Blog

  • Madam tabletka

    Madam tabletka

     

     

     

     

    O „madam tabletce” śpiewa Mery Spolsky i jej Marysia, która ma ochotę się zabić dzisiaj, wprowadza w nastrój debiutanckiej powieści Lubińskiej. Trochę, ale nie do końca, bo Marysia w piosence pada pod naporem jesiennej depresji, ma myśli samobójcze, a u Lubińskiej chodzi przede wszystkim o to, żeby się nie dać. I nie listopad jest tu winny.

    Można czytać „Powiedz wszystkim…” jako powieść o dziewczynie, która strasznie mocno chce wyjść ze swoich zaburzeń lękowych, bo uważa je za całkowicie paraliżujące. Nie da rady jechać do innego miasta, nie jest w stanie zjeść posiłku w restauracji, nie ma siły sprzeciwić się swojemu szefowi, zaangażować w rozmowę z chłopakiem. Natalka dokładnie wie, jakie składy mają jej ubrania, nie przykryje się niczym szorstkim. Szorstko za to, i to bardzo ma w głowie, w której trwa nieustanny monolog, mnożą się czarne scenariusze i odbywa się najsurowszy osąd samej siebie. W końcu zaburzenia są tak silne, że Natalka nadaje im imię – Marysia. Marysia żyje więc obok, atakuje Natalkę przede wszystkim nocą, a w jej pytaniach pobrzmiewa echo głosów babek, które zawsze kazały nam zakładać ciepłe majtki i skarpetki oraz ostrzegały przed nieoświetlonymi ulicami. Od tego poziomu Marysia jednak szybko wchodzi na level kliniczny.

    Lubińska montuje powieść, w której akcja jest pretekstowa, bo cały świat dominuje opis tego, co pobudza i zaognia stany lękowe oraz tego, co je pozwala przygasić. Rzeczywistość ogląda z perspektywy osoby doświadczającej tych stanów okazuje się nadzwyczaj skomplikowana, gęsta, właściwie niemożliwa do przetworzenia: każdy kolor, gest, ruch, dźwięk wywołuje silne reakcje somatyczne. Każde wypowiedziane zdanie może wpędzić Natalkę w spiralę lęku, spowodować wymioty, atak paniki.

    Natalka nie jest jak Marysia z piosenki, bo nie marzy o tym, żeby się ciąć jak salami, tylko o tym, żeby swój lęk zamordować, wyzwolić się o niego. Ale ze środka stanów lękowych trudno się wziąć za uzdrawianie, nie ma opcji, żeby wybrać psychiatrę i zacząć zażywać przepisane przez niego tabletki, bo lista skutków ubocznych przeczytana w ulotce jeszcze napędza zaburzenia.

    Lubińska robi w tej powieści świetnie dwie rzeczy:

    po 1. Unika opisywania świata w tonie autorytatywnym – nie rości sobie pretensji do pełnej wiedzy, do tworzenia podręcznikowych diagnoz. Raczej właśnie z subiektywnego doświadczania Natalki robi materię tej powieści, wysyła ją w zgęstniały świat, każe się po nim skradać tak, by Natalka ani razu nie weszła w niewłaściwą drogę, nie poruszyła niczego.

    po 2. Fantastycznie wykorzystuje motyw tradycyjny dla powieści obyczajowej, czyli pojawienia się nowej osoby, które obecność rozwiązuje wszystkie problemy. To jest klasyczna struktura romansu: chora bohaterka zakochuje się w przystojnym brunecie i wszelkie lęki ją odchodzą, bezrobotna – znajduje pracę, przemęczona samotna matka – może skłonić głowę na ramieniu tegoż bruneta, który okazuje się wspaniałym ojczymem. Lubińska bierze sobie ten chwyt znany ze złych romansów oraz YA i opracowuje po swojemu: zapewniam tylko, że nie pojawia się tu żadne brunet, którego obecność uzdrowi Natalkę.

     

    Daleko odchodzi od taniego psychologizowania, bo jej postać nie przejmuje poczucia zagrożenia oraz perfekcjonizmu z otoczenia, nie dziedziczy po matce. Natalka nie jest samotnicą-suchotnicą, nie specjalizuje się w hodowli paprotek. Lubińska potrafi tak zmontować jej postać, że nie jest ona jednofunkcyjna, skupiona tylko na swej „przypadłości”.

    U Lubińskiej jest dużo półtonów, półmroków, cieniowania – to jest jej kierunek, bez skrajnych sądów, bez wyrzutów szaleństwa. To nie oznacza wcale, że bunt ma mniejszą moc, po prostu objawia się inaczej, na przykład w scenie upychania bohaterki na półce w szafie, bo tylko na taką powierzchnię do wynajęcia ją stać.

    Jak już pisałam po lekturze powieści Jacka Paśnika, teksty najmłodszego pokolenia osób piszących są ciekawe także dlatego, że stanowią skomplikowany literacki zapis wartości, które to pokolenie wnosi oraz odwzorowanie jego perspektywy. U Lubińskiej przyjmuje on kształt bardzo mocnego ładunku antykapitalistycznego, bo Natalka owszem marzy o tym, żeby sprawnie funkcjonować i pozbyć się bagażu zaburzeń, ale nie po to jednak, by móc się oddać w pełni zatrudniającej ją korporacji. W powieściach Zetek znika werterowski podział na cierpiące „ja” i otaczającą je niewrażliwą wspólnotę – tu w ogóle nie ma żadnej wspólnoty, a „ja” nie cierpi do tego stopnia, by nie było zdolne do odrabiania 8 h w korporacji.

