Blog

  • Rodzina jako własność

    Jennifer Egan, Domek z piernika

    Przeł. Anna Gralak

    Znak 2024

    Kiedy połowa czytelników zastanawia się, czy to jest powieść o Musku, a druga połowa – czy o Zuckerbergu, mnie tu najbardziej interesują dzieci.

    Ale od początku: Egan kreuje w tej powieści świat futurystyczny, taki, w którym Bix Bouton, postać wzorowana na geniuszach technologicznych, wymyśla program umożliwiający pobieranie wspomnień od indywidualnych osób i umieszczanie ich w jednej, dostępnej bazie. Procedura jest stosunkowo prosta, ilość danych olbrzymia – można wyszukiwać wspomnienia po datach i po osobach. Tylko zrewoltowane niedobitki nie pozwalają pobrać swoich wspomnień i podzielić się nimi z innymi ludźmi.

    Egan nie jest jakoś specjalnie zajęta tutaj ani technologią, ani nie diagnozuje świata mediów społecznościowych – więcej uwagi poświęca temu, jak zmienia się nasza rzeczywistość pod wpływem technologii, jak kształtuje ona relacje międzyludzkie. Najwięcej uwagi skupia na losach jednostek, których wprowadza tu legion. Jakby miarą autentyczności tego świata, jego wiarygodności i komplikacji była właśnie liczba bohaterów – ale rozwiązanie to wydaje się o tyle uprawnione, że właśnie we wspomnieniach dotyczących innych Egan się zanurza. Jej bohaterowie, podążając za idealnie zakonserwowanymi wspomnieniami z przeszłości innych osób, otrzymują przecież rzeczywistość pełną szczegółów, ludzi, miejsc, odczuć, muszą sami ją strukturyzować i hierarchizować.

    W takich panoramicznych powieściach realistycznych zawsze zwracam szczególną uwagę na dzieci – głównie dlatego, że mam pewną roboczą, prywatną teorię, która mówi, że kultura nie potrafi porządnie opowiadać o osobach pozostających w relacjach z dziećmi, że akcja zawiązuje się wtedy dopiero, gdy dziecko zostanie odstawione na boczny tor, na jakiś drugi plan i oddane pod opiekę kogoś innego. Nie jest to teoria specjalnie naukowa i sprawdzona – raczej taka drobna obsesja matki dwojga (jakby powiedzieli Amerykanie „a mother of two”). Zastosowana jednak do Egan wydaje się szalenie ciekawa: pozwala bowiem docisnąć jeszcze mocniej wątek programu „Poznaj swoją podświadomość” Bautona.

    Zapisane wspomnienia stają się dostępne dla wszystkich – dzieci oglądają wspomnienia rodziców, odwracają się relacje, nagle widzimy rodziców w sytuacjach, w których nie powinniśmy ich nigdy oglądać. Śledzenie tropu dziecięcego okazuje się też o tyle pożyteczne, że ujawnia wyjątkową subiektywność tej narracji: już w pierwszej scenie Bix prosi żonę o chwilę rozmowy, gdy karmi ona dziecko piersią. Mąż ma pretensje, że żona poświęca dziecku więcej czasu, że nie może z nią porozmawiać „tak jak na studiach”, że zasypia. Sfrustrowany myśli o tym, że dzieci „wysysają z niej energię” już od samego rana, gdy ona uwija się wokół nich, a on medytuje – czy muszę pisać Wam więcej? Już te krótkie przebitki na jego proces myślenia budzą do typa szczerą odrazę.

    Większość krytyków skupia się na tym, jak Egan diagnozuje stan amerykańskiego społeczeństwa, ja powiedziałabym, że najwięcej mówi o tym, jak przekładamy sobie relacje kapitalistyczne na rodziny. Otóż po prostu rodzina to własności. U Egan dzieci się ma – posiada, dodaje, płodzi, dzieli. Rodzice nie traktują dzieci jako ludzi, raczej jak mniejsze wersje siebie, jakieś programy naprawcze albo okazje do posiadania czegoś tylko dla siebie, zrobienia w życiu czegoś lepiej/inaczej. Rodziny są obciążeniem, nie pozwalają na wolność, ograniczają, porzuca się je zatem, by za kilka lat zakładać kolejne, jakby nie tylko się tego instynktu nie dało okiełznać, ale jakby też pamięć o rodzinnych okowach okazywała się nadzwyczaj krótkotrwała.

    Co więcej – posiadanie rodziny jest zaś u Egan, zwłaszcza dla jej męskich bohaterów,  znakiem osiągnięcia pełni życia, widocznym znakiem zaradności, potwierdzeniem sukcesu na wszystkich polach i dojrzałości. Część z nich wycofuje się z tych rodzin chyłkiem, negocjuje na jakich zasadach może w nich funkcjonować, wybiera, oszukuje, porzuca.

