Blog

  • Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Maciej Siembieda, Gołoborze

    Znak Literanova 2025

     

    Nie lubię polskich kryminałów, bo wśród wielu znanych autorów jest bardzo mało dobrych książek. Do tego mam jeszcze absolutną fobię związaną z wykorzystaniem postaci kobiecych jako wyzwolicielek przemocy i bezimiennych ofiar, które stają się ornamentem fabularnym, chodzę więc wokół kryminałów jak kot koło jeża. Ale Siembieda w swojej najnowszej książce omija łukiem moje lęki. Daje za to katharsis, na jakie nie liczyłam.

    Grabin na Kielecczyźnie trochę przypomina tu Sycylię albo Weronę – zwaśnione rody, zemsta sięgająca 150 lat wstecz – taka jest rama fabularna. Zaczyna się w czasie powstanie styczniowego, kiedy jeden z chłopów staje po stronie powstańców, a drugi po stronie Rosjan. Ich waśń niesie się później przez pamięć klanów i pokoleń, w każdej generacji dochodzi do zabójstw, walk, wymuszeń i walki o dominację. Ale Siembieda, w tej drobnej, lekko ponad 500-stronnicowej powieści, łączy różne formy gatunkowe: zaczyna się więc jak saga rodzinna, powieść historyczna, potem dopiero pojawia się formuła kryminału.  

     Mamy drugą połowę XIX wieku, mroczne lata 60., nadużycia carskich urzędników i równolegle do nich dowody na działanie diabła, który po okolicach Grabina ciągle krąży. To jego wsparcie mają niektórzy mieszkańcy – wcale nie ci najgorsi i nie ci najbardziej zdegenerowani.

    Cebrzyny, krewni kozackiego pomocnika z 1863 roku, to zdrajcy, kłamcy, koniokrady, złodzieje, mordercy – wszyscy pokornie podążają za starszym rodu. To on decyduje, kogo i kiedy okraść, zabić, skorumpować. We wsi sieją postrach, są zamożni, ale jednocześnie z tych powodów właśnie nie bardzo mogą znaleźć chętne panny młode. Ród Kończaków, krewni i spadkobiercy wiejskiego powstańca, wydaje się bardziej praworządny, cieszy się też lepszą opinią w okolicy, dzięki czemu zawiera związki małżeńskie z kobietami z daleka, dzięki temu nie ma obciążeń genetycznych, nękających Cebrzynów. Ostatecznie jednak mężczyźni z obu rodów są równie dożarci, pamiętliwi, skłonni do przemocy. Silną ręką trzymają swoje kobiety, dzieci i inwentarz. Nie pozwalają na żadną niesubordynację. A podporządkowanie wymuszają nawet zza grobu przy pomocy zmanipulowanych testamentów. Dlatego też dziedziczenie zemsty i poczucia krzywdy odbywa się w każdym pokoleniu, bez żadnych odchyleń – nawet jeśli w czasie wojny rodzi się nieoczekiwana miłość między dziećmi z obu rodzin.

    W drugiej połowie XX wieku Siembieda przekształca sagę rodzinną w powieść kryminalną. W epoce małej stabilizacji, stagnacji PRL-u, w którym wszyscy piją, kradną i oszukują system, rozpoczyna się śledztwo, zahaczające o krwawą vendettę rodzinną. I choć czytelnicy mają dużo większą wiedzę niż bohaterowie, to wcale nie widzą, jak potoczy się śledztwo.

    Strasznie lubię powieści, w których śmierdzi – to znaczy czuć życiowych konkret, widać szczegół, świat jest barwny i złożony, a bohaterowie nie są płascy. Lubię słyszeć brzmienie prawdziwej mowy, a nie literacką frazę autora. W obu tych dziedzinach Siembieda nie zawodzi. PRL-owska rzeczywistość, w której toczy się śledztwo, nie jest u niego światem gładkim i nowoczesnym, okazuje się tak samo brudna jak wszystkie poprzednie epoki, równie skorumpowana, zaspawana przesądami i układami. Wieś to państwo w państwie, rządzi się swoimi prawami: ukrywając mięso, unikając wojennych kontrybucji, szabrując mienie poniemieckie, korzystając nadziału ziemi i z dopłat dla wsi. Tu nie ma miejsca ani na wartości chrześcijańskie, ani na inteligenckie ideały. Siembieda buduje ten świat wiejski bardzo naturalnie, a nie na kontrze, jako odwrócenie miejsko-inteligenckiej rzeczywistości. Linie podziału przebiegają u niego inaczej – męsko-chłopską hierarchię próbuje zmienić i Kościół, i partia i miasto – to one właściwie tworzą linie napięć i konfliktów, ale bohaterowie „Gołoborza” za każdym razem mówią tym próbom zmian twarde „nie”.  

