Kategoria: Czytanie dziecku

  • Najczulszy uśmiech

    Najczulszy uśmiech

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków.

    Poprzednią książkę duetu Wechterowicz & Dziubak umieściłam w rankingu najlepszych dziecięcych książek, warto więc przeczytać i tę. O ile historia dwóch niedźwiedzi to męska przygoda, bo w świat idą przytulać miś-tata i miś-syn, o tyle „Uśmiech dla żabki” to przygody mamy i córki. Podobnie jak „Proszę mnie przytulić” to szalenie optymistyczna opowieść o sile miłości. Mama żabka pracuje w leśnym sklepie, córeczka czeka na nią na liściu nenufaru w stawie. Stęskniona mama prosi, żeby zwierzęta przekazały córce uśmiech i tak po lesie wędruje mnóstwo roześmianych – miłośnie uśmiechniętych zwierząt. Każde z nich przekazuje uśmiech dalej, od mamy odebrał go Bóbr, przekazał kolejnemu zwierzakowi, a do córki dociera dopiero Kaczka. Żabia mama poprawia zatem nastrój nie tylko własnemu dziecku, ale i innym zwierzętom, które stają się bardziej radosne, szybsze, zwinniejsze, lżejsze…

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków. To zabawna, bardzo czuła opowieść o miłości. Prosta fabuła, uśmiech przekazywany przez kolejne zwierzęta dalej nawiązuje do jednego z modeli klasycznej bajki dziecięcej (powtarzania tego samego motywu poprzez jego rozpisywanie na różnych bohaterów), posłuży więc kolejnym rocznikom, nie ma w niej bowiem niczego, co mogłoby się postarzeć.

    Morał z tej książki jest bardzo pozytywny, słodki i zarazem bardzo gorzki: stanowi marzenie każdego z rodziców. „Mama mnie bardzo kocha, już nigdy nie będzie mi smutno” – mówi mała żabka. Cóż, to właśnie największe pragnienie rodziców, niestety okres, gdy dziecku do szczęścia wystarczy ich miłość, trwa dość krótko…

  • Najfajniejsza jest Klara

    Najfajniejsza jest Klara

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    To trzeci tom trylogii Barbro Lindgren, równie zabawny, jak dwa poprzednie, podobnie też skomplikowany na poziomie psychologicznym. Tym razem przygód doświadczają Boluś i Braciszek, który już trochę dorósł, wspólnie wyruszają nad staw tuż po tym, jak mama stanowczo takiej wyprawy zabrania. To staw jednak, a nie plac zabaw, stanowi centrum dziecięcego świata i na brzegu spotykają się dzieci grzeczne i niegrzeczne (wielki powrót klawych knurków!). Okazuje się, że Boluś i Braciszek dzielą fascynację miłosną: obaj bardzo kochają Klarę, ciemnoskórą, „najfajniejszą świnkę”. Gdy najgorszy klawy knurek, paskudny Rolcio, wpycha Braciszka do wody, to właśnie Klara bohatersko ratuje prosiaczka. Zazdrosny o siedzenie na kolanach Klary Boluś, stara się poślizgnąć, żeby także zostać uratowanym…

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    W poprzednich częściach Boluś był zazdrosny o braciszka, o zainteresowanie matki i jego fantastyczny smoczek. Teraz zabiega o zainteresowanie Klary, ale poza tym Braciszek staje się partnerem jego chłopackich przygód: więź umacnia się, prosiaczki chrumkają sobie wspólnie na dworze. Oczywiście wszystko komplikuje się, bo klawe knurki knują.

    Nie ma w tej ksiące nachalnej pedagogiki, żadnych dydaktycznych zapędów, poza sugestywnym morałem: mokrzy po upadku do wody chłopcy szukają schronienia, bo wiedzą, że nie mogą wrócić do domu (mama od razu się domyśli, skąd przemoczone ubrania) – nie istnieje zaś żadne inne bezpieczne miejsce.

    Zabawna opowieść, świetne, proste ilustracje, nieskomplikowana fabuła, w której autorka zakorzenia mnóstwo znaczeń. Boluś rządzi.

  • Co tak burczy?

    Co tak burczy?

    W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”.