    No więc nie bardzo mnie interesują u Egan rozkminy dotyczące technologii, ale jej opowieść o kapitalizowaniu rodzin – owszem tak, poproszę więcej.

    Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Znak Literanova.

  • Po co komu romans?

    Po co komu romans?

    J. M. Coetzee, Polak

    przeł. Aga Zano, 

    Znak 2023

     

    Ciekawy, odświeżający romans – płomień się tu tli jak na starej zapałce, amant jest oziębły, kochanka stąpa twardo po ziemi. 

    Coetzee wydaje właśnie teraz w Polsce powieść „Polak” – choć tytuł jest mylący, bo nie o Polskę tu chodzi, ani nawet za bardzo nie o tego Polaka. Wszyscy piszą, że to noblista przerabia tu Dantego, że to nowe ujęcie tradycyjnej historii. Jest nowe – bo tu dużo ważniejsza jest Beatryczne niż Dante.

    Nie do końca rozumie to Jacek Szczerba, który w GW pisze, że Coetzee za mało przedstawia Polskę i słabo pokazuje tytułową postać. Panie, on wcale prawie tej postaci nie pokazuje, to jest pretekst, gra-zabawa, ważniejsza jest kobieta (wiem, że GW ostatnio ma z tym problem, więc piszę od razu i wyraźnie).

    Na tym właśnie polega skręcenie, rozbicie konwencji romansowej, jest to bowiem romans właśnie, a nie historia miłosna. 70-letni bohater, pianista, nawiązuje romans z zamożną Hiszpanką Beatriz, stateczną, matką dwóch dorosłych synów. Kobietą, która stoi twardo na ziemi, ale też zna się na sztuce (bo to element jej wykształcenia, każdy w jej klasie się zna) i nie lubi sposobu, w jaki interpretuje on Chopina w czasie swoich występów. 

    Dawno żaden romans w powieści nie zaczynał się tak źle, nie miał tak mało namiętności. I to jest właśnie w tej książce wspaniałe. Co więcej, Coetzee, autor miażdżącej „Hańby” i „Elizabeth Costello”, obserwuje ten romans z punktu widzenia wyłącznie kobiety. Tutaj mamy więc pierwszy skręt: jemu samemu przecież bliżej do postaci 70-letniego pianisty, przybysza z gorszej części świata, który musi się w pewien sposób wkupić w łaski swoich gospodarzy i ich klasy, udowodnić, że cechuje go nie tylko talent muzyczny, ale też że potrafi się zachować na salonach i restauracjach. Jednocześnie my jednak patrzymy na Witolda ciągle tylko mało czułym okiem Beatriz, narratorki.  Beatriz nie zaprowadzi Witolda do żadnych niebios, tu nie będzie żadnej „Boskiej Komedii”. Witold staje się dla Beatriz pretekstem, żeby w warunkach kontrolowanych wyskoczyć z własnego życia, żeby odbyć wycieczkę w głąb siebie. I tu jest właśnie ten drugi skręt, sprawiający, że świetnie się ów romans – nie romans czyta. Bo nie chodzi tutaj o dreszczyk emocji, nie chodzi o zaznanie tego, na co nie pozwala kobiecie upper middle class. Nie chodzi ani o namiętność, ani o wolność. Chodzi wyłącznie o poznanie, i to jeszcze jest to świadomie przeprowadzona przez bohaterkę operacja, jakby z wyrachowaniem poprowadzony eksperyment, w którym Beatriz sprawdza, kim jest. 

    Beatriz szczyci się swoją racjonalnością, porządkiem, dyskrecją, pełnym wywiązaniem się z ról społecznych i płciowych. Bierze udział w swoim życiu, ale też wciąż mu się przygląda: przygląda się Witoldowi – chłodno, przygląda się swoim przyjaciółkom – krytycznie. Przygląda się swoim synom – z miłością, ale i pełną wiedzą o ich wadach, swojemu mężowi – z dystansem. 

    To Beatriz jest sto razy ważniejsza w tej powieści niż tytułowy Polak, on jest tylko wyzwalaczem pewnych emocji. Nie powoduje nawet sytuacji, bo choć to jego uczucie uruchamia ich relację, to nie on w niej rządzi, nie on doprowadza do ich spotkań, nie on decyduje o tym, jak ma wyglądać koniec i kiedy nastąpi. 

    Nie chodzi jednak wcale o to, że Coetzee przepisuje historię romansową według scenariusza feministycznego po #metoo, nie. Raczej o to, że dokonuje on fantastycznej podmiany ról: to kobieta nagle okazuje się tą postacią, która nawiązuje romans po to, by zaspokoić inne swoje potrzeby, by za pomocą relacji na boku coś w swoim życiu pozałatwiać. 