    U Siembiedy mało jest fascynacji przemocą i jej trwałością, dużo za to namysłu nad tym, jak nienawiść drenuje, obciąża, jak ogranicza pole wyborów życiowych, determinuje los nawet tych, którzy się jeszcze nie urodzili. Bardzo mądrze odbywa się w „Gołoborzu” krytyka tej rzeczywistości, w której wartością jest skrajna, fanatyczna lojalność wobec systemu skonstruowanego przez „przodków” i ustalanego przez starszyznę, czy jednego dyżurnego przewodnika. Ten system, który Siembieda osadza na Kielecczyźnie, w gruncie rzeczy mógłby funkcjonować w każdym innym zakątku świata. Oparty na lękach męskich i męskim systemie wartości, kosi ofiary każdego wieku i genderu. Buduje poczucie lojalności poprzez negację i różnicę, bazuje na poczuciu zagrożenia, wzmacnia je i przekonuje swoich, że z rąk obcych spotka ich tylko gwałt i śmierć. Jednocześnie wszystkie te ideologiczne wątki Siembieda owija w takie zwroty akcji, buduje takie charaktery i momenty konfrontacji, że sekundujemy większości jego postaci. Im bardziej poroniony, zakompleksiony, niedojrzały bohater, tym tutaj wydaje się bardziej charyzmatycznym przywódcą, wiernym, odważnym, gotowym do dzikich akcji. Dopiero kiedy sobie trochę poskrobiemy te ludowo-knajackie opowieści – a Siembieda podsuwa nam szereg narzędzi siecznych i kolnych do takiej pracy – na wierzch wychodzi krytyka wiejskiej mentalności opartej na kurczowym trzymaniu się honoru i niestabilnej męskości.

    „Gołoborze” przypomina trochę „Mistrza i Małgorzatę” – pokazuje, że polska prowincja nie potrzebuje diabła – wystarczy pamięć krzywd i upór samców, by przez pokolenia mnożyć biedę, strach i śmierć.

    Takie kryminały lubią: udające, że opowiadają historię spoza naszych bieżących lęków i problemów, a jednocześnie drenującą w nich głęboko. Siembieda obnaża bowiem nędzę świata, w którym honor to tylko inne imię dla przemocy.

    Enjoy.

     

    Współpraca: Znak Literanova

     

     

     

  • Kocia Szajka i sztuka skupienia

    Kocia Szajka i sztuka skupienia

    Kiedy próbuję wytłumaczyć znajomym, że prawdziwe kocie królestwo w polskiej literaturze to Kocia Szajka, a nie Kicia Kocia – zawsze odsyłam ich do audiobooków. Agata Romaniuk, socjolożka i reporterka, autorka kolejnych przygód Kociej Szajki, jest też lektorką w audiobookowych wydaniach.

    Rok temu Kocia Szajka była w moim domu wszędzie, ciągle, czytaliśmy Mańce kolejne tomy na zmianę, M. ganiał do biblioteki, próbując zainteresować dziecko czymś innym. Rezultat był zerowy, wysiłek ojca – godny politowania. Mańka miała jasno ustalone priorytety, a gust literacki wyrobiony niczym kapituła Nagrody Literackiej Gdynia. Morfeusz, Komandos, Lola, Precelek, Walerka Koczy, bracia Piksele, a nade wszystko Bronka od Cieślarów, mieszkały z nami przez kilkanaście miesięcy, zajmując większość powierzchni mieszkania.

