje w literaturach anglo-języcznych i dość łatwo może samodzielnie zweryfikować wartość podsuwanych im przez agentów książek, o tyle w przypadku tytułów nie-anglojęzycznych skazana jest na pośredników i opinie recenzentów wewnętrznych, tłumaczy, agentów. Ten wydłużony ciąg sprawia, że świetni autorzy i autorki tułają się po różnych wydawnictwach, nie wywołując większej dyskusji krytycznej. Sofi Oksanen, pisząca po fińsku autorka o estońsko-fińskich korzeniach, w ciągu 12 lat wydała w Polsce 5 powieści w 3 wydawnictwach: Świat Książki, Czarne, Znak.

    Tymczasem tylko literatura pisana na peryferiach, w innych językach gwarantować może prawdziwy „koloryt lokalny”, bo to, co wytwarza literatura centrum, jest jedynie złudzeniem kulturowej odmienności i różnorodności. Jeden z badaczy zajmujących się tym tematem, Stephen Owen, porównuje produkcję literacką w języku angielskim do „food courts” – restauracji umieszczonych w galeriach handlowych. Obiecują nam orient, a wiadomo co dają.

     

     Tradycyjnie, tego rodzaju przemyśleń o rynku i życiu literackim dostarcza mi Festiwal Conrada, który od poniedziałku trwa w Krakowie. W tym roku jednak w sensie pozytywnym – bo KBF, jeden z organizatorów Festiwalu, nawiązał współpracę z siecią CELA, której głównym zadaniem jest wspieranie mniejszych języków, innych wizji świata i innych autorów, właśnie nie angielskich. CELA, podobnie jak programy rezydencjalne dla badaczy i badaczek, dla tłumaczek i tłumaczy, może się przyczynić do podważenia pozycji hegemona, choć nie oszukujmy się, z pewnością może to być lekkie nagryzienie. Ta sieć zadziała jednak wtedy, gdy wydawcy się o niej dowiedzą i powiedzą „sprawdzam” promowanym przez CELA osobom piszącym i tłumaczącym.

    W ramach projektu w 28 października w Krakowie będzie można spotkać i posłuchać fragmentów prozy:

    • Danieli Costy z Portugalii (w przekładzie Gabriela Borowskiego)
    • Nikki Dekker z Holandii (w przekładzie Olgi Niziołek)
    • Anna Beata Háblová (w przekładzie Agaty Wróbel)

    Współpraca: Festiwal Conrada.

  • Zwijanie waty

    Zwijanie waty

    Aleksandra Młynarczyk-Gemza, Zapiski wariatki

    Znak 2022


    „Moje życie to w dużej mierze praca opiekuńcza nad samą sobą. Muszę zawozić schizofreniczkę we mnie do lekarza orzecznika ZUS, umawiać ją do psychiatry i psychoterapeuty. Pilnować, żeby zawsze miała siłę tam iść, albo zadzwonić i odwołać wizytę. Muszę podawać jej leki, kontrolować dawki, uspokajać, ale też znajdować dla niej domy, dbać o to, by nie przestraszyła rodziny, miała przyjaciół i nie robiła głupot na Facebooku. Nie mówiąc już o tym, że muszę opłacać wynajem mieszkania i chodzić po zakupy do Biedronki. A ona wolałaby mieć wizje i żyć nimi, bez zbędnego zamieszania, bez bzdurnej codzienności” – pisze Aleksandra Młynarczyk-Gemza o swojej neuroróżnorodności.

    Jestem sprytna, bo mam plik – a zatem liczę szybko, że „schizofrenia” pojawia się tylko 4 razy nazwana wprost, bo w gruncie rzeczy nie jest to wcale spowiedź schizofreniczki, ani opowieść o życiu w chorobie. To jest raczej historia dziewczyny z chorobą – pozornie niewielkie przesunięcie akcentów sprawia, że w inne strony rozwijają się tu wątki. Bo zamiast powieści-manifestu, autobiografii podporządkowanej potrzebom walki o prawa osób neuroróżnorodnych, Młynarczyk-Gemza oddaje tekst dość intymny, niepoprawny, z którego odpowiednie tendencyjne partie trzeba sobie wyłuskać, jeśli się bardzo tego chce. 