    Nieprawdopodobny jest też chłód tej powieści, tu nie ma żaru, tu czuć zimnem od katafalku, jakby romans w drugiej połowie życia mógł się dokonywać tylko w cieniu śmierci: “Beatriz myśli, jak by było dzielić łóżko z tą wielką kościstą postacią, i wzdryga się z obrzydzenia. Te zimne dłonie na jej ciele”.

     Chłód bije nie tylko z relacji dwójki postaci, ale też i z języka Coetzeego, dystansującego się do opowiadanej historii, nie dowierzającego różnych wzorom zachowań, hierarchiom wartości. Świetny fragment dotyczy na przykład charakterystyki Beatriz, kiedy wspomina ona swoje sukcesy życiowe i pisze o wychowaniu synów: “Dążenie do wielkich osiągnąć mają [synowie] po ojcu, nie po matce. Ich ojciec odniósł w życiu sukces niekwestionowany. Co to matki, jeszcze trudno powiedzieć. Czy wystarczy, że wysłała w świat dwóch tak świetnie odkarmionych, energicznych młodych mężczyzn?”.

    Natomiast najwspanialsze w tej powieści jest to, jak Beatriz nie daje się zwieść, zarazić cudzymi emocjami. Przeżywa, bo chce przeżywać, jedzie, bo chce jechać, nie pada ofiarą porywów, to ona sobie te porywy ustawia i unosi się na nich. Ciągle ma oczy szeroko otwarte, w każdej sytuacji. 

    Wspaniała odpowiedź na te wszystkie popłuczyny po różnych paniach Bovary, może więcej takich romansów po #metoo będziemy sobie teraz czytać. 

     

    PS.

    Poproszę propsy za to, że ani razu nie napisałam “najnowsza powieść noblisty”.

  • Kuszenie albo redakcja mitu

    Kuszenie albo redakcja mitu

    Skoro już pojechałam do Warszawy na wręczenie Paszportów „Polityki”, to przy okazji zahaczyłam jeszcze o Muzeum Narodowe – w środku ferii, rozhukane, pełne dzieciaków, z paniami w szatni bardzo nieszczęśliwymi od ilości pracy.

    „Arkadia” reklamuje się kilkunastosekundowym zwiastunem, w którym obraca się rzeźba Cypriana Godebskiego, zatytułowana „Kuszenie”, umieszczona na wystawie w cyklu „Antyczne i włoskie sielanki”. Kłopot polega jednak na tym, że rzeźba bynajmniej nie przedstawia kuszenia, a czystą przemoc: satyr siłą trzyma na kolanach młodą, szczupłą dziewczynę. Biały kamień świetnie oddaje te kontrasty: jego siła fizyczna i jej wiotkość, jego grube rysy, jakby zapijaczonej, niby pół-zwierzęcej, ale raczej oszpeconej zużyciem i rozwiązłością twarzy, jej twarz wąska i szczupła. Wzrok spuszczony wbite w dół, w zaciśnięte kolana. Stałam dość długo, wgapiając się w te kolana właśnie i zastanawiając, dlaczego tak dyskusyjna rzeźba trafiła na promocyjną czołówkę.

    Wystawa w Muzeum Narodowym ma ambicje przedstawienia rozwoju i przekształcenia arkadyjskiego motywu kultury aż do współczesności. Od Wergiliusza po Dianę Lelonek i Cecylię Malik – taki jest mniej więcej jej zakres. Szeroki zakrój dzieł sztuki, podzielonych na epoki uzupełnia tu sztuczna roślinność, mech i plastikowe paprotki. Piszę o nich dlatego, że te kiwające się w podmuchu klimatyzacji listki jakoś dziwnie nie grały z magią, którą powinny kreować. To nie było żadne popołudnie fauna, tylko smętny spacer po wypalonych mitach. Nie jest to zarzut, raczej obserwacja, że instytucja jaką jest muzeum, ze swoimi przepisami nie jest w stanie wprowadzić żadnej żywej rośliny i może o Arkadii opowiadać przy pomocy tworów sztucznych. Niezła ironia.

    Wystawa jest niezła – arkadyjska sztuczność i naiwność marzeń podlega tutaj problematyzacji, rozbija się w ostatnich salach, w dystopiach i opowieściach o katastrofie klimatycznej. Płciowy wymiar mitu rozpada się w Sali „Queerowe arkadie”, gdzie łąka i gołe, rozleniwione, młode ciało staje się kostiumem dla opowiadania o nieheteronormatywności. Czekam też bardzo na wykład, który ten temat będzie poszerzał – 13 lutego mówić o queerach w Arkadii  będzie prof. Monika Rudaś-Grodzka.  