     

     

    Monika Lubińska, Powiedz wszystkim, że zabiłam Marię

    WAB 202

  • Niegrzeczna dziewczynka

    Niegrzeczna dziewczynka

     

     

    W tych biograficznych opowieściach Leelo Tungal, estońska autorka urodzona tuż po wojnie, powraca do dzieciństwa spędzonego na prowincji. Gdyby uciąć z tej powieści wszystkie wątki polityczne, byłaby to sielanka rodem z „Dzieci z Bullebryn” albo „Emila” – las, droga, szkoła, zabawa z psami na podwórku, naciąganie wysokich skarpet, wiązanie kokardy na włosach. Codzienne życie w gospodarstwie, grzanie się przy piecu i jedzenie kaszy łyżką. Kłopot polega jednak na tym, że Tungal nie pozwala zapomnieć, jaka to epoka i nawet z perspektywy 4-latki stalinizm szczerzy tu ostre kły. Inaczej też niż u Czechowa strzelba wypala tu w pierwszej scenie: matka Leelo zostaje aresztowana przez „czarnych panów”, odchodząc prosi córkę, by była grzeczna. Obie powieści opowiadają więc o oczekiwaniu na jej powrót, o wypatrywaniu znaków na niebie i ziemi, które mają je zapowiedzieć lub przyspieszyć. Magiczne myślenie małej dziewczynki, próbującej zaklinać rzeczywistość, łączy się tu z nielogicznym złem systemu, powoli zataczających coraz szersze kręgi i jednocześnie zaciskającym pętlę na szyjach tych, których już porwało. Leelo nie zostaje tu wynagrodzona za swoje próby grzecznego małego życia – przeciwnie, jej matka dostaje najdłuższy wyrok, a listy można do niej pisać tylko po rosyjsku.

    W przeciwieństwie jednak do polskich autorów należących do tego samego pokolenia, Tungal potrafi tak skonstruować fabułę i perspektywę swojej bohaterki, że nie mamy wrażenia, by mówiła do nas stara-malutka, nie ma tu ani kazań politycznych, ani skomplikowanych metanarracyjnych mrugnięć do czytelnika. Tungal w pełni finguje dziecięcą wizję świata – jest to zatem świetne, udane oszustwo literackie J

    Skoro autorka nie zanurza nas w historii, musimy to zrobić sami – z pojedynczych słów, zdań wypowiadanych nad jej głową, urwanych wątków, kawałków listów wyłania się obraz społeczeństwa estońskiego ledwo zipiącego pod radzieckim butem, z opuszczonymi gospodarstwami, rosnącym rozwarstwieniem społecznym (wbrew oficjalnej propagandzie, mówiącej wyłącznie o postępującej egalitaryzacji), coraz większym dystansem między wsią i miastem. Leelo nie rozumie tego, co widzi w mieście, ale patrzy na wszystko, nie oceniając i nie filtrując. To z nadmiaru rzeczowników i przymiotników, z opisów płaszczów, pól, budynków, tłumów musimy sobie zbudować obraz świata w jego komplikacji i hierarchii.

    A jednocześnie z perspektywy Leelo ważniejszy jest brak mydła, konieczność mycia się w zimnej wodzie, przeprowadzka do starego domu, do której rodzina jest zmuszona po tym, jak matka traci posadę w szkole i wraz z nią mieszkanie. Straszniejsze niż znikanie ludzi z otoczenia jest uwiezienie na balu drewna wjeżdżającym pod piłę mechaniczną. Dziewczynka, która ma w sobie sporo cech z Emila Astrid Lindgren, każde swoje zachowanie i każdy dzień ocenia w porządku grzeczna/niegrzeczna – bo chce, by jej matka wróciła jak najszybciej. Rzucone w pośpiechu jedno zdanie, ten nieszczęsny nakaz grzeczności wisi nad Leelo i stanowi o podziale jej świata. W drugim planie powieści rysuje się postać ojca, który nagle pozostaje sam z małym dzieckiem i z żoną oskarżoną o walkę z komunizmem, próbującym jednocześnie zapewnić małej opiekę i czynić starania o uwolnienie żony.

    Leelo trwa, w dzieciństwie nie mamy innej aktywności niż trwanie, przeżywanie każdego dnia. Jej ojciec biega, w młodości miał szanse na karierę biegacza – zaprzepaszczoną przez jeden nieudany, ale najważniejszy start. To właśnie wytrzymałość biegacza, jego upór, umiejętność przezwyciężenia własnego bólu, wydaje się popychać go naprzód, pozwala trwać w tej rzeczywistości politycznej, w której część rodziny trafiła na zsyłkę jako kułactwo, a żona do łagru.

     

    Tungal świetnie łączy te dwa porządki – nostalgicznego wspomnienia niewinności dzieciństwa z życiem w społeczeństwie opanowanym przez lęk, w państwie, w którym elita intelektualna sprzyja represjom, licząc na korzyści ze współpracy z nową władzą. Tungal ustawia się po stronie skrzywdzonej, przerażonej, wiejskiej społeczności, zawsze po stronie tych, którzy na widok „czarnych panów” sikają ze strachu w majtki. Jeśli chodzi o azymut etyczny – w ostatecznym rozliczeniu to całkiem niezły kierunek.

