Blog

  • Córki sprzątaczek

    Córki sprzątaczek

    Córki sprzątaczek

    „Zemsta należy do mnie” to jest druga z około 20 książek Marie NDiaye przełożona na polski. Uznawana za jedną z najlepszych pisarek francuskich, u nas jest bardzo słabo znana, a forma, w jakiej utrzymana jest „Zemsta należy do mnie” spowoduje co najwyżej lawinę śmiesznych komentarzy na Lubimy czytać.

    NDiaye używa formuły powieści kryminalnej, która całkiem nieźle unosi treści bardziej skomplikowane. W pierwszej scenie do gabinetu mecenas Susane wchodzi Gilles Princiapux, jeden z bohaterów głośnej w Bordeaux sprawy. Jego żona, Marlyne, zamordowała troje ich dzieci, i Principaux zleca mecenas Susane jej obronę. Zaczyna się jak w klasycznym kryminale, ale odpowiedź na pytania o przyczynę mało NDiaye interesuje – dużo istotniejsze są tu same pytania. Te zaczynają się mnożyć od pierwszej strony, poczynając od oczywistych: dlaczego Marlyne zamordowała swoje dzieci, dlaczego zamożny, ustosunkowany wykładowca z upper middle class wynajmuje jako adwokat nikomu nieznaną i zupełnie niewybitną adwokatkę, właścicielkę małej kancelarii? Co się wydarzyło między nimi, kiedy oboje byli dziećmi? Mecenas Susane sądzi, że to właśnie Principaux zapytał ją o marzenia i plany i jako pierwszy w jej życiu potraktował jak jednostkę w pełni sił intelektualnych. Jej rodzice, kiedy im o tym opowiada, są przekonani, że 14-letni chłopak molestował seksualnie ich 10-letnią córkę, ojciec podejrzewa najgorsze, obraża się na nią. Czy tym chłopcem był w ogóle Gilles Principaux? Dla mecenas to bardzo ważne, bo teraz, jako dorosły facet, wydaje jej się równie antypatyczny, jak jego żona, której wcale nie ma ochoty bronić. Mecenas skazana jest w swojej pracy na użeranie się z nieciekawymi klientami, bo oprócz Principaux, prowadzi też sprawę człowieka, który uważa się za spadkobiercę N…, handlarza niewolnikami i chce, by adwokatka doprowadziła do zmiany jego nazwiska. Tymczasem w aktach Bordeaux, miasta, które przez dwa stulecia wzbogacało się właśnie na handlu niewolnikami, nie ma żadnych śladów po intratnej działalności handlarza o takim nazwisku.

    Mecenas Susane pochodzi z rodziny o korzeniach drobnomieszczańskich, jej ojciec był urzędnikiem niskiego szczebla, matka sprzątała w zamożnych domach w najlepszej dzielnicy Bordeaux. Ojciec, gdy dostrzegł intelekt córki, marzył o tym, by sama została urzędniczką i kierowała jakimś wydziałem, bo tylko władza nad mężczyznami i to o jeden szczebel wyżej niż jego posada, wydawała mu się po 1. możliwa i dostępna, po 2. sensowna i zrozumiała. Adwokatka ma swoją kancelarię, jakoś tam wdrapała się do klasy średniej, choć trzyma się raczej jej dolnych rejestrów i od ludzi takich jak Principaux dzielą ją lata świetlne. Nie należy ona jednak ani do klasy, z której wyszła, ani do tej, do której aspiruje. Stara się pomóc migrantce z Mauritusa w legalizacji pobytu we Francji, ale wcale nie jest lewicową działaczką społeczną, bo dziewczyny nie znosi i odczuwa wobec niej wyższość. Oczekuje wdzięczności, chce, by Sharon miała poczucie długu, chce być lubiana i podziwiana. NDiaye drwi z adwokatki, która wstydzi się swojego pochodzenia, braku sukcesu, starego twingo, którego wiek udowadnia wszem i wobec, że nie udało jej się przebić szklanego sufitu.

    To nie będzie żaden spoiler, jeśli napiszę, że żadna zagadka nie zostanie jednoznacznie rozwiązana. Być może Marlyne cierpi na depresję, być może Gilles o wiele mówiącym nazwisku (główny, najważniejszy, przywódca, zasadniczy) znęcał się nad żoną, być może czuła się kompletnie osamotniona, porzucona przez rodzinę, bo ona też pochodzi z nizin społecznych i nie jest akceptowana w rodzinnych kręgach męża. Marlyne nie zachowuje się ani jako zimna morderczyni, ani jak kobieta chora na depresję.

    Równie niejednoznaczna jest mecenas Susane – wielka, zwalista, z króciutkimi włosami, obcinanymi konsekwentnie, odkąd odkryła w dzieciństwie, że długie kojarzą się jej rodzicom z księżniczkowością. Niby wyzwolona, świadomie nie chce zakładać rodziny i robi karierę. Tylko że jednocześnie wstydzi się nikłości swojego awansu, ma żal do rodziców, że nigdy nie wspierali jej w rozwoju i studiach. Wśród znajomych prawników ukrywa swoje niższe pochodzenie, trzyma ich na dystans, próbując własnym trybem życia i postawą nadrobić albo chociaż zakryć brak korzeni inteligenckich.

