Blog

  • Ostrożnie, pożądanie

    Ostrożnie, pożądanie

    Małgorzata Lebda, Łakome,

    Znak 2023

     

    Kawę sobie zróbcie, bo będzie długo. I z zachwytami, chociaż naprawdę próbowałam czytać tę książkę na zimno, na ostro i na odległość.

    Debiutancka proza Lebdy jest wybitna przede wszystkim dlatego, że nie da się wyrysywać w niej żadnych par opozycji, żadnych wyraźnie prostych linii i ich przecięć. To jest świat, który faluje, płynie, wymyka się spod oka i ręki: w domu z powodu raka powoli umiera babka, w potoku leży ciało lista. Oba te procesy są wobec siebie przez długi czas równoległe, ciało babki choroba zgryza, zmniejsza, babka chudnie. Ciało lista w wodzie przez kilka miesięcy także chudnie, strumień zdziera sierść, mięsno, ścięgna, porywa je. W końcu pozostaje oczyszczone do kości. Oba te ciała łączą się w ramach jakiejś odwróconej relacji, Lebda nie pozwala na poprowadzenie analogii, choć najpierw przez pewien czas nas nią zwodzi. Rozkład ciała lisa jest naturalny, tymczasem ciało babki trawione jest chorobą, której naturalny i zarazem zupełnie nienaturalny charakter przetacza się przez dalszy plan powieści. Każdy w tym świecie wiejskiej, górskiej miejscowości musi umrzeć, śmierć dzieje się tu na okrągło, wciąż umierają jakieś istoty, insekty wpełzające do domu, zwierzęta leśne, zwierzęta hodowlane w sąsiedniej ubojni, psy, ludzie w swoich gospodarstwach, ale nad nimi unosi się powolna, stopniowa śmierć babki, która z jednej strony toczy się ospale, przez wiele miesięcy i pór roku, z drugiej zaś dokonuje się błyskawicznie, osłabiając ciało i nie pozwalając babce podnieść się z łóżka. Lebda zderza więc śmierć istot z różnych porządków, różne ich prędkości, nie pozwala na ich upodobnienie i zrównanie w jednym zdaniu.

    Nie ma też opozycji między babką i dziadkiem, choć na początku (znów!) tak na się może wydawać, bo babka jest wiedźmą, miłośniczką żywego, opiekunką zwierząt, a dziadek dba o porządek, jest gospodarzem, panem domu. Kiedy wydaje się, że ich postaci osadzone są na opozycji natura vs kultura, śmierć vs. życie, Lebda znowu robi zwód.  Babka wyszła za dziadka jako biedna panna z zatopionej wsi, on ją wziął „bez niczego”, nigdy też niczego na nią nie przepisał – ani domu, ani pól, ani majątku. Kiedy jednak ona słabnie, on wyprzedaje wszystko, żeby dom ogrzać, wyremontować, żeby „babce było ciepło” – tak tutaj wyraża się miłość.

    Żywiołem „Łakomego” jest to, co sugeruje sam tytuł, czyli rodzaj nijaki, wiele razy powraca tu właśnie ta forma przymiotnika: „chore”, „łakome”, „dzikie”, „urodzone”, „martwe” i „żywe”. Rodzaj nijaki wywołuje zaś niepokój, bo wymyka się i patriarchatowi i feminatywom, podąża sobie gdzieś bokiem, własną ścieżką, mocno niezależny. Dzikie jest to, co dzieje się w lesie, całe życie leśne, obserwowane przez dziadka, dzikie jest też to, co babka sprowadza do domu: spasione muchy, mrówki spod podłogi, pogryzione, ledwo żywe koty, przygarnięte psy. Dzikie są też młode kobiety, które opiekują się babką, dzikie do tego stopnia, że nie wiadomo, czy są siostrami czy kochankami (Wojtek Szot twierdzi, że kochankami, Justyna Sobolewska że siostrami) – i prawdę mówiąc, nie ma to wielkiego znaczenia dla tej historii. Podobnie z „łakomym” (choć niektórzy czytają tytuł jako liczbę mnogą te łakome) – łakome jest tu światło, odbijające się od stu luster zawieszonych na ścianach stajni dla Ann, która zajmuje się studiowaniem światła. Łakome są jakieś siły podziemne, które nie mogą znieść cywilizacji i sprawiają, że ziemia pracuje, osuwa się spod szkoły, gospodarstw, a przede wszystkim spod ubojni. Ludzie walczą z tym, co dzikie i łakome, bo sami są nadzwyczaj łakomi – zalewają rozpadliny tonami betonu, układają płyty, które mają umocni ubojnię. I ubojnia jest łakoma, pochłaniając całe kontyngenty zwierząt, wypluwając tylko ich ciała i smród śmierci, duszący całą miejscowość. Ten rodzaj nijaki zajmuje zatem i relacje we wspólnocie, i relacje w domu, i relacje między gatunkami. To on pozwala unikać jasnych deklaracji i podziałów, daje możliwość budowania nowej wspólnoty, ponadgatunkowej i ponadrodzajowej.

    Lebda nie lubi rzeczowników abstrakcyjnych, a już nade wszystko nie lubi nazywania – dlatego rozdziały w „Łakomym” przypominają swoją długością czytanki z pierwszego elementarza. Wszystko jest nadzwyczaj konkretne, wymierne, uchwytne, ma wyraźny kształt, kolor, zapach – ale jednocześnie ta proza nie ucieka w żadne poetyzmy, Lebdzie udaje się konstruować świat przy pomocy samych faktów. W tej powieści, która w całości osadzona jest na granicy pól, lasu, osady i ubojni, ani razu nie pojawia się słowo „natura”, nie ma żadnej „przyrody”. Powinno się powiedzieć, że Lebda to pisarka natury, ale nie da się, bo nie ma u niej tego terminu. Zostańmy więc przy tym, że jest autorką zwrotu ekologicznego.