     

     

    Leelo Tungal:

    Mała towarzyszka i dorośli, 2022

    Mała towarzyszka i listy, 2024

    Przeł. Marta Perlikiewicz

    Wydawnictwo KEW

  • Budowanie świata

    Budowanie świata

     

    Dla mojego pokolenia, wychowanego na „Sadze o Ludziach Lodu” Margit Sandemo, każda saga to ekscytacja i wspomnienie niegrzecznej literatury czytanej przy latarce pod kołdrą. Fryczkowska w „Sadze o ludziach ziemi” nie opisuje żadnego Tengela Złego, ale ma podobny rozmach epicki i lepszą niż Sandemo umiejętność budowania świata (wszystkie 47 tomów Sandemo wciągnęłam nosem przed ukończeniem 14 roku życia – więc to duży komplement 😉

     

    Fryczkowska opowiada o 90 latach (1816 – 1906) i 4 pokoleniach chłopskiej rodziny Jóźwiaków na Kujawach. Fryczkowska nie kopiuje w żaden sposób „Chłopek” Kuciel-Frydryszak, raczej rozbudowuje obraz warunków życia wiejskiego i dodaje wątek wartości oraz horyzont światopoglądowy. Pierwszy tom zaczyna się od ucieczki młodego chłopskiego małżeństwa, które szuka szczęścia w innej wsi – zupełnie opuszczonej po śmierci mieszkańców w czasie zarazy. W drugim tomie jedna z bohaterek, Andzia, bita strasznie przez ojca, sama okłada swoje dzieci, bo tak ją nauczono. Stopniowo dopiero uzgadnia ze sobą, że jej własne odczucia i sądy ważniejsze są od tego, co wpajano jej w procesie wychowawczym, a w końcu pali w piecu rzemień służący do wymierzania kary.

    Fryczkowska jest świetna, jeśli chodzi o nadawanie psychologicznego prawdopodobieństwa, o dopisywanie do historii życiowego detalu. Stary chłop, u progu uwłaszczenia, głośno mówi, że to się nie godzi, że pańszczyzna jest naturalna i przyrodzona, a jej zniesienie zaburzy porządek świata. Marianna – kobieta, nad którą znęca się mąż i teściowa, modli się do krzewów i roślin, bo nie wypada „takich” modłów kierować do Matki Boskiej. Ona też później domaga się od drugiego męża, by zgodził się na wykształcenie wszystkich dzieci, jakie im się urodzą, także dziewcząt.

    „Saga o ludziach ziemi” jest doskonałym przeciwieństwem podręczników do historii – daty pojawiają się tu tylko w tytułach rozdziałów, a opowieść o zmianach na wsi dokonuje się poprzez biograficzne cięcia, radykalne wybory, spory bohaterów. Jedna z najważniejszych zmian, która może zapobiec głodowi, dotyczy umiejętności przechowywania ziemniaków. Jak każda nowinka przyjmowana jest z nieufnością, ojciec i syn – obaj poczuwający się do władzy nad gospodarstwem – kłócą się o to, i jest to też awantura o ich stosunek do świata (otwarcie vs zamknięcie, nowoczesność vs tradycja) i o władzę nad rodziną – Fryczkowska szalenie zgrabnie potrafi splatać różne wątki w pojedynczych scenach, nadawać im głębię i dynamikę.

    To jest oczywiście proza obyczajowa, popularna, ale zrobiona w doskonały sposób. Nawet świat fantastyczny, który pojawia się od pierwszego tomu, ma tutaj swoje miejsce – wynika z wierzeń ludowych, ważnych zwłaszcza dla kobiet, które szukają wsparcia, jakichś wysp swobody w świecie ustawionym przez męża, dziedzica i księdza plebana. Jednocześnie Fryczkowska nie popada w żadne sentymentalne, naiwne tony – jej bohaterki nie mają w sobie nic z Isaury, nie są ani bezwolnymi lalkami, ani proto-rewolucjonistkami, często są równie szorstkie co mężczyźni. Stasiek, gdy słyszy niespodziewanie czuły głos swojej matki Andzi, mówi, że posługiwała się nim tylko do „małych kociąt i kurcząt”.

    Fryczkowska pokazuje świat znoju, bardzo ciężkiej pracy, bohaterów, którzy akceptują ten porządek, nie wyobrażają sobie żyć inaczej, szydzą z zachowań dziedzica i jego sąsiadów, są nieufni wobec świata. Jednocześnie w obrębie wsi kujawskiej żyją tak jak mogą najlepiej, mierzą się z przeciwnościami, często ulegają dramatycznym wypadkom. Nie ma tu żadnej nachalnej dydaktyki, bo Fryczkowska odwraca historię na nice, pokazuje nam jej rewers, same nici i ściegi, które dopiero z perspektywy lat składają się w jakiś obraz skrótowy i syntetyczny.

    Formuła trzytomowej sagi pozwala jej się też nie spieszyć, towarzyszymy więc jej postaciom na co dzień: widzimy co jedzą, jak pracują, czym się myją (mydło to zbytek nawet w zamożnej rodzinie), jak się ubierają do kościoła, z czego budują domy. Tę rzeczywistość – bo właściwie akcję wyznacza tu porządek życia kilku rodzin – obserwujemy z punktu widzenia różnych postaci, kolejnych krewnych: spierających się braci, dzieci i dziadków, żon, sióstr, babek i kuzynek, które po kolei oświetlają różne elementy wspólnego świata.

     

    Osoby zachwycone „Chłopkami” Joanny Kuciel-Frydryszak mają kilka możliwości przed sobą: można pójść level wyżej i przeczytać „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego, które jest trudniejszą opowieścią o problemach, a nie o samym życiu wiejskim, albo reportaże Alicji Urbanik-Kopeć. Można iść level w dół i przeczytać „Pańszczyznę” Janickiego, jak ktoś lubi wrażliwość rodem z niemieckiego porno późnych lat 90. Można też zostać niedaleko „Chłopek” i sięgnąć po 3 tomy Anny Fryczkowskiej.