     

    NDiaye robi tutaj ciasny splot zupełnie różnych problemów: na pierwszym planie jest sprawa dzieciobójczyni, jej związku z mężem, zaraz obok podważony ciasno rozumiany feminizm – Marlyne za namowami męża rezygnuje z pracy w szkole, bo jemu ta praca wydaje się zbyt „proletariacka”, jej rodzina odsuwa się od niej, bo kobieta domowa nie zasługuje na ich szacunek. Matka i siostry czują, że je zdradza, gdy decyduje się zostać w domu i opiekować dziećmi. Następnie NDiaye wkłada kij w mrowisko macierzyństwa – Marlyne, jak większość matek, wybiera model macierzyństwa opierający się na ofierze z siebie i skrajnym poświęceniu. Ten ideał ją wykańcza. Jej przeciwieństwem jest mecenas Susane, też z awansu społecznego, zatrzymana w pół jego drogi (w tej francuskiej rzeczywistości, jaką kreuje NDiaye, dalszy awans nie jest możliwy, jeśli wychodzi się z pozycji drobnomieszczańskich). Wszystkie te powyższe wątki spina temat wstydu, bo każda z kobiet, zarówno sprzątające matki, oceniające swoich pracodawców za ich plecami na podstawie wielkopańskich gestów, jak i córki, które próbują wybrać dla siebie zupełnie inną drogę, spętane są wstydem, związane resentymentem wobec klasy, którą obsługują – matki jako sprzątaczki, córki jako prawniczki i nauczycielki. Z boku dobudowuje się postkolonializm, włączający się w całość powieści również przy użyciu wstydu – bo Sharon w nielegalnej pracy, może się tylko wstydzić, jej mąż nie pracuje i nie wychodzi z domu, przeżywa kryzys męskości, a brat Sharon, pozostały na Mauritiusie wstydzi się jej zdrady i wyjazdu.

    Splot może jest i ciasny, ale i ten sznur, który nam oddaje NDiaye, nie jest długi – jej powieść nie ma nawet 250 stron. Nie oznacza to wcale jednak ślizgu po temacie, nie oznacza też, że autorka posługuje się jakimiś emblematycznymi, skrótowymi scenami. Zwłaszcza że problemem równie istotnym co te wszystkie wątki, które wymieniam, jest powieściowa forma, nieprawdopodobnie drażniąca i genialna w swoim odejściu od oczekiwań czytelniczych. Bo NDiaye z jednej strony udaje skrajny realizm, pokazuje tylko to, co widzi jej bohaterka, a jednocześnie oszukuje nas, grając z percepcją mecenas Suzane, nie podając nawet jej imienia. W końcu czytelnik nie wie nawet, czy w dzieciństwie została zgwałcona, czy jest matką córki swojego eks-chłopaka. Mecenas tak intensywnie myśli o tym, co sądzą o niej inni, że gubi się zupełnie w myśleniu o sobie. Przeczulona na punkcie tego, jak na nią patrzą, co mogą zobaczyć, jak się wobec niej zachowują, czy ją lubią, nie dostarcza czytelniczkom i czytelnikom wiedzy prawdziwej, a my dość długo miotamy się w jej gorączkowej narracji. Cała zabawa polega tu jednak na tym, że NDiaye ma w nosie oczekiwania czytelnicze, właśnie na nich gra – oszukując, nie dostarczając wiedzy, opowiadając inną historię, myląc tropy. No, ale ten rodzaj eksperymentu jest przecież w prozie francuskiej rodzajem tradycji przynajmniej od lat 60.

    Nie ma co owijać w bawełnę – powieść NDiaye jest wybitna i trudna. To nie jest żadna literatura środka, to nie jest flirt z nią, ubieranie skomplikowanych pytań w łatwą fabułę. „Zemsta należy do mnie” to nie jest tabletka owinięta w szynkę – to jest czysta, samiuteńka tabletka.

    Marie NDiaye, Zemsta należy do mnie

    przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon

    Filtry 2023

     

  • Republika kobiet

    Republika kobiet

    Republika kobiet

     

    To, że „Nim dojrzeją maliny” została wyróżniona Europejską Nagrodą Literacką, jakoś zupełnie nie robi na mnie wrażenia, bo czytałam kilka książek do niej nominowanych lub nagrodzonych i naprawdę były słabe, żadne, kompletnie ich nie pamiętam bez sprawdzania w notatkach.

    Natomiast fakt, że to jest powieść ukraińska, która wpisuje się w nurt literatury środka i okazuje się jednocześnie mocno feministyczna – to już tak, łapię, wgryzam się.

    Kuzniecowa pisze podobnie do Sofi Oksanen czy Lauren Groff, bo potrafi połączyć w jedno bardzo przystępną formę i w niej umieścić zdecydowanie trudniejsze wątki. Autorka robi to tak sprytnie, że jeśli czytać ją będziemy mniej uważnie, to dostaniemy zabawną powieść o kobietach z jednej rodziny, uciekających od swoich problemów, związków i mężów do prowincjonalnego domu babki. Ale… tu jest dużo więcej – przede wszystkim obrona kobiet przed instytucją małżeństwa, długi traktat o tym, że kobieta potrzebuje mężczyzny jak ryba roweru.