    To kolejna już świetnie zrobiona książka Oli Cieślak, dowcipna, pouczająca i dobrze narysowana. Nie ma tu żadnych realistycznych ilustracji, mnóstwo za to rozwichrzonych, pozornie tylko niedopracowanych linii. Cieślak daje nam nowoczesną książkę dziecięcą.

    „Co tak furczy? Co tak burczy?” – pyta mały słoń. Chodzi oczywiście o burczenie w brzuchu, o głód, a tym samym o uczenie się o tym, co można zjeść. Autorka pokazuje jedzenie jako przygodę, a nie smętne przedszkolno-domowe medytowanie nad talerzem. W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”. Słoń i myszki codziennie zjadają coś innego. Jest to jadłospis egzotyczny, ale tylko na poziomie językowym. W środę zwierzątka spożywają renklody, w czwartek – radamer, w niedzielę – pavlovą. Cieślak pokazuje zatem, że jedzenie jest zabawne i ciekawe, nawet jeśli jemy ser żółty, śliwki albo tort z owocami i bezą. Na koniec: „Nie do wiary! Po tygodniu poluzować muszę spodium. Z taką dietą każdy zuch w tydzień wyhoduje brzuch!”. Cieślak przypomina, że za każdym daniem stoi jakaś historia, z każdą wiąże jakiś rymowany, prosty wierszyk, który wpadnie w ucho dwulatka-niejadka.

    To ważne, żeby dzieciom jedzenie nie kojarzyło się z tym, co nudne, żeby nie czuły się do niego zmuszane. Cieślak demokratycznie łączy w swojej książeczce to, co zdrowe (pomidorki ze szczypiorkiem) i to, co atrakcyjne (pizza, frytki), to, co dla dorosłych (camembert) i to, co dla dzieci (manna z miodem). Powstanie z tego książka-kuchnia fusion dla najmłodszych na grubych kartonowych stronach.

  • Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Wśród dydaktycznych książek dziecięcych ważne miejsce zajmuje pewna wyraźna grupa tematyczna: książki przygotowujące na pojawienie się młodszego rodzeństwa.

    Problem ważny, źle rozwiązany powoduje poczucie odrzucenia, istotne jest więc znalezienie takiego tekstu, który oswoi zagadnienie, jakoś się przybliży. Kłopot z tym tematem polega jednak na tym, że szalenie trudno jest w interesujący sposób przedstawić powiększenie rodziny, narodziny jakiegoś młodszego zajmującego dorosłych potwora. Autorzy większości książek przynudzają albo dramatyzują – nadzwyczaj często dostajemy opowieść o tym, jak fantastycznie jest być starszym, że można dzielnie zajmować się kimś młodszym, pomóc rodzicom w opiece nad małym, płaczącym bobasem. Żadne rozsądne dziecko nie da się uwieść liście obowiązków! Tylko wyjątkowo tępym dorosłym, pozbawionym wyobraźni albo elementarnych wspomnień z dzieciństwa może się wydawać, że takie przesłanie zainteresuje nieszczęśliwych posiadaczy młodszego rodzeństwa. W innych tekstach problem rodzeństwa zostaje rozwiązany w wątku dramatycznym: starszy brat może się wykazać, uratować malucha z opałów, z prawdziwej katastrofy (wszyscy, którzy czytali tom Tupcio Chrupcio. Mam rodzeństwo wiedzą, o co chodzi). Nie jest to specjalnie praktyczne rozwiązanie: choć większość rodziców, zajmując się noworodkiem i zazdrosnym starszym dzieckiem, marzy często o trzęsieniu ziemi, to jednak nie ma co na nie liczyć w prawdziwym życiu.

    Wszystkich tych mielizn unika najnowszy tom przygód Henia. Stephanie Blake nie tylko pokazuje, jak czuje się każde starsze dziecko (zazdrosne, ale i niepewne miłości rodziców), ale i pokazuje w bardzo atrakcyjny sposób, jakie są korzyści z posiadania młodszego rodzeństwa. Nie ma tutaj przepływu dobra od starszego do młodszego (czyli wiecznego powtarzania, że jesteś starszy i MUSISZ się opiekować młodszym), a dokładnie odwrotny. Henio nie może spać w nocy, bo boi się „tysięcy milionów wielkich złych wilków”. Rodzice nie pozwalają mu się wdrapać do ich łóżka i Henio w korytarzu słyszy swojego młodszego brata. Zabiera go do swojego łóżka i dzięki obecności małego zasypia spokojnie, „głupi dzidziuś” chroni przed koszmarami. Takie proste rozwiązanie pozwala pokazać, że starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym, ale też coś dzięki temu zyskuje. Nie ma tu żadnych słodkich, ale i okrutnych deklaracji, żadnego przymusu.