     

     

     

    Anna Fryczkowska, Saga o ludziach ziemi, wydawnictwo WAB

     

  • Męskość zagrożona

    Męskość zagrożona

    Kiedy się czyta Cosby’ego, to się myśli o „Historii przemocy” – ale nie tej Louisa, tylko tej Cronenberga. Bo „Asfaltowa pustynia” dotyczy uzależnienia od przemocy i życia w takim świecie, gdzie – wbrew temu, czego uczymy nasze dzieci – przemoc zaiste rozwiązuje wszystkie problemy.

    Zaczyna się jak interwencyjna historia z wielu reportaży amerykańskich doby kryzysu ekonomicznego: rodzina 2+2, nie stać ich na kolejny czynsz, zalegają już z poprzednimi, ojciec pracuje jako mechanik, matka w hotelu. Dzieci mnożą wydatki, a nie ma żadnego Narodowego Funduszu Zdrowia, trzeba zapłacić pełną kwotę za okulary i za aparat na zęby. Obie pensje working class na to absolutnie nie wystarczają. Ojciec próbuje więc coś zarobić na boku – a szybki pieniądz można zdobyć tylko nielegalnie i to nie do końca na wożeniu włamywaczy na skok. A ojciec – Beau – doskonale wie, gdzie iść i co zrobić, żeby zdobyć szybki hajs, to z utrzymaniem się na prostej ma nie po drodze, choć przez długi czas naprawdę się stara i wykorzystuje swoją nieprawdopodobną wiedzę o samochodach tylko do ich reperowania.

    Tę fabułę, o której właściwie z góry wiemy, jak się skończy, Cosby opowiada szybko i z wieloma brutalnymi zwrotami akcji. Jednocześnie wcale nie chodzi o forsę i auta (trochę chodzi, można zostać na tym poziomie), ale raczej o to, że fabuła sensacyjna dobrze służy oczyszczaniu historii o wyzysku ekonomicznym na tle klasowym i rasowym z uniesienia, patosu, interwencyjności właśnie. Łatwiej te wszystkie frazesy z niej otrzepać. I choć akcja powieści opatrzona jest datą 2012, to równie dobrze akcja powieści mogłaby się rozgrywać i w latach 30., i 60., bo relacje między białymi i czarnymi, policjantami i przestępcami, gangami i ich byłymi członkami, rządzą się zupełnie innymi, wciąż tymi samymi regułami.

    Cosby nie udaje jednak, że jest Humphrey’em Bogartem, że chodzi tylko o męskość w kryzysie i rozpaczy, nie. Jego bohaterowie często są ojcami, doskonale zdającymi sobie sprawę ze swoich rodzinnych obowiązków, wysoko stawiającymi sobie poprzeczkę: czarni ojcowie są tu jak matki w polskich serialach – wszystko robią z myślą o dzieciach. Beau w dzieciństwie zostaje porzucony przez ojca, nie ma od niego żadnej wiadomości, ojciec odszedł do przestępczego świata. Sam robi wszystko, by odciąć się od kryminalnej przeszłości, zupełnie serio wychowuje swoich dwóch małych synów, nie chce być jak ojciec, którym pogardza. Tym straszniejszy staje się dylemat, wobec jakiego staje: czy ma prawo, jako przestępca, człowiek zdolny do przemocy, dotknąć swoich dzieci, zajmować się nimi? Do tego dochodzi nienawiść, jaką żywi do policji – w chwili, gdy się poddaje i wraca na ścieżkę kryminalną, ma poczucie, że potwierdza stereotyp o tępych czarnych, urodzonych złodziejach i oszustach. W końcu na szali pojawia się myśl trzecia – o fizycznym zagrożeniu, jakie wnoszą ludzie, którzy docierają do niego ze świata przestępczego, rośnie strach związany z zagrożeniem rodziny.

    Historie sensacyjno-kryminalne wydają się z pozoru proste w robocie, ale w gruncie rzeczy wcale takie nie są, jak tego najlepiej dowodzi „Król” Twardocha. Niby taka zamaszysta, chłopacka historia o tym, jak warszawscy Żydzi z półświatka rządzą miastem, ale jak się poskrobie palcem (co zrobił w fajnym tekście Maciej Jakubowiak w dwutygodnik.com w 2016 roku), to się okazuje, że jedna przemoc zastępuje drugą, że pod pozorem odwracania świata na nice dokonuje się umacnianie zastanego porządku, w ramach którego tylko ludzie sprawczy mogą wygrać, ci bierni i biedni nawet w powieści okazują się słabi. Takich rzeczy Cosby właśnie nie robi – trochę leci Cronenbergiem, trochę „Kentucky Derby” Huntera S. Thomsona, bo pokazuje posługiwanie się przemocą jako jedyny możliwy wybór. O ile jednak u obu wybór ten był motywowany płcią bohaterów, o tyle u Cosby’ego – i to jest właśnie ta zasadnicza różnica – wynika on z konieczności ekonomicznej, a nie brutalnej z natury męskości. Podobnie jednak jak u Cronenberga, także u Cosby’ego wygra ten, kto potrafi być najbrutalniejszy, najdzikszy, kto uderzy najszybciej i najmocniej i wywoła największy strach. Cosby od razu jednak pyta, czy to na pewno wygrana, bo jego bohaterowie (zarówno w „Asfaltowej pustyni”, jak i w „Kolczastych łzach”) są do swojej męskości mocno zdystansowani, rozumieją ją inaczej niż pozostali mężczyźni z ich otoczenia, przepisują sobie definicję męskości po swojemu.