    Wszystko to spoko, brakuje mi tylko jednego wątku – połączenia Arkadii i sadyzmu, arkadii i przyzwolenia na gwałt, zwierzęcego kostiumu przysługującego tylko mężczyźnie. Bo w zebranych przedstawieniach kobieta mogła być bowiem albo człowiekiem (czyli podlegać normom), albo rośliną (zamieniała się w nią za karę, gdy odmawiała kontaktu seksualnego), za każdym razem, nawet w wyobrażonych krainach wiecznej szczęśliwości zajmowała pozycję niższą. No i co to o nas mówi, że wyobrażamy sobie te krainy jako miejsca, gdzie można nimfę wychłostać?

     

  • Ostrożnie, pożądanie

    Ostrożnie, pożądanie

    Małgorzata Lebda, Łakome,

    Znak 2023

     

    Kawę sobie zróbcie, bo będzie długo. I z zachwytami, chociaż naprawdę próbowałam czytać tę książkę na zimno, na ostro i na odległość.

    Debiutancka proza Lebdy jest wybitna przede wszystkim dlatego, że nie da się wyrysywać w niej żadnych par opozycji, żadnych wyraźnie prostych linii i ich przecięć. To jest świat, który faluje, płynie, wymyka się spod oka i ręki: w domu z powodu raka powoli umiera babka, w potoku leży ciało lista. Oba te procesy są wobec siebie przez długi czas równoległe, ciało babki choroba zgryza, zmniejsza, babka chudnie. Ciało lista w wodzie przez kilka miesięcy także chudnie, strumień zdziera sierść, mięsno, ścięgna, porywa je. W końcu pozostaje oczyszczone do kości. Oba te ciała łączą się w ramach jakiejś odwróconej relacji, Lebda nie pozwala na poprowadzenie analogii, choć najpierw przez pewien czas nas nią zwodzi. Rozkład ciała lisa jest naturalny, tymczasem ciało babki trawione jest chorobą, której naturalny i zarazem zupełnie nienaturalny charakter przetacza się przez dalszy plan powieści. Każdy w tym świecie wiejskiej, górskiej miejscowości musi umrzeć, śmierć dzieje się tu na okrągło, wciąż umierają jakieś istoty, insekty wpełzające do domu, zwierzęta leśne, zwierzęta hodowlane w sąsiedniej ubojni, psy, ludzie w swoich gospodarstwach, ale nad nimi unosi się powolna, stopniowa śmierć babki, która z jednej strony toczy się ospale, przez wiele miesięcy i pór roku, z drugiej zaś dokonuje się błyskawicznie, osłabiając ciało i nie pozwalając babce podnieść się z łóżka. Lebda zderza więc śmierć istot z różnych porządków, różne ich prędkości, nie pozwala na ich upodobnienie i zrównanie w jednym zdaniu.

    Nie ma też opozycji między babką i dziadkiem, choć na początku (znów!) tak na się może wydawać, bo babka jest wiedźmą, miłośniczką żywego, opiekunką zwierząt, a dziadek dba o porządek, jest gospodarzem, panem domu. Kiedy wydaje się, że ich postaci osadzone są na opozycji natura vs kultura, śmierć vs. życie, Lebda znowu robi zwód.  Babka wyszła za dziadka jako biedna panna z zatopionej wsi, on ją wziął „bez niczego”, nigdy też niczego na nią nie przepisał – ani domu, ani pól, ani majątku. Kiedy jednak ona słabnie, on wyprzedaje wszystko, żeby dom ogrzać, wyremontować, żeby „babce było ciepło” – tak tutaj wyraża się miłość.

    Żywiołem „Łakomego” jest to, co sugeruje sam tytuł, czyli rodzaj nijaki, wiele razy powraca tu właśnie ta forma przymiotnika: „chore”, „łakome”, „dzikie”, „urodzone”, „martwe” i „żywe”. Rodzaj nijaki wywołuje zaś niepokój, bo wymyka się i patriarchatowi i feminatywom, podąża sobie gdzieś bokiem, własną ścieżką, mocno niezależny. Dzikie jest to, co dzieje się w lesie, całe życie leśne, obserwowane przez dziadka, dzikie jest też to, co babka sprowadza do domu: spasione muchy, mrówki spod podłogi, pogryzione, ledwo żywe koty, przygarnięte psy. Dzikie są też młode kobiety, które opiekują się babką, dzikie do tego stopnia, że nie wiadomo, czy są siostrami czy kochankami (Wojtek Szot twierdzi, że kochankami, Justyna Sobolewska że siostrami) – i prawdę mówiąc, nie ma to wielkiego znaczenia dla tej historii. Podobnie z „łakomym” (choć niektórzy czytają tytuł jako liczbę mnogą te łakome) – łakome jest tu światło, odbijające się od stu luster zawieszonych na ścianach stajni dla Ann, która zajmuje się studiowaniem światła. Łakome są jakieś siły podziemne, które nie mogą znieść cywilizacji i sprawiają, że ziemia pracuje, osuwa się spod szkoły, gospodarstw, a przede wszystkim spod ubojni. Ludzie walczą z tym, co dzikie i łakome, bo sami są nadzwyczaj łakomi – zalewają rozpadliny tonami betonu, układają płyty, które mają umocni ubojnię. I ubojnia jest łakoma, pochłaniając całe kontyngenty zwierząt, wypluwając tylko ich ciała i smród śmierci, duszący całą miejscowość. Ten rodzaj nijaki zajmuje zatem i relacje we wspólnocie, i relacje w domu, i relacje między gatunkami. To on pozwala unikać jasnych deklaracji i podziałów, daje możliwość budowania nowej wspólnoty, ponadgatunkowej i ponadrodzajowej.

