Blog

  • Ekonomia Zagłady

     

    Ludwik Hering, Ślady
    Czarna Owca 2011
    Zebrane w tomie Ślady trzy opowiadania Ludwika Heringa zostały ostatnio ponownie wydane po prawie 70 latach – wszystkie one opowiadają o Warszawie czasu wojny, a po raz pierwszy autor drukował je jeszcze w 1945 i 1947 roku na łamach „Kuźnicy”. Myli się jednak ten, kto sądziłby, że wydawnictwo odgrzebuje jakieś mało wartościowe utwory, bo Zieleniak, Ślady i Meta należą do najlepszych tekstów o wojnie, jakie kiedykolwiek napisano w Polsce, stanowią też – niestety – paradokumentalny zapis polskiego antysemityzmu.
    Hering to autor okrutny i drapieżny, nie zważający na cierpienie czytelnika, albo raczej przeciwnie – dążący do wzmocnienia poczucia dyskomfortu odbiorcy, zmniejszenia dystansu oddzielającego go od opisywanych zdarzeń. Rwana, potoczna narracja, zmierzający do maksymalnej oszczędności i prostoty język, usytuowana wewnątrz świata przedstawionego perspektywa opisu służą mu do konstrukcji całkowicie nowoczesnej wizji świata – Warszawa lat 40. nie jest tu odległym światem dawnej wojny, ale przestrzenią ciągle obecnego, rozgrywającego się wciąż na nowo beznadziejnego cierpienia.
    Zieleniak, parostronnicowy opis właściwie, a nie opowiadanie, stanowi relację z kilku dni, jakie na miejskim placu spędzają uwięzieni po upadku powstania 1944 warszawiacy. Hering buduje tu swoją wizję, postrzegając rzeczywistość pod jednym tylko kątem: zdobywania pożywienia i zadamawiania się w nowej, koszmarnej rzeczywistości. Zgonieni na plac ludzie tracą swe antropomorficzne cechy, przekształcają się w prymitywne organizmy, działające pod wpływem najbardziej prymitywnych instynktów, posługujący się też zwierzęcymi umiejętnościami przetrwania. Hering pokazuje, że nawet w tak ekstremalnej sytuacji utrzymuje się hierarchia. Nędzarze wyciągnięci przez łotewskich żołnierzy z piwnic nie potrafią pozbyć się pretensji, ambicji i póz. Polor i wykwintność znikają dopiero pod wpływem głodu, ale nie przeradzają się one w poczucie równości. Na placu Zieleniaka nie dochodzi do zrównania sfer, nie budzi się solidarność, lecz jedynie pogarda dla tych, co słabo sobie radzą:
    Elegantki z przedmieścia od pierwszej chwili zrezygnowały z wytworności, splunęły energicznie na manikiury i nie ustępowały w zaradności swoim mężczyznom. Odwieczne tradycje jednoizbowców pozwoliły – im właśnie – łatwiej znosić warunki.
    Nawet na tym placu, gdzie umiera się z głodu i gdzie grozi wywózka do obozu koncentracyjnego – ludzie zaczynają zbierać przedmioty, handlować, sprzedać można przecież każdą rzecz, wszystko zależy od warunków: na antycznych biurkach wyniesionych z mieszkań adwokatów zalegają teraz marchew i ziemniaki:
    Rubensowski kiermasz. Spotworniały kiermasz troglodytów, których radość ze zdobytego żeru i nasycenia nie znajduje jeszcze ujścia w śpiewie i tańcach.
    Zieleniak staje się tu światem po Apokalipsie, po którym tułają się niedobitki, cienie ludzkie walczące o resztki. 
    W drugim tekście, Śladach, Hering przedstawia tylko fragment rzeczywistości getta, nawiązuje jednak do obrazów, które kojarzymy z opowieści Marka Edelmana czy Martina Graya – głód przedstawiony jest tu z punktu widzenia małych chłopców, wyruszających codziennie poza getto na żebry lub na handel. Te „koty” właściwie nie są już dziećmi, bo na nich spoczywa obowiązek utrzymania rodziny, a widziały zbyt wiele, by zachować jeszcze dziecięcą wiarę w dobro świata. Wojna toczy się tutaj na wszystkich frontach – tak jak polscy dorośli odmawiają pomocy Żydom, tak też czynią ich dzieci, napadające na wracających z miasta po całym dniu małych handlarzy.
    Meta stanowi opowieść podobną do pochodzącej z tego samego okresu Ulicy Skaryszewskiej Borowskiego. Nocy stróż z fabryki przylegającej do muru getta stara się pomóc uciekającym przez mur ludziom, ale nikt nie rozumie jego odruchów. Brzozowski znajduje się sam, pomiędzy dwoma grupami: wyższą administracją, która z powodu antysemityzmu nie chce dopuścić do ucieczek oraz robotnikami, chętnie przeprowadzającymi zbiegów, ale tylko za opłatą.
    Dominującą w narracji perspektywę stanowi obrót dóbr – sprzedaż, szmugiel, rynek wtórny. Hering opisuje symbiozę żydowsko-aryjską przez pryzmat „kotów”, głodu w getcie i wyprzedawania dóbr domowych, przerzucania w jedną stronę rzeczy nie nadających się do strawienia, a w drugą – worów z mąką, mięsa, alkoholu. Polscy przemytnicy zarabiają na zaopatrywaniu getta, polscy strażacy szabrują palące się w getcie domy, robotnicy z fabryk otaczających getto organizują na dużą skalę bardzo dochodowy przemyt ludzi. Niemcy Żydów przede wszystkim przeszukują, podobnie później robią Ukraińcy z Polakami wyciąganymi z piwnic: na pierwszym planie zawsze pojawia się przedmiot i pragnienie zdobycia dóbr. Świat wojenny nie jest tu zdominowany przez śmierć czy zniszczenie, a właśnie przez przedmioty, dokonuje się całkowita reifikacja rzeczywistości – człowiek znaczy o tyle, o ile dysponuje przedmiotem, który może uratować mu życie, samo zaś życie polega na gromadzeniu przedmiotów i ich wymianie na coraz lepsze sprzęty.
    Hering na chłodno (ale jest to chłód spod znaku Borowskiego czy Kertesza – a więc dystans, pod którym kryje się współczucie, przerażenie okrucieństwem świata, wołanie o etyczną czystość, nie zaś nihilizm) obala kolejne mity koncyliacyjne, jakie wykształcili Polacy – znika więc mit zgody narodowej, solidarności wszystkich grup społecznych w cierpieniu, powszechnej pomocy Żydom. Autor podkopuje obraz Warszawy jako miasta-ofiary, wykształcony tuż po wojnie w krótkiej powieści Brandysa Miasto niepokonane.  U Heringa Warszawa to miasto okrutne, bogacące się na nędzy żydowskiej, odziane w futra i garnitury wyniesione z getta: „Getto żyło Warszawą, Warszawa żyła gettem. Każdy wiedział o tym, każdy z tego korzystał, prócz tych czystych, co korzystając nie chcieli o tym wiedzieć. Warszawa żyła gettem jeszcze długo po jego śmierci – aż do własnego końca. Getto było sercem Warszawy (…) odżywiającym najtajniejsze tkanki miasta”. Jednocześnie jednak jest to miasto zacięte w nienawiści:
    Chwilami zapominam, że to są Żydzi i to jest jednak straszne
     – mówi jedna z bohaterek Mety na widok podpalania kamienic w getcie przez żołnierzy niemieckich tłumiących powstanie.
    Ślady to nie tylko dokumentalny zapis doświadczenia wojennego (choć z biografii autora wiemy, że pierwowzorem stróża Brzozowskiego z Mety był on sam), rodzaj oskarżenia własnego narodu (zupełnie nieakceptowanego – cenzura nie pozwoliła bowiem na druk najbardziej drastycznych fragmentów Metyw 1946 roku), ale przede wszystkim obraz świata znieczulonego na okrucieństwo, przyzwyczajonego do zła, a nawet w tym złu odnajdującego pewną logikę. Ślady prezentują więc zło oswojone, wojnę ujarzmioną, koszmarną rzeczywistość, do której w końcu każdy się przyzwyczaja i w niej buduje dalej swoje życie.
                                                                                                 

     