    Kocia Szajka, zajęta rozwiązywaniem śledztw równie intensywnie co zasypianiem na czatach, podróżowaniem po świecie i jedzeniem, to nie jest polska odpowiedź na Psi Patrol, na szczęście. Przygody cieszyńskich kotów działają bowiem stabilizująco, uspokajają, pomagają w nauce skupienia. Działają jak plasterek z obrazkiem – koją, ale i dają sporo rozrywki. Uczą łagodności. Czytająca na Storytel książki Romaniuk jest świetna, gdy zaczyna mówić głosami – jako Lola ma bezbłędny czeski akcent, jako Bronka jest ostra, płynnie wplata gwarę cieszyńską. Jej despotyczne, krótkie zdania przeplata rozwlekły Morfeusz, taki facet zmierzający ku wcześniejszej emeryturze, niezdecydowany, wzruszający ramionami na szaleństwo świata. Na to wszystko przychodzą bracia Piksele, podejrzewani o przekręty w kocim darknecie i granie w Myszokrafta, do nich dołącza Komandos – 30-letni dżolo, bardzo pewny siebie. Każdej z kocich postaci autorka nadaje inny głos, a w intonacji odbija się charakter postaci.

    Kiedy Romaniuk swoim lekkim głosem zaczyna czytać tom „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia”, obie z Mańką chichoczemy, gdy kotki pod cieszyńskim zamkiem robią WF tuż koło różowego jelonka.

    Zapomniałam już, że oglądana z zewnątrz Kocia Szajka to lewacko-hipsterska rozgrywka dla klasy średniej: kotki mają różowe pazurki w kolorze cieszyńskiego jelonka, ćwiczą jogę, a potem piją cappuccino i jedzą bezę w księgarnio-kawiarni. Cała seria porusza się jednak w obrębie świata bezpiecznego i znanego, uporządkowanego, w którym wstrząsy mają skalę dziecięcą. To nie bracia Grimm. Każdy, kto zna Kocią Szajkę, wie jednak, że jej autorka nie przepada za tradycyjnym podziałem ról, zwraca się przeciwko wściekłej deweloperce, daleko jej do pochwały kapitalizmu. Romaniuk przenosi skupienie na jednostkę, daje przestrzeń na celebrowanie małych radości, szanuje chodzenie nad rzekę.

    Po setnej lekturze książek mam wrażenie, że audiobook bardziej działa, autorka wyostrza humor, na przykład żarty dotyczące podziału ról męskich i damskich, ale też psów, bo jeden z nich, pojawiający się już na początku nagrania, ma taki nieszczery ogon! Ona też – dużo lepiej niż my czytający Mańce – mówi gwarą, wspaniale dyscyplinuje koty, gdy używa niskiego głosu komisarza Psoty.

    Dżingle na Storytel odliczają kolejne rozdziały, a my z Mańką spędzamy coraz dłuższe wieczory razem przy stole, ona zarysowuje otchłanie papieru, kilometry bloków (szanse na AGH spadają wprost proporcjonalnie do rosnących akcji ASP). Wznoszący i opadający płynnie głos Agaty Romaniuk oswaja pierwszy szkolny stres, osadza w znanej, udomowionej rzeczywistości. Świat na miarę Kociej Szajki jest bardziej przyjazny.

     

    Współpraca: Storytel. 

  • Zbawcze wykluczenie

    Zbawcze wykluczenie

    Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem

    Agora 2025

    Grynberg zawsze, kiedy pisze o śmierci, to pisze o życiu – i w ten sposób „Rok, w którym nie umarłem” niczym nie różni od „Oskarżam Auschwitz” czy innych jego zagładowych książek.

    Historia wydaje się tu bardzo prosta: zawał i rehabilitacja, nie ma właściwie czego streszczać. Grynberg trafia na oddział, udzielają mu pomocy, bohater przeżyje, stopniowo staje na nogi, chodzi na rehabilitację, przykłada się, żeby wrócić do formy. Rozmawia w domu o chorobie, kruchości, stanie zdrowia, o ostatniej woli – taki jest szkielet fabularny.

    Jednocześnie jednak wszystko tutaj dzieje się w głowie bohatera, choć powodem akcji jest jego serce. A także w tekście, który spisuje, by zrozumieć własne doświadczenie, by się od niego trochę oddzielić, zdystansować, stanąć z boku i na własne ciało i jego słabe serce popatrzeć jakoś spoza niego. A Grynberg jest mistrzem dystansu, królem oddalania się i zbliżania, specjalistą od patrzenia z ukosa i wyciągania rozmaitych elementów ukrytych na samym wierzchu i jednocześnie niewidocznych dla innych oczu.