    Tym, co jeszcze się wymyka i pozostaje zarówno dzikie, jak i nienazwane, jest pożądanie – w trakcie lektury „łakomego” trzeba się wachlować, bo napięcie seksualne obezwładnia. Jednocześnie zaś pożądanie, jak wszystko inne u Lebdy, jest inne, skręcone: nie wiemy, czy czułość młodych kobiet wobec siebie za dnia to wstęp do relacji erotycznej, widzimy tylko ich wzajemne gładzenie się, wąchanie, pocieranie skóry palcem, słyszymy nocne szepty – takie rozmowy o świecie, które brzmią jak największe intymności. Feminizm Lebdy, podobnie jak w jej wierszach, nie powstaje ze sprzeciwu wobec czegoś i kogoś, nie ma znaku negacji, nie jest feminizmem buntu. Jeśli chodzi o napięcie heteroerotyczne, to w tomach poetyckich miało słodki posmak klasowego upadku. Tzn. dziewczyny z wierszy Lebdy czuły dziwny rodzaj drżenia przy wiejskich, krzepkich chłopakach i w „Łakomym” ten walec pożądania radośnie tratuje różne teorie zwrotu ludowego. Obie młode kobiety nie do końca są z tego świata wiejskiego – studiowały, pracują intelektualnie, chodzą do lasu na spacer (czyli po nic, dziwna czynność, które nie wykonują w Maju tubylcy), nie chcą ustrajać kościoła we wsi, nie chowają się też, gdy do domu przychodzą brygady robotników albo chłopak z ubojni, wyraźnie w nie obie zapatrzeni. Oprócz klasowego zabarwienia w tej obustronnej fascynacji erotycznej ważne jest i to, że pożądanie u Lebdy nie podporządkowuje się regułom kapitalizmu, czyli nie ma tu mowy o romansie, seksie, flircie – to pożądanie nie dąży do zaspokojenia, nie musi być spełnione lub odrzucone, nie wymaga żadnego działania. Po prostu jest, wytarza się w spojrzeniach, w otwieraniu drzwi, wpuszczaniu robotników do domu, piciu z nimi kompotu. Lebda skręca jednak i ten wątek – nie można opracować go w ramach freudowskiego porządku, bo tutaj jedną z postaci spoglądających z pożądaniem, chyba nawet największym, jest Staszek z ubojni, „syn kurwy i szatana”, jak mówi o nim dziadek. Staszek w świecie „Łakomego” jest po prostu Tanatosem, bogiem śmierci, posłańcem, który wypełnia czyjąś wolę i tę śmierć zadaje. Lebda gra z freudowskimi skojarzeniami, bo u niej pożądającym jest sam Tanatos, wiejski chłopak, który nie ma szans na inną pracę niż praca śmierci. To on pragnie właśnie głównej bohaterki, tej, która za dnia opiekuje się babką, a nocą pisze kod dla amerykańskiej korporacji.

     

    Miałam jeszcze niedawno taką teorię, że literatura zwrotu ekologicznego jest taka wątła i średnio udana, bo niski jest jeszcze przeciętny poziom wiedzy ekologicznej. Że literatura dotykająca tego nurtu ma ciągle jeszcze poczucie misji, edukacji, od której nie potrafi/nie chce się oderwać, żeby próbować iść bardziej w sztukę niż dydaktykę. Albo też jak było w przypadku „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk, które nie zostało zrozumiane, bo sygnały wpisane w tekst nie docierały do szerokiej publiczności. No więc obracałam sobie w głowie tę teorię, testując jej słuszność, aż tu nagle Lebda wyskoczyła z tyłu, zza zakrętu i wyprzedziła wszystkich.

    I nawet nie włączyła migacza.

  • Łono się unosi

    Łono się unosi

    „Łono się unosi, wędruje. Okręca się wokół szyi, pęcznieje pod sercem i umiejscawia poniżej gardła. Dzieci je wypełniają i obciążają, tak że zawsze wraca na właściwe miejsce, lecz kiedy minie czas macierzyństwa podajemy musztardę wprost do przełyku, by odstraszyć łono” – mówi w tej powieści młody medyk do męża kobiety, która wpada w obłęd na początku XVI wieku.

    Hargrave opiera swoją fabułę na wydarzeniach z 1518 roku, gdy w Strasburgu wybuchła epidemia choreomanii, dotykająca przede wszystkim kobiet. W szczytowych momentach opętania umierało 15 osób dziennie, władze próbowały ten ruch jednocześnie wykorzystać i okiełznać, straszono diabłem, piekłem, sądem i stosem. Hargrave dokonuje archeologii wątków herstorycznych, opowiada o napięciach nękających zabobonne i spętane przez Kościół społeczeństwo europejskie późnego średniowiecza. Jej główna bohaterka, urodzona w dniu, gdy na pole jej ojca spadła kometa i spaliła plony, córka kobiety oszalałej, nie jest w stanie donosić ciąży – czuje, że kolejne poronienia to kara za grzechy matki i kobiet w ogóle. Zaprzyjaźnia się z podróżującym po Europie muzykantem, muzułmańskim wagabundą i dopiero rozmowy z nim uświadamiają jej, że może sobie swoje życie opowiedzieć inaczej, że nie ponosi winy za kometę, za chorobę matki, że poronienia nie są karą, tylko bezcelowym nieszczęściem. Nie jest to jednak budująca historia o odkrywaniu siebie w dekoracjach z XVI wieku, a  rozpisanie jednego z gorszych momentów w dziejach patriarchalnej Europy: bo każde zjawisko pogodowe, każda zmiana w naturze, każde zachowanie ludzkie jest tu interpretowane w porządku winy, zawsze oczywiście kobiecej oraz Obcych. Wyjątkowe upały, nadmierne mrozy, susze, głód, plagi, niezrozumiałe zachowania zwierząt – wszystko to ma źródło w jakimś kobiecym grzechu, w jej wędrującym łonie. W świecie, w którym diabeł chodzi między ludźmi, ciśnienie religijne, stopień podporządkowania władzy Kościoła wydaje się dzisiaj niezrozumiały. I w gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Drzewo tańca”.

