Klatka na muzykę

W tych kilku recenzjach, które ukazały się po publikacji w serii Wschodni Express powieści „Klatka dla wilgi” Wołodymyra Danyłenki, można mieć wrażenie, że to kolejna historia o jednostce zdeptanej przez system komunistyczny. Na poziomie osi fabularnej tak jest: głęboka komuna końca lat 70., trwa wyścig zbrojeń, w wojskowym miasteczku na Ukrainie życie podlega nieustannej inwigilacji radzieckiej. Danyłenko opowiada więc nie tylko o konflikcie między jednostkami pragnącymi podstawowych choćby wolności i tymi, które umacniają system, ale też o zwarciu Ukraina-Rosja, o tym, że na szefa bezpieki wybiera się człowieka, któremu UPA zamordowała matkę, by wykorzystać jego antyukraińskie nastroje, podzielić mocniej podbity naród.

No i git, można by było zostać na tym poziomie, czytać „Klatkę dla wilgi” jako powieść polityczną albo historyczną. Taka lektura oznaczałaby jednak przeoczenie wątków psychologicznych, które autor komplikuje jak może i wychodzi to powieści na dobre.

Mamy tu bowiem młodą matkę, bibliotekarkę Alinę z dwójką dzieci, żonę wojskowego, technokraty, który żyje wyłącznie liczbami i urządzeniami. Alina tymczasem jest czystym żywiołem, cała jest ulepiona z muzyki. Ta jej zmysłowość objawia się nie tylko cudowną umiejętnością odtworzenia każdego dźwięku, melodii, arii przy pomocy własnego głosu, ale też nastawieniem do świata – śmiechem, flirtem, niepowstrzymanym ruchem, byciem w chwili i byciem w emocji. Muzyka pełni w tej konstrukcji powieściowej szczególną rolę, bo staje się językiem tego, czego nie da się swobodnie powiedzieć, a zarazem symbolem takich elementów, których nawet najbardziej opresyjny system nie potrafi całkowicie podporządkować. Zupełnie przypadkowo Alina zdobywa kilkoro nauczycieli – są to ukraińscy dysydenci – inteligenci, byli więźniowie, grupka mocno podejrzana w oczach lokalnego KGB. Inwigilacji podlega zatem nie tylko Alina i jej mecenasi, ale też jej syn Władek, narrator, który z perspektywy małego dziecka i dorosłego mężczyzny, poruszając się na dwóch płaszczyznach czasowych opowiada tę historię.

 „Klatka dla wilgi” jest przede wszystkim powieścią o zniewoleniu, podporządkowaniu. Władek jeździe z matką do miasta, bo ta boi się podejrzeń o romans, chłopiec ma być więc jej alibi. Alina na wiele sposobów próbuje uprzedzić albo powstrzymać atak, nie jest rozchichotaną idiotką, ani Norą, ani lalką. To ona z pewnością tkwi w tytułowej klatce, ale jest to nie tylko klatka komunistyczna, ale też patriarchalna. Zaczyna się niewinnie i dość śmiesznie – spóźniają się do domu razem z synem, bo za długo siedzą u nauczyciela śpiewu, a teściowa wyrzuca jej, że musiała za nią wydoić zwierzęta. Alina nie wywiązuje się zatem ze swoich domowych obowiązków, staje się coraz bardziej popularna, zachwycająca, ratuje wielkie przedstawienie teatralne, bierze udział w pojedynku diw operowych, żyje coraz mocniej, rozwija skrzydła. Jej mąż pracuje w supernowoczesnej bazie wojskowej, ale dom rodzinny ma wychodek, a obiad zostawia się w kaflowym piecu, żeby nie wystygł. Z tego świata przednowoczesnego, choć XX-wiecznego Alinę wywiewa na sceny, salony, do wielkiego miasta, w światła jupiterów. Zdaje się, jakby ten awans powodował gwałtowne przyspieszenie czasu. Wiadomo więc, że zaraz musi nastąpić katastrofa, bo ten patriarchalny świat komuny nie przewiduje miejsca na taką figurę, na nieokiełznany żywioł pozbawiony formalnej edukacji, ukraiński żywioł dołów społecznych. Katastrofa oczywiście następuje.