    Kiedy pisałam w ferie o poprzedniej jego książce, kilka osób mnie poszturchało, że się unoszę bez powodu, bo Cosby to prostactwo literackie. Ja natomiast uważam Cosby’ego za autora podobnego do Chucka Palahniuka, udającego że tworzy powieść gatunkową po to, by opowiedzieć dużo ważniejsze i większe historie. Pytanie tylko, czy dacie mu szansę?

    (w tle słychać skandowanie „Daj-mu-szansę! Daj-mu-szansę!”)

    Przeł. Jan Kraśko

    Wydawnictwo Agora 2024

  • Wola mocy

    Wola mocy

    Czy już pisałam, że uwielbiam powieści autorek fińsko-estońskich? Zdaje się, że tak, nie raz 🙂 Teraz dołącza do nich jeszcze nowe nazwisko – Rosy Liksom, która w „Pułkownikowej” daje nieprawdopodobne studium kobiecej fascynacji faszyzmem, dojrzewania na obrzeżach świata i doświadczania przemocy domowej. To nie są u niej osobne wątki, bo ciasto na tę powieść jest wymieszane naprawdę dobrze: główna bohaterka i narratorka tej historii prowadzi nas przez meandry życia fińskiego w ciągu kilkudziesięciu lat. Liksom już tutaj podkręca swoją powieść, bo jej bohaterka jest nad wyraz świadoma i jednocześnie nieskończenie naiwna. Stoi z boku wydarzeń politycznych, bo taką rolę wyznaczają kobietom mężczyźni: może urządzań przyjęcia, może brać udział w wizytach i wizytacjach, występować w stroju ludowym w czasie oficjalnych powitań i umajać swoją urodą spotkania. Może pracować w administracji niemieckiej, liczyć trupy jeńców rosyjskich i ciała komunistów w obozach pracy. Nie ma dostępu do władzy inaczej niż przez męża – a tym jest słynny Pułkownik, jeden z najważniejszych dowódców fińskich, zagorzały germanofil, nazista, starszy o – drobnostka – 28 lat od niej. Bohaterka Liksom z większą uwagą opisuje stroje na przyjęciach i serwowane dania niż wprowadzane do protokołów ciała. Współczuje biednym, dopóki nie zobaczy ich mundurów, dopóki nie dowie się, że ciała mają metkę – wtedy jej zainteresowanie się kończy.

    Liksom w tej postaci pokazuje konsekwencje brutalnego wychowania i urządzanej od dzieciństwa musztry, oczekiwania od dzieci ślepego podporządkowania: to one prowadzą właśnie do ukształtowania dorosłych jako gotowych do wykonywania rozkazów, ludzi pozbawionych zmysłu krytycznego, niezdolnych do skonfrontowania tego, co widzą i tego, co wiedzą. I Pułkownik, i Pułkownikowa są w dzieciństwie bici do krwi, do omdlenia, choć należą do innych grup społecznych i innych pokoleń. Metoda wychowawcza jest jedna – pas. Nie oznacza to wcale, że Liksom usprawiedliwia ich sądy i czyny, raczej stara się pokazać, na jakim fundamencie to zło się kształtuje, co trzeba zasiać, żeby potem zebrać plon wojenny.

    Oboje bohaterowie uważają, że największą wartość ma siła, sprawczość, moc – zarówno władza polityczna, jak i fizyczna sprawność, zdolność do działania, udziału w walce, życia w dzikiej przyrodzie. Stąd właśnie płynie ich fascynacja germańskim duchem z jego kultem tężyzny i czystości. Pułkownik prowadzi ją jednak trochę dalej i tu rozciąga się nowy wątek – seksualnego podboju.  Ich relacja, zarówno przed małżeństwem, jak i w trakcie okazuje się chora i perwersyjna, Pułkownik na ciałach różnych kobiet odbija sobie porażki polityczne, zarówno poprzez brutalny seks, jak i zadawanie śmierci. W męskim towarzystwie podkreśla swój status, opowiadając o „najciaśniejszej cipie” młodej kochanki. Pułkownikowa, zanim nią się stanie, czeka na śmierć pierwszej żony przyszłego męża,  a tę małżeńska przemoc doprowadza do szpitala psychiatrycznego. Sama Pułkownikowa jest jednak przekonana, że jej wielka miłość oczyści i uzdrowi Pułkownika. Pułkownikowa, jak widać wyraźnie, jest idiotką pozbawioną zasad moralnych. To jest jednak świadomy montaż autorki, która tak ustawia fabułę, by w pewnym momencie ujawnić, skąd ta konstrukcja psychiczna wynika – ja tego nie zrobię, bo to zbyt ważne fabularnie i muszę jakoś pokracznie interpretować powieść dookoła.

    Po przegranych kolejnych wojnach oboje są całkowicie złamani, żadne z nich jednak niczego się nie uczy, nie wyciąga wniosków, nie zmienia też swojego światopoglądu. Z jednej strony wydają się zamrożeni, z drugiej – trawi ich frustracja. Pułkownik, stary grzyb, z jeszcze większym zapałem oddaje się seksowi i przemocy, markiz de Sade mógłby się od niego nauczyć całkiem sporo. Żona nie jest jedynym obiektem jego ataków, ale ona doświadcza ich najmocniej, najboleśniej – jej może przecież zrobić wszystko. Cierpienie fizyczne w jej przypadku nie przekłada się jednak wcale na osiągnięcie jakiejś wyższej świadomości, widoczne jest jednak w przejściu od przedstawiania Pułkownika jako mężczyzny o wielkim wigorze do opowiadania o jego zwiotczałym fiucie.