    Lebda nie lubi rzeczowników abstrakcyjnych, a już nade wszystko nie lubi nazywania – dlatego rozdziały w „Łakomym” przypominają swoją długością czytanki z pierwszego elementarza. Wszystko jest nadzwyczaj konkretne, wymierne, uchwytne, ma wyraźny kształt, kolor, zapach – ale jednocześnie ta proza nie ucieka w żadne poetyzmy, Lebdzie udaje się konstruować świat przy pomocy samych faktów. W tej powieści, która w całości osadzona jest na granicy pól, lasu, osady i ubojni, ani razu nie pojawia się słowo „natura”, nie ma żadnej „przyrody”. Powinno się powiedzieć, że Lebda to pisarka natury, ale nie da się, bo nie ma u niej tego terminu. Zostańmy więc przy tym, że jest autorką zwrotu ekologicznego.

    Tym, co jeszcze się wymyka i pozostaje zarówno dzikie, jak i nienazwane, jest pożądanie – w trakcie lektury „łakomego” trzeba się wachlować, bo napięcie seksualne obezwładnia. Jednocześnie zaś pożądanie, jak wszystko inne u Lebdy, jest inne, skręcone: nie wiemy, czy czułość młodych kobiet wobec siebie za dnia to wstęp do relacji erotycznej, widzimy tylko ich wzajemne gładzenie się, wąchanie, pocieranie skóry palcem, słyszymy nocne szepty – takie rozmowy o świecie, które brzmią jak największe intymności. Feminizm Lebdy, podobnie jak w jej wierszach, nie powstaje ze sprzeciwu wobec czegoś i kogoś, nie ma znaku negacji, nie jest feminizmem buntu. Jeśli chodzi o napięcie heteroerotyczne, to w tomach poetyckich miało słodki posmak klasowego upadku. Tzn. dziewczyny z wierszy Lebdy czuły dziwny rodzaj drżenia przy wiejskich, krzepkich chłopakach i w „Łakomym” ten walec pożądania radośnie tratuje różne teorie zwrotu ludowego. Obie młode kobiety nie do końca są z tego świata wiejskiego – studiowały, pracują intelektualnie, chodzą do lasu na spacer (czyli po nic, dziwna czynność, które nie wykonują w Maju tubylcy), nie chcą ustrajać kościoła we wsi, nie chowają się też, gdy do domu przychodzą brygady robotników albo chłopak z ubojni, wyraźnie w nie obie zapatrzeni. Oprócz klasowego zabarwienia w tej obustronnej fascynacji erotycznej ważne jest i to, że pożądanie u Lebdy nie podporządkowuje się regułom kapitalizmu, czyli nie ma tu mowy o romansie, seksie, flircie – to pożądanie nie dąży do zaspokojenia, nie musi być spełnione lub odrzucone, nie wymaga żadnego działania. Po prostu jest, wytarza się w spojrzeniach, w otwieraniu drzwi, wpuszczaniu robotników do domu, piciu z nimi kompotu. Lebda skręca jednak i ten wątek – nie można opracować go w ramach freudowskiego porządku, bo tutaj jedną z postaci spoglądających z pożądaniem, chyba nawet największym, jest Staszek z ubojni, „syn kurwy i szatana”, jak mówi o nim dziadek. Staszek w świecie „Łakomego” jest po prostu Tanatosem, bogiem śmierci, posłańcem, który wypełnia czyjąś wolę i tę śmierć zadaje. Lebda gra z freudowskimi skojarzeniami, bo u niej pożądającym jest sam Tanatos, wiejski chłopak, który nie ma szans na inną pracę niż praca śmierci. To on pragnie właśnie głównej bohaterki, tej, która za dnia opiekuje się babką, a nocą pisze kod dla amerykańskiej korporacji.