    Już w poprzedniej swojej książce, „Kobiety z Vardo”, Hargrave połączyła trzy wątki: pozycji kobiet, lęku przed Obcymi i jego religijnych źródeł, traktowania zjawisk natury jako wrogich i niezrozumiałych, wymagających poszukiwania magicznych uzasadnień. Ich połączenie pojawia się też w „Drzewie tańca” i nie jest wynikiem wyrachowania marketingowego autorki, bo wszystkie te tematy są tu głęboko związane i stanowią koło zamachowe opowieści, napędzają ją.

    Hargrave wymyśla historię, jaką już znamy: o mężczyznach rządzących miastem i buntujących się kobietach. Jest to rodzaj paraboli, w tym kostiumie historycznym autorka opowiada o najbardziej współczesnych konfliktach, a jednocześnie przeszłość ma ten kostium obfity, efektowny, widowiskowy, ale też łatwy – łatwa w tym sensie, że znamy tę fabułę, że już nam ją sto razy opowiadano. Tyle że Hargrave ma lekkie pióro i zmysł narracyjny, że wciąga nas w tę opowieść i wydaje nam się, że jeszcze nigdy jej nie czytałyśmy, dajemy się uwodzić. Na szczęście czytelniczki nie zapłacą za to uwodzenie stosem.

    Kiran Millwood Hargrave, Drzewo tańca

    przeł. Agnieszka Sobolewska

    Znak literanova 2023 (współpraca)

     

     

     

     

  • Spisek niemiecki

    Spisek niemiecki

    Zbrodnia bez kary,

    Wydawnictwo M 2022

     

    O, co to za piętrowa i skomplikowana struktura – zamota ideologiczna level master. Książka, która wygląda jak wydmucha i pop-reportaż, a w gruncie rzeczy niesie bardzo niebezpieczne, prawicowe przesłanie.

    Pod tym mało subtelnym i wołającym o pomstę tytułem kryje się 26 tekstów dziennikarskich przygotowanych przez pracowników Wirtualnej Polski, Interii i Deutsche Welle, a dotyczących losów zbrodniarzy hitlerowskich po wojnie i ich nierozliczonych przestępstw.

     

    Mało przypisów i dużo ilustracji, krótkie rozdziały podzielone jeszcze śródtytułami, spektakularne cytaty wyciągnięte na osobne strony, zdania proste opierające się na „jest”, „był”, „zrobił”, „pomyślał”, teksty zakończone pytaniami – są to znaki odsyłające czytelniczki i czytelników w stronę pop reportażu, tekstów szybkich w pisaniu i jeszcze szybszych w czytaniu. Biorę tę grubą książkę do ręki i już po pierwszych stronach wiem, że jej zadaniem nie jest odkrywanie i pogłębianie jakiejkolwiek wiedzy historycznej, a raczej popularyzowanie i edukowanie, opakowywanie w przystępnej, łatwej formie skomplikowanej wiedzy o zjawiskach społecznych, procesach karnych (a właściwie ich braku) po wojnie, o braku pamięci i odpominaniu. Kłopot polega jednak na tym, że jak w przypadku wszystkich tekstów o wojnie i pamięci, narracja upraszczająca prowadzi do utraty sensów, uproszczenie dokonuje się także na poziomie merytorycznym, historycznym, socjologicznym, a nie tylko na poziomie zdania. A więc książka ta jest subtelna jak cios łopatą, pobudza poczucie wojennej krzywdy, bo nagle dostajemy komplet winnych, morderców wojennych z ich nazwiskami i opisami karier po 1945.

    Mogłabym napisać, że największy problem w tej opowieści polega na mieszaniu porządków, na zestawianie w jednym miejscu i uznawaniu za równie winnych morderców odpowiedzialnych za pojedyncze śmierci (jak Alfred Naujocks, wykonawca prowokacji gliwickiej), konformistów, którzy wiernie pełnili nazistowską służbę (jak lekarz Hermann Voss) oraz zbrodniarz wojennych, którzy sami nikogo nie zabili, ale jednocześnie swoim działaniem doprowadzili do śmierci tysięcy osób (jak Wilhelm Koppe czy Josef Mengele). Albo że kłopot z nią polega na przedrukowaniu opublikowanych już wcześniej w portalach materiałów, pisanych na potrzeby innej lektury: tekst w internecie jest z reguły napisany w sposób prosty, musi od razu zmierzać do brzegu, bo w trakcie lektury jesteśmy bodźcowani szeregiem linków, ilustracji i reklam. Ważny jest więc wyraźny przekaz. Tymczasem w przypadku książki, jeszcze tak bogato ilustrowanej, z okładkową ceną 80 zł, można by się było spodziewać chociaż bardziej starannej składni.