    Trochę na gorąco i pod wpływem emocji podzieliłabym ten książkę na dwie równoległe opowieści – o czułości domowej, miłości, która widzi przedmiot uczucia, bo zawałowy Grynberg bardzo zwraca uwagę na to, co myśli jego rodzina. Pozycja centralna, bycie osią życia rodzinnego wydaje mu się jakaś niewygodna, podobnie jak rozmowy o śmierci. Nie toczy ich z dziećmi też za dużo, raczej notuje to, co w postaci krótkich strzałów pojawiało się między nimi przez lata – jaka jest ostatnia wola, co zrobić z majątkiem, gdzie są ważne papiery. Drugi wątek natomiast dotyczy chorobliwej męskości polskiej i nie chodzi tu o inceli z internetu, ale o taki model bycia mężczyzną, który wprost prowadzi do zawału: z dużą ilością alko, seksem traktowanym w kategoriach performansu i osiągów, niezdrowym jedzeniem, nienawiścią wobec innych. Wspólnota jaskiniowa osacza, dyscyplinuje wszystkich jej członków, którzy tylko pozornie opuścili Cro-Magnon. Grynberg patrzy na tych mężczyzn jako Inny – nie dość, że intelektualista, to jeszcze Żyd i te dwa znaki tożsamości, które nie pozwalały mu na przynależność do wspólnoty polskich mężczyzn, teraz też pozwalają mu wyzdrowieć, nie kierują na drogę prowadzącą do kolejnych zawałów. Grynberg może spokojnie odmówić tańca wokół totemu polsko-katolickiego penisa – w przeciwieństwie do większości samców, z którymi zetknął się w szpitalu i na rehabilitacji.

    Pod tymi dwoma wątkami, które łatwo opisać, bo są afektywne lub socjologiczne, czai się jeszcze jeden, trudniejszy do uchwycenia, ale mocno widoczny w lekturze: opowieść o słabości ciała. Niepewność, mała sprawczość, oddanie się w ręce innych – bynajmniej nie z własnej woli, testowanie nowych granic ciała, lęk, potworny lęk przed bólem, przed tym, że powróci, że dołoży. I znów: źle się to streszcza, świetnie się to w „Roku…” czyta, bo język Grynberga – jednocześnie ironiczny i czuły, detaliczny i syntetyzujący, robi wielką robotę. Tak samo fantastyczna jest jego perspektywa: zaglądanie za parawan, ale tylko własny, wpuszczanie do małżeńskiego łóżka, ale tylko na jego skraj, sprawdzanie tętna, ale tylko przy użyciu palca – Grynberg daje nam wgląd w swoje życie, ale raczej pojedynczy i krótki, nie wywala wszystkich bebechów, nie pozwala, byśmy się za bardzo z nim bratali, nie chce byśmy żyli jego życiem, a tylko z niego wzięli pewną naukę (i może też nauczkę).

    Ale zaczęłam od życia, które u Grynberga jest wciąż obecne, choć nigdy wcześniej nie pojawiło się jako wartość – w jego wcześniejszych książkach na plan pierwszy wysuwa się jego negatywność: odebranie życia, pozbawienie życia, skrócenie życia. Utrata rodziny, bo bardzo często jego rozmówcy to ci pojedynczy, ostatni, jedyni, którzy ocaleli. Wartość życia jest zatem absolutna, oczywista, niewymagająca wypowiedzenia ani określenia, bo zasadnicza. Tak samo jest i tutaj: zagrożenie własnego życia sprawia, że jego wartość rośnie, że jeszcze większej roli nabierają więzi, że miłość ma jeszcze większe znaczenie.

    Grynberg nie potrafi utrzymać jednego smaku i zawsze miesza cukier z solą, miód z dziegciem, miesza więc opowieść o potędze życia z opowieścią o kruchości ciała. I jest to wyjątkowy plaster na wszystkie rany.

  • Kruchość i elastyczność

    Kruchość i elastyczność

    Mateusz Pakuła jednocześnie obniża i podnosi poprzeczkę – tak było w kilku jego poprzednich przestawieniach, tak jest też teraz w „Skórze po dziadku” wystawionej w Łaźni Nowej w Krakowie.