    Pułkownikowa okazuje się produktem swojej epoki – nie dostrzega pewnych zjawisk, procesów, zależności, bo nauczono ją jako kobietę, przymykania oczu, pokazano jej pewien zestaw zjawisk jako niezależnych od niej, obcych, osobnych (ten wątek jest genialny). I choć marzy o zaangażowaniu politycznym, to po nie nie sięga, zadowolona, że może urządzać wystawne przyjęcia dla nazistowskich sojuszników Finlandii.

    Jedyną przestrzenią, w której nie zagarnęła władza rodziny ani męża jest jej relacja z przyrodą – Liksom tak opisuje tę dziką naturę, że w mieszkaniu czułam zapach bagien, torfowisk i lasu przez cały czas czytania. W podobny sposób opisują świat dziki i nieucywilizowany autorzy australijscy i nowozelandzcy, być może wynika to z faktu, że w tych wszystkich miejscach przyroda nie jest jakimś okrojonym gaikiem, zasadzonym młodym laskiem, tylko osobnym potężnym żywiołem, który budzi w człowieku strach i szacunek. Pułkownikowa może odczuwać las i góry tak jak sama chce, bo nikt jej nie nauczył, jak ma to robić. Tutaj czuje się wolna, nie poddawana ocenie, odczuwa niezwykle zmysłowo, jakby porami skóry, stapia się z otoczeniem. Nie czuje lęku przed owadami, bagnem, ciemnością i samotnością, nie odstraszają jej dzikie zwierzęta, brak wygód w ogóle nie przychodzi jej do głowy – wtedy nagle odkrywamy, że Pułkownikowa w gruncie rzeczy sama czuje się częścią przyrody, odbiera swoje ciało jako jej element. Stąd danina krwi składana pijawkom, meszkom i komarom.

    Powieści Liksom były tłumaczone na 30 języków i z pewnością można ją zaliczyć do mainstreamu literackiego spoza obszaru anglojęzycznego. To, co ją jednak odróżnia i pozwala na podkreślenie odmienności, to fakt, że w „Pułkownikowej” znika podział na dzikie i cywilizowane. Wszyscy jej bohaterowie, choć fascynuje ich europejskość Niemców, choć marzą, by stać się państwem sojuszniczym III Rzeszy i nienawidzą dzikich Ruskich, w sumie sami okazują się dzicy, nieokrzesani, podporządkowani swoim popędom – nawet jeśli obudowują je kategoriami zapożyczonymi z oświeconego Zachodu.

     Fabuła Liksom wydaje się mocno obyczajowa, a jej historia opowiadana z perspektywy pozbawionej wykształcenia, pokręconej ideologicznie bohaterki – jest jednak bardzo ważnym i ciekawym głosem w dyskusji o źródłach zła, o niemożności wyjścia z roli ofiary, o społecznych narzędziach uprzedmiotowiania człowieka i pozbawiania go woli, nawet gdy jedyne o czym marzy, to wola mocy.

    Rosa Liksom, Pułkownikowa

    przeł. Artur Bobotek

    Marpress 2023

  • Różne głosy z Europy Środkowej

    Różne głosy z Europy Środkowej

    Cvijetić, syn Serba i Chorwatki, ma 24 lata, kiedy wybucha wojna w Jugosławii. Może dlatego właśnie większość tekstów z tej książki ociera się o wojnę, przemoc i głód. Powraca tu przekonanie o kruchości ciała, jego słabości i materialności. Czasem przybiera postać lęku o życie dziecka, najczęściej objawia się obsesją głodu – wszystko się do niego sprawdza, z niego wychodzi – nawet rama okna kojarzy się z otwartymi ustami. Matki, proszące w klasztorze o cudowne uzdrowienie dla dzieci, chudną w oczach, stają się przezroczyste. Ciało transformuje, zmienia się, poddaje – i jako takie zostaje u Cvijeticia elementem sztuki. Bo głód oraz idąca za nim troska (o cudze życie, o nakarmienie kogoś, kogo się ma pod opieką) przenoszą te wiersze bardzo często z poziomu rzeczywistości współczesnej na poziom sztuki – ale figury z obrazów, albo ich autorzy, starzy włoscy mistrzowie czy poeci XX wieku, też nie dają otuchy i pocieszenia – bo pokazuję, że głód i śmierć nie są tylko tu i teraz, czyli w Europie Środkowej, ale że są trwałe i stałe. Za nimi można się jednak trochę skryć, powiedzieć ich językiem, żeby nie obracać ciągle własnymi wspomnieniami – zdaje się, że ten chwyt Cvijetić lubi, jakby szukał odpoczynku od potyczek z własną pamięcią, a jednocześnie miał poczucie, że nie przysługuje mu prawo do oglądania piękna i spokoju, że harmonia nie jest dla tych, którzy w tej wojnie wzięli udział.
    Najważniejsze jest jednak to, że nie chodzi mu wcale o pojedynczą historię, o jedną wojnę – bo od wydarzeń z połowy lat 90. płynnie przechodzi tutaj do opowieści o migrantach, od śmierci dzieci zastrzelonych przez snajperów do dzieci tonących w morzu.
    Strasznie mocno ta książka ściska serce.