    Te dziennikarskie śledztwa pracują też na sensacji – nie chodzi więc o to, by pogłębić wiedzę, ale o to, by się ją przyjemnie i po wierzchu przyswajało. A zatem powracają tu wciąż najbardziej strywializowane stereotypy nazistów jako oddanych ojców, gospodarnych urzędników mordujących z zimną krwią i masową skalę poza domem, wiernych służbistów gotowych wypełnić każdy przepis prawa, porządnych lekarzy i zarazem szalonych naukowców, dokonujących zbrodniczych eksperymentów na dzieciach w obozach koncentracyjnych. Nikt nie stara się przeprowadzić refleksji pomiędzy jedną a drugą stroną osobowości, uznając że proces ten jest niemożliwy (a bogata literatura przedmiotu dobitnie wskazuje, że przecież można to zrobić i robiono to już wiele razy).

     

    To nie są jednak największe problemy – materiałowy groch z kapustą i toporna fraza to mały pikuś w porównaniu do roboty, która dokonuje się tu trochę głębiej i pozostaje kompletnie niewidoczna dla osób, które skupią się na warstwie faktograficznej. Otóż książka ta ma pokazywać Niemcy i Niemców jako trwałych, wiernych nazistów, uparcie trwających przy przegranej ideologii, niepotrafiących uznać jej zbrodniczości. Po wojnie nie chcą się denazyfikować, pozwalają im na to Amerykanie. Szybko rozpoczyna się za to proces renazyfkacji, czyli przywracania do pracy na wysokich stanowiskach osób uwikłanych w działania wojenne i odpowiedzialnych za sukcesy hitleryzmu. Precyzyjne, a jednocześnie miałkie, opisy rozmów z potomkami zbrodniarzy, prowadzone czasem przez domofon i telefon mają dobitnie udowadniać, że w dalszym ciągu nie ma w Niemcach woli rozliczenia odpowiedzialności wojennej, a duch nazistowski pleni się wszędzie – w podręcznikach dla studentów medycyny, pisanych przez Vossa, a przedrukowywanych przez dziesięciolecia, w dbałości o groby zmarłych, w odznaczeniach przyznawanych przez długie lata lekarce Elisabeth Hecker, uznawanej za pionierkę dziecięcej psychiatrii, a odpowiedzialnej za akcję T4 w szpitalu w Lublińcu.

     

    Sięgnęłam po tę książkę na zasadzie eksperymentu – chciałam się dowiedzieć, jak do tematu rozliczeń powojennych podejdzie wydawnictwo na co dzień specjalizujące się w tekstach Pawła Lisickiego, braci Karnowskich, Piotra Semki. No to się dowiedziałam: historia tych „zbrodni bez kary” opiera się na założeniu spisku, który objawiał się w kolejnych działaniach aparatu sprawiedliwości, dominował w porządku prawnym i politycznym całej właściwie historii niemieckiej po 1945. „Od Hitlera do Adenauera” – pada w jednym z tekstów. Pojawiają się tu daty i nazwiska, dowody na działanie owego spisku, powszechnej niechęci do rozliczenia. Prokuratorzy rozpoczynający procesy zbrodniarzy czy potomkowie katów jawią się tu na prawach wyjątków, osamotnionych odszczepieńców.

    Można by tu jeszcze postawić jedno pytanie: o to, do jakiego stopnia materiał dostarczony przez dziennikarzy realizujących projekt różni się od tego, co dostajemy w książce? Kto dobierał teksty? Czy było ich więcej? Jakie tematy wyleciały? Nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo widzę tylko efekt końcowy, który bije po oczach wielkimi, wyselekcjonowanymi cytatami o zbrodniach na Polakach: „Dr Erhard Wetzel, przy ocenie przedstawionej przez Hansa Ehlicha finalnej wersji Generalplan Ost, napominał, że Polacy są „najbardziej wrogo usposobieni w stosunku do Niemców, liczebnie najsilniejsi, a wskutek tego najniebezpieczniejsi ze wszystkich obcoplemieńców, których wysiedlenie plan przewiduje”. Albo: „Dolina Śmierci to w rzeczywistości kilka punktów, w których rozstrzeliwano Polaków. Wrześniowe polskie okopy posłużyły do za masowe groby co najmniej 500 ludzi. Co najmniej, bo nikt nie wie dokładnie, ilu Niemcy pod Chojnicami wymordowali. Mogli ich wymordować nawet trzykrotnie więcej”.

     

    Wydawnictwo specjalizujące się w opowieści o oblężonej Polsce i zagrożonej polskości idzie jeszcze krok dalej: według zebranych tu poszczególnych opowieści na ziemiach polskich dokonywano w czasie wojny przestępstw, mordów i wykroczeń głównie wobec Polaków. Powraca licytacja na cierpienie, którą polska opcja konserwatywna odziedziczyła po komunizmie: cytaty otwierające rozdziały dobrane są tak, by to Polaków ukazać jako naród skazany na wyniszczenie, niebezpieczny, zagrażający porządkowi III Rzeszy, to Polaków nienawidzą przede wszystkim i to ich chcieliby usunąć urzędnicy, jak wynika z cytowanej korespondencji.  Żydzi giną tylko w gettach, poza gettami ratują ich Polacy – rodzina Ulmów otrzymuje tu jeden z rozdziałów. Nawet pierwsza sekcja w rozdziale o Wernerze Ventzkim, nadburmistrzu Litzmannstadt, dotyczy losu Polaków, a nie Żydów.  Żydów w tej książce praktycznie nie ma – pojawiają się albo ciała w obozach, albo izraelski wywiad, tropiący po Europie zbiegłych nazistów. Wywiad mroczny, okrutny, sięgający swymi mackami daleko, dokonujący tajemniczych egzekucji: może to właśnie Mosad stoi za śmiercią Horsta Pilarzika, budowniczego KL Plaszow, który zmarł po zastrzyku u dentysty?