    Każda z książek cyklu zawiera jedną ilustrację składającą się z wielu mniejszych obrazków. W tym tomie, na tej właśnie stronie rozpisane są wątpliwości Henia: „Jest już u nas trzy dni… Może zostanie na zawsze… To straszne…”. Skrótowość pozwala osiągnąć dwa cele: z jednej strony mały czytelnik odczuwa wspólnotę losu i doświadczenia, utożsamia się z Heniem, z drugiej jednak – nie ma tu miejsca na długi i plastyczny opis nieszczęścia (co jest kolejną winą innych książek o młodszym rodzeństwie, rozbudowujących nadmiernie tę część ekspozycji, która poświęcona jest niepokojom starszaka).

    Stephanie Blake, autorka kontrowersyjnego Kupa siku i tym razem nie jest grzeczna. Henio mówi o swoim bracie „głupi dzidziuś”, co nie wszystkim rodzicom się spodoba. Sądzę jednak, że korzyści, jakie daje ta książka, jej pogodny nastrój, a nawet jej buntowniczy charakter świetnie pozwalają oswoić traumatyczne doświadczenie.

  • Dzieci to koszmarne zwierzątka domowe

    Dzieci to koszmarne zwierzątka domowe

    Lucyna Beata Niedźwiedzińska, mała misia, przyprowadza do domu chłopczyka o imieniu Piskacz, który staje się jej najdroższym zwierzątkiem domowym. Razem się bawią, wspólnie śpią i jedzą, Piskacz jednak ma radykalny kłopot z załatwianiem się do kuwety, niszczy meble i nie potrafi zachowywać się przy gościach.

    Tak oto Peter Brown odwraca relację człowiek – zwierzę, stawia w centrum Lusię w różowej spódnicę baletnicy. Pomysł opiera się więc nie tylko na odwróceniu ról, ale i zmianie w hierarchii. Mały chłopiec – Piskacz zostaje zepchnięty do roli niższej, spełnia funkcję domowej zabawki. To szalenie zabawna książka, zrozumiała nawet dla małych dzieci, jej dowcip opiera się bowiem na niezwykle prostym zabiegu, oczywistym nawet z perspektywy maluchów. Piskacz obciążony jest wadami większości zwierząt domowych: zdziera oparcie z kanapy, zachowuje się dziko w pomieszczeniach zamkniętych.

    Chłopczyk w końcu jednak znika i Lusia musi wyruszyć na poszukiwania. Historia ta pozwala zatem oswoić doświadczenie zmiany i samotności, separacji, ale też daje szansę, by uczyć się panowania nad instynktem posiadacza, który wszystkie napotkane zwierzęta nakazuje zabrać do domu. Staje się też niezłą okazją do rozmowy o tym, co należy, a czego raczej nie wypada robić. Nie ma tu moralizowania, nadętych formułek o grzecznych dzieciach, bo wszystko mieści się w ramach żartu, w którym „dzieci to najgorsze zwierzątka domowe”.

    To także świetna historia dla rodziców-intelektualistów: można ją czytać jako subwersywną opowieść o tym, jak władzę nad dyskursem przejmują udomowione zwierzęta, do tej pory pozbawione głosu.

    Lekka, urocza lektura. Bardzo optymistyczna także dla sfrustrowanych rodziców, bo pokazuje, że pomimo wszelkich starań dziecka nie da się do końca udomowić.