     

    Miałam jeszcze niedawno taką teorię, że literatura zwrotu ekologicznego jest taka wątła i średnio udana, bo niski jest jeszcze przeciętny poziom wiedzy ekologicznej. Że literatura dotykająca tego nurtu ma ciągle jeszcze poczucie misji, edukacji, od której nie potrafi/nie chce się oderwać, żeby próbować iść bardziej w sztukę niż dydaktykę. Albo też jak było w przypadku „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk, które nie zostało zrozumiane, bo sygnały wpisane w tekst nie docierały do szerokiej publiczności. No więc obracałam sobie w głowie tę teorię, testując jej słuszność, aż tu nagle Lebda wyskoczyła z tyłu, zza zakrętu i wyprzedziła wszystkich.

    I nawet nie włączyła migacza.

  • Łono się unosi

    Łono się unosi

    „Łono się unosi, wędruje. Okręca się wokół szyi, pęcznieje pod sercem i umiejscawia poniżej gardła. Dzieci je wypełniają i obciążają, tak że zawsze wraca na właściwe miejsce, lecz kiedy minie czas macierzyństwa podajemy musztardę wprost do przełyku, by odstraszyć łono” – mówi w tej powieści młody medyk do męża kobiety, która wpada w obłęd na początku XVI wieku.

    Hargrave opiera swoją fabułę na wydarzeniach z 1518 roku, gdy w Strasburgu wybuchła epidemia choreomanii, dotykająca przede wszystkim kobiet. W szczytowych momentach opętania umierało 15 osób dziennie, władze próbowały ten ruch jednocześnie wykorzystać i okiełznać, straszono diabłem, piekłem, sądem i stosem. Hargrave dokonuje archeologii wątków herstorycznych, opowiada o napięciach nękających zabobonne i spętane przez Kościół społeczeństwo europejskie późnego średniowiecza. Jej główna bohaterka, urodzona w dniu, gdy na pole jej ojca spadła kometa i spaliła plony, córka kobiety oszalałej, nie jest w stanie donosić ciąży – czuje, że kolejne poronienia to kara za grzechy matki i kobiet w ogóle. Zaprzyjaźnia się z podróżującym po Europie muzykantem, muzułmańskim wagabundą i dopiero rozmowy z nim uświadamiają jej, że może sobie swoje życie opowiedzieć inaczej, że nie ponosi winy za kometę, za chorobę matki, że poronienia nie są karą, tylko bezcelowym nieszczęściem. Nie jest to jednak budująca historia o odkrywaniu siebie w dekoracjach z XVI wieku, a  rozpisanie jednego z gorszych momentów w dziejach patriarchalnej Europy: bo każde zjawisko pogodowe, każda zmiana w naturze, każde zachowanie ludzkie jest tu interpretowane w porządku winy, zawsze oczywiście kobiecej oraz Obcych. Wyjątkowe upały, nadmierne mrozy, susze, głód, plagi, niezrozumiałe zachowania zwierząt – wszystko to ma źródło w jakimś kobiecym grzechu, w jej wędrującym łonie. W świecie, w którym diabeł chodzi między ludźmi, ciśnienie religijne, stopień podporządkowania władzy Kościoła wydaje się dzisiaj niezrozumiały. I w gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Drzewo tańca”.

    Już w poprzedniej swojej książce, „Kobiety z Vardo”, Hargrave połączyła trzy wątki: pozycji kobiet, lęku przed Obcymi i jego religijnych źródeł, traktowania zjawisk natury jako wrogich i niezrozumiałych, wymagających poszukiwania magicznych uzasadnień. Ich połączenie pojawia się też w „Drzewie tańca” i nie jest wynikiem wyrachowania marketingowego autorki, bo wszystkie te tematy są tu głęboko związane i stanowią koło zamachowe opowieści, napędzają ją.

    Hargrave wymyśla historię, jaką już znamy: o mężczyznach rządzących miastem i buntujących się kobietach. Jest to rodzaj paraboli, w tym kostiumie historycznym autorka opowiada o najbardziej współczesnych konfliktach, a jednocześnie przeszłość ma ten kostium obfity, efektowny, widowiskowy, ale też łatwy – łatwa w tym sensie, że znamy tę fabułę, że już nam ją sto razy opowiadano. Tyle że Hargrave ma lekkie pióro i zmysł narracyjny, że wciąga nas w tę opowieść i wydaje nam się, że jeszcze nigdy jej nie czytałyśmy, dajemy się uwodzić. Na szczęście czytelniczki nie zapłacą za to uwodzenie stosem.

    Kiran Millwood Hargrave, Drzewo tańca

    przeł. Agnieszka Sobolewska

    Znak literanova 2023 (współpraca)

     

     

     

     

  • Spisek niemiecki

    Spisek niemiecki

    Zbrodnia bez kary,

    Wydawnictwo M 2022

     

    O, co to za piętrowa i skomplikowana struktura – zamota ideologiczna level master. Książka, która wygląda jak wydmucha i pop-reportaż, a w gruncie rzeczy niesie bardzo niebezpieczne, prawicowe przesłanie.