    Całą tę opowieść kończy wspomnienie biskupa Kazimierza Majdańskiego, który do końca życia modlił się za nazistów. Jeśli jednak chcecie przeczytać dobrą książkę o (bez)sensowności modlenia się za katów i o konsekwencjach owych modłów w świetle nauki Kościoła, polecam bardzo „Zapraszamy do nieba. O nawróconych zbrodniarzach” Jacka Leociaka.

  • Córki sprzątaczek

    Córki sprzątaczek

    Córki sprzątaczek

    „Zemsta należy do mnie” to jest druga z około 20 książek Marie NDiaye przełożona na polski. Uznawana za jedną z najlepszych pisarek francuskich, u nas jest bardzo słabo znana, a forma, w jakiej utrzymana jest „Zemsta należy do mnie” spowoduje co najwyżej lawinę śmiesznych komentarzy na Lubimy czytać.

    NDiaye używa formuły powieści kryminalnej, która całkiem nieźle unosi treści bardziej skomplikowane. W pierwszej scenie do gabinetu mecenas Susane wchodzi Gilles Princiapux, jeden z bohaterów głośnej w Bordeaux sprawy. Jego żona, Marlyne, zamordowała troje ich dzieci, i Principaux zleca mecenas Susane jej obronę. Zaczyna się jak w klasycznym kryminale, ale odpowiedź na pytania o przyczynę mało NDiaye interesuje – dużo istotniejsze są tu same pytania. Te zaczynają się mnożyć od pierwszej strony, poczynając od oczywistych: dlaczego Marlyne zamordowała swoje dzieci, dlaczego zamożny, ustosunkowany wykładowca z upper middle class wynajmuje jako adwokat nikomu nieznaną i zupełnie niewybitną adwokatkę, właścicielkę małej kancelarii? Co się wydarzyło między nimi, kiedy oboje byli dziećmi? Mecenas Susane sądzi, że to właśnie Principaux zapytał ją o marzenia i plany i jako pierwszy w jej życiu potraktował jak jednostkę w pełni sił intelektualnych. Jej rodzice, kiedy im o tym opowiada, są przekonani, że 14-letni chłopak molestował seksualnie ich 10-letnią córkę, ojciec podejrzewa najgorsze, obraża się na nią. Czy tym chłopcem był w ogóle Gilles Principaux? Dla mecenas to bardzo ważne, bo teraz, jako dorosły facet, wydaje jej się równie antypatyczny, jak jego żona, której wcale nie ma ochoty bronić. Mecenas skazana jest w swojej pracy na użeranie się z nieciekawymi klientami, bo oprócz Principaux, prowadzi też sprawę człowieka, który uważa się za spadkobiercę N…, handlarza niewolnikami i chce, by adwokatka doprowadziła do zmiany jego nazwiska. Tymczasem w aktach Bordeaux, miasta, które przez dwa stulecia wzbogacało się właśnie na handlu niewolnikami, nie ma żadnych śladów po intratnej działalności handlarza o takim nazwisku.

    Mecenas Susane pochodzi z rodziny o korzeniach drobnomieszczańskich, jej ojciec był urzędnikiem niskiego szczebla, matka sprzątała w zamożnych domach w najlepszej dzielnicy Bordeaux. Ojciec, gdy dostrzegł intelekt córki, marzył o tym, by sama została urzędniczką i kierowała jakimś wydziałem, bo tylko władza nad mężczyznami i to o jeden szczebel wyżej niż jego posada, wydawała mu się po 1. możliwa i dostępna, po 2. sensowna i zrozumiała. Adwokatka ma swoją kancelarię, jakoś tam wdrapała się do klasy średniej, choć trzyma się raczej jej dolnych rejestrów i od ludzi takich jak Principaux dzielą ją lata świetlne. Nie należy ona jednak ani do klasy, z której wyszła, ani do tej, do której aspiruje. Stara się pomóc migrantce z Mauritusa w legalizacji pobytu we Francji, ale wcale nie jest lewicową działaczką społeczną, bo dziewczyny nie znosi i odczuwa wobec niej wyższość. Oczekuje wdzięczności, chce, by Sharon miała poczucie długu, chce być lubiana i podziwiana. NDiaye drwi z adwokatki, która wstydzi się swojego pochodzenia, braku sukcesu, starego twingo, którego wiek udowadnia wszem i wobec, że nie udało jej się przebić szklanego sufitu.

    To nie będzie żaden spoiler, jeśli napiszę, że żadna zagadka nie zostanie jednoznacznie rozwiązana. Być może Marlyne cierpi na depresję, być może Gilles o wiele mówiącym nazwisku (główny, najważniejszy, przywódca, zasadniczy) znęcał się nad żoną, być może czuła się kompletnie osamotniona, porzucona przez rodzinę, bo ona też pochodzi z nizin społecznych i nie jest akceptowana w rodzinnych kręgach męża. Marlyne nie zachowuje się ani jako zimna morderczyni, ani jak kobieta chora na depresję.

    Równie niejednoznaczna jest mecenas Susane – wielka, zwalista, z króciutkimi włosami, obcinanymi konsekwentnie, odkąd odkryła w dzieciństwie, że długie kojarzą się jej rodzicom z księżniczkowością. Niby wyzwolona, świadomie nie chce zakładać rodziny i robi karierę. Tylko że jednocześnie wstydzi się nikłości swojego awansu, ma żal do rodziców, że nigdy nie wspierali jej w rozwoju i studiach. Wśród znajomych prawników ukrywa swoje niższe pochodzenie, trzyma ich na dystans, próbując własnym trybem życia i postawą nadrobić albo chociaż zakryć brak korzeni inteligenckich.