    Obniża, bo opowiada historię pogromu kieleckiego od zera, wtrąca wypowiedzi badaczy i aktywistów, sięga po relacje świadków. Właściwie można wejść na spektakl, nie wiedząc kompletnie nic i wyjść z całkiem sporą dawką wiedzy, poruszonymi emocjami, głębokim poczuciem wstydu i przynależności (bo to, co robi jeszcze Pakuła, to świetne powiązanie historii ze wspólnotą – nie udaje się u niego wymigać od współodpowiedzialności, tu my, to nasi zrobili. Pakuła nie pozwala na odcięcie się, na dystans intelektualny i idącą zaraz za nim separację narodową, nie da się tu powiedzieć: „to nie moja Polska”, „to nie moja wspólnota”).

    Jednocześnie podnosi poprzeczkę, bo mocniej niż w książce, która splatała historię żydowskiego pogromu i historię uwięzienia i uwolnienia jego dziadka z kieleckiego więzienia, kładzie nacisk na kruchość życia i jego paradoksalną elastyczność, a ten wniosek wydaje mi się bardziej ukryty, mniej czytelny, mniej widoczny dla niewprawnego oka. To powolne odbijanie się Pakuły ku coraz bardziej uniwersalnym wątkom, coraz dalej od partykularnych historii narodowych i opowieści domowych, wydaje mi się coraz ważniejszą cechą jego twórczości, ruch autora-reżysera, obecny już od kilku dramatów,  stopniowo staje się coraz bardziej widoczny.

    Pozornie chodzi bowiem o proste i wciąż modne przeplatanie się historii domowej i narodowej, odczytywanie mało znanej historii uwięzienia dziadka oraz wypartej historii pogromu kieleckiego. No dobrze, nie on jeden robi taką przeplatankę. Ale u niego te zabiegi mają cel, dość odległy od widocznego na pierwszy rzut oka zaangażowania emocjonalnego i intelektualnego przebodźcowanej publiczności.

    Otóż u Pakuły chodzi właśnie o wzajemne komentowanie się tych wątków, dopowiadanie innych treści. Bo dziadek Pakuła uświadamia, że dopóki nie nastąpi śmierć, z życiem można zrobić wszystko, że tylko śmierć jest ostateczna, a życie – elastyczne, zmienne, raczej dobre, otwarte, pełne rozmaitych potencjalności. Jego historia przebiega tu dokładnie pod prąd historii pogromu – bo Żydzi ocaleni z Zagłady, szukający spokojnej przystani w Kielcach w 1946 roku, zostają zgładzeni i rozpędzeni przez gawiedź, tłum, którego mdłych zeznań możemy wysłuchać ze sceny.

    Tak, stary Pakuła ma rację, myślimy, w życiu można wszystko, każda sytuacja może się zmienić, nic nie jest trwałe i dopóki ktoś ci nie rozwali głowy kamieniem, wszystkie perspektywy są otwarte. Ten optymizm, gotowość na potencjalność kontruje jednak wspomnienie wydarzeń z kamienicy przy Planty 7/9.

    Kupcie sobie bilety na następne przedstawienia, nawet jeśli czytaliście książkę. To są różne historie.

     

    Fot. Klaudyna Schubert, z archiwum Łaźni Nowej. 

  • Gorycz końca

    Gorycz końca

    J. M. Coetzee

    Nadzieja

    Przeł. Aga Zano,

    Znak 2025

     

    Tak jak w „Polaku” o Polaku było mało, tak w „Nadziei” mamy jej śladowe ilości. Coetzee nigdy nie był pisarzem słodkim, ja natomiast uwielbiam tę rosnącą ciągle gorycz, coraz wyrazistszą i coraz bardziej śmierdzącą nieskończoną beznadzieją.

    „Polak” opowiadał o romansie u kresu życia, w jakiś sposób romansująca para była sobie równa – choć kompozytor Witold Walczykiewicz był starszy od Beatriz, to jednak płeć w jakiś sposób ustawiała ich wspólnie w cieniu życia (kobieta w okolicach 60-tki  jest u niego jak mężczyzna po 70-tce – mówiąc brutalnie). Coetzee pokazywał wybór kobiety – zdradzanej przez męża, opuszczonej przez dzieci, w takim wieku, kiedy właściwie można już tylko zostać babcią i żyć radością z wnuków, życiem cudzym, na marginesie. Starość, ograniczony wybór, przymus zmierzenia się nie z jakimś przejściowym kryzysem intelektualnym, ale wygaszaniem własnego umysłu, odejściem geniuszu – to tematy, które rządzą opowiadaniami zebranymi w „Nadziei”. Większość tekstów podejmuje problem starości, ale o tym piszę gdzie indziej, więc tu wysunę sobie na plan pierwszy inne wątki – na pewno jest nim uwięzienie w rygorach życia klasy średniej, które w jakiś sposób obnażają brak relacji rodzinnych oraz pustkę egzystencjalną, taką fazę, w której jak XXX nic już nas ciekawego w życiu nie czeka.