    Nie będę pisać, że to jest opowieść o wrażliwej młodej dziewczynie i że ta historia ma wymiar uniwersalny, bo tak nie jest – bohaterka Młynarczyk-Gemzy nie jest żadnym damskim odpowiednikiem Wertera, raczej też nie przypomina Sylvii Plath. Co więcej, wskazywanie w neuroróżnorodności elementów uniwersalnych byłoby próbą jej umniejszania i lekceważenia. Bohaterka Młynarczyk-Gemzy próbuje tutaj negocjować życie na swoich zasadach: sama staje się przedmiotem własnej troski, musi o siebie zadbać – co potrafi zupełnie na chłodno ocenić, wylicza też koszty owej troski, długi czas, jaki pochłania, ale nie jest to w żaden sposób bilans strat – raczej logiczna i dość chłodno przeprowadzona operacja. I choć o samej schizofrenii pisze rzadko, rzadko ją nazywa, to jednocześnie większa część jej dylematów dotyczy życia z orzeczeniem F.20: jaką część tabletki należy spożyć, żeby ograniczyć ciężki sen z 10 godzin do 8, a jednocześnie ściszyć głosy rozlegające się w głowie? W jaki sposób poradzić sobie ze specyficznym wstydem matki, przekonanej, że jej córka to porażka życiowa? Jak poprosić koleżankę, by zgasiła światło w nocy we wspólnym pokoju.

    Ta autoanaliza, psychologia kogoś, kto nieustannie sam się diagnozuje, świetnie uzupełnia się z zupełnie przyziemnymi rozważaniami na temat pracy, utrzymania, zakupów, całej tej waty, która zajmuje wszystkim większą część dnia. Bohaterka Młynarczyk-Giemzy próbuje zwinąć ciasno tę watę, a ma z tym o tyle kłopot, że to właśnie owa wata wycisza, przytępia jej chorobę. I to ciasne zwijanie ujawnia się tu równie często, jeśli nie częściej niż sama schizofrenia i próby oporządzenia jej w życiu: poszukiwanie pracy, która umożliwiłaby użycie artystycznego wykształcenia, a nie była posadą świetliczanki szkolnej, ani nie wycinaniem z papieru znaczków na 11 listopada, wynajmu mieszkania, przemieszczania się, rozmów z ludźmi, którzy często nie widzą, jak bardzo sami w sobie są zatopieni (choć są zdecydowanie neurotypowi). Do tego dochodzi kupowanie psiej karmy, czyszczenie roweru, płacenie rachunków, zabiegi kosmetyczne, bo twarz wydaje się – obsesyjnie – coraz starsza. 

    Ważny jest tu i ton autorki, intymny, osobisty, bo nie rości sobie ona tu prawa do normalizowania czegokolwiek, a najmniej do definiowania, choć z pewnością zaliczyć można „Zapiski wariatki” do prozy tożsamościowej. Młynarczyk-Gemza nie opiera się na przekonaniu, że w ten sposób właśnie wygląda życie każdej osoby neuroróżnorodnej, że z jej doświadczeń można wyciągnąć jakieś uogólniające wnioski. To jest historia tylko o niej i na tym chyba właśnie polega największa siła jej opowieści. 




  • Klejnot męskości

    Klejnot męskości

    Filip Zawada, Weź z nią zatańcz

    Znak 2022

    Na ironię zakrawa fakt, że zajmując się ostatnio na okrągło problemem wstydu przy okazji feminizmu, natykam się po kolei na książki o kryzysie męskości. Ostatnio „Robak” Wiśniewskiego, teraz Zawada ze swoją wersją dance macabre rozgrywającą się we wrocławskim M3. Wiśniewski nie opowiada wcale o uzależnieniu od pornografii, jak by chcieli niektórzy, a Zawada nie opowiada o kryzysie rodziny – to znaczy można czytać tak obie te książki, ale to będzie wtedy ślizg po samym wierzchu.

    W „Weź z nią zatańcz” chodzi bowiem o kryzys permanentny, kryzys uwewnętrzniony, jałowość przeżywaną dzień po dniu, ale też o wygodę i tchórzostwo podejmowane jako strategie ułatwiające życie. Mamy więc mamcię (co za ohydne słowo), zmarłego, nigdy nieobecnego ojca, autora złej powieści o „Indianach” oraz 45-letniego Stanisława, który w dokumentach jest Filipem. Stanisław mieszka z mamcią, jedyną żywicielką ich małej, dysfunkcyjnej rodziny. Mamcia myje mu plecy, podaje posiłki, podziwia jego stroje z lumpeksu, a nade wszystko próbuje zorganizować mu życie – z jednej strony popycha go w ramiona innych kobiet, z drugiej – większość nazywa kurwami i straszy, że założenie rodziny pozbawi go czasu i środków.