     

    NDiaye robi tutaj ciasny splot zupełnie różnych problemów: na pierwszym planie jest sprawa dzieciobójczyni, jej związku z mężem, zaraz obok podważony ciasno rozumiany feminizm – Marlyne za namowami męża rezygnuje z pracy w szkole, bo jemu ta praca wydaje się zbyt „proletariacka”, jej rodzina odsuwa się od niej, bo kobieta domowa nie zasługuje na ich szacunek. Matka i siostry czują, że je zdradza, gdy decyduje się zostać w domu i opiekować dziećmi. Następnie NDiaye wkłada kij w mrowisko macierzyństwa – Marlyne, jak większość matek, wybiera model macierzyństwa opierający się na ofierze z siebie i skrajnym poświęceniu. Ten ideał ją wykańcza. Jej przeciwieństwem jest mecenas Susane, też z awansu społecznego, zatrzymana w pół jego drogi (w tej francuskiej rzeczywistości, jaką kreuje NDiaye, dalszy awans nie jest możliwy, jeśli wychodzi się z pozycji drobnomieszczańskich). Wszystkie te powyższe wątki spina temat wstydu, bo każda z kobiet, zarówno sprzątające matki, oceniające swoich pracodawców za ich plecami na podstawie wielkopańskich gestów, jak i córki, które próbują wybrać dla siebie zupełnie inną drogę, spętane są wstydem, związane resentymentem wobec klasy, którą obsługują – matki jako sprzątaczki, córki jako prawniczki i nauczycielki. Z boku dobudowuje się postkolonializm, włączający się w całość powieści również przy użyciu wstydu – bo Sharon w nielegalnej pracy, może się tylko wstydzić, jej mąż nie pracuje i nie wychodzi z domu, przeżywa kryzys męskości, a brat Sharon, pozostały na Mauritiusie wstydzi się jej zdrady i wyjazdu.

    Splot może jest i ciasny, ale i ten sznur, który nam oddaje NDiaye, nie jest długi – jej powieść nie ma nawet 250 stron. Nie oznacza to wcale jednak ślizgu po temacie, nie oznacza też, że autorka posługuje się jakimiś emblematycznymi, skrótowymi scenami. Zwłaszcza że problemem równie istotnym co te wszystkie wątki, które wymieniam, jest powieściowa forma, nieprawdopodobnie drażniąca i genialna w swoim odejściu od oczekiwań czytelniczych. Bo NDiaye z jednej strony udaje skrajny realizm, pokazuje tylko to, co widzi jej bohaterka, a jednocześnie oszukuje nas, grając z percepcją mecenas Suzane, nie podając nawet jej imienia. W końcu czytelnik nie wie nawet, czy w dzieciństwie została zgwałcona, czy jest matką córki swojego eks-chłopaka. Mecenas tak intensywnie myśli o tym, co sądzą o niej inni, że gubi się zupełnie w myśleniu o sobie. Przeczulona na punkcie tego, jak na nią patrzą, co mogą zobaczyć, jak się wobec niej zachowują, czy ją lubią, nie dostarcza czytelniczkom i czytelnikom wiedzy prawdziwej, a my dość długo miotamy się w jej gorączkowej narracji. Cała zabawa polega tu jednak na tym, że NDiaye ma w nosie oczekiwania czytelnicze, właśnie na nich gra – oszukując, nie dostarczając wiedzy, opowiadając inną historię, myląc tropy. No, ale ten rodzaj eksperymentu jest przecież w prozie francuskiej rodzajem tradycji przynajmniej od lat 60.

    Nie ma co owijać w bawełnę – powieść NDiaye jest wybitna i trudna. To nie jest żadna literatura środka, to nie jest flirt z nią, ubieranie skomplikowanych pytań w łatwą fabułę. „Zemsta należy do mnie” to nie jest tabletka owinięta w szynkę – to jest czysta, samiuteńka tabletka.

    Marie NDiaye, Zemsta należy do mnie

    przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon

    Filtry 2023

     

  • Republika kobiet

    Republika kobiet

    Republika kobiet

     

    To, że „Nim dojrzeją maliny” została wyróżniona Europejską Nagrodą Literacką, jakoś zupełnie nie robi na mnie wrażenia, bo czytałam kilka książek do niej nominowanych lub nagrodzonych i naprawdę były słabe, żadne, kompletnie ich nie pamiętam bez sprawdzania w notatkach.

    Natomiast fakt, że to jest powieść ukraińska, która wpisuje się w nurt literatury środka i okazuje się jednocześnie mocno feministyczna – to już tak, łapię, wgryzam się.

    Kuzniecowa pisze podobnie do Sofi Oksanen czy Lauren Groff, bo potrafi połączyć w jedno bardzo przystępną formę i w niej umieścić zdecydowanie trudniejsze wątki. Autorka robi to tak sprytnie, że jeśli czytać ją będziemy mniej uważnie, to dostaniemy zabawną powieść o kobietach z jednej rodziny, uciekających od swoich problemów, związków i mężów do prowincjonalnego domu babki. Ale… tu jest dużo więcej – przede wszystkim obrona kobiet przed instytucją małżeństwa, długi traktat o tym, że kobieta potrzebuje mężczyzny jak ryba roweru.