    Coetzee robi tu jeszcze jedną super istotną woltę: przesuwa problem katastrofy klimatycznej i jej intelektualnych uwikłań z najmłodszego do najstarszego czynnego jeszcze intelektualnie pokolenia. W swojej opowieści o cierpieniu zwierząt zwraca się przeciwko chrześcijańskiej i oświeceniowej myśli, zakładającej zwierzęcy brak duszy, i wybiera tych, którzy zakładają widzenie pełne: od Williama Blake’a po Marian Dawkins, brytyjską biolożkę.  

    Nawiązuje do „Elizabeth Costello” – wprowadza jej postać po raz kolejny na scenę, a także pokazuje ją u schyłku życia, kiedy funkcjonuje jako ekscentryczna staruszka, opowiadająca o tym, jak nie jest w stanie rozwinąć w tekście własnych pomysłów. Costello, co już wiemy, jest obrończynią praw zwierząt, intelektualistką wierzącą w równość istot – tutaj jednak zderzają się dwie jej wizje – starzejącej się babki, która nie chce się przenieść do dzieci i wnuków, za to upiera się przy opiece nad wszystkimi kotami z małej hiszpańskiej wioski oraz filozofki i pisarki, która świadomie przeżywa odpływ sprawności intelektualnej (co wykorzystuje Warlikowski w spektaklu „Elizabeth Costello”). Ma jeszcze na tyle przytomności umysłu, by kwestionować sądy i opinie otaczających ją osób, by powracać do idei, które kierowały jej myśleniem wcześniej. Jednocześnie jednak nie jest na tyle sprawna, by się przebić do dawnej ostrości sądów i sprawności pióra: „Tryby się we nie zacinają. Światła gasną. Mechanizm, na którym zawsze polegałam, teraz zawodzi. Nie musisz się niepokoić. Tak działa natura, w ten sposób mnie zawiadamia, że już czas wracać do domu. Oto kolejne doświadczenie, z którym Martin Heidegger nie był gotowy się zmierzyć w swoich rozmyślaniach: doświadczenie bycia martwym, nieobecnym w świecie. A to przecież całe odrębne doświadczenie”. Coetzee wchodzi tu w rodzaj wielokrotnej gry: w opowiadaniach tworzy pamiętnik Costello, który z racji starości oddaje ona synowi – a my czytamy zapiski ich obojga (wymyślonych przez autora opowiadań). John, syn, do zwierząt ma stosunek wyższościowy, ale boi się wysłać na śmierć zwierzęta ratowane przez matkę, trochę z szacunku do niej, a trochę w obawie przed pogorszeniem jej zdrowia, jakąś nagłą zapaścią.

    Podobnie jak w innych tekstach Coetzeego nie ma tu wiary w możliwość spójnej narracji o świecie, są za to odpryski myśli, jakby w obliczu świata nie dało się już sformułować choćby jednego pełnego wykładu, nie mówiąc już o jakiejś narracji z większymi ambicjami. Coetzee spuszcza swoich bohaterów w głąb lęków: jego starzejąca się bohaterka zastanawia się, czy dobrze wychowała swoje dzieci, czy jej oddanie było wystarczające, inna panicznie boi się przejeżdżać koło opętańczo szczekającego psa – to pierwsze opowiadanie ma sens tylko wtedy, jeśli przyjmiemy za Coetzeem, że wszystkie postaci z tekstu funkcjonują na równych prawach.

     

     

  • Epidemia i NKWD

    Epidemia i NKWD

    Ludmiła Ulicka, To tylko dżuma

    Przeł. Agnieszka Sowińska

    Wydawnictwo Literackie 2024

     

    To jest zdecydowanie najlepsza powieść zagraniczna, jaką przeczytałam w 2024 roku. Zimna, pokręcona, przesuwająca linie podziałów, zadająca niewygodne pytania, a wszystko to skondensowane, zrolowane na 123 stronach – a więc to, co lubię w literaturze najbardziej.