  • Odnowienie wiejskiego nurtu

     
    Marian Pilot, Pióropusz
    Wydawnictwo Literackie 2011
    Powieść, która zdobyła w tym roku nagrodę Nike, stoi na pograniczu różnych konwencji i nurtów literackich: stanowi odnowienie nurtu chłopskiego, ale też nawiązanie do prozy kreacyjnej, awangardowej, operującej na materii języka.
    Pióropusz opowiada o wsi lat 50., w krzywym zwierciadle przedstawia przemiany, jakie zachodzą w tym świecie po wojnie pod wpływem systemu stalinowskiego. Jednocześnie jednak – choć postacie sołtysa, żołnierzy i urzędników bezpieki − „pogromowców”, nauczyciela wiejskiego, agitatorów odgrywają ważną rolę – to nie panorama historyczna staje się tu najistotniejsza. Świat wiejski przedstawiany jest z perspektywy dorastającego chłopca, pochodzącego z rodziny ubogiej i cieszącej się złą sławą. Młody, bity przez wszystkich, podejrzewany o kradzieże, wyśmiewany, obdarzony jest „czółkiem wąskim, niskim – twardym jak czoło młotka, przytłoczonym gęstą szczeciną ledwo odrośniętych rudych włosów: ciemny zakuty łeb”.  To nie niewinny marzyciel opowiadający o otaczającym go bezlitosnym świecie, ale prymitywny chłopak ze złodziejskiej rodziny, wierzący w prawo siły, pragnący objęcia mocnej pozycji, która ocali go przed przemocą ze strony otoczenia. Jego niepiśmienny ojciec przez władzę ludową zostaje zobligowany do powrotu do szkoły, buntuje się przeciwko temu jednak, wyrywa z rąk nauczyciela tablicę i ucieka z nią przez wieś. Aresztowany, zostaje osadzony w Rawiczu jako przedstawiciel reakcji i wróg ludu. Wtedy też kończy się złota wolność jego syna, ponieważ matka przymusza go do pisania próśb do kolejnych dostojników:
    Nie szczędził sił, we dnie i po nocach szrajbował pisma do wszystkich świętych, do iwana i pogana, Bieruta, Stalina i samego Ojca świętego, i w atramencie utaplał się gorzej niż w gnojówce.
    Faktycznie, pisanie dla chłopca początkowo jest męką, cała materia stawia mu opór, przez wiele stron Pilot opisuje poetycko „żydy” ˗ kleksy, które ku rozpaczy chłopca pojawiają się na papierze kancelaryjnym. Sytuacja zmienia się jednak, gdy wraz z przyjacielem zaczynają spisywać reguły, jakim powinien rządzić się nowy, lepszy świat, w którym to oni zajmą uprzywilejowane pozycje. Ich wyobraźnia sięga granic komunistycznego raju – stwarzają więc świat na nowo jako kołchoz, w którym obaj stają się kierowcami wspólnotowych ciężarówek, a główny bohater będzie też traktorzystą. Dokonują nowego podziału gruntów, spisują listę swoich wrogów, których planują zamknąć w więzieniu. Reguły świata jak w krzywym zwierciadle odbijają się w projektowanym kołchozie – mały złodziejaszek stwarza społeczeństwo, w którym wszyscy kradną, a własność wspólna, możliwa do rozdrapania nigdy się nie kończy, kołchoz jest bogaty, a ludzie też kradną po równo.    
    Książka Pilota i zastosowana w niej rama narracyjna kojarzyć się może z Kamieniem na kamieniu Myśliwskiego, powieści z 1984 roku, która została uznana za zakończenie i ukoronowanie zarazem nurtu chłopskiego w literaturze polskiej. Łączy je jednostkowa perspektywa, filtrowanie zdarzeń historycznych przez wrażliwość jednostki, konflikt pokoleniowy, w którym starzy stają po stronie tradycji, młodzi zaś popierają komunizm jako zapowiedź zniesienia biedy i poddaństwa. Jednocześnie zaś groteskowy obraz świata, dystans do opisywanych zdarzeń, drwina zbliżają Pilota do Redlińskiego. Opowieść przedstawiona w Pióropuszu nie jest jednak wtórna, nie stanowi kompilacji obecnych już wcześniej w literaturze wątków. Pilot problematyzuje takie kwestie, dokonuje takiego splotu różnych, sprzecznych konwencji, że tworzy oryginalną wartość. W tym świecie wiejskiego brudu, biedy, spomiędzy naturalistycznych opisów wynurza się bowiem wątek pisma jako nowoczesnej umiejętności kreowania świata i to on stanowi tu zagadnienie pierwszoplanowe.  Ojciec tej umiejętności sprzeciwia się gwałtownie, przymuszany w więzieniu do nauki, pojony atramentem, spędza całe noce na intensywnym zapominaniu tego, czego nauczono go za dnia. Wypycha z pamięci wszystkie świeżo zdobyte wiadomości za pomocą modlitw, które tutaj należą do świata tradycji, wartości uniwersalnych. Zdrowaśki i ojczenasze w wizji autora są wcieleniem mitycznych wyobrażeń, reprezentują wieczne i pozaczasowe trwanie, wiążą się z porządkiem, który władza ludowa pragnie zgnieść. Syn tymczasem wykorzystuje pismo, by stworzyć inny świat, skonstruować coś, co obali zastany porządek: świat Siedlikowa, w którym skazany jest na życie w biedzie i pogardzie, zamienia on w nową rzeczywistość – i to rzeczywistość komunistyczną. Zachwyca go to wszystko, co na wsi wydaje się obce i nienaturalne, fascynują zdobycze miasta – okulary i gazeta, które ojciec daje mu po powrocie z więzienia, wciąga go fragment powieści produkcyjnej. Mit ma ustąpić wobec nowoczesnego świata pozbawionego sacrum, równocześnie zaś dokonuje się (również mityczna) walka między ojcem a synem, odradza się spór przerwany odsiadką:
    Wstydziłem się atramentu przed ojcem, co z mojej poręki wrócił do domu, a nie odezwał się do mnie choćby jednym słowem; czułem też, że on tak samo mnie się wstydzi (…). Ja znowu, siedząc naprzeciwko swego wstydzącego się ojca, sam się wstydziłem i pomalutku coraz wyżej podnosiłem arkusz papieru kancelaryjnego aż odgrodziłem się od niego całkiem.  
    Ojciec reprezentuje tradycję, stałość, ale też żywioł, wolność, bunt – wszystkie pierwiastki, które nie poddają się porządkowi, dalekie są od ładu i logiki. Tymczasem syn staje po stronie nowoczesności, zmiany, rewolucji, odpłaty i zemsty (ojciec jako złodziej nie dąży do zmiany, kradnie tylko drobiazgi, nie ma odwagi zagarnąć ziemi), ale też podporządkowania, przynależności. W mieście poddaje się organizacji partyjnej i zaczyna pisać donosy, kreując w ten sposób nowoczesną rzeczywistość – znów więc u Pilota uaktywnia się groteska, bo donos stanowi przecież zwieńczenie kreacji, jest tekstem wytwarzającym rzeczywistość równoległą.
    Pilot przyrównywany jest do Gombrowicza, wydaje się jednak, że nie jest to właściwy trop – choćby ze względu na dysproporcje w umiejętnościach pisarskich i ostrości widzenia świata. Ponadto język Pilota, choć do autora Trans-atlantykunawiązuje, to jednak nie podejmuje tej samej strategii. Gombrowiczowi rozbuchany język służył do przekazu krystalicznie czystej, wyklarowanej myśli, u Pilota zaś język stanowi żywioł, który z zasady nie ma podlegać uporządkowaniu. Autor Pióropuszu nie konstruuje swojego języka na chłodno, poprzez zaplanowaną i nieustannie kontrolowaną stylizację, ale uwalnia jego siły, pozwala na ich maksymalny rozwój, na rozrastanie się zdań, które przesłaniają w pewnych momentach warstwę znaczeń.
  • Bombardowanie literatury niemieckiej

     