    Dwie dorosłe już siostry, ich kuzynka i mała dziewczynka trafiają do domu rodzinnego, z którego ich matki uciekły lata wcześniej. Głową rodziny, opiekunką domu jest babka, właściwie tak stara, że powinna być już czarownicą. Babka szykuje się na śmierć od lat, kolejne wizyty u niej oznaczane są w rodzinnej kronice jako te ostatnie i pożegnalne. Na wsi, z daleka od dużego miasta, swoich rodzin i skomplikowanych sytuacji miłosnych, wszystkie kobiety szukają siły i odpowiedzi, co dalej mają zrobić ze swoim życiem. Punkt wyjścia jest jak w starych powieściach Grocholi, albo w chick-litach, ale u Kuzniecowej większość bohaterek ma na koncie dużą ilość związków, dużą ilość rozstań, nie żaden tam jeden rozwód i jedno dziecko. Siedzą więc w tym zapuszczonym domostwie, wymyślają, że będą hodować ekologiczne dynie i próbują z siebie wyciągnąć zwierzenia. Tutaj „Nim dojrzeją maliny” przechodzą w pastisz prozy obyczajowej, w której konwencja zakłada, że jak kobiety spotykają się same na uboczu, to muszą szybko zacząć się sobie zwierzać i wzajemnie prostować swoje zwichrowane ścieżki losu. Tymczasem tutaj większość rozmów coś raczej sugeruje, najważniejsze tematy pojawiają się w półzdaniach, ciągle ktoś przerywa, albo same kobiety szukają sobie nawet najbardziej błahych zadań, byle tylko zająć czymś ciszę. Kuzniecowa uderza w dwa z fundamentalnych mechanizmów rządzących kobietami w patriarchacie: etos poświęcenia (dla męża, dzieci, rodziny jako wartości abstrakcyjnej) oraz przejmowania wszystkich zadań i obowiązków aż do zajechania. Życie na automacie, od zadania do zadania, od obowiązku do obowiązku jest przecież podstawowym naszym doznaniem, największym ciężarem. Ale Kuzniecowa mówi też, przewrotnie, że nie zrzucamy często tego ciężaru, bo jest z nim w gruncie rzeczy wygodnie, bo pozwala on nie myśleć o tym, co robimy z własnym życiem, gdzie podążamy, po co to wszystko robimy. Strażniczką pytań i osobą, która nie zgadza się na łatwe odpowiedzi, czyni babkę – jej wszystko wolno, swoje też już odrobiła, staje się więc Teodora agentką zmiany, wysłanniczką chaosu.

    Mężczyźni pojawiają się tu na marginesie: jako ojcowie, którzy nie chcą albo nie potrafią pełnić swoich obowiązków, jako kochankowie z pedantycznie uporządkowanym życiem, gwarantujący stabilność i bezpieczeństwo, ale niezdolni do okazania uczucia. I choć jej bohaterki początkowo wydają się egoistycznymi wariatkami, szybko okazuje się, że ich problemy są realne, a nie wydumane. Kuzniecowa buduje je jako postaci dużo silniejsze, autonomiczne wobec mężczyzn. Normalnie układ wielopokoleniowy w powieści obyczajowej służy do dyscyplinowania kobiet: przykład babki zazwyczaj sprawia, że bohaterki po okresie buntu przyjmują patriarchalny system wartości i poświęcają się rodzinie. Tutaj jest odwrotnie: głównie dlatego, że niskie poczucie odpowiedzialności mężczyzn oznacza, że kobiety zostają same z dziećmi. Dlatego właśnie Kuzniecowa montuje opowieść o sile kobiet w czasie kryzysu męskości: znika podstawowy przymus małżeństwa, bo nie ma powodów ani ekonomicznych, ani prokreacyjnych, żeby ten węzeł zadzierzgnąć. A jeśli tak, to małżeństwo – oś i cel każdej tzw. powieści dla kobiet – przestaje mieć znaczenie. Udaje jej się, na szczęście, nie popaść w drugą skrajność i nie ustawić bohaterek w pozycji walczących walkirii, które chcą wszystkim mężczyznom przegryźć tętnicę. Dzieje się tak dlatego, że w ogóle inaczej ustawia swój punkt widzenia: jej bohaterki próbują określić kim są i czego chcą w odniesieniu do siebie i świata, a nie w odniesieniu do mężczyzn. Nie boją się samotności, nie boją się starości – obawiają się właśnie narzucania im poświęcenia ponad siły. A to jest chyba najbardziej uniwersalna formuła opowieści o kobietach. Enjoy.

    Eugenia Kuzniecowa, Nim dojrzeją maliny

    przeł. Iwona Boruszowska

    Znak 2023

    Współpraca: Wydawnictwo Znak 

  • Wybielacz zamiast antydepresantów

    Wybielacz zamiast antydepresantów

    valter hugo mãe, apokalipsa ludzi pracy

    przeł. Michał Lipszyc, Ossolineum 2022

    Sięgnęłam po Mãe na fali zwrotu ludowego i był to strzał w dziesiątkę. Mãe umiejscawia akcję swej powieści w Portugalii na początku XXI wieku, a jego głównymi postaciami są ludzie pracy: sprzątaczki, marynarz, budowlańcy. Tacy, którzy zarabiają za mało, żeby żyć, a za dużo, żeby umrzeć. W jednym z wywiadów autor mówił, że ludzi pracujących fizycznie nie widzimy, ignorujemy, że stanowią dla nas masę niewidoczną do tego stopnia, że nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia.