    Darko Cvijetić, Śnieg robił wszystko żeby nie spaść
    Z chorwackiego przełożył Miłosza Waligórski

    Sprawdzę, gdzie mieszka, myślę sobie, licząc na jakieś fińskie smaczki. Guzik z tego, bo Anja Erämaja mieszka w Helsinkach, a urodziła się w „Finland Proper”, południowo-zachodniej części Finlandii, gęsto zaludnionej i nadmorskiej. Wikipedia podaje tylko ciekawostkę, że na tych terenach Finowie postawili najwięcej domków letnich. OK, mówię do siebie, radź se dziewczyno.
    Erämaja cała jest taka właśnie jak taka wymykająca się, niechętna do przyszpilania, wybierania tożsamości. I nie chodzi mi tu o jej biografię – rozpiętą między karierą śpiewaczki, piosenkarki, dramaturżki i fotografki – bo po pierwszej porażce nie szukam już żadnego klucza w jej biografii. Jej poezja jest równie niespokojna i migotliwa, rozpięta między humorem i powagą, między działaniem i lenistwem, między aktem i biernością. Dla mnie jednak najbardziej interesująca jest Erämaja wtedy, kiedy rozpisuje tekst między perspektywą ludzką i nieludzką, kiedy jej bohaterowie albo ona sama transformują w inne gatunki i inne byty. Staw biodrowy porasta kołem ratunkowym, stopy wypuszczają korzenie, pod kolanami pojawiają się pomidory, ludzie poruszają się kaczym chodem, w ciemności dobrze jest nie tylko zielonemu groszkowi, ale też człowiekowi – bo może pomyśleć.
    Te kruche opisy codzienności, łapane w małe, pisane poetycką prozą fragmenty, skupione na tu i teraz, rozpadają się właśnie w momencie, gdy ciała transformują, uciekają w jakieś inne gatunki, często ptasie – albo oko patrzące na świat widzi przede wszystkim to, co żywe: jaskółkę nad domem, petunię na kursie śpiewu, opadające kwiaty w wazonie.
    Odwołania do przyrody ożywionej są tutaj w jakiś sposób uspokajające, bo osoba mówiąca, choć wykonuje tu bardzo często czynności krzątacze, to jednak mało się sama utożsamia z kobiecością i raczej poszukuje jakiejś formy innej, transowej, queerowej: nie chce wybierać między spódnicami i spodniami, woli się przebierać na scenę, wychodzić w kostiumie, który uniemożliwi jakiekolwiek jednoznaczne definicje.

    Anja Erämaja, Zapiski śpiewaczki
    Z fińskiego przełożyła Katarzyna Szal

    Tytuł tomu Hercego odnosi się do metaforyki łowieckie i oznacza czas, kiedy na można polować, bo zwierzęta rozmnażają się i wychowują młode, należy je zatem zostawić w spokoju, jeśli zależy nam na przetrwaniu gatunków. Tytuł ten jest też nieprawdopodobnie ironiczny, bo Herceg wcale nie walczy tu o okres ochronny dla ofiar patriarchatu, ale o jego kompletne zaoranie.

    Ta chorwacka poetka posługuje się instrumentarium doskonale znanym z literatury feministycznej: wprowadza postaci mitologiczne, opowiadając ich historie na nowo, uwypuklając przemoc bogów wywołaną ich odmową, niechęcią.  Dodaje jednak do mitologii greckiej postać Marii, szukając archetypowych obrazów przemocy: zwiastowanie niczym nie różni się w jej spojrzeniu od popędów Zeusa. W „Okresie ochronnym” łączą się jednak ze sobą wątki mitologiczne wraz z biografiami XIX- i XX-wiecznych badaczek, naukowczyń, składając się na nowe odczytanie całej historii kultury. „Mam zdiagnozowaną przepaść” – pisze Herceg i nie chodzi tu tylko o analizę własnej kruchej psychiki, akceptację kryzysów, ale o to, że tak jak jednostka, tak cała nasza cywilizacja, oparta na podniosłych hasłach, ma zdiagnozowaną przepaść.

    Pomimo przeskakiwania z tematu na temat Herceg tworzy bardzo spójny tom, bo większość tekstów to monologi postaci zapowiadanych w tytułach, ich głos składa się na pełną i kompleksową opowieść o marginalizacji kobiet: od mitologicznej przemocy do upośledzenia ich w procesie edukacji, do której prawo mają przede wszystkim chłopcy. Ta część jest szczególnie ważna, a mechanizmy wykluczania często jeszcze nie nazywane wprost, o czym Herceg, jako absolwentka fizyki, wie najlepiej. „Proces edukacji wypluwa ubogie dziewczynki” – pisze w jednym z tekstów.

    Monika Herceg, Okres ochronny

    Z chorwackiego przetłumaczyła Aleksandra Wojtaszek

    Najważniejszy tekst z tej książki dotyczy tutaj monologu bizneswoman nad używaną sukienką. Scena tego lirycznego monologu jest prosta: kobieta w średnim wieku pierze zużytą kieckę w kuchni, w miednicy, próbując z niej uczynić coś znacznie lepszego, luksusowego. Perły naszyte na materiał zderzają się ze szmatekstem Szyk, w którym kupiła sukienkę, dodatkowego znaczenia nabiera tu pozycja kucza i micha – niemy świadek budowania pozoru. Bizneswoman zwraca się do kobiety, która tę sukienkę mogła nosić wcześniej i opowiada o swoim życiu, o momentach rodem z „Dynastii”, ale też o dojmującej samotności.
    W literaturze bułgarskiej Iwanowa jest postacią istotną – po polsku, dzięki Magdzie Pytlak, ten głos kobiety w średnim wieku, w której gorycz i zużycie nie pozwalają na bunt, jakby się już wypalił też brzmi bardzo ciekawie, świeżo (choć cały czas pisze o zmęczeniu, zużyciu, porzuceniu). Iwanowa pisze jak nasze matki, z którymi zawsze o sprawach najważniejszych gada się tylko przy użyciu małych konkretów. Nagle śmierć staje się oczkiem, które idzie przez skarpetę, siwe włosy są tak słabe, że nie da się za nie samej podciągnąć do góry, starzenie się jest chłodem, twarz staje się mapą przemęczenia. Buty z wystawy uruchamiają kolejne tęsknoty za innymi wariantami własnego życia – zbyt wysokie, eleganckie, nieprzydatne i właśnie dlatego upragnione. Nad wszystkim tym królują zmarszczki – precyzyjna grafika funkcji trygonometrycznych z sinusoidami wyrytymi wokół ust”.
    Iwanowa pisze, jakby była sandwichem, kobiety z jej pokolenia zresztą często taką rolę spełniają – opiekunek dwóch pokoleń, starszych i młodszych. Ona jednak inaczej opisuje to zakleszczenie: pomiędzy pamięcią bliskich zmarłych i byłych a pokoleniem dzieci. Tęsknota za własnym ojcem spina się z tęsknotą za własną córką, za wspomnieniem jej narodzin i dzieciństwa.