    Dwie dorosłe już siostry, ich kuzynka i mała dziewczynka trafiają do domu rodzinnego, z którego ich matki uciekły lata wcześniej. Głową rodziny, opiekunką domu jest babka, właściwie tak stara, że powinna być już czarownicą. Babka szykuje się na śmierć od lat, kolejne wizyty u niej oznaczane są w rodzinnej kronice jako te ostatnie i pożegnalne. Na wsi, z daleka od dużego miasta, swoich rodzin i skomplikowanych sytuacji miłosnych, wszystkie kobiety szukają siły i odpowiedzi, co dalej mają zrobić ze swoim życiem. Punkt wyjścia jest jak w starych powieściach Grocholi, albo w chick-litach, ale u Kuzniecowej większość bohaterek ma na koncie dużą ilość związków, dużą ilość rozstań, nie żaden tam jeden rozwód i jedno dziecko. Siedzą więc w tym zapuszczonym domostwie, wymyślają, że będą hodować ekologiczne dynie i próbują z siebie wyciągnąć zwierzenia. Tutaj „Nim dojrzeją maliny” przechodzą w pastisz prozy obyczajowej, w której konwencja zakłada, że jak kobiety spotykają się same na uboczu, to muszą szybko zacząć się sobie zwierzać i wzajemnie prostować swoje zwichrowane ścieżki losu. Tymczasem tutaj większość rozmów coś raczej sugeruje, najważniejsze tematy pojawiają się w półzdaniach, ciągle ktoś przerywa, albo same kobiety szukają sobie nawet najbardziej błahych zadań, byle tylko zająć czymś ciszę. Kuzniecowa uderza w dwa z fundamentalnych mechanizmów rządzących kobietami w patriarchacie: etos poświęcenia (dla męża, dzieci, rodziny jako wartości abstrakcyjnej) oraz przejmowania wszystkich zadań i obowiązków aż do zajechania. Życie na automacie, od zadania do zadania, od obowiązku do obowiązku jest przecież podstawowym naszym doznaniem, największym ciężarem. Ale Kuzniecowa mówi też, przewrotnie, że nie zrzucamy często tego ciężaru, bo jest z nim w gruncie rzeczy wygodnie, bo pozwala on nie myśleć o tym, co robimy z własnym życiem, gdzie podążamy, po co to wszystko robimy. Strażniczką pytań i osobą, która nie zgadza się na łatwe odpowiedzi, czyni babkę – jej wszystko wolno, swoje też już odrobiła, staje się więc Teodora agentką zmiany, wysłanniczką chaosu.

    Mężczyźni pojawiają się tu na marginesie: jako ojcowie, którzy nie chcą albo nie potrafią pełnić swoich obowiązków, jako kochankowie z pedantycznie uporządkowanym życiem, gwarantujący stabilność i bezpieczeństwo, ale niezdolni do okazania uczucia. I choć jej bohaterki początkowo wydają się egoistycznymi wariatkami, szybko okazuje się, że ich problemy są realne, a nie wydumane. Kuzniecowa buduje je jako postaci dużo silniejsze, autonomiczne wobec mężczyzn. Normalnie układ wielopokoleniowy w powieści obyczajowej służy do dyscyplinowania kobiet: przykład babki zazwyczaj sprawia, że bohaterki po okresie buntu przyjmują patriarchalny system wartości i poświęcają się rodzinie. Tutaj jest odwrotnie: głównie dlatego, że niskie poczucie odpowiedzialności mężczyzn oznacza, że kobiety zostają same z dziećmi. Dlatego właśnie Kuzniecowa montuje opowieść o sile kobiet w czasie kryzysu męskości: znika podstawowy przymus małżeństwa, bo nie ma powodów ani ekonomicznych, ani prokreacyjnych, żeby ten węzeł zadzierzgnąć. A jeśli tak, to małżeństwo – oś i cel każdej tzw. powieści dla kobiet – przestaje mieć znaczenie. Udaje jej się, na szczęście, nie popaść w drugą skrajność i nie ustawić bohaterek w pozycji walczących walkirii, które chcą wszystkim mężczyznom przegryźć tętnicę. Dzieje się tak dlatego, że w ogóle inaczej ustawia swój punkt widzenia: jej bohaterki próbują określić kim są i czego chcą w odniesieniu do siebie i świata, a nie w odniesieniu do mężczyzn. Nie boją się samotności, nie boją się starości – obawiają się właśnie narzucania im poświęcenia ponad siły. A to jest chyba najbardziej uniwersalna formuła opowieści o kobietach. Enjoy.