    Pod tym mało subtelnym i wołającym o pomstę tytułem kryje się 26 tekstów dziennikarskich przygotowanych przez pracowników Wirtualnej Polski, Interii i Deutsche Welle, a dotyczących losów zbrodniarzy hitlerowskich po wojnie i ich nierozliczonych przestępstw.

     

    Mało przypisów i dużo ilustracji, krótkie rozdziały podzielone jeszcze śródtytułami, spektakularne cytaty wyciągnięte na osobne strony, zdania proste opierające się na „jest”, „był”, „zrobił”, „pomyślał”, teksty zakończone pytaniami – są to znaki odsyłające czytelniczki i czytelników w stronę pop reportażu, tekstów szybkich w pisaniu i jeszcze szybszych w czytaniu. Biorę tę grubą książkę do ręki i już po pierwszych stronach wiem, że jej zadaniem nie jest odkrywanie i pogłębianie jakiejkolwiek wiedzy historycznej, a raczej popularyzowanie i edukowanie, opakowywanie w przystępnej, łatwej formie skomplikowanej wiedzy o zjawiskach społecznych, procesach karnych (a właściwie ich braku) po wojnie, o braku pamięci i odpominaniu. Kłopot polega jednak na tym, że jak w przypadku wszystkich tekstów o wojnie i pamięci, narracja upraszczająca prowadzi do utraty sensów, uproszczenie dokonuje się także na poziomie merytorycznym, historycznym, socjologicznym, a nie tylko na poziomie zdania. A więc książka ta jest subtelna jak cios łopatą, pobudza poczucie wojennej krzywdy, bo nagle dostajemy komplet winnych, morderców wojennych z ich nazwiskami i opisami karier po 1945.

    Mogłabym napisać, że największy problem w tej opowieści polega na mieszaniu porządków, na zestawianie w jednym miejscu i uznawaniu za równie winnych morderców odpowiedzialnych za pojedyncze śmierci (jak Alfred Naujocks, wykonawca prowokacji gliwickiej), konformistów, którzy wiernie pełnili nazistowską służbę (jak lekarz Hermann Voss) oraz zbrodniarz wojennych, którzy sami nikogo nie zabili, ale jednocześnie swoim działaniem doprowadzili do śmierci tysięcy osób (jak Wilhelm Koppe czy Josef Mengele). Albo że kłopot z nią polega na przedrukowaniu opublikowanych już wcześniej w portalach materiałów, pisanych na potrzeby innej lektury: tekst w internecie jest z reguły napisany w sposób prosty, musi od razu zmierzać do brzegu, bo w trakcie lektury jesteśmy bodźcowani szeregiem linków, ilustracji i reklam. Ważny jest więc wyraźny przekaz. Tymczasem w przypadku książki, jeszcze tak bogato ilustrowanej, z okładkową ceną 80 zł, można by się było spodziewać chociaż bardziej starannej składni.

    Te dziennikarskie śledztwa pracują też na sensacji – nie chodzi więc o to, by pogłębić wiedzę, ale o to, by się ją przyjemnie i po wierzchu przyswajało. A zatem powracają tu wciąż najbardziej strywializowane stereotypy nazistów jako oddanych ojców, gospodarnych urzędników mordujących z zimną krwią i masową skalę poza domem, wiernych służbistów gotowych wypełnić każdy przepis prawa, porządnych lekarzy i zarazem szalonych naukowców, dokonujących zbrodniczych eksperymentów na dzieciach w obozach koncentracyjnych. Nikt nie stara się przeprowadzić refleksji pomiędzy jedną a drugą stroną osobowości, uznając że proces ten jest niemożliwy (a bogata literatura przedmiotu dobitnie wskazuje, że przecież można to zrobić i robiono to już wiele razy).

     

    To nie są jednak największe problemy – materiałowy groch z kapustą i toporna fraza to mały pikuś w porównaniu do roboty, która dokonuje się tu trochę głębiej i pozostaje kompletnie niewidoczna dla osób, które skupią się na warstwie faktograficznej. Otóż książka ta ma pokazywać Niemcy i Niemców jako trwałych, wiernych nazistów, uparcie trwających przy przegranej ideologii, niepotrafiących uznać jej zbrodniczości. Po wojnie nie chcą się denazyfikować, pozwalają im na to Amerykanie. Szybko rozpoczyna się za to proces renazyfkacji, czyli przywracania do pracy na wysokich stanowiskach osób uwikłanych w działania wojenne i odpowiedzialnych za sukcesy hitleryzmu. Precyzyjne, a jednocześnie miałkie, opisy rozmów z potomkami zbrodniarzy, prowadzone czasem przez domofon i telefon mają dobitnie udowadniać, że w dalszym ciągu nie ma w Niemcach woli rozliczenia odpowiedzialności wojennej, a duch nazistowski pleni się wszędzie – w podręcznikach dla studentów medycyny, pisanych przez Vossa, a przedrukowywanych przez dziesięciolecia, w dbałości o groby zmarłych, w odznaczeniach przyznawanych przez długie lata lekarce Elisabeth Hecker, uznawanej za pionierkę dziecięcej psychiatrii, a odpowiedzialnej za akcję T4 w szpitalu w Lublińcu.