Jest w tej historii jeszcze jeden rodzaj przekroczenia: klasowy. Alina nie ma wykształcenia, pozycji ani instytucji, która mogłaby rozpoznać i rozwijać jej talent. To przypadkowo napotkani ludzie tworzą wokół niej coś w rodzaju prywatnego systemu edukacji i opieki. Jej kolejne sukcesy oznaczają więc nie tylko emancypację kobiety, ale też złamanie reguły określającej kto ma prawo wejść do świata sztuki. Talent okazuje się tutaj siłą szczególnie kłopotliwą, bo ujawnia arbitralność społecznych hierarchii: Alina potrafi więcej niż ci, którzy mają dyplomy, pozycję i władzę decydowania o cudzym losie.

Przyglądamy się tym nowym narodzinom Aliny – kobiety i Aliny artystki oczami jej syna. Syn w porządku patriarchalnym dziedziczy po ojcu opiekę nad domowymi kobietami, jest przedłużeniem jego władzy i kontroli. Władek z podziwem i jednocześnie przerażeniem przygląda się swojej matce, a bierze udział we wszystkich wydarzeniach jako alibi romansowe. Chłopiec nie bardzo rozumie, kim Alina się staje, drży jednak o jej życie i o dom, gdy zaczyna go nachodzić urzędnik najbardziej przerażającego oddziału. Sam Władek musi się namęczyć, by poznać tajemnice matki, przeczytać jej listy, spędza czas na analizowaniu jej nastrojów, rumieńców, śmiechów i wybuchów płaczu, z nich układa sobie historię. Tymczasem Antoneć, oficer KGB, wie to wszystko niejako z powietrza, zanim jeszcze Władek sam sklei sobie elementy historii. I tu właśnie polityczne i prywatne przestają być dwoma osobnymi porządkami. Danyłenko pokazuje, że mechanizm kontroli działa podobnie w państwie i w rodzinie: trzeba wiedzieć, gdzie kobieta była, z kim się spotkała, dlaczego wróciła później, co oznacza jej rumieniec, list, zmiana nastroju. Oficer KGB prowadzi śledztwo zawodowo, ale przecież także mąż, teściowa, a nawet syn zostają wciągnięci w nieustanne sprawdzanie Aliny. Jej wolność jest więc ograniczana podwójnie – przez system, który podejrzliwie patrzy na środowisko ukraińskich dysydentów, i przez rodzinę, która równie podejrzliwie patrzy na kobietę wymykającą się przypisanej jej roli. Najciekawsze jest właśnie to nałożenie się obu porządków: państwo komunistyczne korzysta z narzędzi patriarchatu.

Posłowie Andrija Sawenecia, tłumacza, kładzie nacisk na wątek polityczny, ujawnia nazwiska rzeczywistych postaci, jak na przykład Mykoły Chomyczewskiego, tłumacza, więźnia łagru, przedstawionego w powieści jako dobry duch i opiekun Aliny. Można jednak czytać „Klatkę…” bez klucza politycznego i biograficznego, bez wiedzy o tradycji dysydenckiej w Żytomierzu. Wtedy zmienia się ona w opowieść o zderzaniu pierwiastków kobiecego i męskiego, muzycznego i technicznego, naturalnego i konwencjonalnego, matczynego i synowskiego. No i wiadomo, że dobrze się to nie skończy.  

Wołodymyr Danyłenko, Klatka dla wilgi

Przeł. Andrij Saweneć

Warsztaty Kultury 2026

Współpraca: Warsztaty Kultury w Lublinie

Comments

Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *