Blog

  • Dyskusja o krytyce na Igrzyskach Wolności w Łodzi

    Dyskusja o krytyce na Igrzyskach Wolności w Łodzi

    Na wielkim forum kultury, Igrzyskach Wolności w Łodzi, w najbliższą niedzielę odbędzie się spotkanie dotyczące warunków funkcjonowania krytyki literackiej: „W sieci krytyki”. 

    Wezmą w niej udział:  Agnieszka Budnik, Maciej Jakubowiak, Paulina Małochleb. Prowadzi spotkanie Wojtek Szot. 

    Organizatorzy piszą o tym spotkaniu: 

    Krytyka literacka umiera zastępowana przez opłacane posty i marketing wydawców. A może jest inaczej? Krytyka literacka się zdemokratyzowała i prowadzi dialog, do którego zaproszeni są wszyscy czytelnicy? Czy stała się krytyka literacka w czasach serwisów społecznościowych? O tym porozmawiamy z wybitnymi krytykami i krytyczkami.

    Partner: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Promocja czytelnictwa”.

     

     
  • Stolica Auschwitz

    Stolica Auschwitz

    József Debreczeni, Zimne krematorium. Reportaż ocalałego z Zagłady,

    Przeł. Daniel Warmuz

    Filia 2025

    U Borowskiego jest taki fragment, który zawsze czyta się w szkole średniej i który strasznie trudno jest  wytłumaczyć: Holocaust w wymiarze nie ideologicznym, a ekonomicznym, mechanizm gospodarczy, sposób na wzbogacenie szybkie (pozyskiwane po zmarłych mienie) i długofalowe, narodowe (bezpłatna praca tysięcy więźniów jako robotników w fabrykach, kopalniach, gospodarstwach i przedsiębiorstwach). Borowski pisze wprost, że praca niewolnicza jest motywowana zachłannością. Tego samego tematu dotyka József Debreczeni, węgierski Żyd, wywieziony do Auschwitz w 1944 roku. Jego reportaż opowiada historię potrójną: o warunkach życia w obozie męskim, o tym, jak żyje się w obozie w 1944 i 1945 roku, o gospodarczym wymiarze całego przemysłu obozowego. Wydane po raz pierwszy w 1950 roku „Zimne krematorium” dokłada nowe wątki nawet tym czytelnikom, którzy zasiedzieli się w opowieściach łagrowych.

    Debreczeni, podobnie jak Borowski, ustawia siebie jako głównego bohatera tej opowieści, ale jednocześnie dodaje głos z przyszłości, z okresu po wyzwoleniu, wie już, jak zakończą się niektóre historie, co stanie się z ludźmi, z którymi przebywa w obozie. Wraz z nim rejestrujemy poszczególne śmierci. Te pierwsze przypadki ludzi, którzy przyjechali z nim z Węgier, opisuje precyzyjnie: robi mikro szkice biograficzne, później skala się zwiększa, tempo umierania przyspiesza, autor notuje coraz krócej, ale też coraz bardziej zwraca się ku życiu, bo przetrwanie w tym świecie równoległym wymaga wiedzy i niezwykłego sprytu.

    Przyjaciele i towarzysze autora spędzają wieczory na budowaniu teorii politycznych i strategii przetrwania: trafiają do Auschwitz w maju 1944 roku (krótko przed lądowaniem w Normandii), a więc rok przed zakończeniem działań wojennych i kapitulacją. Dociera do nich jednak mało informacji, rozprawiają wiec godzinami na temat postępów aliantów, na temat manewrów niemieckich, tego, co się stanie w obozie. Te partie przypominają dramat teatralny: ofiary próbują przewidzieć zachowanie katów, racjonalizują odruchy zbiorowe, zastanawiają się, czy SS ich wszystkich nie zagazuje przed opuszczeniem obozu. Widzą schyłek tego świata, ale  jednocześnie na ich oczach powstają kolejne filie obozowe, buduje się baraki dla nowych więźniów, tunele w kopalniach – jakby III Rzesza nie była w odwrocie. Nie ma właściwie żadnych dowodów na to, że system traci zęby, może poza tym, że komendantami zostają coraz niżsi stopniem żołnierze. Dla więźniów nie ma to jednak większego znaczenia, czy znęcają się nad nimi sadyści z wysokim stopniem, czy sierżant SS, kmiot, który uwielbia robić apele w deszczu. Cały świat jest tutaj torturą, bo ten deszcz – zwykłe zjawisko pogodowe – to w obozie wyrok, powód do jeszcze większej śmiertelności.

    Osobnym tematem są choroby – Debreczeni, uwięziony w małym podobozie, nie ma styczności z medykami prowadzącymi eksperymenty, ale jest świadkiem wybijania więźniów za pomocą transferu chorób. Kiedy w 1945 rozpoczynają się marsze śmierci, a jego obóz wciąż pracuje, docierają do niego grupy więźniów chorych na tyfus, szybko dochodzi do epidemii. Tyfus, na który zapadnie też autor, jest w jakiś przewrotny sposób sprawiedliwy i zrównuje hierarchię obozową, hierarchię więźniów, także stanowiącą temat tego reportażu. Debreczeni opisuje bowiem po równo tortury zadawane przez system – zimno, głód, nakaz pracy, pobudkę itp. – i te zadawane rękami współwięźniów – kradzieże, bicie, donosy. We wszystkich funkcyjnych budzi się sadyzm: a to zakazują używania koców w baraku szpitalnym, a to leją mocniej, a to wykradają jedzenie z przydziałów dla całego baraku. Zanim Hannah Arendt napisze książkę o banalności zła, Debreczeni opisze różne obozowe warianty właśnie tego banalności. Najmocniejsze oskarżenie pojawia się w zakończeniu, gdy autor, chory na tyfus, zamknięty na izolowanym piętrze budynku, widzi „mrówkojada” – człowieka tak głodnego, że wylizującego larwy gnid z trocin wyścielających łóżko.

    Debreczeni pisze książkę, która idealnie komponuje się z filmem „Strefa interesów” – widzimy tutaj to, co dzieje się za murem, jak się kręci ten biznes, jak się w obozie tyje, szabruje, gromadzi dobra i jak się chudnie, choruje i umiera z głodu i zimna. Tylko że tutaj w futrze chodzi nie żona komendanta, a więźniowie pakują złoto do obcasów butów.

    Wiosną 1945 roku, zanim do obozu wejdą żołnierze radzieccy, niemieccy strażnicy z niego uciekną, po prostu nocą opuszczą Dörnhau, a więźniowie funkcyjni uciekną zaraz za nimi, zabierając ze sobą pieniądze, odzież i sporo jedzenia.

    „Zimne krematorium” jest odkrywcze i w przewrotny sposób pasuje do naszych czasów, pokazuje bowiem rozpędzoną konsumpcję doby wojennej: jak się z więźniów wysysa siły, jak napędza system ekonomiczny całego kraju, który do wysiłku wojennego i zbrojenia potrzebuje tysięcy i milionów rąk do pracy, jak się na takiej podstawie wytwarza cała gospodarka nie zasobami, ale odpadami ludzkimi.

     

    Współpraca: Wydawnictwo Filia. 

  • Opowieści smalców alfa

    Opowieści smalców alfa

    Grzegorz Brudnik, Rota

    Filia 2025

    Czyta Mariusz Bonaszewski

    Przez ostatnie dni jazda tramwajem była przyjemniejsza niż zwykle, bo do ucha chrypiał mi Mariusz Bonaszewski. A jego głos, głęboki, niski, przypominający jednocześnie spód popielniczki i gruby koc, zapodawał kryminalną historię o śledztwie w Suchej Beskidzkiej w aplikacji Storytel.

    W kryminałach lubię najbardziej historie z podwórka, a przynajmniej jakiejś nieodległej peryferii, wietrzę podstęp w przygodach policjantów z Miami, czy ktoś to Miami widział w ogóle, czy ono istnieje? Bielsko-Biała to co innego, ona istnieje na pewno, zawsze tam stoję w korkach, jak jadę na festiwal Granatowe Góry. Bielsko-Biała istnieje, zwłaszcza jak jeździ po niej inspektor Łezka swoim jeepem wranglerem, w poszukiwaniu mordercy pary turystów z kolejki linowej na Szyndzielnię w powieści Grzegorza Brudnika.

    Bonaszewski i jego męskość tysiącprocentowa, zmęczona, niedogolona, z wysokim czołem oraz głos, przez który wszystkie te cechy przebijają, wszystkie przekleństwa przeczytane przez niego z najwyższym oddaniem, genialnie robią tej książce. Bo choć bohaterką jest tu pani inspektor, dobijająca powoli do sześćdziesiątki, super kobieca postać, to jednak chodzi tu głównie o świat smalców alfa. O kolesi, którzy zdradzają, kłamią, zabijają innych kolesi, ale kobiety też. Intryga kryminalna szybko zahacza o wieś Święty Andrzej, gdzie rządzi jeden klan, który zatarasowuje drogę dojazdową, decyduje o tym, kto może i nie może mieszkać, wjeżdżać. Towarzyszący inspektor Łezce młodszy policjant, 30-letni Michał Gazda, syn komendanta głównego, świetnie w ten świat smalców się wpasowuje, a przynajmniej potrafi w nim się poruszać płynnie – opałnował do perfekcji umiejętność dozowania przemocy. Dziwkarz na wyjeździe, skłonny do krótkich zdań i ostrych ocen, tęskniący w skrytości ducha za mamusią – pamiętajmy, że o tym cały czas chrypi Bonaszewski!

    Grzegorz Brudnik w „Rocie” świetnie gra na ukrytych lękach: nie tylko moich lękach dotyczących wagoników kolejki, ale też lęków narodowych, bardzo współczesnych: wobec pogody, Ukraińców, męskich przemocowców, władzy jako takiej, w końcu choroby. Ale też wykrzywia świat zdominowany przez mężczyzn, wyjaskrawia go i pokazuje w sposób groteskowy. I tak kryminał wywraca na nice świat przedstawiony, podważa jego fundament. Bardzo przyjemne, bardzo szorstkie.

    Współpraca: Storytel. W związku z nią kod do pobrania na darmowy dostęp (30 dni) https://www.storytel.com/pl/c/ksiazkinaostro

  • Dafne albo Dolly Parton

    Dafne albo Dolly Parton

    Dafne albo Dolly Parton

     

    Zyta Rudzka, Tylko durnie żyją do końca

    WAB 2025

     

    Rudzka wciąż to ma. Choć publikuje powieść co 2 lata, wciąż pozostaje mistrzynią frazy, mącicielką społecznych wyobrażeń, destruktorką genderowych stereotypów, demaskatorką psychologicznych ucieczek.

    W jej najnowszej powieści nie chodzi jednak o gry genderowe, ale raczej o ucieczkę ku lepszemu, o tych, którzy potrafią w życie, choć ma ono znamiona porażki.

    Lida żyje na wsi w związku poliamorycznym (choć na jej wsi nikt tego terminu nie używa), pracuje jako nauczycielka WF-u, codziennie pływa w rzece. Niewiele wiemy o jej przeszłości – choć do gospodarstwa przyjeżdżają oboje jej rodzice oraz dorosła córka, wszystko, co wydarzyło się wcześniej, w mieście, owiane jest tajemnicą i nie ma dla niej samej już większego znaczenia.

    Figura jak Dolly Parton, zdolność do formułowania zdań krótkich i obcesowych, uciekanie od kontaktów społecznych, niechęć wobec relacji i szaleńcza jazda motocyklem to znaki rozpoznawcze tej bohaterki. Dzięki nim Rudzka wprowadza swoją tradycyjną wieloznaczność, plątanie szyków interpretacyjnych. Jaki jest charakter jej związku z Ziutem (hydraulikiem po udarze) i Rochem (domowym kamerdynerem, bimbrownikiem i dawnym geodetą) – nie dowiemy się tego, Rudzka pracuje tu intensywnie, by wysłać osoby czytające w pogoń za odpowiedzią. Wiemy za to, że Lida, twarda i prychająca na smutki, zdolna do postawienia się wiejskiemu proboszczowi, pomaga też samotnej matce z dwójką dzieci. Wiemy na pewno, że Lida pomaga strapionym, że upomni się o pamięć nastolatków-samobójców, nauczy pływać wiejską babinę, utuli znerwicowaną koleżankę z pracy, choć nie będzie o tym opowiadać i nie przeprowadzi pogłębionej autoanalizy.

    Nie wiemy, czy jej wyjazd na wieś jest ucieczką czy uwolnieniem – znamy Rudzką, tego nam nie powie. Widzimy Lidę dopiero lata później, kiedy żyje w gospodarstwie od dłuższego czasu, ma już wyrobione nawyki, jest głęboko osadzona w tym świecie, choć równocześnie mało gada z sąsiadami i nie jest zbyt chętna do nawiązywania przyjaźni. Ma też opinię skandalistki, zdeprawowanej kochanki, która nie potrafi sobie chłopa wybrać, bogatej córki tatusia-prawnika. Jej odcinanie się od innych, wygłaszanie większości zdań tylko na własny temat, sięganie po znieczulającą piersióweczkę, sprawia, że niekoniecznie przepadamy za tą bohaterką. Wydaje się nieprzystępna, ale też osobna, nieprzysiadalna, jakby za swoją siłę płaciła bardzo konkretną cenę – to jest jednak, tradycyjnie już, cel Rudzkiej. Lida nie znosi życia miejskiego, nie lubi większości grona pedagogicznego, nie ma cierpliwości do budowania relacji, wiele razy odsyła ojca do miasta, gdy już wydaje się zbyt męczący.

    Nie wiemy, w jaki sposób Lida zdobywa ten rodzaj asertywności – na jakiej zasadzie zyskuje wolność? Rudzka sugeruje, że to wynik trudnego dzieciństwa, nie tylko konfliktów z rodzicami, ale też złego traktowania przez nauczycieli. Dorosła Lida, zdystansowana i zamknięta, nagle ukazuje się nam jako dziewczynka, którą skrzywdzono. Jednocześnie miesza te sceny prostej determinacji psychologicznej ze scenami wyjątkowej siły, dowodzącymi, że Lida w sposób w pełny panuje nad własnym życiem, że przejęła nad nim kontrolę, nie jest niczyją ofiarą. W związku z dwoma mężczyznami, to ona jest tu stroną bardziej dominującą, rozkazującą, aktywną.

    Kiedy czytałam tę powieść, a właściwie ten wielki monolog kolejnej wyjątkowej bohaterki Rudzkiej, przypomniał mi się mit o nimfie Dafne, która prosi swego ojca, by zamienił ją w drzewo, bo nie może znieść zalotów Apolla. Wie, że nie ma przed nim ucieczki, w końcu on stoi wyżej w hierarchii stworzeń greckich. I tak Dafne, córka Penejosa, boga rzeki (tu jest źródło mojego skojarzenia, bo Lida namiętnie pływa i z perspektywy rzeki często prowadzi swe monologi) ucieka w jedyny dostępny jej sposób z długiego szeregu matek apollińskich dzieci. Wydaje mi się właśnie, że to jest dobre miejsce do poskrobania powieści Rudzkiej: bo w gruncie rzeczy nie jest ważne, co dokładnie popycha jej bohaterkę do odejścia z miasta, ale to, co robi ze swoim wiejskim życiem. Że czasem trzeba mieć dużo odwagi, żeby uciec. I o takich kobietach, które miały dość odwagi, by podjąć radyklaną odpowiedzialność za własne życie, myśli właśnie Lida, kiedy nurkuje pod wodą, kiedy w żałobie po śmierci ojca zanurza się ciut za głęboko.

    Myślę też, że jeśli przyjmiemy na chwilę, że Lida jest tą uciekającą nimfą Dafne, to powodem jej ucieczki nie jest uczucie osobiste, jakiś zawód miłosny, ale ogólne psychologiczne rozmemłanie innych ludzi. Lida bowiem nie znosi roztkliwiania się nad sobą, takiej autoanalizy, za którą nie podążają żadne czyny. Dlatego właśnie uczy pływać wszystkich tych, którzy do niej przychodzą. Nauka, wejście w żywioł, rodzaj walki z nim to jest właśnie jej pasja – działanie polegające na przejęciu odpowiedzialności za siebie. W tym sensie też powieść Rudzkiej zwraca się przeciwko pseudopsychologizacji naszego życia, językowi, który jest w gruncie rzeczy przemocowy, ale udaje troskę i zainteresowanie.

    ***

    Jak zwykle wynotowałam sobie mnóstwo zdań, zaznaczyłam ołówkiem, pozaginałam rogi – moje egzemplarze Rudzkiej nie nadają się już dla nikogo innego, bo są pełne wykrzykników na marginesach, grubych podkreśleń i cienkich pętli. Jeśli jest jakaś szansa w pojedynku na intelekt ludzki i nieludzki to Rudzka go wygra, bo AI nigdy w taki sposób nie skonstruuje zdania.

    Tytuł tego tekstu w pierwotnej wersji miał brzmieć „Gotowy pod szpadel” – to cytat ze strony 29; później miał brzmieć „Wilczyca i czerwony kapturek” – to cytat ze strony 162. Ale w końcu uznałam, że jak już klękam w tym kościele, to chociaż sobie przyniosę swoją komunię.

     

     

    Współpraca: Wydawnictwo WAB. 

  • Stała rubryka

    Stała rubryka

    W styczniu zaczęłam pisać felietony do „Nowych Książek”, ale dopiero we wrześniu zdobyłam się na tekst programowy: 

    „Mój felieton w „Nowych Książkach” jest trochę psim ogonem – na końcu, na ostatku, chudziutki, dyndający sobie swobodnie, bez większej redakcyjnej kontroli i bez grama cenzury. Nie da się przecież kierować ogonem, wiedzą to wszyscy, którzy próbowali powstrzymać psa od merdania. Ja tu merdam radykalnie rzadko, bo zaiste do merdania w polu literatury w Polsce nie mamy zbyt wielu powodów. Przyjazne machnięcie – tak, podniesienie ogona z nadzieją – owszem, ale żeby entuzjastycznie merdać, to jednak nie przesadzajmy”.

    Całość tekstu oraz wcześniejsze felietony można przeczytać tutaj:

    https://noweksiazki.com.pl/pl/recenzja/wszystkie-nasze-dzienne-sprawy?prefix=artykul

  • Polsko-czeska historia lokalna

    Polsko-czeska historia lokalna

    Dopiero co z Mańką świętowałyśmy koniec wakacji w Cieszynie, a już do niego wracam – tym razem jednak palcem po mapie i przy pomocy „Krzywego kościoła” Karin Lednickiej, czeskiej powieści o historii lokalnej. Gęstej, rozlewnej, sagi rodzinnej osadzonej w środowisku górniczym, z echami Cesarstwa Austro-Węgierskiego i I wojny w tle.  

    Zaczyna się od wyprawy po sól w 1894 roku – kobiety zbierają się i ze wsi Karwina na Śląsku wędrują aż do Wieliczki, by do domu przynieść sól. Idą tylko mieszkanki jednej wsi, zabierają ze sobą dzieci, które niosą w chustach na brzuchach. Na plecach dźwigają kosze z solą. Później w kopalni, w której pracują ich mężowie, dochodzi do wypadku i życie traci ponad 200 mężczyzn. Kobiety, odesłane z niewielką rentą, muszą walczyć o przetrwanie swoje i dzieci. Wysiłek dalszego życia zdecydowanie przewyższa tę pierwszą wyprawę.

    Od takiej historii rozpoczyna swoją powieść Karin Lednická „Krzywy kościół” – powoli kończy się XIX wiek, w niewielkiej kolonii ludzie wiodą życie wiejskie, uzupełniając dochody z gospodarstwa pensją z fabryki. Domy kolonii to jeszcze wiejskie gospodarstwa, nawet jeśli nie ma pracy w polu, a tylko w obejściu. Chłopski system wartości potwierdza i umacnia obecność karczmy, w której mężczyźni po pracy spłukują z gardeł pył węglowy, zanim nieśpiesznym krokiem wrócą do domów. Historia u Lednickiej przyspiesza jednak ze strony na stronę, industrializacja nabiera tempa, a wraz z nią trzęsie się cały świat. System wartości, sposób zarabiania, wiara, organizacja dnia – wszystko się zmienia. To, co ludzie uznają jednak za wstrząsy jest niczym przy wydarzeniach I wojny: ona dopiero zmiata stary porządek. U Lednickiej wojnę widzimy najboleśniej w szpitalu na terenie dawnego uzdrowiska, w którym na masową skalę dokonuje się amputacji kończyn żołnierzy wywiezionych spod ostrzału w wielkiej bitwie o Gorlice.

    Bohaterami powieści są osoby należące do dwóch rodzin – Julka, Barbara i jej córki z kolonii w Karwinie, a także Ludwik i jego przybrana rodzina Żebroków. Losy obu rodzin przetną się w dość nieoczekiwany sposób, skrzyżują na stałe. Każda z postaci służy autorce do opowiedzenia różnych wariantów losu, pokazania całej pełni możliwości tego, jak żyło się w Europie Środkowej na przełomie wieków: oto syn Barbary, Karol, jako 14-letni chłopiec trafia do kopalni jako robotnik. Pracuje wraz z ojcem, który dba, by nie wykorzystywano syna do zbyt ciężkich prac. Tego losu nie doświadczy Ludwik, chłopiec uzdolniony plastycznie i technicznie, którego ojciec zginie w kopalni. Ich ostatnią rozmowę syn będzie przywoływał przez całe życie, uznając, że ojciec prosił go o poświęcenie się pracy na powierzchni, nigdy zaś na przodku. To on jednak trafi na front I wojny, on będzie pracował w ostrym reżimie wojennym, wmuszającym na kopalniach stałe duże wydobycie, karzącym fizycznymi torturami za próby wywołania robotniczych rozruchów. W czasie wojny nikt nie ma prawa strajkować, a potencjalnych buntowników wysyła się po prostu na front.

    Industrializacja dotyka też kobiet – bo choć jako żony górników pracują w domach i zajmują się dziećmi, to jednak od ich sprytu i umiejętności zależy spora część dochodów. Gdy industrializacja przyspiesza, one także tracą grunt pod nogami, nie wiedzą, jak zarządzać rodziną, gdy mąż spędza w drodze do pracy 2 godziny dziennie, gdy przepija większą część pensji, gdy z powodu wieku słabnie i nie daje rady już fedrować. Jeszcze większe pole wyborów otwiera się przed tymi, które z różnych powodów nie mają mężów: muszą się same utrzymać, a nie mają przecież wykształcenia. Julka nie przymiera głodem tylko dlatego, że związuje się z niemieckim inżynierem, dzięki własnym umiejętnościom językowym dostaje później pracę w cesarsko-królewskim uzdrowisku. Takich możliwości nie ma Barbara, która zostaje wdową z dwójką małych dzieci, do tego jest jeszcze w kolejnej ciąży. Starsze dziewczynki muszą zajmować się domem i młodszymi dziećmi – nie dla nich szkoła, jako kilkulatki podejmują obowiązki opiekuńcze.

    Na oczach dwóch pokoleń, od 1894 do 1921 roku, świat zyskuje nowe granice, nowe języki i państwa, powstają nowe klasy społeczne. Lednická nie jest ani Kuciel-Frydryszak, ani Leszczyńskim, choć opisuje kobiety ze wsi, ich życie i trud w tym samym co „Chłopki” okresie. Formalnie ta powieść w żaden sposób nie łączy, ani nie należy do nurtu zwrotu ludowego – głównie dlatego, że historia czeska wywodzi się z tej warstwy społecznej, nie ma więc mowy o powrocie do niej i nowym jej odkrywaniu, a zwrot ludowy to zjawisko także specyficznie polskie, osobne od kultury czeskiej.

    Lednická nie jest Umberto Eco, nie bawią jej intelektualne ozdoby i gry, mocno wierzy jednak w potęgę doświadczenia i szczegółowy opis różnych przestrzeni życia codziennego, także tych, które wcześniej męscy autorzy uznawali za niegodne zapisania. Korzystając ze źródeł, pamiętników, wywiadów, snuje bardzo precyzyjną i szalenie konkretną opowieść o życiu u progu industrializacji na pograniczu polsko-czeskim, w zakątku Śląska. Wiele blurbów „Krzywego kościoła” podnosi wątki kobiece i nieopowiedziane, wyparte historie. Lednická splata jednak historie kobiece i męskie, pokazując upływ czasu z zupełnie różnych perspektyw: inne były horyzonty i możliwości dziewczynki urodzonej w chłopskiej rodzinie, a zupełnie inne chłopca.

    Czeskie autorki od dawna też robią świetną robotę, zaprzęgając stare i trochę młodsze bohaterki do opowiadania o własnej historii narodowej, snując różne jej wątki. Kilka lat temu ukazała się w Polsce (wydawnictwo Afera) genialna powieść „Boginie z Žítkovej” Kateřiny Tučkovej (przełożone przez Julię Różewicz), w której akcja rozgrywa się w Białych Karpatach, w ubogim i zapomnianym zakątku, gdzie mieszkają „bogujące” kobiety – czarownice, akuszerki, zielarki. Można je z powodzeniem czytać zaraz po „Krzywym kościele” i zrobić sobie kurs feminizmu środkowoeuropejskiego.

    Lednickiej udaje się skonstruować fantastyczną sagę rodzinną, bogatą, szczegółową, pełną. Właściwie losy wszystkich bohaterów sprowadzają się do jednego mianownika: samotności w obliczu industrializacji, a autorka na różne sposoby rozwija warianty tego losu. Do tego unika schematu tak znanego z polskiej prozy i filmów Wajdy, według którego musi się pojawić jakiś inteligent, by pokazać reszcie grupy możliwe drogi. Tutaj wszyscy radzą sobie sami, na chłopski rozum i z trudem zdobyte wykształcenie, nie ma żadnego doktora Judyma, ani inne Cezarego Baryki,  niosącego pomoc ludowi.

    Karin Lednická, Krzywy kościół

    Przełożyła Joanna Goszczyńska

    Znak Horyzont 2025