    Eugenia Kuzniecowa, Nim dojrzeją maliny

    przeł. Iwona Boruszowska

    Znak 2023

    Współpraca: Wydawnictwo Znak 

  • Wybielacz zamiast antydepresantów

    Wybielacz zamiast antydepresantów

    valter hugo mãe, apokalipsa ludzi pracy

    przeł. Michał Lipszyc, Ossolineum 2022

    Sięgnęłam po Mãe na fali zwrotu ludowego i był to strzał w dziesiątkę. Mãe umiejscawia akcję swej powieści w Portugalii na początku XXI wieku, a jego głównymi postaciami są ludzie pracy: sprzątaczki, marynarz, budowlańcy. Tacy, którzy zarabiają za mało, żeby żyć, a za dużo, żeby umrzeć. W jednym z wywiadów autor mówił, że ludzi pracujących fizycznie nie widzimy, ignorujemy, że stanowią dla nas masę niewidoczną do tego stopnia, że nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia.

    Praca fizyczna sprawia, że Maria de Graça i Quitéria – kobiety 40-letnie, wydają się dużo starsze. Augusto, mąż Marii, myśli o niej jako o kamieniu: tępym, jałowym, bezkształtnym. Z Quitérią związuje się Andrij, emigrant zarobkowy z Ukrainy, dwa razy od niej młodszy, który przyjeżdża do Portugalii, by wyrwać się z rodziny, przede wszystkim od ogarniętego paranoją ojca. Ma zarobić, przesyłać pieniądze rodzicom, próbuje więc stać się maszyną, pracującym automatem o ograniczonych potrzebach.  Andrij jest na początku tej drogi, na której obie kobiety znajdują się już od dawna. Quitéria zabija pustkę ciężkiego życia i zmęczenie przygodnym seksem, Maria uprawia dziwny, ogołocony z magii rodzaj mistycymu, śniąc o śmierci. Augusto jest marynarzem, słabo zarabia, także dlatego, że większość pieniędzy przepuszcza w portach na kobiety, na utrzymanie domu pozostaje więc niewiele. Maria o tym wszystkim wie, nienawidzi męża i dolewa mu do zupy codziennie łyżkę wybielacza, bo wijący się w bólach Augusto jest bezbronny, nie zagraża jej, także fizycznie. Maria i Quitéria dorabiają jako płaczki na pogrzebach, nocami czuwają przy zwłokach przed pochówkiem. Przemęczone pracą fizyczną, sprzątaniem, pastowaniem podłóg i zmienianiem cudzej pościeli, zarywają jeszcze noce, nadzorując obce martwe ciała.

    Mãe montuje więc taki świat, który jest skrajnie realny i materialny, a jednocześnie przypomina rodzaj halucynacji – nie wiadomo, czy ze stężonego pragnienia wyjścia poza kierat, czy ze zmęczenia. Jego bohaterki nie spotykają się na kawie, nie chodzą do klubów, nie uprawiają joggingu. Gadają, wywieszając pranie na ogołoconym podwórku albo w kolejnych autobusach, dojeżdżając na następne nocne czuwania.

    Zaczęłam od tego, że Mãe zainteresował mnie na fali zwrotu ludowego – i tu otwiera się bardziej złożony problem, bo faktycznie „apokalipsa ludzi pracy” opowiada o osobach z nizin, zarabiających najmniej, wykluczonych z neoliberalnego społeczeństwa. Jednocześnie jednak autor w żaden sposób ich nie idealizuje, nie buduje żadnego mitu „szlachetnych ubogich”, ukrytych geniuszy, którym nie dano szansy na rozwój i edukację. Nie ma tu ludzi, których bieda wytrawia i czyni dobrymi, wrażliwymi na innych. Ofiary wykluczenia wykluczają za to doskonale innych i inne. Kobiety pilnują siebie nawzajem: przyglądają się sobie, czy są po równo zniszczone, przepracowane, bite, biedne, nieszczęśliwe. Jak mówi tytułowa bohaterka u świętego Piotra: „nie jest taka, żeby się od czegoś migała” i tego samego szuka w innych kobietach. Te, które dezerterują, próbują jakoś poprawić swój los – jak Gloria, siostra Quitérii, mogą liczyć tylko na uderzenie w twarz i wyrzucenie z domu nocą na bruk. Nie przepadamy zatem specjalnie za postaciami „apokalipsy…”, choć jednocześnie doskonale rozumiemy powody ich egoizmu i niechęci wobec świata.

    Oprócz mitu szlachetnych ubogich Mãe na warsztat jeszcze jeden fantazmat, nasz ulubiony, lewicowo-inteligencki: pracy u podstaw. Pan Ferreira, zamożny i świetnie wykształcony, poza tym, że wykorzystuje Marię de Graça seksualnie, jednocześnie stara się ją edukować. Pokazuje jej obrazy Goi, czyta jej fragmenty Prousta, puszcza Mozarta. Są to jednak sceny równie ohydne jak sceny przemocy seksualnej, traktuje ją bowiem z całą wyższością, jak dzikuskę, rozsmakowuje się w brzmieniu swojego własnego głosu. Trudno uczyć, pochylać się z misją edukacyjną nad kimś, kogo się jednocześnie przycina na forsie i gwałci. Pan Ferreira chce Marię podźwignąć, uszlachetnić, tylko że jednocześnie żeruje na jej niższym statusie i często ustawia w pozycji na kolanach. I żaden Proust tego nie wybroni. Tutaj następuje twist, bo po śmierci pana Ferreiry Maria zaczyna wyobrażać sobie, że miała z nim dziki romans. Zabieg ten, nie mający z #metoo absolutnie nic wspólnego, oddalony od całego ruchu #womenempowerement tak bardzo jak tylko się da, służy oddaleniu od siebie wstydu bycia ofiarą. Maria woli już być słomianą wdową, na którą poleciał dużo starszy i wysublimowany inteligent. Woli zakazany, namiętny związek ludzi z różnych sfer niż status jego dobrowolnej ofiary, wykorzystywanej właściwie tylko z powodu łatwego dostępu i bezkarności.

