Dwunastoletnia dziewczynka, Warwara, zaczyna pisać dziennik, chce zapisać swoje życie, żeby móc czytać o nim, jak będzie stara, tak w okolicy czterdziestki. To okrucieństwo młodości wracać będzie w powieści Dzwinki Matijasz jeszcze wiele razy.
Warwara chce się dowiedzieć, co znaczy jej imię, a odkrywa, że właściwie nie należy ono tylko do niej. Niesie ze sobą cudze historie, miejsca, gesty, dawne wierzenia i rodzinne wspomnienia. Szkolne zadanie, nudne i paździerzowe, mogłoby się skończyć na sprawdzeniu etymologii w Wikipedii, ale autorka robi z niego koło zamachowe całej powieści. Dzwinka Matijasz odwraca kierunek w poszukiwaniu tożsamości, odpowiedź na pytanie „kim jestem?” znajduje się czasem nie we wnętrzu człowieka, ale daleko poza nim. W innych ludziach i istotach nieludzkich, w muzeum i architekturze miejskiej, w drzewie.
Bohaterka „Mam na imię Warwara” początkowo do swojego imienia odnosi się z umiarkowanym entuzjazmem. Jest staroświeckie, odstaje od imion koleżanek, domaga się wyjaśnienia. Warwara/Barbara zaczyna więc szukać – najpierw patronki, świętej Barbary, potem związanych z nią zwyczajów, wreszcie kolejnych kobiet noszących to samo imię. I właśnie tutaj Matijasz wykonuje najciekawszy ruch: wszystkie poprzednie Barbary układa jako rodzaj archiwum, dziedzictwem, z którego można wybierać. To archiwum jest rozległe, rozlewne, niespójne: prowadzi ku chrześcijańskiej legendzie, a stamtąd ku wiedeńskiemu zwyczajowi Barbarazweig, zgodnie z którym 4 grudnia ścina się gałązkę drzewa owocowego i wstawia do wody, żeby zakwitła na Boże Narodzenie. Prowadzi też do historii rodzinnej, bo podobna gałązka wiąże się z narodzinami Warwary. Ale przede wszystkim wyprowadza dziewczynkę z domu na ulice Kijowa i do historii Warwary Chanenko, kolekcjonerki sztuki i patronki wielkiej instytucji kultury.
W ten sposób niewielka powieść dla młodzieży zaczyna opowiadać o dziedziczeniu kultury, a autorka proponuje inną opowieść o historii Ukrainy – przez sztukę właśnie. Zamiast polityków są kolekcjonerzy, muzea, obrazy, domy, przedmioty. Pamięć miasta przechowują nie pomniki wojskowych zwycięstw, ale instytucje kultury i ludzie, którzy uznali, że warto ocalić dla innych coś, co do nich samych nie będzie należało wiecznie.
Szczególnie znaczące jest to, że przewodniczkami Warwary po przeszłości są przede wszystkim kobiety. Święta Barbara, Warwara Chanenko, matka bohaterki, kolejne postaci odnalezione w opowieściach. Powstaje z tego trochę inna genealogia niż ta, którą zwykle oferują podręczniki historii. Oparta nie na walce o władzę, lecz na opiece nad dziedzictwem. Nie na zdobywaniu, lecz na przechowywaniu. To ważna różnica, bo Matijasz pokazuje kulturę jako coś, co istnieje tylko pod warunkiem, że ktoś bierze za nią odpowiedzialność.
Warwara nie jest jednak potulną uczennicą. To także jedna z zalet tej książki. Dziewczynka szuka, sprawdza, komentuje, czasem się oburza. Legenda świętej Barbary nie zostaje przyjęta dlatego, że jest legendą religijną i wobec tego wypada zachować nabożne milczenie. Warwara reaguje na okrucieństwo ojca świętej jak współczesna nastolatka: uważa jego zachowanie za potworne. Tradycja nie jest więc czymś, co trzeba przejąć w nienaruszonym stanie.
To jest najciekawszy wymiar tej pozornie łagodnej opowieści. Matijasz nie przeciwstawia nowoczesności tradycji. Pokazuje raczej, że ta druga może przetrwać tylko wtedy, kiedy każde następne pokolenie wykona nad nią własną pracę, nagle praca opieki wyrasta poza dom i obejmuje historię, dziedzictwo, tożsamość ponadjednostkową. Warwara nie zostaje depozytariuszką pamięci dlatego, że ktoś każe jej zapamiętać odpowiednią listę nazwisk i dat.
Jest przy tym „Mam na imię Warwara” książką niezwykle bezpieczną. Nie tylko dlatego, że jej bohaterka żyje w dobrej, troskliwej rodzinie. Właściwie cały świat powieści okazuje się pozbawiony poważnego antagonizmu. Rodzice słuchają, nauczyciele uruchamiają ciekawość, rodzeństwo nie zamienia domu w pole walki, miasto zaprasza do odkrywania. Nawet dojrzewanie nie musi tu oznaczać katastrofy. Tę przedwojenną powieść czyta się dzisiaj jak w jakich hipnotycznym transie, w oczekiwaniu na katastrofę, która tu się nie wydarzy (to nie spojler). „Mam na imię Warwara” ukazała się w 2021 roku. Kijów tej książki jest miastem zwyczajnego życia: szkoły, rodzinnych rozmów, muzealnych wizyt, podróży, świątecznych przygotowań. Wojna istnieje gdzieś na obrzeżu świadomości bohaterki – wie, że jest straszna, ale nie organizuje jej codzienności.
Po rosyjskiej pełnoskalowej inwazji rozpoczętej w lutym 2022 roku ten obraz nieuchronnie nabrał nowego znaczenia. Nie dlatego, że należałoby z powieści Matijasz zrobić książkę proroczą. Przeciwnie: jej siła bierze się właśnie z tego, że niczego nie przepowiada. Zachowuje moment sprzed katastrofy i przechowuje zwyczajność.
Zapytana przez czytelników, co się wydarzyło z braćmi Warwary po rozpoczęciu wojny, czy poszli na front, autorka odpowiedziała, że w tym świecie wojna się nigdy nie wydarzyła, bo ludzie dali radę ją powstrzymać.
Dzwinka Matijasz, Mam na imię Warwara
Przeł. Andrij Saweneć
Współpraca: Warsztaty Kultury w Lublinie 2026