    W. G. Sebald, Wojna powietrzna i literatura
    W.A.B 2012
                W swoim eseju o powojennej kondycji literatury niemieckiej Sebald dokonuje dość bolesnego rozliczenia z pisarzami, którzy wyszli z epoki nazizmu. Oskarża społeczeństwo i elity intelektualne przełomu lat 40. i 50. o to, że nie potrafiły dokonać literackiego przedstawienia – a poprzez nie – skonfrontowania się z alianckimi bombardowaniami. Tekst ten stanowi owoc wykładów, jakie autor Austerlitz przeprowadził w Zurychu w 1997 roku, streszczonych następnie przez niemiecką prasę i szeroko nad Szprewą dyskutowanych. Próba rozliczenia, o której braku pisał Sebald, dokonała się więc – w sposób dość histeryczny i kaleki – dopiero po jego wystąpieniu.
    Sebald urodził się w bawarskich Alpach, lecz większą część swojego życia spędził w Anglii – oba państwa jednak są tutaj w równym stopniu obiektem ataku. Jak pisze w swoim eseju, alianci zrzucili milion ton bomb, w Niemczech zginęło 600 tysięcy osób, 7 i pół miliona zostało bezdomnymi, ale równocześnie w Anglii wśród praktycznie nieletnich pilotów przeżyła mniej niż połowa, cała produkcja przemysłowa wiązała się z dostawami dla lotnictwa, w Norfolk budowano olbrzymie lotniska, z których startowały obładowane bombami lanckastery. Mamy więc tu do czynienia z krytyką bombardowań jako narzędzia wojennego, gigantycznego przemysłu śmierci. Sebald szuka przyczyn kontynuowania przez kilka lat tej akcji, skoro dość szybko Brytyjczycy zorientowali się, że naloty nie łamią ducha niemieckiego społeczeństwa, ani nie ograniczają nazistowskich zbrojeń (bo atakowano przede wszystkim miasta, cele cywilne). Ostatecznie stawia on hipotezę wyjątkowo niekorzystną dla aliantów – te bombardowania miały poprawić morale ichspołeczeństwa, dać sfrustrowanym Brytyjczykom poczucie odwetu, sprawiedliwej zemsty. Jednocześnie stanowiły jeden ze składników ekonomii wojennej, maszynerii której nie można było zatrzymać: „Skazywać wyprodukowany materiał, maszyny i ich cenny ładunek na to, by bezczynnie zalegały na wschodnioangielskich lotniskach, byłoby sprzeczne ze zdrowym instynktem ekonomicznym”.
    O ile Brytyjczycy na cel wybierają sobie „zniszczenie samo w sobie”, o tyle po wojnie Niemcy zwracają się ku przyszłości, pragnąc jak najszybciej odbudować kraj „jeszcze większy i potężniejszy”. Bombardowania i ich efekty objęte są więc zmową milczenia, otacza je jakaś zbiorowa anatema. Sebald twierdzi nawet, że energia psychiczna, którą Niemcy włożyli w błyskawiczną odbudowę, pochodziła właśnie z tego fundamentalnego przemilczenia: 
     
    powszechnie strzeżona tajemnica zamurowanych u podwalin naszej państwowości trupów, tajemnica, która w latach powojennych łączyła i do dziś łączy Niemców silniej niż jakikolwiek cel pozytywny.
     
    Sebald w swym wykładzie przeszukuje literaturę niemiecką, nie znajduje w niej jednak żadnej tekstowej reprezentacji adekwatnej dla doświadczenia bombardowań. Krytykuje odbudowującą się od 1947 roku literaturę niemiecką za to, że za bardzo skupiła się na dwóch celach – utrzymaniu politycznej poprawności oraz korekturze biografii twórców. Polityczną poprawność rozumiano wtedy jako nieporuszanie jakichkolwiek wojennych treści, brak odwołań do zdarzeń pesymistycznych czy wzbudzających poczucie winy oraz klęski (a bombardowania były, według Sebalda, „doświadczeniem niebywałego narodowego poniżenia”). Zdaniem autora, zniszczenia wojenne przedstawiano więc jako pierwszy krok ku odbudowie, jako rodzaj oczyszczania pola. Nie było też twórcy, który poważyłby się na realistyczne lub reporterskie przedstawienie zniszczonych miast. Sebald twierdzi, że ci pisarze, którzy przeżyli nazizm w Niemczech, po klęsce ideologii próbowali dokonać korektury swojej biografii, przedstawiali się jako więźniów sumienia, emigrantów wewnętrznych. Tę swoją tezę rozwija w drugim wykładzie, poświęconym Albertowi Andreschowi, który staje się dla Sebalda synekdochą zachowań pisarzy niemieckich w okresie wojennym i powojennym (to właśnie ten tekst, poprzez pewną generalizację budzi szczególnie wiele kontrowersji wśród krytyków). Sebald twierdzi też, że poza poprawianiem biografii, twórcy niemieccy przyjmowali także radykalnie inną dykcję – 

    w abstrakcyjnych frazesach zaklinali się na ideę wolności i humanistyczne dziedzictwo Zachodu
     
     – ta zaś w żaden sposób nie służyła wyrażeniu doświadczenia burzy ogniowej, operowała bowiem zupełnie innymi kategoriami.

    Pisząc krytykę literatury niemieckiej, Seblad układa swój traktat o bombardowaniu, stara się w eseistycznej formie przedstawić to, co nie doczekało się reprezentacji. Tworzy swoją własną „historię naturalną zniszczenia”. Pisze o miastach-gruzowiskach opanowanych przez szczury i muchy, o „życiu ruin”. Sebald – podobnie jak uczynił to wcześniej Kurt Vonnegut w Rzeźni numer pięć – stara się przedstawić opis burzy ogniowej wywołanej przez bomby; dokonuje też typologii śmierci, jakiej zaznali ci, którzy znajdowali się w Dreźnie, Kolonii i Hamburgu.  Szuka obrazów, które pozwolą mu na plastyczne, a zarazem realistyczne uchwycenie tego postapokaliptycznego świata i taką figurą-kluczem staje się dla niego ruina, hałda gruzu. Obraz ten wydaje się tym istotniejszy, że wprowadza problematykę braku i zniszczenia, ponadto stanowi odwołanie do wyobrażenia zasadniczego dla jego twórczości. W wykładzie Sebald zaznacza, że choć urodził się w 1944 roku i to w miejscu w niewielkim tylko stopniu dotkniętym przez wojnę, to właśnie obraz budynków strzaskanych przez bomby stał się dla niego najważniejszym, pierwotnym obrazem. W wielu tekstach powraca do opisu ruin, pustyni, pustki, jałowej ziemi. Reprezentacja wspierająca się na przekazach dokumentalnych, zapisach lekarzy i ratowników, staje się zatem dla Sebalda jedyną możliwą dla literatury drogą. Domaga się on w swoich wykładach opisów niezapośredniczonych, pozbawionych ozdobników, reportażowej wierności, mówienia wprost. Ta lista postulatów zadziwia wszystkich czytelników jego powieści, w których koszmar wojenny nigdy właśnie wprost nie zostaje wypowiedziany, a wprowadzony poprzez metaforę, czy inny obraz subtelny i nienachlany. 

    Tezy Sebalda wywołały w Niemczech gorący odzew, obudziły sprzeczne emocje wśród czytelników i tych, którzy bombardowania pamiętają. Nie może to jednak dziwić w przypadku opinii tak skrajnych, jednoznacznych i totalizujących, jak wyrażone w „Wojnie powietrznej i literaturze”. Echo tych zjawisk widać też w polskiej recepcji eseju – tłumacz Andrzej Kopacki  („Sebald rozlicza Niemców”)   wypowiada się przeciwko sformułowanym w wykładach wnioskom, wskazuje histeryczny ton, jakim zdarza się operować Sebladowi, zarzuca mu zbyt wielki kwantyfikator. Tymczasem po stronie tego nurtu rozliczeniowego staje krytyk Grzegorz Jankowicz, w swoim artykule w „Tygodniku Powszechnym” („Cytaty z ruin”)uznając, że uregulowanie rachunku, o które apeluje autor „Pierścieni Saturna”, jest koniecznym przepracowaniem pamięci, jedyną prowadzącą do niego drogą. To, po której stronie należy się opowiedzieć, stanowi zatem zadanie dla czytelnika.                          
  • Stodoła i Sienkiewicz

    Tadeusz Słobodzianek, Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach
    Słowo obraz terytoria, Gdańsk 2009
    Słobodzianek, pisząc swoją historię, wkłada kij w mrowisko: choć wydaje się, że temat relacji polsko-żydowskich często był poruszany zarówno przez historyków, jak i przez pisarzy, to jednak nie został ani wyczerpany, ani tym bardziej jego obecność w dyskursie publicznym nie przełożyła się na głębsze zmiany w naszym sposobie myślenia (wzmocniła się jedynie poprawność polityczna).
    Nasza klasa to nie jest tylko rozgrywka polsko-żydowska, czy nawet polsko-żydowsko-niemiecko-rosyjska, a raczej uwikłanie przeciętnych mieszkańców małego miasteczka w wojnę, która wymusza na nich wybór określonych postaw. Słobodzianek pokazuje też wyraźnie, że nie ma determinizmu, stereotypowe losy reprodukowane w narracjach historycznych niekoniecznie pokrywają się z życiem – Żyd nie musi być komunistą, Polak nie musi być członkiem ruchu oporu. Parę pierwszych lekcji pokazuje członków jednej klasy w okresie przedwojennym: wszyscy biorą udział w uroczystościach po śmierci Piłsudskiego, konflikty jednak ujawniają się w czasie modlitwy w szkole, gdy Polacy, by zmówić pacierz, nakazują Żydom przenieść się do ostatnich ławek. Antysemityzm ujawnia się wśród młodzieży powoli i stopniowo, zawsze też służy załatwieniu jakiejś prywatnej rozgrywki, staje się wygodnym nośnikiem osobistych zatargów, zasłania poczucie niższości, odrzucone uczucie, urażoną miłość własną. Słobodzianek nie przedstawia świata czarno-białego, Żydzi w jego dramacie są równie prymitywni i egoistyczni jak skonfliktowani z nimi Polacy – różnicuje ich jednak historia wojenna: to Polacy mają okazję krzywdzić i wykorzystują ją.
    Tempo wydarzeń Naszej klasy ustala bieg historii: po wejściu Sowietów Jakub i Menachem z entuzjazmem włączają się w nowy system i jego propagandę, otwierają kino „Aurora”, które rozpoczyna swoją działalność od projekcji Października Eisensteina i  akademii z użyciem wierszy Majakowskiego. Jednocześnie w tym samym czasie młody Zygmunt przyłącza się do pracy systemu: pod pseudonimem „Popow” produkuje donosy na swoich kolegów. Wydaje w ręce NKWD działającego w podziemiu antysowieckim Ryśka. Po wejściu Niemców to Zygmunt najlepiej i najszybciej zrozumie zmianę koniunktury i pomoże nazistom oczyszczać miasteczko ze „zbędnego etnicznie” elementu. Po jego stronie staje też Rysiek – bojownik z podziemia i Heniek – przyszły ksiądz. We trzech mordują Jakuba, a później pomagają całej społeczności wymordować Żydów: zanim jednak spędzą wszystkich do stodoły, wprowadzają do niej najważniejszych przedstawicieli wspólnoty i zabijają ich bestialsko przy użyciu narzędzi rzeźniczych, młotów i siekier. Dla trzech kolegów zabójstwo Jakuba, mord w stodole i gwałt na Żydówce – żonie ich szkolnego kolegi stanie się początkiem dziwnej relacji, pewnego rodzaju przyjaźni, która jednak ociera się o nienawiść, strach, walkę o władzę i szantaż.
    W czasie laudacji po wręczeniu nagrody Nike Grażyna Borkowska mówiła o konieczności pochowania trupów, wprowadzenia doświadczenia wojennego i konfliktu polsko-żydowskiego do polskiej pamięci. Tymczasem właśnie mam wrażenie, że Słobodzianek pokazuje, dlaczego do takiej asymilacji doświadczenia nie dochodzi. Przyczyną nie jest jedynie stały antysemityzm Polaków i ich niechęć do uznania własnej winy (a to musiałoby być przecież równoznaczne z odrzuceniem przekonania o własnej czystości i niewinności narodowej). Powodów niechęci może być wiele: ludzie nie uświadamiają sobie, w jakiej skali zdarzeń biorą udział, działają pod wpływem egoistycznych pobudek, chcą zapomnieć, albo też nie potrafią przezwyciężyć własnych przeżyć i nauki, jaką z nich wynieśli (tutaj ważna tej postać Janusza – męża Zochy). Wolą też konstruować historyczne mity, bo nie potrafią pogodzić się z tym, że rzeczywistość jest śmieszna i żałosna, że brak w niej patosu: tak stara się zrozumieć mord w stodole Abram, który przekonany jest, że na czele tłumu prowadzonego na miejsce kaźni szedł rabin i w czasie pożaru odmawiał z tłumem modlitwę. W końcu zaś mówi Słobodzianek, że każdy może się uodpornić na cierpienie, nawet własne, że każdy może zapomnieć o traumie, jakiej doświadczył: Rachela-Marianna nie ogląda transmisji z uroczystości zorganizowanej ku czci także jej rodziny, przełącza TV na program o zwierzętach.
    Słobodzianek pyta o przyczyny zachowania swoich bohaterów, zastanawia się nad ich determinantami, nie daje jednak jednoznacznej odpowiedzi. Zamiast stawiać hipotezy, wskazywać możliwości, przekreśla on raczej naszą dotychczasową wiedzę. Czy motywuje Polaków powszechny w latach 30. antysemityzm, pogarda dla „żydka”? Czy Zochą i Władkiem kieruje miłość, poczucie przyzwoitości, naiwność, pragnienie bohaterstwa? Czy Zygmunt podąża za stadem, jest koniunkturalistą, doskonale potrafiącym wyczuć, z której strony wieje wiatr zmian i gotowym do wypełniania nakazów kolejnych ekip? Działa pod wpływem ambicji (zostaje w końcu członkiem Partii), czy pragnienia wzbogacenia się (mieszka w domu po rabinie)? Rysiek prześladuje Jakuba, bo posądza go o zdradę (choć wszyscy wiedzą, że zdradził go Zygmunt), czy raczej dlatego że potrzebuje jakiejś ofiary zastępczej dla wyrażenia swojego gniewu, nienawiści? Dlaczego Rachela-Marianna milczy? Z bólu czy pragnienia zapomnienia? Skąd jej katolicyzm – to efekt mimikry czy prawdziwej, odnalezionej wiary? Okrucieństwo Menachema wynika z pragnienia zemsty, wyrównania rachunku krzywd, dążenia do sprawiedliwości, sadystycznej pasji? Słobodzianek pozostawia pytanie o przyczyny działania otwarte, uznając, że cała nasza dotychczasowa wiedza nie pozwala nam na sformułowanie odpowiedzi. Chodzi tu o coś więcej niż prywatne, osobiste konflikty, ale też o coś więcej niż banalność zła. Nie ma u niego tragizmu, bo każdy z bohaterów podejmuje swoje decyzje samodzielnie – można zdradzać i zabijać (jak Zygmunt), ale można też ocalać – jak Zocha czy Władek. Na każdym jednak ciąży fatum rozumiane jako przekleństwo (pisze o tym szeroko Leonard Neuger w posłowiu do Naszej klasy) – żadna decyzja nie jest wolna od konsekwencji, żadna nie ocala, lecz raczej przenosi klątwę na kolejne pokolenia.
    Niewielu krytyków piszących o Naszej klasie wskazywało na to, co u Słobodzianka wydaje mi się szalenie ciekawe: tworząc historię nawiązującą do wydarzeń z Jedwabnego, skupia się on na zdradzie pamięci, na pewnym pakcie, który zawierają ofiary i kaci, by ukryć przed otoczeniem łączące ich doświadczenie. Tym samym więc opowiada o antyświadkach i antypamięci, snuje swoją historię na przekór tradycyjnym historiom o wojnie. Zygmunt nie pozwala mówić Heńkowi, bo przypomina mu, że jest współwinny gwałtu, Heniek próbuje zastraszyć Władka, gdy nachodzą go dziennikarze, Zocha z powodu ujawnienia prawdy ponosi klęskę w małżeństwie. Za to że pomagała Żydowi, zostaje ukarana nienawiścią męża i niechęcią dzieci. Władek ukrywa, że to on zabił Ryśka, zrzuca winę na partyzantów. Rachela w czasie procesu Zygmunta i Heńka, próbuje ukryć ich rolę w morderstwie Jakuba, bo boi się później mieszkać w tej samej wsi. W tej interpretacji wydają się kluczowe powracające co jakiś czas słowa o tajemnicy:
    Zygmunt: Ustaliliśmy też różne pryncypia i zasady, a także co jest tajemnicą i co jest święte. (…)
    Heniek: Nie poruszaliśmy tego tematu nigdy więcej.
    Prawda nikomu nie ułatwia życia, choć zdaje się znosić odpowiedzialność karną. Tłamszona, duszona w sobie doprowadza do pojawienia się duchów, ponieważ łaska odpuszczenia nikomu nie zostaje dana. W końcu po wielu latach Marianna mówi:
    Mówię ci Zocha, żebym wiedziała, jakie to życie będzie, poszłabym do stodoły ze wszystkimi.

     

                                                                                                  
  • Na klatę to wszystko

     

    Sylwia Chutnik, Dzidzia
    Świat Książki 2010
    Sylwii Chutnik w Dzidzi udało się przezwyciężyć kompleks autora po wybitnym debiucie. Choć porusza się w obrębie tej samej tematyki, utrzymuje się w tej samej estetyce, to jednak nie powtarza samej siebie, nie dubluje historii. Dzidzia jest zarazem powieścią kobiecą i super męską, powieścią historyczną i współczesną, polityczną. Autorka porusza się na poziomie przetwarzania literatury wysokiej, gry z konwencją i czytelnikiem, ale nie jest to tutaj cel sam w sobie, lecz sposób, by pewne kwestie przyziemne i biologiczne przenieść na poziom dyskursywny, by z łożyska i macicy uczynić oś dyskusji o archaicznym pojmowaniu polskiego patriotyzmu. Kobiece bohaterki Chutnik stanowią tu bowiem całkowite zaprzeczenie chłopców zakochanych w okrzyku „Na koń i szarża!”.
    Fabuła Dzidzi rozgrywa się w dwóch epokach, ściśle ze sobą tu związanych: w 1944 roku i współcześnie. Stefania Mutter po powstaniu przechowuje u siebie wielu Polaków uciekających z transportów jadących do obozu przejściowego w Pruszkowie. Nie robi tego jednak z dobrego serca, od jednej z rodzin wyłudza płaszcz i buty, po czym wydaje matkę i córkę w ręce Niemców:
    Übermenschen strzela dwa razy, Najpierw w głowę dziecka, żeby sobie matka popatrzyła, potem w głowę matki, żeby też poczuła. (…) A pani gospodyni dziękujemy za dostarczenie kurierskie tej cieszącej nas przesyłki: dwóch młodych parujących tu oto ciał matki i córki. Ciała postrzelone z pewnością jeszcze się przydadzą.
    Po latach wnuczka Stefanii rodzi córkę-kalekę, Dzidzię Warzywko, pozbawioną rąk i nóg, umiejętności mówienia i myślenia. Dzidzia to zemsta historii, stworzona tak, by nie potrzebowała ani butów, ani płaszczyka, które zdobyła jej prababcia. Danuta, matka Dzidzi, pisze petycje do Strasburga, do wszystkich możliwych sądów, chcąc wyrazić swą niezgodę na los, który skazał ją na opiekę nad takim dzieckiem. Domaga się pieniędzy, argumentując, że w czasie wojny rodzina pomagała uciekinierom:
     I nikomu włos z głowy nie spadł, a ludzie to mówią, co im ślina na język przyniesie, i sami chyba już się nie kontrolują (…), a coś się przecież należy za te pomoce wojenne, bo za darmo człowiek nie robi.
    Dzidzię zabiera w końcu pomoc społeczna, ale oddaje ją do kościoła, by dziecko stało się lokalną świętą, świętą, która ma poprawiać humor innym, zdrowym, silnym i myślącym. Chutnik, przedstawiając los dziewczynki, idzie w tropy makabry Kosińskiego – mała swoją odmiennością budzi nie współczucie i litość, ale zwierzęce okrucieństwo, wyzwala w mieszkańcach Gołąbek pragnienie zabijania.
    Danuta tymczasem stara się o odzyskanie córki, udaje się do sądu – ale jest niedziela i strażnik nie wpuszcza jej do budynku. Zrozpaczona matka wygłasza więc improwizację:
    Śpiewam dziś Pieśń Oburzenia, pieśń tworzenia nowej mnie. Siła i dzielność pozwalają mi krzyczeć, stać tu prosto z rozwianymi włosami i umorusanym płaszczem wyszarpniętym spod tyłka Polski.
    Monolog Danuty, to oczywiście przepisana na nowo Wielka Improwizacja, ale zmiana kontekstu historycznego i zmiana płci bohatera mówiącego, przekłada się na zmianę sensu: Danuta w imieniu wszystkich matek chce odwołania historii, rozpisania jej na nowo, tym razem jednak bez śmierci, bez bezsensownego zabijania w imię abstrakcyjnych wartości. Tutaj właśnie uderza Chutnik najmocniej – żadne bowiem wartości, widziane z perspektywy matki, nie są wystarczająco wysokie, trwałe i znaczące, by usprawiedliwiły śmierć. Obiektem ataku nie jest więc dla Chutnik historia jako taka, historia Polski, ale przyzwyczajenie do naśladowania zachowań przodków, ślepa repetycja ludzkich działań:  
    Tworzę wiry, które mają was wchłonąć, tak jak i mnie wchłonęła cała przeszłość tego kraju. Z jego wojnami, powstaniami, wypędzeniami i powrotami. Z nowym systemem i ciągle tym samym. Gdzie nie ma miejsca dla starych kobiet i młodych dzieci.
    Stosunek Chutnik do historii nie jest obrazoburczy, czy lekceważący. Znajomość materii, jej swoiste przepracowanie i przeżycie widoczne jest w pierwszej części powieści – w serii „obrazków” z powstania warszawskiego, których skrótowość i lapidarność ma oddawać dramatyczność doświadczenia, ukazać jego prowadzącą do szaleństwa i śmierci realność. Ta jej wizja przeciwstawia się narracjom młodych polskich historyków opisujących powstanie jako „zryw”, „czyn” i „poświęcenie dla ojczyzny” – tradycyjne męskie (ułańskie) zachwyty. Groteskowa forma, której podporządkowana jest cała powieść, użyta jest tu w swej najbardziej podstawowej formie: ma wskazywać na obcość naszego świata, budzić poczucie zagrożenia wobec tego, co znane.
    Nie należy zamykać Chutnik w ramach literatury kobiecej i anarchizująco-lewicowej, bo tym samym tłumi się ważny głos mówiący o polskiej świadomości. Te schematyzujące określenia zaś uniemożliwiają refleksję, wpychając autorkę do niszy (feminizm, lewica i anarchia to w Polsce przecież ciągle nisze w świadomości potocznej), która w literaturze okazuje się głównym nurtem. Wszystkie te trzy określenia używane w dyskursie publicznym w obcesowy sposób kończą możliwość jakiejkolwiek wymiany poglądów. Tymczasem to, co chce pokazać Chutnik, nie jest ważne dla marginesowych grup polskiego społeczeństwa – przeciwnie, autorka włącza się swoją książką w dyskusję, która przewija się przez polską myśl od połowy XIX wieku, która w różnych formach stanowi główną oś polskiej refleksji tożsamościowej.
                                                                                                             
                                                                                                  
  • Imperium odchodzi. Rosja w literaturze popularnej

     

     
    Rosja, z którą relacja stanowiła najważniejszy temat polskiej literatury ostatnich dwustu lat, nagle – po 1989 roku znalazła się na marginesie zainteresowań. Choć pojawia się jako punkt odniesienia w powieściach dotyczących rozliczenia z PRL-em, stanowi tło dla fabuł rozgrywających się w Polsce Ludowej, to jednak ona sama jako temat straciła na atrakcyjności. Można postawić tezę mocniejszą nawet – polscy autorzy znużeni nadreprezentacją problematyki rosyjskiej w literaturze, z premedytacją omijają to zagadnienie, wiedząc, że nic nowego tu już powiedzieć nie można. Rosja więc, o ile pojawia się w powieściach, wspominana jest aluzyjnie, jej mit jako państwa opresyjnego przywoływany jest za pomocą słów-kluczy.
                Rosja usadowiła się w literaturze fantastycznej i tu – w tekstach łączących cechy powieści historycznej oraz fantastycznej wiedzie barwną, trwałą i wyrazistą egzystencję. Jej reprezentacja jednak okazuje się tradycyjna – choć autorzy próbują wydobyć Polskę z więzi zależności, sproblematyzować tę relację, ukazać takie momenty historii, które w czasie zaborów blokowała carska cenzura – słowem powiedzieć coś nowego, to jednak posuwają się utartymi, udeptanymi wręcz ścieżkami. Komuda w cyklu „Orły na Kremlu” przedstawia próbę kolonizacji Rosji, jakiej polska szlachta podjęła się za zgodą króla i z błogosławieństwem Rzymu u progu XVII wieku. Świerczek w „Bestii” i Dukaj w „Lodzie” opisują dzieje Polski jako prowincji rosyjskiej, z perspektywy nie – jako dotychczas Polski czyli państwa, które nie chciało uznać się w swej podległości, lecz właśnie z punktu widzenia imperium zmagającego się z niewielką, acz ciągle generującą problemy prowincją (model tradycyjny reprodukują Świerczek i Komuda, zrywa zaś z nim Dukaj).
                Rosja przedstawiana przez tych trzech autorów nie jest śmiesznych truchłem, jest raczej stałym punktem odniesienia – niczym w literaturze XIX i XX wieku. Najnowsze powieści jednak pozbawione są aspektu polskiego męczeństwa, który Ewa Thompson uznała za typowy dla literatury polskiej od XVIII wieku. Komuda w „Samozwańcu” odwołuje się do pierwszej dymitriady, która miała miejsce w 1604 roku. Inaczej Świerczek – osadza akcję swojej powieści w 1864 roku, czyli w chwili maksymalnego natężenia podboju – tłumienia powstania styczniowego. Autor daleko jednak odchodzi od typowego przedstawienia problemu relacji polsko-rosyjskich, bo na swoich bohaterów wybiera Polaków-oficerów armii carskiej, protegowanych Murawiewa. Nie są więc bynajmniej „ofiarnikami wysokich ołtarzy”, o jakich pisała Orzeszkowa w „Gloria victis”. Dukaj w „Lodzie” opiera się w swojej konstrukcji świata przedstawionego na mechanizmie kontrfaktyczności – akcja powieści rozgrywa się w 1924 roku, ale nie było pierwszej wojny światowej i Polska jako niezależne państwo nie istnieje, ciągle jest częścią Imperium. Główny bohater, Benedykt Gierosławski, zostaje wysłany z misją na Syberię, a tymi, którzy powierzają mu zadanie do wykonania, są pracownicy Ministerstwa Zimy czyli – w myśl interpretacji politycznej – agenci Ochrany.
    Już pobieżne streszczenie trzech tekstów pokazuje wyraźnie, że literatura polska stara się odejść od typowych sposobów przedstawiania Rosji, zrywa z tradycją powieści historycznej,  przebudowuje model reprezentacji Rosji. Jednak w trakcie głębszej lektury odkrywamy, że za fasadą nowoczesnego kształtu powieści odbywa się cały czas praca na tych samych, przednowoczesnych wyobrażeniach.
    Jacek Komuda odwołuje się do epizodu historycznego, który w pamięci zbiorowej mocno jest zakorzeniony, ale słabo reprezentowany w literaturze – opisuje dymitriadę, zdobycie Moskwy przez armię polską pod wodzą Samozwańca, domniemanego syna cara Iwana Groźnego. Powieść Komudy oparta jest na pewnych postkolonialnych założeniach – dokonuje on bowiem tutaj rewizji kolonialnych mitów, jakimi Polacy obudowali swoją historię. W tym wypadku zaś rewizja wiąże się z nową samoidentyfikacją narodową, jaką w swoich powieściach fantastyczno-historycznych tworzy Komuda. Jego bohater – Jacek Dydyński to typowy szlachcic Sarmata, skłonny do bitki i do wypitki, nadzwyczaj wysoko stawiający swój honor i dobre imię, pojedynkujący się więc często i o byle co. Stosunek Dydyńskiego do szlacheckiej Rzeczpospolitej jest afirmatywny i bezkrytyczny, to właśnie na zasadach rządzących życiem społecznym buduje on swoją tożsamość. W pierwszej kolejności jest on szlachcicem, dopiero potem Polakiem. Jego zderzenie z państwem rosyjskim dokonuje się więc przede wszystkim na linii: polska wolność szlachecka versus poddaństwo rosyjskie. Zanurzanie w nową rzeczywistość staje się dla bohatera okazją do dostrzeżenia w całej pełni jego pozycji egzystencjalnej i społecznej i dopiero w kontakcie z innym systemem może on pojąć swoją wolność jako wyjątkową, a nie przyrodzoną. Dydyński, wkraczając w inny świat, zaczyna budować swoją tożsamość (bo do tej pory nie zastanawiał się nad nią, ponieważ była ona całkowicie naturalna), a robi to więc przez zestawienie z cywilizacją rosyjską, waloryzowaną tu negatywnie. Konflikt nie ma tła narodowego, lecz raczej społeczne – szlachta kontra lud. Nie przekłada się on też na opozycję zacofanego Wschodu i racjonalnego Zachodu. Przeciwnie – polska szlachta traktująca swój styl życia jako normatywny, zostaje w tekście powieści skompromitowana. Polacy przedstawiają siebie samych jako niosących do Rosji porządek i postęp cywilizacyjny – dzięki temu mogą uznać swoją obiektywną wyższość. Tymczasem widzimy ich jako dziką zgraję, pragnącą w czasie wojny wzbogacić się, złupić rosyjskie miasta, a wszystko to uzasadniane jest przykazaniem miłości i wolności – nowy car ma „zdjąć Rosjanom kajdany, które Godunow włożył im na ręce, a założyć je na serca”. Część oddziałów opuszcza też cara, gdy ten nie ma pieniędzy, by zapłacić za ich służbę i gdy łupy okazują się niezbyt satysfakcjonujące. Jacek zaś, nieustannie mówiący o wolności, nie bardzo potrafi wytłumaczyć to pojęcie Rosjanom. Sam zaś skwapliwe pozbawia wolności swoją służbę, a po grzbiecie podległego mu Rosjanina wsiada wielokrotnie na konia. Cała ideologia szlachecka obnażona tu więc zostaje jako mitologia zbudowana na potrzeby podboju, długie tyrady na temat niższości cywilizacyjnej Rosjan mają zaś usankcjonować kolonizację i grabież.
    W cyklu „Orły na Kremlu” autor przedstawia zderzenie polskiej tożsamości z kulturą rosyjską i jest ono dla niego częścią projektu nowej historii Polski. Pomysł Komudy opiera się na przekonaniu o konieczności demitologizacji historii Polski, odrzuceniu hagiograficznych charakterów skonstruowanych w literaturze pozytywizmu. Komuda stara się przebudować wizerunek polskiej szlachty, bazując na barokowym piśmiennictwie osobistym, pragnie wprowadzić zawarte tam portrety warchołów do literatury, zastąpić nimi sienkiewiczowskie wyobrażenia. W miejsce heroizacji proponuje deheroizację, która wydaje mu się bliższa prawdy, bliższa żywiołu życia. Jednocześnie jednak ta figura o zmienionym znaku nie jest u Komudy równoznaczna z deprecjacją, bo głosi on kult właśnie takiej rozpolitykowanej, sobiepańskiej szlachty. Uznaje ją za część tradycji – tym ważniejszą nawet, że nieobecną w literaturze głównego nurtu.
    Nawet jeśli krytycy nie pochwalają kierunku refleksji Komudy, należy dostrzec pewną nowość, pragnienie zmiany rysujące się w jego projekcie. Z drugiej jednak strony Komuda przedstawia Rosję za pomocą całkowicie tradycyjnych figur, tutaj postulat konieczności przemiany już nie sięga. Jacek Dydyński wie, że z wyprawy do Rosji nie wróci, bo Rosja to „terra incognita, wieczny lód i śnieg, biała plama na mapie”. Obawia się samotnie przekraczać granicę wschodnią Rzeczpospolitej, która jawi mu się jako nowa limes romana, za nią zaś tylko „przestrzeń wielka jak ocean”, śniegi i ludzie przypominający niedźwiedzie. Mieszkańcy Rosji w oczach polskiej szlachty to: „plemię grube i sprośne”. Widać tu też zasadę nierówności – niżej stojącej Moskwie przeciwstawia się szlachecka Rzeczpospolita: „kniaź niewart polskiego psiarczyka”.
                Komuda, konstruując obraz Rosji, powołuje się na polskie stereotypy wywodzące się jeszcze z wieku XVI, powstałe po pierwszych kontaktach z posłami carskimi. Obraz Rosjanina opiera się na odwołaniu do jego niższości kulturowej, nieumiarkowania i braku powściągliwości, zasad moralnych oraz wrodzonym posłuszeństwie. I tak nagle dyskurs postzależnościowy, którego cechy można zauważyć w sposobie przedstawiania polskiej szlachty, obumiera: wizerunek państwa i społeczeństwa rosyjskiego jest bowiem u Komudy wtórny, tradycyjny, archaiczny. Elementy dyskursu postzależnościowego zostają wyrugowane przez ciągle żywy dyskurs rewindykacyjny. Owszem, polska szlachta jest zła, ale Rosjanie są jeszcze gorsi… zdaje się mówić autor.
     
    Marek Świerczek w swojej powieści kładzie nacisk na obnażenie mechanizmów sprawowania władzy, postępowania metropolii wobec prowincji. Istotnym zabiegiem jest tu zmiana perspektywy narracyjnej – prowadzonej z punktu widzenia Polaka w służbie Rosji w czasie powstania styczniowego (a chwyt ten dość rzadko pojawia się w literaturze polskiej). Autor „Bestii” wprowadza polskość jako coś obcego, nieznanego, samą zaś Polskę przedstawia jako buntującą się prowincję, peryferie metropolii, na które wysyła się urzędników sprawiających kłopoty. Główny bohater, Julian Basowski, protegowany Murawiewa, nie jest apostatą – chlubi się swoją przynależnością narodową i przedstawia Rosję jako imperium, w którym mają prawo funkcjonować różne nacje. Powstanie styczniowe postrzega jako przekreślenie szans Polaków na rozwój narodu w ramach potężnego ale jest też  dumny z ojca – powstańca z 1830 roku.  Świerczek wykorzystuje tu więc chwyt typowy dla literatury postkolonialnej, jakim jest wprowadzenie bohatera o rozszczepionej tożsamości. Autor nie skupia się na powstańcach, którzy obozują w lasach w pobliżu kwatery Basowskiego, żadnego z nich nie poznajemy nawet z nazwiska. Interesuje go przede wszystkim Rosja – pojmowana jako państwo wielkie, wielonarodowe, a właściwie muli kulturalne. Rozszczepiona tożsamość Basowskiego zostaje wystawiona na próbę – ponieważ bronił honoru swojej grupy narodowej, a metropolia znajduje się z nią teraz w konflikcie, nie otrzymuje awansu. By odzyskać łaski hegemona, musi wyrzec się całkowicie drugiej części swojej tożsamości, dokonać właśnie aktu apostazji – który w powieści realizuje się w formie wyprawy na tereny ogarnięte powstaniem styczniowym. Już tutaj uwidacznia się jedna z cech imperialnego myślenia – peryferie to miejsce drugiej kategorii, gdzie można umieścić elementy zbędne w metropolii; przestrzeń, gdzie wyrzuca się to, co niepotrzebne, skażone, niepełnowartościowe. Ale jest to też ziemia niebezpieczna, miejsce próby. Paradoksalnie jednak oddalona od metropolii prowincja zyskuje z nią niezwykłą łączność – staje się punktem odbicia do zaszczytów i awansów. W cywilizowanym Petersburgu wszystkie stanowiska są już zajęte, nie ma warunków do wykazania się, należy więc udać się na „dziki Zachód”, by znaleźć przestrzeń „pustą”, bo zagospodarowanie da możliwość powrotu do metropolii. Peryferie (Litwa, która dla Świerczka równoznaczna jest z XIX-wieczną Polską) przedstawione są tu jako teren dziki, nielogiczny, opanowany przez potwora. Centrum to obszar poddany logice, realizmowi i racjonalizmowi, zaś na Litwie pojawiła się bestia – widoczny znak braku logiki, cywilizacji i porządku. Petersburg to miasto nowoczesne – przeciwstawiona mu zaś prowincja to miejsce zabobonu, magii, duchów i zjaw. Odnalezienie i uśmiercenie potwora staje się dla głównego bohatera sprawdzianem, zagwarantuje mu powrót do stolicy. Jednakże peryferie stają się też przestrzenią zagrażającą powtórnym popadaniem w nieład, miejscem królowania chaosu i braku zasad. Żołnierze wykorzystywani do tropienia bestii, do tej pory karni i posłuszni, teraz zaczynają uciekać z oddziałów – wyłamują się z dyscypliny symbolizującej porządek świata.
    W „Bestii” powracają wszystkie stereotypowe wyobrażenia rosyjskiej armii, jakie sformułowała polska literatura. Autor buduje swoją postać niekonsekwentnie, bo Basowski ocenia z całą ostrością ludzi, którzy go otaczają, a jednocześnie chce do nich przynależeć, awansować, wybijać się w strukturach organizacji, którą uważa za prymitywną i zepsutą. Widzi siebie jako ofiarę rosyjskiego przeczulenia na spiski, pije, by nie czuć dyskomfortu psychicznego, przebywając wśród Polaków. Udaje, że nie zna języka polskiego, gdy znajduje się wśród mieszkańców Kiejdan, ale jednocześnie wygłasza tyrady przeciwko tępym, nadmiernie ambitnym, okrutnym oficerom carskim, piętnuje ich skłonność do złodziejstwa, gwałtu i grabieży. Wyobrażenie Rosjan jako pijanych prostaków prowadzących działania za pomocą pożogi to typowy obraz z literatury polskiej po powstaniu styczniowym. Świerczek reprodukuje go, nie widząc, że nie tworzy koherentnego obrazu z kreacją bohatera. Z perspektywy Polaka służącego w armii carskiej przepisuje bowiem Świerczek dwa utwory Żeromskiego – „Rozdziobią nas kruki, wrony…” i „Wierną rzekę”. Stara się ożywić historie skonstruowane wiek temu, wprowadzić do nich nowoczesne wartości – scena z powstańcem na drodze przesycona jest prymitywną brutalnością, pozbawiona za to tragizmu, jaki wprowadził do niej Żeromski. „Wierna rzeka” przemienia się za to w opowieść komiczną – o Salomei, która odrzuca uczucie przyjaciela Basowskiego, kaukaskiego górala, dla Odrowąża – chłopaka kochliwego, wykorzystującego ją dla własnej wygody, uważanego na salonach za nic nie wartego utracjusza.  Basowski ze względu na dawną znajomość w środowisku arystokratycznym, nie aresztuje Odrowąża, lecz posyła po jego matkę. Młody powstaniec odjeżdża więc wśród drwin rosyjskich oficerów, którzy szydzą z jego braku męskości, odwagi i samodzielności. Za tą strategią intertekstualną nie stoi jednak żadna nowa wartość, Świerczek gra z tradycją dla samej zabawy literackiej, nie wprowadza nowych ocen, nie formułuje nowych tez na temat narodowej przeszłości. 
    O ile Komuda i Świerczek używają figury Rosji do opowiedzenia o mechanizmach zdobywania władzy i problemie rewizji historii, o tyle w powieści Dukaja Rosja staje się metaforą świata. Po upadku meteorytu tunguskiego cześć świata została skuta lodem, a Benedykt Gierosławski musi odnaleźć swojego ojca, który po drogach mamutów potrafi poruszać się wraz z lutymi i ma nad nimi władzę. Benedykt wyrusza więc na Syberię, bo ojciec jako polski terrorysta działający przeciwko Imperium, został skazany na katorgę. Benedykt nie zamierza wcale oddawać lodu pod kontrolę władzy, nie chce działać dla dobra tego państwa, które wydaje mu się prymitywne i despotyczne. Pozostaje całkowicie obojętny na rozgrywki polityczne, wojnę z Japonią, konflikt gospodarczy z państwami Zachodu. W sytuacji zależności Polaków od imperium rosyjskiego obojętność polityczna Gierosławskiego staje się znacząca, zwłaszcza że wywodzi się on z rodziny o tradycjach patriotycznych. Benedykt definiuje siebie obok państwa, wycofuje się świadomie z układu sił, w ramach których działał jego ojciec. Zajmuje się problemami logiki, matematyki i filozofii, utrzymuje się z korepetycji, nie chce włączać się w ruch rewolucyjny, ponieważ dwa zrywy – z 1905 i 1912 roku − skończyły się bolesną klęską buntowników. Całkowita niezależność nie jest jednak w państwie opresyjnym możliwa: Rosjanie przymusem i szantażem skłaniają go do wejścia w świat polityki. Benedykt zgadza się na wyprawę, lecz jego poglądy na Rosję nie zmieniają się – pogardza on Rosją nie jako państwem, lecz jako ideą. Uważa, że jest to idea wymuszająca skrajności, chorobliwa, okrutna, znajdująca się poza kanonami myślenia racjonalnego: „Cóż się dziwić, że chłopi wasi, lud najniższy sprawia wrażenie dotkniętego dziedziczną odmianą apatii, z krwią przenoszonej zwierzęcej rezygnacji i bezwoli. Nawet jak giną tysiącami z głodu, bez buntu, pustemi oczyma wpatrzeni w niebo. Ten sam obraz oddaje wasza sztuka, wasza literatura – nihilizm albo apokalipsa – za każdym razem, gdy czytam Dostojewskiego, mam ochotę zapić się na śmierć”. Choć różnicuje swoje poglądy, gdy znajduje się wśród Polaków, chce także wśród nich zachować swoją odrębność, inność, to w rozmowie z carskim wojskowym reprodukuje poglądy na Rosję swojego ojca–powstańca: „Nigdy się pod butem samodzierżawcy nie miała sposobności rozwinąć i taka namiastka rycerskiego obyczaju; nie ma miejsca na honor, gdy nad wszystkiemi zaletami stoi ślepe posłuszeństwo wobec autarchy. Miast honoru, dumy, prawości, samodzielności rozumu – kark miękki i kolana do zginania miękkie, spryt dworski, przymilność, okrucieństwo i dwulicowość”.
    Gierosławski w końcu zdobywa władzę na lodem, a tym samym nad historią. Członek narodu podbitego, mieszkaniec peryferii zdobywa władzę nad imperium, doprowadza je najpierw do upadku – w czasie wielkich roztopów, które następują po śmierci jego ojca, a następnie zmierza do jego ponownego zamrożenia, do nadania światu takiego kształtu, jaki obmyślił. Dukaj ironicznie przywołuje tu motyw znany z literatury kolonialnej – peryferie zagrażające metropolii swym chaosem, rozsiewające nieład, zarażające nieporządkiem. Benedykt przedstawia się jako matematyk historii, jako ten, kto naprawi świat, ale według swojej koncepcji. Benedykt mówi o nowym nadciągającym świecie: „Żadnego więcej państwa. Żadnej władzy ziemskiej, żadnych carów, żadnych czynowników”. O ile jednak Piłsudski – jako bohater Dukaja – chce jedynie stworzenia polskiego niepodległego państwa, o tyle Gierosławski nie czuje już żadnej przynależności narodowej, wyrasta z tak wąskich kategorii w drodze na Syberię, gdy dojrzewa do zmierzenia się z ojcem – znowu więc pojawia się problem rozszczepionej tożsamości, który wiąże się tutaj z kwestią wykorzenienia i poszukiwania nowej przynależności.
    Choć bohater posługuje się stereotypowymi opozycjami, przeciwstawiając polską wolność, dumę, równość społeczną rosyjskiemu bezprawiu, niewoli i podległości, to jednak Dukaj, inaczej niż Komuda i Świerczek, kształtuje figury służące mu do opisu Rosji. Reprezentacja imperium opiera się tu na kontaminacji, hiperbolizacji stereotypu, która staje się podstawowym, najczęściej spotykanym sposobem mówienia o Rosji. Władza wobec obywatela posługuje się przekupstwem lub przymusem, gdy nie współpracuje – organizuje na niego zamach. Pracownicy ministerialni śledzą Benedykta, koterie na szczycie walczą za pomocą spisków, niemoralnych i bezprawnych środków. W konflikt między politycznymi zwolennikami i przeciwnikami lodu włączają się sekty religijne, komuniści i polscy spiskowcy. Konflikt gospodarczy wiąże się z walką o władzę polityczną i ze sporem na temat kierunku rozwoju Rosji (zamarzanie to przewaga despotyzmu, Lato – to domena demokracji). Benedykta napadają fanatyczni martynowcy, ale też separatyści syberyjscy. Dukaj pokazuje więc tu bogactwo i skomplikowanie rosyjskiego świata, +pod konflikt liediaków i ottiepielników podszywa historyczny spór między zapadnikami i słowianofilami, wszystko to skąpane w atmosferze lewicowych utopii i mistycyzmu. Rosja widziana przez bohaterów to kraj na zawsze uwięziony w średniowieczu, dla jednych jednak jest to jego zaleta, dla innych – wada, którą można pokonać tylko poprzez odmrożenie państwa i popchnięcie go na drogę rozwoju. Katalog przywoływanych przez Dukaja stereotypów czy mitów na temat Rosji jest wyjątkowo długi: powraca tu alkoholizm, bieda i ciemnota ludu, prymitywizm i dzikość mieszkańców terenów za Uralem, rozmach i pustka krajobrazu, której przeciwstawia się oszałamiające bogactwo uwięzione w ziemi. Dukaj, posługując się tymi kliszami, ośmiesza je zarazem, mnoży aż do przejaskrawienia, nawarstwia w groteskowy sposób, by osłabić ich moc: książę Błucki-Osiej jest tak dystyngowany, że wygląda jak zastępca samego cara, z kolei steward w pociągu transsyberyjskim to prymityw: „Zapewne gdyby zagadnął go ktokolwiek inny niż młoda dama z Luksu, zaparłby się z azjatycką bezczelnością, spojrzenia Europejczyków spływają po tych okrągłych, gładkich obliczach jak tłuszcz po gęsi, zachodni wstyd nie dotyka ludzi Wchodu”. Wyjście poza dyskurs rewindykacyjny, daleko od reprodukcji utartych schematów dokonuje się tu także poprzez zderzenie przeciwieństw: Rosja jako miejsce tradycyjnej zsyłki i kary dla Polaków, ale tutaj także dziki wschód, Eldorado, gdzie każdy może zrobić karierę i zdobyć majątek, przestrzeń gdzie dawni katorżnicy pozostają dobrowolnie. Nie cierpią już za ojczyznę, lecz robią interesy, dorabiają się, stają się filarami wspólnot lokalnych, lub w pogoni za mapami złóż tungetytu zostają kryminalistami. Zesłaniec u Dukaja to zupełnie inna postać niż ta znana nam z literatury XIX-wiecznej czy łagrowej: byli katorżnicy handlują na ulicach Jekaterynburga i Irkucka fałszywymi dokumentami, wykorzystują naiwność nowo przybyłych, spragnionych odnalezienia tungetytu, albo też zasiadają w radach nadzorczych, zarządzają fabrykami i nie myślą o obalaniu porządku.
    Rosja w „Lodzie” to miejsce zimne – w sensie dosłownym i symbolicznym – lód sygnalizuje nie tylko pustkę duchową, przytłaczającą władzę, ale ma też swoje przełożenie na poziomie ontologicznym i epistemologicznym. Lód sprawia bowiem, że świat staje się dwuwartościowy, niemożliwe są jakiekolwiek wahania, wątpliwości, znika bezkształtność, wszystkie byty i sądy otrzymują wyrazisty kontur, zamarzają w prawdzie lub fałszu. Wraca tu więc szeroko opracowany w literaturze i pamiętnikarstwie polskim mit Syberii jako miejsca narzucającego pewną formę, wprowadzającego przemoc. 
    Trzy przywoływane tu powieści sygnalizują problemy literatury polskiej związane z koniecznością znalezienia nowej formy do opowiadania o Rosji. U Komudy dekonstrukcja mitów kolonialnych nie jest zabiegiem celowym, stanowi raczej skutek uboczny rewizji narodowych wyobrażeń historycznych. Z kolei genezy zabiegów narracyjnych Świerczka należy szukać w jego próbie przezwyciężenia „koniecznych wymysłów”, o których pisze Homi Bhabha. Świerczek, Polak „udręczony” mitologią narodowego cierpiętnictwa, odwraca perspektywę, by wprowadzić większy dystans do spraw polskich, ale też by ocenić surowo polską historię. Potrzeba mu bowiem nowej formy, by w XXI wieku zadać pytanie o celowość i sens powstania styczniowego. Dukaj zaś poprzez swego bohatera bez właściwości, matematyka historii, dąży do podkreślenia drugorzędności polskich zmagań narodowowyzwoleńczych wobec kwestii z jednej strony filozoficznych, z drugiej zaś ekonomicznych. Dukaj, podobnie jak Komuda i Świerczek, tak ustawia swój świat przedstawiony, by kwestie narodowe, w literaturze XIX i XX wieku odgrywające rolę pierwszorzędną, zeszły na plan dalszy, ustępując miejsca innym, bardziej uniwersalnym zagadnieniom.
    Jeśli uznamy, że nasze wyobrażenie Rosji stanowi rodzaj kulturowego tekstu, kodu rozpoznawalnego dla Polaków, to automatycznie będzie można spojrzeć na przywoływane tu trzy próby spojrzenia na Rosję w kategoriach intertekstualnych. Każdy z autorów stara się unowocześnić swoją powieść, swoją historię z Rosją w tle. „Samozwańca”, „Bestię” i „Lód” należy w takim wypadku czytać jako kulturową transpozycję tematyczną. Autorzy wybierają temat zależności od Rosji – w chwili powstawania tekstów więc nieaktualny (z perspektywy politycznej, bo dla społeczeństwa ciągle jest to zjawisko nieprzepracowane, nie poddane do końca refleksji) i próbują go opracować w ramach sobie współczesnego kodu. Z tej perspektywy widać wyraźnie, że u Komudy i Świerczka będzie to transpozycja niefortunna, nie trafiają oni bowiem w język aktualnej tradycji literackiej, lecz powielają schematy już nieaktualne, czyli jak pisze Balbus – obce sposoby przedstawienia. Mechanizm zamyślany więc jako podstawowy zrąb tekstu jawi się z punktu widzenia krytyki jako niespełniony, bo nie dochodzi do transformacji: dawny temat zostaje tu opracowany w ramach dawnego języka. Inaczej jest u Dukaja, który wykorzystuje tę samą tradycyjną narodową narrację o Rosji jako bazę dla swojego tekstu, wpisuje ją jednak w swój świat przedstawiony za pomocą innych, właśnie nowoczesnych figur. Poszukiwanie aktualnego języka wymusza rewizję stereotypów, która stanowi (obok wątku fantastycznego i filozoficznego), trzecią warstwą „Lodu”. Spośród przywoływanych tu autorów, tylko Dukaj wychodzi poza znany horyzont poznawczy i mówi nam o nas oraz o Rosji coś nowego. Zatem tylko „Lód” wpisuje się w ramy dyskursu postzależnościowego, Komuda i Świerczek ciągle żyją w świecie opresji i rewindykacji.
    Analiza literatury polskiej pokazuje też, że obraz Rosji w niej przedstawiony, oparty jest na pewnej ambiwalencji: z jednej strony próbuje się imperium pokazać w inny, nowy sposób, z drugiej jednak uporczywie powracają jej cechy stereotypowe. Można więc zastanowić się, czy w ciągu ostatnich dwudziestu lat doszło do prawdziwego przemyślenia polskiego wyobrażenia Rosji – wydaje się bowiem, że ciągle nie. Widać, że literatura polska w dużym stopniu przyjmuje pewne przekonania o Rosji jako wiedzę przyrodzoną i nie potrafi ich sproblematyzować. Dopiero uważna lektura wyłania te ukryte w tekstach implikacje, które ciągle jeszcze autorom i czytelnikom wydają się obiektywne, „normalne”, naturalne, mają charakter przedsądów. Przebudowa problemu Rosji w polskiej literaturze współczesnej dokonuje się tylko na poziomie sposobów przedstawienia, nie dotyka pytań o to, co przedstawiać? Jaka jest Rosja? – Ciągle jeszcze jesteśmy przekonani, że doskonale wiemy. Więcej, wydaje się, że jakakolwiek zmiana sytuacji politycznej nie staje się przyczyną przekształcenia tego stanu świadomości – przecież nawet w czasie zaborów czy w latach PRL-u Polacy posługiwali się wyobrażeniami pochodzącymi z XVI wieku i żadne doświadczenie bezpośrednie nie było w stanie zmienić naszych przekonań o niższości Rosji.

    Tekst jest skróconą wersją referatu konferencyjnego z 2010 roku, który ukazał się w tomie „Kultura po przejściach, osoby z przeszłością”, red. Ryszard Nycz, Kraków 2011.