    Praca fizyczna sprawia, że Maria de Graça i Quitéria – kobiety 40-letnie, wydają się dużo starsze. Augusto, mąż Marii, myśli o niej jako o kamieniu: tępym, jałowym, bezkształtnym. Z Quitérią związuje się Andrij, emigrant zarobkowy z Ukrainy, dwa razy od niej młodszy, który przyjeżdża do Portugalii, by wyrwać się z rodziny, przede wszystkim od ogarniętego paranoją ojca. Ma zarobić, przesyłać pieniądze rodzicom, próbuje więc stać się maszyną, pracującym automatem o ograniczonych potrzebach.  Andrij jest na początku tej drogi, na której obie kobiety znajdują się już od dawna. Quitéria zabija pustkę ciężkiego życia i zmęczenie przygodnym seksem, Maria uprawia dziwny, ogołocony z magii rodzaj mistycymu, śniąc o śmierci. Augusto jest marynarzem, słabo zarabia, także dlatego, że większość pieniędzy przepuszcza w portach na kobiety, na utrzymanie domu pozostaje więc niewiele. Maria o tym wszystkim wie, nienawidzi męża i dolewa mu do zupy codziennie łyżkę wybielacza, bo wijący się w bólach Augusto jest bezbronny, nie zagraża jej, także fizycznie. Maria i Quitéria dorabiają jako płaczki na pogrzebach, nocami czuwają przy zwłokach przed pochówkiem. Przemęczone pracą fizyczną, sprzątaniem, pastowaniem podłóg i zmienianiem cudzej pościeli, zarywają jeszcze noce, nadzorując obce martwe ciała.

    Mãe montuje więc taki świat, który jest skrajnie realny i materialny, a jednocześnie przypomina rodzaj halucynacji – nie wiadomo, czy ze stężonego pragnienia wyjścia poza kierat, czy ze zmęczenia. Jego bohaterki nie spotykają się na kawie, nie chodzą do klubów, nie uprawiają joggingu. Gadają, wywieszając pranie na ogołoconym podwórku albo w kolejnych autobusach, dojeżdżając na następne nocne czuwania.

    Zaczęłam od tego, że Mãe zainteresował mnie na fali zwrotu ludowego – i tu otwiera się bardziej złożony problem, bo faktycznie „apokalipsa ludzi pracy” opowiada o osobach z nizin, zarabiających najmniej, wykluczonych z neoliberalnego społeczeństwa. Jednocześnie jednak autor w żaden sposób ich nie idealizuje, nie buduje żadnego mitu „szlachetnych ubogich”, ukrytych geniuszy, którym nie dano szansy na rozwój i edukację. Nie ma tu ludzi, których bieda wytrawia i czyni dobrymi, wrażliwymi na innych. Ofiary wykluczenia wykluczają za to doskonale innych i inne. Kobiety pilnują siebie nawzajem: przyglądają się sobie, czy są po równo zniszczone, przepracowane, bite, biedne, nieszczęśliwe. Jak mówi tytułowa bohaterka u świętego Piotra: „nie jest taka, żeby się od czegoś migała” i tego samego szuka w innych kobietach. Te, które dezerterują, próbują jakoś poprawić swój los – jak Gloria, siostra Quitérii, mogą liczyć tylko na uderzenie w twarz i wyrzucenie z domu nocą na bruk. Nie przepadamy zatem specjalnie za postaciami „apokalipsy…”, choć jednocześnie doskonale rozumiemy powody ich egoizmu i niechęci wobec świata.

    Oprócz mitu szlachetnych ubogich Mãe na warsztat jeszcze jeden fantazmat, nasz ulubiony, lewicowo-inteligencki: pracy u podstaw. Pan Ferreira, zamożny i świetnie wykształcony, poza tym, że wykorzystuje Marię de Graça seksualnie, jednocześnie stara się ją edukować. Pokazuje jej obrazy Goi, czyta jej fragmenty Prousta, puszcza Mozarta. Są to jednak sceny równie ohydne jak sceny przemocy seksualnej, traktuje ją bowiem z całą wyższością, jak dzikuskę, rozsmakowuje się w brzmieniu swojego własnego głosu. Trudno uczyć, pochylać się z misją edukacyjną nad kimś, kogo się jednocześnie przycina na forsie i gwałci. Pan Ferreira chce Marię podźwignąć, uszlachetnić, tylko że jednocześnie żeruje na jej niższym statusie i często ustawia w pozycji na kolanach. I żaden Proust tego nie wybroni. Tutaj następuje twist, bo po śmierci pana Ferreiry Maria zaczyna wyobrażać sobie, że miała z nim dziki romans. Zabieg ten, nie mający z #metoo absolutnie nic wspólnego, oddalony od całego ruchu #womenempowerement tak bardzo jak tylko się da, służy oddaleniu od siebie wstydu bycia ofiarą. Maria woli już być słomianą wdową, na którą poleciał dużo starszy i wysublimowany inteligent. Woli zakazany, namiętny związek ludzi z różnych sfer niż status jego dobrowolnej ofiary, wykorzystywanej właściwie tylko z powodu łatwego dostępu i bezkarności.

    Świetną prozę można poznać między innymi po tym, że trudno się o niej opowiada, że trzeba dużo czasu, by wyjaśnić, jakimi drogami podąża myśl autora, bo z reguły nie wystarcza katalog schematów, które rozbija. Tak właśnie jest w przypadku „apokalipsy ludzi pracy”, w której Mãe sięga po te dwa wskazane fantazmaty jakby mimochodem, podważając je trochę lewą ręką, od niechcenia. Bo zdecydowanie bardziej interesuje go opis życia i przebiegów myślowych jego postaci, ta ich apokalipsa dokonująca się każdego dnia, powolne życie bez żadnych perspektyw, w znoju i zmartwieniu bez końca.

     

    To książka, która idealnie zepsuje wam nastrój między świętami i sylwestrem. Ale jaki to jest kawał prozy, o matko!