    1939 rok, Moskwa, ostry stalinizm. Radzieccy naukowcy chcą opracować szczepionkę na dżumę, nie tylko po to, by wyleczyć jedną z najgorszych plag ludzkości, ale też z potrzeby prześcignięcia krajów demokratycznych. Jeden z badaczy zostaje wezwany z Saratowa do stolicy, by przedstawić przebieg badań. Pędząc do dzwoniącego w nocy telefonu, przez przypadek przesuwa sobie maseczkę. Umiera w szpitalu kilka dni później, a różne służby próbują opanować epidemię.

    Ulicka rozwija fabułę serią krótkich, bardzo dynamicznych scen z udziałem kilkudziesięciu postaci – laboratoria, przedziały w pociągu, gabinety lekarskie, sale szpitalne, mieszkania – cały czas przesuwamy się między nimi. Akcję napędza z jednej strony rozwój choroby, z drugiej ruchy ludzkie – kolejne telefony i NKWD, które użycza swoich zasobów, by wspomóc walkę z chorobą. Na pierwszy etapie najważniejsze jest bowiem zatrzymanie i odizolowanie wszystkich osób, które miały kontakt z pacjentem 0. Komisarz ludowy zdrowia dzwoni do Wysoko Postawionej Osoby (prawdopodobnie Ławrientij Beria) z prośbą o pomoc, a ten woła do słuchawki: „Pomożemy. I z nazwiskami, i z likwidacją”.

    W różne miejsca ruszają więc samochody, odbywają się błyskawiczne zatrzymania. Pracownicy NKWD wciąż wbiegają na jakieś klatki, skądś wyciągają ludzi. Radzieckie społeczeństwo już właściwie nie reaguje, bo nie skończyła się jeszcze wcale fala aresztowań zapoczątkowana w 1937. Wszyscy są przyzwyczajeni do nocnych najść, zabierania ludzi z domów i w nocy.

    „To tylko dżuma” stawia więc przewrotne pytanie o to, czy epidemię da się opanować tylko w kraju totalitarnym – bo w jej historii NKWD ratuje kraj od śmierci w męczarniach, skrajnego wyludnienia. Jednocześnie te wszystkie scenki rysowane są tak, że w kilku zdaniach i słowach autorka buduje od podstaw swoje postaci, nadaje im cechy indywidualne, by potem tylko zderzań je z innymi, pokazują setki możliwych trajektorii losu. Przy uważnej lekturze widać wyraźnie, że Ulicka odczłowiecza policję, a silnie indywidualizuje pozostałe postaci – nawet Beria w tej powieści nie występuje pod nazwiskiem, nie ma twarzy, podobnie jak wszyscy jego podwładni. System jest już tak ustabilizowany, że właściwie nie musi opierać się na ludziach, potrzebuje tylko mięsa, jakichś mięśni, które utrzymują jego trwanie. NKWD nie ma tu twarzy, nawet mundurów, bo zakrywają je kombinezony epidemiczne. Odczłowieczenie doprowadza więc autorka do skrajnej formy.

    Ulicka pisze sama, że „To tylko dżuma” to scenariusz. Ale gdyby potraktować go jako powieść, byłaby to powieść historyczna, a nie fikcja literacka w pełnym znaczeniu tego słowa. Zawsze mówię moim studentom, że jeśli mają mało znaków na recenzję, to powinni w pierwszej kolejności wycinać roztrząsania dotyczące gatunkowości, bo takiego brandzlowania polonistycznego poza osobami po fachu nikt nie ceni. Tutaj ma ono jednak znaczenie: opowieść o dżumie w 1939 roku w ZSRR nie jest political fiction, ani historią alternatywną, tylko zdarzeniem prawdziwym. Ulicka na bazie kilku faktów buduje swoją opowieść, napędza ją też inna wiedza: o zatrzymaniu w Moskwie epidemii cholery w 1959 roku (pisze o tym w rozmowie dodanej do polskiego wydania książki – rozmowie z 2021 roku, a więc ze środka innej epidemii).

    Dawno nie czytałam książki tak przewrotnej, tak doskonale skonstruowanej, lekkiej i czystej (jest tu kilka postaci heroicznych), a jednocześnie gęstej i wbijającej ostrze w sam środek dyskusji o uwikłaniu politycznym, w której przecież tkwi też sama Ulicka jako rosyjska autorka, równocześnie nagrodzona i francuską Prix Médicis, i rosyjskim Bookerem (jako pierwsza kobieta).