    Milena Iwanowa, Siedem. Wiersze z biografiami.

    Z bułgarskiego przełożyła Magdalena Pytlak

    Mam kłopot z Jerzym Kochem – jest tłumaczem moją ukochaną poetkę, Antije Kroch, co oznacza, że mógłby przetłumaczyć gówno przy użyciu Google Translatora, a mnie by się to nie tylko podobało, ale jeszcze bym napisała blurb, gdyby trzeba było.

    Na szczęście Koch nigdy nie tłumaczy gówien, co jest pewną pociechą dla mojego życia zawodowego.

    Tutaj bierze na warsztat twórczość holenderskiej nagradzanej i utytułowanej poetki, z której wierszy wali takie zimno, że w trakcie lektury trzeba się owinąć w drugą bluzę. Zaczyna się klasycznie od smutku, melancholii, obawy o utratę miłości, szybko jednak okazuje się, że nie dobierzemy się do stanów emocjonalnych Van hee, że ona nas do nich nie wpuści. Każe za to obserwować krajobraz, słuchać dialogów, obserwować gesty. Van hee wykorzystuje klasyczny motyw opowiadania o sobie, ludzkich przeżyciach, doświadczeniach i lękach poprzez zapośredniczenie w świecie zewnętrznym.

    Jej fraza jest płaska, bo nie o uniesienia w pisaniu tutaj chodzi. Cała energia skupia się na maksymalnie wyciszonym ujęciu poszczególnych elementów krajobrazu lub sytuacji, by za ich pomocą zbudować historię, osadzić czytelników w scenie, doświadczeniu. Więcej tutaj dokonuje się pomiędzy słowami niż w słowach, wyobraźnia mocniej pracuje, by zrekonstruować sceny, szkicowane tylko przez Van hee i w polszczyźnie rysowane przez Kocha. Poetka tworzy tu hipotetyczne scenariusze: pustki, i osamotnienia, upływu czasu i starzenia się, silnie odczuwanej miłości i niezdolności do jej odpowiedniego wyrażania, lęku przed zmianą. Ale jednocześnie wszystko to jest nam zasugerowane, a nie wyłożone – wiele razy wraca do tych samych odczuć i obaw, jednocześnie umieszczając je w podszewce zupełnie innych scen.

    Tutaj nie ma rzeczowników abstrakcyjnych, mało jest tego wszystkiego, co w polszczyźnie kończy się na -izm, -ycja, -ość. A jednocześnie jest to książka opisująca sytuacje doniosłe, traktująca zupełnie serio pragnienie wyrażenia mechanizmów uniwersalnych. Dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanych historii w książce poetyckiej, jednocześnie tak odległej od nazywania i przepełnionych konkretem.

    Miriam Van hee, Utrata czasu. Wiersze z lat 1996-2022

    Z niderlandzkiego przełożył Jerzy Koch

    Arvis Viguls za to posługuje się kompletnie innym zestawem chwytów i pracuje w przeciwną stronę niż Miriam Van hee – nie znaczy to, że pisze jak poeci młodopolscy, analizujący na potęgę swoje stany wewnętrze, nie. Ciało i wszystkie jego członki są dla niego osobnym krajobrazem, którego opisanie, często w konwencji fantastycznej, napędza tę poezję. Ciała ludzkie transformują, czasem najważniejsza jest pacha, a czasem ręka ludzka na smyczy chodzi po ulicy i można obserwować jej codzienne zwyczaje, jeden chłopiec ma zamiast włosów gniazdo os, a w innym tekście para kochanków dotyka się, podwijając skórę na rękach. Ciało nigdy nie jest stałe, trwałe, nie ma tu modelu człowieka renesansowego, jego miejsce zajmują hybrydy, posthumanistyczne twory, albo części ciała uwalniają się od korpusu. Ciało ludzie stapia się z naturą, ciało staruszki wrasta w jej chatkę, człowiek łączy się z przestrzeniami, miejscami, przyjmuje do ciała – ciągle żywego – kawałki innych ciał, innych bytów. Koegzystencja rozwija się na tu na wielu poziomach i za każdym razem stanowi osobny temat, główny problem tekstu.

    Vigulsa interesują wątki posthumanistyczne, relacja człowieka i świata, ślad, który na sobie nawzajem odciskają. Jego wnioski wydają się też dość realistyczne: tu nie ma pytania, czy chcemy się zmienić, czy umrzemy. Viguls mówi: zmieniamy się już, transformujemy. Dlatego często pojawiają się tu owady i pasożyty – wcześniej uznawane za wcielenie ohydy, symbolizujące brzydotę, brud, słabość. Dzisiaj w ramach posthumanistycznej literatury należy je czytać raczej jako wzory do naśladowania, ich tempo i zakres przystosowania są modelową i zarazem jedyną szansą na przetrwanie.

    Arvis Viguls, Pchli cyrk. Poezja 2017-2020

    Z łotewskiego przełożył Piotr Ruciński