     

    Sięgnęłam po tę książkę na zasadzie eksperymentu – chciałam się dowiedzieć, jak do tematu rozliczeń powojennych podejdzie wydawnictwo na co dzień specjalizujące się w tekstach Pawła Lisickiego, braci Karnowskich, Piotra Semki. No to się dowiedziałam: historia tych „zbrodni bez kary” opiera się na założeniu spisku, który objawiał się w kolejnych działaniach aparatu sprawiedliwości, dominował w porządku prawnym i politycznym całej właściwie historii niemieckiej po 1945. „Od Hitlera do Adenauera” – pada w jednym z tekstów. Pojawiają się tu daty i nazwiska, dowody na działanie owego spisku, powszechnej niechęci do rozliczenia. Prokuratorzy rozpoczynający procesy zbrodniarzy czy potomkowie katów jawią się tu na prawach wyjątków, osamotnionych odszczepieńców.

    Można by tu jeszcze postawić jedno pytanie: o to, do jakiego stopnia materiał dostarczony przez dziennikarzy realizujących projekt różni się od tego, co dostajemy w książce? Kto dobierał teksty? Czy było ich więcej? Jakie tematy wyleciały? Nie potrafię na nie odpowiedzieć, bo widzę tylko efekt końcowy, który bije po oczach wielkimi, wyselekcjonowanymi cytatami o zbrodniach na Polakach: „Dr Erhard Wetzel, przy ocenie przedstawionej przez Hansa Ehlicha finalnej wersji Generalplan Ost, napominał, że Polacy są „najbardziej wrogo usposobieni w stosunku do Niemców, liczebnie najsilniejsi, a wskutek tego najniebezpieczniejsi ze wszystkich obcoplemieńców, których wysiedlenie plan przewiduje”. Albo: „Dolina Śmierci to w rzeczywistości kilka punktów, w których rozstrzeliwano Polaków. Wrześniowe polskie okopy posłużyły do za masowe groby co najmniej 500 ludzi. Co najmniej, bo nikt nie wie dokładnie, ilu Niemcy pod Chojnicami wymordowali. Mogli ich wymordować nawet trzykrotnie więcej”.

     

    Wydawnictwo specjalizujące się w opowieści o oblężonej Polsce i zagrożonej polskości idzie jeszcze krok dalej: według zebranych tu poszczególnych opowieści na ziemiach polskich dokonywano w czasie wojny przestępstw, mordów i wykroczeń głównie wobec Polaków. Powraca licytacja na cierpienie, którą polska opcja konserwatywna odziedziczyła po komunizmie: cytaty otwierające rozdziały dobrane są tak, by to Polaków ukazać jako naród skazany na wyniszczenie, niebezpieczny, zagrażający porządkowi III Rzeszy, to Polaków nienawidzą przede wszystkim i to ich chcieliby usunąć urzędnicy, jak wynika z cytowanej korespondencji.  Żydzi giną tylko w gettach, poza gettami ratują ich Polacy – rodzina Ulmów otrzymuje tu jeden z rozdziałów. Nawet pierwsza sekcja w rozdziale o Wernerze Ventzkim, nadburmistrzu Litzmannstadt, dotyczy losu Polaków, a nie Żydów.  Żydów w tej książce praktycznie nie ma – pojawiają się albo ciała w obozach, albo izraelski wywiad, tropiący po Europie zbiegłych nazistów. Wywiad mroczny, okrutny, sięgający swymi mackami daleko, dokonujący tajemniczych egzekucji: może to właśnie Mosad stoi za śmiercią Horsta Pilarzika, budowniczego KL Plaszow, który zmarł po zastrzyku u dentysty?

    Całą tę opowieść kończy wspomnienie biskupa Kazimierza Majdańskiego, który do końca życia modlił się za nazistów. Jeśli jednak chcecie przeczytać dobrą książkę o (bez)sensowności modlenia się za katów i o konsekwencjach owych modłów w świetle nauki Kościoła, polecam bardzo „Zapraszamy do nieba. O nawróconych zbrodniarzach” Jacka Leociaka.