    Świetną prozę można poznać między innymi po tym, że trudno się o niej opowiada, że trzeba dużo czasu, by wyjaśnić, jakimi drogami podąża myśl autora, bo z reguły nie wystarcza katalog schematów, które rozbija. Tak właśnie jest w przypadku „apokalipsy ludzi pracy”, w której Mãe sięga po te dwa wskazane fantazmaty jakby mimochodem, podważając je trochę lewą ręką, od niechcenia. Bo zdecydowanie bardziej interesuje go opis życia i przebiegów myślowych jego postaci, ta ich apokalipsa dokonująca się każdego dnia, powolne życie bez żadnych perspektyw, w znoju i zmartwieniu bez końca.

     

    To książka, która idealnie zepsuje wam nastrój między świętami i sylwestrem. Ale jaki to jest kawał prozy, o matko!

  • Przepisywanie własnego życia

    Przepisywanie własnego życia

    Maria Karpińska, Ucichło, WAB 2022

    Z raportu Sierakowskiego i Sadury, opublikowanego w „Krytyce Politycznej” kilka tygodni temu wynika, że po pandemii Polacy dość powszechnie doceniają wagę zdrowia psychicznego, chcieliby mieć dostęp do lekarzy i psychologów, mają też świadomość, że koszty psychologiczne pandemii są do tej pory jeszcze niepoliczone. Powieść Karpińskiej, wydana jesienią, opiera się na monologu bohatera, który jakby znał te badania wcześniej, który – więcej nawet – jest uzależniony od terapii. Zmienia ciągle terapeutów, szybko opanowuje żargon i konwencję odbywania wizyt, ocenia swoich rozmówców, ćwiczy na nich różne swoje sztuczki. Do gabinetów trafia zaś dlatego, że nie może zasnąć. Przyczyna nie jest jednak somatyczna, a psychologiczna właśnie, jednak nawet świadomość, że boi się snu, w żaden sposób mu nie pomaga.

    Nie jest to jednak dla mnie powieść o terapii, ale o tym, że w ramach terapii montujemy sobie życie na nowo, że w ramach opowieści na kozetce stajemy się wszyscy autorami naszych żyć. Karpińska buduje medytacyjną, powolną, bardzo precyzyjną historię trójkąta siostry, brata i Janka – który żeni się z dziewczyną, a przez całe życie przyjaźni z jej bratem, głównym bohaterem. Janek umiera w kwiecie wieku, osierociwszy dwóch małych chłopców, nie wiedząc, że żona jest w trzeciej ciąży i po jego śmierci na świat przyjdzie córka.

    Przy tak oczyszczonej konstrukcji paradoksalnie dużo łatwiej pisać, czego „Ucichło” nie dotyczy. Chaos życiowy odzywa się tu bowiem tylko dalekim echem, pogłosem, wprowadzony jakby zza szyby, z dystansu przez głównego bohatera, szalenie introwertycznego, skupionego człowieka. Karpińska zastawia też na swoich czytelników sieć pułapek: konwencja terapii, spowiedzi na kozetce, podejmowane wiele razy próby uporządkowania życia sugerują bowiem, że oto dostajemy opowieść całkowicie szczerą, autentyczną, prawdziwą do ostatnich wylanych na terapii łez. Otóż właśnie nie. Karpińska gra bowiem na strunie, która mnie tutaj szczególnie interesuje, to znaczy właśnie na potrzebie kreowania, zbliżającej monologującego bohatera do pisarza, wytwarzającego historię, wyznaczającego jeden jej moment jako początek i szukającego takiej chwili, którą uzna za właściwe zakończenie.

    Fabuła „Ucichło” rozpoczyna się w chwili, gdy bohater trafia na terapię narracyjną, i większa część powieści to jego spowiedź. Karpińska odtwarza więc jego doznania, jego przemyślenia i lęki, a nie prawdę obiektywną o jego świecie. Główny bohater, frustrujący różne osoby ze swojego otoczenia właśnie poprzez permanentne skupienie na sobie, ocenia rzeczywistość przy pomocy swoich filtrów i hierarchii: uważa swoją siostrę na aktorkę, najczęściej nie może jej znieść, bo uważa, że ma ona w sobie grama prawdy, że ciągle się stylizuje i każdą sytuację, każdy dialog odbywa jako rodzaj wchodzenia na scenę. On zaś właśnie dlatego tak wysoko ceni sobie znajomość z Jankiem, bo zazdrości mu umiejętności zaangażowania się w całości w każdą chwilę, w każde doświadczenie i zdarzenie. On sam ciągle jest gdzieś obok, nie w całości, lekko wycofany, gotów do ucieczki i raczej niezdolny do działania, gdy czyjeś życie jest zagrożone.