    Ojciec znika jeszcze przed urodzeniem Stanisława, matka niejasno wypowiada się o przyczynach rozstania. Stanisław widzi ojca pierwszy raz w trumnie i wiele czasu spędza rozważając hipotetyczne spotkanie, próbując sobie wyobrazić ojcowskie zwyczaje i charakter. Ten brak popycha go do niezwykle intensywnej pracy wyobraźni, ale nie jest to sposób na przepracowanie dziwnej żałoby po śmierci nieznanego rodzica, ale tradycyjny sposób, w jaki Stanisław radzi sobie ze światem – czyli egocentryczny, narcystyczny przerost refleksji o sobie samym. Tak samo podchodzi bowiem do własnej matki, z którą spędza cały czas – po wyrzuceniu ze szkoły, nie szuka już pracy i daje się matce utrzymywać. Relację z nią także rozpatruje w ramach rozmaitych trybów hipotetycznych, chłodnej analizy i oddalenia oraz nadmiernego zbliżenia. To na matkę przerzuca odpowiedzialność za swoje niepowodzenia z kobietami, to jej duszącą miłość uznaje za przyczynę, dla której nie ma już miejsca na nową kobietę i nowy związek. Zawada panuje jednak nad monologami swego bohatera, więc zza słów wypowiedzianych pojawiają się jeszcze inne obrazy i widzimy jasno, że Stanisław, ten prawdziwy klejnot męskości, stosuje cały czas ten sam mechanizm obronny: przerzuca odpowiedzialność za własne życie na otoczenie, sumując cały czas rachunek strat rzeczywistych i domniemanych oraz wyolbrzymionych. Porzucony przez ojca, zdławiony przez matkę, prześladowany przez kolegów ze szkoły i wyśmiewany na podwórku, nie dostaje się ani na medycynę, ani na weterynarię, w końcu wyrzucony z pracy w szkole. Otorbia się, chowa, ukrywa w mieszkaniu, w którym przebywa od urodzenia. Nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, nie podejmuje żadnych zmian, nie przejmuje żadnej odpowiedzialności. Gdyby był aktywny seksualnie, przypominałby postaci z powieści Houellebecqa – ale właśnie brak owej aktywności nie jest tu mało ważnym szczegółem. Stanisław to nie jest zakompleksiony incel, onieśmielony chłopaczek stłumiony przez sprzeczne sygnały matki. To jest rodzaj huby, która żadnej odpowiedzialności w życiu nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymywać: gdy trafia do mieszkania ojca po jego śmierci, znajduje tam półdzikiego, głodnego psa, później matka przynosi od swojej koleżanki dwa koty. Stanisław wymiksowuje się z opieki nad nimi.

    Zawada wpuszcza swoje czytelniczki i czytelników w maliny, proponując im bardzo atrakcyjny wątek toksycznej matki. Jeśli jednak trochę posiedzimy nad tą książką, jasne staje się, że nie chodzi w niej o zdławienie (syna przez matkę), ani też o wykorzystanie (matki przez syna), ale o przekazanie wiedzy, która zostaje w pełni nadana i w pełni przyjęta. Mamcia chowa bowiem Stanisława na swego przyszłego opiekuna, na kogoś, kto na starość poda jej szklankę wody i nie porzuci. Wszystkie jej zabiegi wokół niego, nadmierna opiekuńczość oraz niespodziewane żądania wyjątkowej samodzielności do tego mają właśnie prowadzić – Stanisław jest tresowany na opiekuna, bo matka o sobie myśli przede wszystkim, nawet gdy pracuje na dwóch etatach, by utrzymać rodzinę. I to właśnie tę wiedzę, tę troskliwość skierowaną w pierwszej kolejności na własne ja przejmuje on od matki i opanowuje bez kłopotu, choć przez większą część opowieści wyrzuca sobie właśnie to, że jest złym, niewdzięcznym synem, który mamcię zawodzi nieustannie.

    Zupełnie w drugim planie pojawia się problem – za przeproszeniem – ekskrementów, przy czym Zawada ani razy nie używa na nie tak ładnej nazwy. Zawsze jest to albo kupa albo sranie, ale nie są one tutaj ornamentem, bo odgrywają rolę dość istotną z dwóch powodów: po pierwsze uruchamiają problem brudu, zmazy, nieczystości. Po drugie zaś przywołują freudowską fazę analną, czyli moment dziecięcej fiksacji na funkcjach wydalniczych, której sposób przebiegu przekłada się na sposób funkcjonowania społecznego dorosłej osoby.

    Brud symbolizuje nie tylko grzech, rozpustę, niedoskonałość, ale też brak i śmierć, albo bunt. Tutaj zaś jest znakiem zabiegania o uwagę – bo Stanisław po jednej ze swoich klęsk załatwia się do wanny i jest to jeden z niewielu momentów buntu, na jaki go stać.

    Tak samo jest ze zwierzętami: Rambo obsikuje ścianę, kocica załatwia się na najbardziej puszysty dywan, a mamcia i S. domyślają sobie powody ich działania. Co zaś to fazy analnej – u Freuda był to proces dotyczący małych dzieci, u Zawady zaś okazuje się, że w fazie analnej jest 45-letni bohater. Chowa się w toalecie w czasie dyskotek, ucieka z łazienki na uniwersytecie. Wolne rozmyślania o świecie prowadzi na przykład, wyobrażając sobie drogę, jaką jego kupa przepływa rurami. Skupia na sobie, na niekończącej się analizie własnych pragnień (niespełnionych) i własnych klęsk (rozdętych).

    Podobną kryzysową książkę – studium męskiej słabości – dała w „Tkankach miękkich” Zyta Rudzka w 2020 roku. „Weź z nią zatańcz” opowiada o tym kryzysie w zupełnie inny sposób, ale równie dobry. Choć czytanie tej powieści Zawady jest równie przyjemne, co sprzątanie po kociej kupie.

     

    Współpraca: wydawnictwo Znak. 

     

     

     

  • Mięso w HD

    Mięso w HD

    Jakub Wiśniewski, Robak

    Wydawnictwo Filtry 2022

     

    Mięsem, i do tego oglądanym w HD, są w tej powieści kobiety i to jest właściwie cała rola, jaką tu spełniają. Jak mięso też nie zabierają głosu. Bo to nie jest powieść o kobietach, to jest powieść o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet.

    I jest to też powieść o przemocy wobec kobiet, o ich instrumentalnym traktowaniu – ale rozliczenie dokonuje się tutaj w męskim świecie, w dwóch zbiegających się cały czas narracjach, monologach Robaka i Onana. Obaj też reprezentują dwie odmiany tego samego samca – z pretensjami do świata, z listą oczekiwań, zakłamanego przemocowca, spoglądającego na kobietę jak na ciało, które powinno być mu poddane. Różnica między nimi jest jednak znacząca: Onan wydaje się lepiej przystosowany społecznie, głębiej ukrywa swą jaskiniowość, kryje ją pod lekką cwaniakowatością i głupkowatością. Jednocześnie do pogardy wobec kobiet dobudowuje zawsze jakieś uzasadnienie, choć jest ono nadzwyczaj wątłe i intelektualnie dziurawe: kobiety są egocentryczne, nudne, wciąż czegoś spragnione i nie jest to nigdy seks bez zobowiązań, tylko przede wszystkim zobowiązania. Onan jednak wie, jakie są normy społeczne, rozziew pojawia się między tym, co mówi na początku a jego maskowanymi oczekiwaniami. Robak tymczasem nie potrafi swej pogardy ukryć, nie jest w stanie wysilić się na jakąkolwiek próbę relacji czy kontaktu, jest wyłącznie popędowym samcem, rozbierającym napotkane kobiety przy użyciu spojrzenia. Kobieta składa się z części mięsnych, interesujących dopiero gdy zostają oprawione w konkretną ramę pornograficzną.  Uzależniony od porno, widzi w nim swoją niszę, to jest jego naturalne środowisko życia, w które zapada się po przyjściu z pracy.

    Brak kobiet – poza pobocznymi zupełnie dwiema bohaterkami – tej fabule i jej wymowie służy. Wiśniewski czuje, że napięcie nie rozciąga się tu na osi kobieta-mężczyzna, że wprowadzenie jakiejkolwiek znaczącej kobiecej postaci zupełnie skrzywiłoby sens. Bo to nie jest – by użyć banału – historia, w której kobieta miałaby jakąkolwiek rolę do odegrania: nie może przecież tłumaczyć mężczyznom, że jest osobą i z tego powodu na przykład należy jej się szacunek oraz nie można jej gwałcić. Gdyby taki wątek się pojawił, Wiśniewski zjechałby na poziom pyskówek w mediach społecznościowych, a jego tymczasem interesuje zupełnie inna sytuacja – taka, w której to mężczyźni szukają sankcji dla przemocy, w której naturalizują swoje potrzeby, nazywając je instynktami i przerzucając odpowiedzialność za nie na społeczeństwo.

    I choć jest to powieść przegadana, w której z 50 stron monologów obu bohaterów można by bez żadnych strat wyciąć, to mam poczucie, że Wiśniewski wykonuje tu kilka bardzo ważnych figur. Po pierwsze, to jest powieść o pornografii bez pornografii, bez seksu, bez żadnej sceny. W jednym z najbardziej zakręconych filmów ostatnich lat, „Titane” w reżyserii Julii Ducournau, chodzi między innymi o to, by sproblematyzować pożądanie i nie przedstawiać kobiecego ciała jako nośnika pożądania. I choć temat ten podlega w ciągu fabuły różnym przebudowom, to jednak w pierwszej scenie widzimy wijące się ciała w seksownych strojach. Tej ekspozycji Wiśniewski unika, udaje mu się całkowicie oczyścić „Robaka” z jakiegokolwiek podniecającego brudku, nęcącego grzechu. Po drugie, to jest powieść o gwałcie bez gwałtu – i znów nie wynika to z lekceważenia, ale raczej właśnie z wyższego rodzaju świadomości, bo Wiśniewski nie tylko o swoich dwóch bohaterach pisze, ale też stawia przed sądem kulturę, która pozwala takim słabiakom funkcjonować. A nasza kultura z całą pewnością jest kulturą gwałtu, bo nie tylko go rzadko penalizuje, ale też posługuje się jego słownikiem, gdy chce zaatakować i poniżyć [LINK]. A przede wszystkim gwałt zamienił się w topos kultury i jako scena zawsze opowiada o czymś innym. Jest przezroczysty, staje się więc medium innej narracji (patrz Maggie Nelson w „Czerwonych fragmentach”, a ostatnio Roxane Gay w „Złej feministce”).Wiśniewski robi więc wymyk, ucieka w bok, chowa sprzed oczu osób czytających scenę gwałtu, choć pokazuje wcześniej rozpaczliwy bieg Robaka po mieście, dramatyczne polowanie, takie ultimate hunting (nazywane przez Robaka „wizytą w sklepie mięsnym, rzeźnią, świniobiciem, królewskim polowaniem”),które ma przywrócić nadszarpniętą godność. To jest scena jak z gry komputerowej, gdy podążamy za bohaterem, tylko że tutaj celem jest dalsza albo nawet ostateczna destrukcja kobiecego ciała, bo nawet w chwilach gdy Robak odbija się od kolejnych kobiet, wciąż są one dla niego tylko zlepkiem włosów, ust, piersi, nóg i tyłków – i do tego zlepkiem mu wrogim, złośliwie odmawiającym poddania się. Każdej z nich Robak wystawia ocenę raczej niską, choć jednocześnie dygoce z pożądania.

     

    Wiśniewskiemu o sąd na kulturze chodzi tu przede wszystkim, o ustawienie na pierwszym planie tego, co stanowi wieczne usprawiedliwienie – przemoc domowa, pornografia, słabsza pozycja zawodowa mężczyzn i oddanie kobietom głosu: Robak zaczyna oglądać porno w domu, podbiera gazety ojcu, Onan wylatuje z pracy, bo koleżanka oskarża go o molestowanie. Mężczyznom ciągle coś dolega, i bohaterowie Wiśniewskiego doskonale wyczuwają ten trend, wiedzą, że mogą się ukryć za jakimś zjawiskiem, które pozwala im na słabość. I ta hipokryzja, ten rodzaj paradoksalnego splotu właśnie Wiśniewskiego interesuje.

    Dawno już żadna powieść mnie tak nie zmęczyła – ale taki jest właśnie cel „Robaka”: ujawnić słabość, zakłamanie, pokazać niczym nieskrępowane, jałowe przebiegi myślowe jego męskich bohaterów w kryzysie. Tu nie ma być przyjemnie i nie jest.