    Tematem głównym „Ucichło” jest radzenie sobie z myślą o własnej śmiertelności – zapowiada ją już motto, zaczerpnięte z powieści „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona. Janek, podobnie jak bohater Gustafssona, domyśla się, że jest śmiertelnie chory, ale nie podejmuje żadnych badań, terapii, ukrywa prawdę przed rodziną, bo boi się tej prawdy, woli żyć jakimiś okruchami nadziei. O swoim stanie zdrowia informuje tylko przyjaciela, nie mówi nic żonie. Główny bohater, obarczony tą wiedzą, przygotowany w jakiś sposób na śmierć Janka, nie potrafi jej przyjąć, w ramach terapii stara się zbudować taką opowieść o świecie i przeszłości, w której Janek nie umrze. Karpińska wykorzystuje to więc jeden z najstarszych toposów literackich: opowiadanie jako przedłużanie życia. Niestety to tylko terapia, a nie baśnie Szeherezady i śmierć następuje bez zbędnych fabularnych opóźnień, nie ma żadnego odroczenia.

    To, co mnie najbardziej interesuje w tej powieści, to właśnie rodzaj gry z inteligenckimi i elitarnymi lękami i próbami ich rozbrojenia (terapia, powieść z kluczem i powieść w powieści, odraczanie badań, prowadzenie notatek z własnego stanu zdrowia, rating lekarzy i terapeutów) oraz nieustanne budowanie i burzenie analogii między terapią i literaturą. Karpińska nie daje się jednak wciągnąć w motywy z Woody’ego Allena (bless her!) – jej bohater nie jest autoironicznym intelektualistą z mocną neurozą, a jego opowieść nie stanowi wyrazu kompulsji, obserwowanie jego prób odwrócenia śmierci w żaden sposób nie jest zaś zabawne. Poza horyzontem głównego wątku rysuje się tu jeszcze seria dramatów, które do głównego bohatera docierają jakby zza szyby: siostra, tuląc się do niego po pogrzebie, sugeruje, że pewnie chciałby, by to ona zmarła, a nie Janek, jej trzecia „pogrobowa” ciąża, dzieci rozpaczające po śmierci ojca, dyżury rodziny, by zająć się chłopcami i zrekompensować im brak, lęki matki, czy chłopcy nie zaczną wstawiać wuja w rolę ojca. Nad tym zaś unosi się absolutnie ponadczasowy problem lęku przed śmiercią, medykalizacja procesu chorowania i umierania, zaskakująca wszystkich odmowa wejścia na te tory. Karpińska nie gra na jednej dramatycznej strunie, nie woła nigdzie silnym głosem o nieuchronności śmierci, bo to zupełnie nie jest jej estetyka.

    Jeśli sobie chcecie popłakać w święta – to weźcie popłaczcie nad czymś dobrym, na przykład nad „Ucichło”, a nie nad romansami z choinką na okładce.

     

     

    Tekst powstał we współpracy z WAB. 

     

     

     

  • Jak się mają twoje przylądkowe?

    Jak się mają twoje przylądkowe?

    Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,

    Karakter 2022

    Podobno Polacy wyjątkowo lubią leczyć się sami, bo nie dowierzają lekarzom i nie chcą czekać w kolejkach. Zatem jeśli szukacie lekarstwa na jesienną chandrę, na lęki wojenne i kryzysowe, zalecam Pufelskiego w dużych dawkach.

    Przećpałam się tą książką, ale była mi chyba potrzebna, bo do sklepu boję się iść i w domu gaszę każdą możliwą żarówkę. Chociaż to jest chyba niesprawiedliwie ustawiony punkt wyjścia – „Pawilon małych zwierząt” broniłby się nawet w czasach prosperity i pokoju. Pufelski, etatowy pracownik zoo najpierw w Krakowie, a potem we Wrocławiu, opowiada o swoim życiu opiekuna zwierząt, ale też o prywatnych lękach i frustracjach, o życiu wyoutowanego geja w Polsce, który musi wynegocjować sam z sobą, czego się domaga: akceptacji, a nie tylko jakiejś bieda-tolerancji, który sam się nadzoruje przy pilnowaniu tych obietnic: upomina wąsatych wujów, strofuje dziadka. Jego babki i ciotki nie tylko rozszerzają tę politykę, ale też domagają się od swoich znajomych zmian w mowie i myśleniu, stają się strażniczkami inkluzji społecznej. Pufelski nie opisuje jednak tego procesu z zewnątrz, ale tylko od środka, referując rozmowy z ciocio-babkami, rodzicami i przyjaciółmi. To pytanie o „twoje przylądkowe” zadaje babcia w czasie jednej z takich rozmów – dogłębnych, troskliwych, czułych.

    „Pawilon małych ssaków” z żelazną konsekwencją jest pisany emocjami i z pozycji naiwnej – ale one są oczywiście fingowane, bo kryje się za nimi znajomość procesów i zjawisk kulturowych. Nie chodzi mi tu o wskazanie oszustwa autora, przeciwnie – jego wielką zaletą jest umiejętność odrzucenia perspektywy wyższościowej i to zarówno w relacjach z innymi ludźmi, jak i na szerszym, międzygatunkowym, poziomie. Pufelski nie pyta na przykład o sens swojej pracy w zoo, nie unosi się infantylnie nad urodą, sprawnością zwierząt. Nie, on je charakteryzuje jak istoty myślące i czujące, unika też równocześnie pułapki antropomorfizacji.

    Jego świat ma charakter wybitnie zwierzęcy – od ilości wyliczanych przez niego gatunków kręci się w głowie. Ale imię połączone z gatunkiem pojawia się tylko raz, później, gdy wraca do kopytnych, pingwinów, hipopotamów posługuje się już tylko imionami. Tak samo z pandami, kapibarami, słoniami. Ucieka od sentymentalizmu i fascynacji mega-zwierzętami, na które najłatwiej uwodzić dzisiejszych odbiorców, bo w lodówce u niego w domu hibernuje żółw, od Ukraińców adoptuje ślimaki. Ze wszystkimi swoimi podopiecznymi nawiązuje szybko więź, ponosi też oczywiście koszty emocjonalne – musi się żegnać z tymi, które umierają albo wyjeżdżają do innych ośrodków zoologicznych, sekunduje ich stanom przygnębienia, porodom. Te porody, adopciny, wykluwiny łączą się tu zresztą płynnie ze świętami ludzkimi, płynnie układając się w karnawał, wymagający symbolicznej oprawy. W końcu trzeba postawić pytanie o to, kogo dotyczy pawilon małych ssaków – bo to nie tylko jeden z punkt w zoo, ale też w gruncie rzeczy rodzina i przyjaciele samego autora – wszyscy tak samo są ssakami tworzącymi małe wspólnoty.

    W tle toczy się tu dyskusja ekologiczna i ona w tym porządku naiwnym jest ukryta. Ani razu nie pada hasło kryzysu ekologicznego czy katastrofy klimatycznej, Pufelski nie posługuje się w ogóle językiem współczesnych mediów. Powraca za to wiele razy troska o to, czy uda się rozmnożyć jakiś gatunek, dzika radość z kolejnej ciąży i porodu, poczucie, że na ograniczoną skalę coś się dzieje. Bo skoro nie można uratować całych gatunków i na wolności, to należy walczyć o każdą pojedynczą istotę nieludzką. Rewers tej radości stanowi rozpacz po śmierci Bąbla, lwa z krakowskiego zoo, lęk o kopytne w Ukrainie, przygnębienie na wiadomość o zamknięciu nierentownego ogrodu Living Coast, zajmującego się opieką nad ptakami morskimi.

    Gdybym mogła, to bym napisała, że Pufelski wysyła w naszą stronę miziastego, futrzastego przytulasa, ale ponieważ mi nie wypada, to napiszę, że pokazuje on, jak może w języku literackiego zapisu działać etyka troski, jak literatura może nieść ukojenie, nawet jeśli nie jest ono trwałe i jak budowanie wspólnoty międzygatunkowej dokonuje się już teraz, a zwrot ku istotom nieludzkim nie wymaga w naszym życiu żadnej specjalnej rewolucji.  

    Ale jeśli was bardziej przekonuje miziasty przytulas – go for it.

  • Dania orientalne w galerii handlowej, czyli literatura peryferii

    Dania orientalne w galerii handlowej, czyli literatura peryferii

    Przewaga języka angielskiego na rynku wydawniczym jest tak duża, że wydaje nam się oczywista. Jednocześnie sprawia ona, że wszystkie pozostałe języki i ich literatury stają się peryferiami, a angielski trwale zajmuje pozycję hegemona, którego właściwie nic nie jest w stanie naruszyć. W Polsce ponad 55% produkcji wydawniczej to przekłady z angielskiego, pozostałe 45% zajmuje polski i wszystkie pozostałe języki.

    Ten układ sprawia, że – jeśli w ogóle można mówić jeszcze dzisiaj o kanonie – ma on wymiar dwujęzykowy, dotyczy osobno literatury polskiej i obecnej u nas dość widmowo literatury światowej, przy czym ten drugi opiera się na książkach napisanych w oryginale przede wszystkim po angielsku. Nie chodzi mi teraz o to, byśmy zamieniali się wszyscy w krytyków anglo-globalizmu, ale byśmy dostrzegli, że taki układ rynku odtwarza globalne, zunifikowane hierarchie, nie tylko dublujące problemy istotne w zachodnim świecie języka angielskiego, czy konserwujące jego normy kulturowe i ekonomiczne, ale dające nam naskórkowe wrażenie kontaktu ze światem.

    Jakie są konsekwencje praktyczne tego układu? Najpierw te najbardziej przyziemne – ze wszystkich tłumaczy to właśnie tłumacze języka angielskiego zarabiają najmniej, bo też największy jest tu rynek i najwięcej osób go obsadza. To jest wątek paradoksalny, bo w jakiś sposób tłumacze ci reprezentują interesy hegemona, ale są na tym w gruncie rzeczy stratni. Wielu wydawców z pogranicza piractwa albo na wiecznym dorobku próbuje urywać po 50 zł na arkuszu, bo zawsze może szantażować tłumaczy, że znajdzie kogoś tańszego. Z drugiej strony zaś, tłumacze z „mniejszych” języków nie bardzo mogą sobie pozwolić na specjalizacje, o czym mówił Tomasz Kwiecień na spotkaniu z osobami zrzeszonymi w Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury. Ktoś, kto chce się utrzymać z tłumaczenia, musi brać praktycznie wszystkie zlecenia – od literatury popularnej, przez książki popularnonaukowe, dziecięce, po łapaną z rzadka literaturę wysoką. 

    Teraz poziom wyżej, ale dalej jesteśmy blisko ziemi: z angielskiego dostajemy największe barachło, często też przypadkowe rzeczy, opakowane jako „uniwersalne” i (w domyśle) „ważne”, bo „zachodnie”, szybko podchwycone, wydane, komentowane, chwalone przez duże media zagraniczne. Przykład: o #metoo wiemy najwięcej dzięki publikacjom amerykańskim, których popularność zagłusza bardzo słabe echo tego zjawiska w Polsce, a recepcja krytyczna takich słabizn jak „Kociarz” Kristen Roupenian daje pozór silnego i wywrotowego nurtu o wymiarze globalnym. W ten sposób zanika różnorodność, ale też powstaje skrzywiony obraz rzeczywistości, skrzywiony, bo reprodukujący postsekularną hierarchię wartości Pierwszego Świata.

    Wchodzimy poziom wyżej i dotykamy sufitu, co prawda nie szklanego: autorzy i autorki, a także wydawnictwa publikujące książki w innych językach nie są w stanie się przebić do dużych agencji sprzedających prawa, ani do zagranicznych wydawnictw biorących ich publikacje pod uwagę. Z reguły taki ruch udaje się wykonać tylko tym, którzy się najlepiej sprzedają, tym, którzy w pewien sposób reprodukują konwencje maistreamowej zachodniej prozy, ubarwiając je „kolorytem lokalnym”, a zatem dokonując pewnego rodzaju imitacji z lekką zmianą. Na podstawie ich książek budujemy często generalizujące wnioski, wyrabiamy sobie opinię na temat systemu wartości, wrażliwości, głównych bolączek ich kultur, uznając przekłady za reprezentatywne i typowe, a nie w jakiś sposób wyjątkowe. Jest to sąd uprawiony o tyle tylko, jeśli założymy że Szczepan Twardoch i Remigiusz Mróz – polscy autorzy na eksport –mogą reprezentować polską literaturę.

    O ile większość redaktorów i redaktorek nabywających dość dobrze wie, co się dzieje w literaturach anglo-języcznych i dość łatwo może samodzielnie zweryfikować wartość podsuwanych im przez agentów książek, o tyle w przypadku tytułów nie-anglojęzycznych skazana jest na pośredników i opinie recenzentów wewnętrznych, tłumaczy, agentów. Ten wydłużony ciąg sprawia, że świetni autorzy i autorki tułają się po różnych wydawnictwach, nie wywołując większej dyskusji krytycznej. Sofi Oksanen, pisząca po fińsku autorka o estońsko-fińskich korzeniach, w ciągu 12 lat wydała w Polsce 5 powieści w 3 wydawnictwach: Świat Książki, Czarne, Znak.

    Tymczasem tylko literatura pisana na peryferiach, w innych językach gwarantować może prawdziwy „koloryt lokalny”, bo to, co wytwarza literatura centrum, jest jedynie złudzeniem kulturowej odmienności i różnorodności. Jeden z badaczy zajmujących się tym tematem, Stephen Owen, porównuje produkcję literacką w języku angielskim do „food courts” – restauracji umieszczonych w galeriach handlowych. Obiecują nam orient, a wiadomo co dają.

     

     Tradycyjnie, tego rodzaju przemyśleń o rynku i życiu literackim dostarcza mi Festiwal Conrada, który od poniedziałku trwa w Krakowie. W tym roku jednak w sensie pozytywnym – bo KBF, jeden z organizatorów Festiwalu, nawiązał współpracę z siecią CELA, której głównym zadaniem jest wspieranie mniejszych języków, innych wizji świata i innych autorów, właśnie nie angielskich. CELA, podobnie jak programy rezydencjalne dla badaczy i badaczek, dla tłumaczek i tłumaczy, może się przyczynić do podważenia pozycji hegemona, choć nie oszukujmy się, z pewnością może to być lekkie nagryzienie. Ta sieć zadziała jednak wtedy, gdy wydawcy się o niej dowiedzą i powiedzą „sprawdzam” promowanym przez CELA osobom piszącym i tłumaczącym.

    W ramach projektu w 28 października w Krakowie będzie można spotkać i posłuchać fragmentów prozy:

    • Danieli Costy z Portugalii (w przekładzie Gabriela Borowskiego)
    • Nikki Dekker z Holandii (w przekładzie Olgi Niziołek)
    • Anna Beata Háblová (w przekładzie Agaty Wróbel)

    Współpraca: Festiwal Conrada.