  • Dziesięć najlepszych książek dziecięcych

    Dziesięć najlepszych książek dziecięcych

    Tylko 41 procent Polaków czyta książki, co daje ponad 22 miliony nieczytających. Pytanie zatem, jak sprawić, żebyśmy nie weszli z powrotem na drzewa, staje się coraz bardziej palące. Wydaje się, że odpowiedź jest tylko jedna: nauczyć nasze dzieci, że książka to najlepsza zabawka, że to jedyna zabawka, która zostaje z człowiekiem na całe życie. Czytajmy więc zatem naszym dzieciom książki najlepsze, książki ładne i mądre, książki, w których nie znajdziemy systemu nakazowo-zakazowego, tępej dydaktyki, nudnych pouczeń. Poniżej lista 10 najciekawszych i najlepszych książkę dziecięcych, wydawanych w wielkich i małych wydawnictwach, długich i krótkich, estetycznie wyrafinowanych i rozwichrzonych, z dłuższymi tekstami i książek wyłącznie obrazowych. Wszystkie one pokazują dzieci w zabawie, opisują przygody uczłowieczonych zwierząt i nie ma w nich słowa na temat tego, że trzeba być grzecznym i myć rączki. Książki z poniższej listy są uniwersalne – te, w których bohaterkami są dziewczynki, świetnie nadają się też dla chłopców, a te o chłopakach to genialna lektura dla dziewcząt. Nic tu nie jest różowe, ani nie strzela z karabinu.

    1. Proszę mnie przytulić – napisał Przemysław Wechterowicz, ilustracje Emilia Dziubak, wyd. Ezop Agencja Autorska

    Tata-miś i synek-miś postanawiają poprawić sobie humor i przytulać różne zwierzęta w lesie. W drodze zastanawiają się, co jest lepsze: być synem tak fajnego ojca, czy ojcem tak fajnego syna. Misie idą przez las i przytulają kolejne – cyniczne lub przestraszone − zwierzątka. Ta książka to miód na serce każdego smutnego dziecka i zmęczonego rodzica, to przypomnienie, co jest najważniejsze.

    Przytulanie zawsze pomaga i czytanie o przytulaniu też, zwłaszcza że to bardzo piękna i dowcipna książka.

    1. Przygody Bolusia (3 tomy) – Barbro Lindgren, ilustracje Olof Landström, wydawnictwo Zakamarki

    Boluś najbardziej lubi bawić się patykami i ziemniakami, ma przytulankę Chrumtaska, musi uciekać przed trzema klawymi knurkami w piłkarskich korkach, marzy o smoczku. Ma też braciszka i obaj zakochani są w Klarze. Boluś gotów jest na wielkie poświęcenie, by Klara wzięła go na kolana, choć długo nie może u niej siedzieć, bo to nudne.

    To świetna książka o różnych lękach (o zazdrości o młodsze rodzeństwo, o lęku separacyjnym i lęku przed ciemnością, potrzebie znalezienia swojego miejsca i posiadania osobistej przestrzeni), opowiedziana jednak w bardzo zabawny sposób. Nie ma tu nachalnej dydaktyki, żadnych pouczeń. Tylko Boluś, braciszek i Chrumtasek. Wielbiciele Bolusia, a jest ich legion, wiedzą o czym mówię!

    1. Auto – napisał i ilustrował Jan Bajtlik – wydawnictwo Dwie Siostry

    „Dzisiaj za kierowcą siedzę ja. A mama woła: Tylko nie parkuj na dywanie” – tak pisze o zabawie samochodem Jana Bajtlik, jeden z najlepszych młodych polskich autorów książek dziecięcych. Wyrazista kreska, lekko abstrakcyjny rysunek nawiązujący do sposobu rysowania dzieci. Żadnych wypieszczonych, gładkich linii. Świetna, miejska historia dla wszystkich maluchów z obsesją na punkcie motoryzacji i ich rodziców.

    Bajtlik opowiada prostą historię o tym, jak używa się samochodu – tankuje, popycha na drodze, zmienia opony, włącza światła, robi to jednak w fantastyczny sposób, używa prostych i obrazowych porównań. O zepsutym aucie: „Czasami silnik skrzeczy jak dziki zwierz”.

    Książeczka dla małych dzieci, jednak często zdarza się, że te starsze za Chiny Ludowe nie pozwalają usunąć jej z półki (oto moc przywiązania do literatury).

    Kolejne książki Bajtlika także powinnam wpisać na tę listę.

    1. Pan Brumm obchodzi urodziny – napisał Daniel Napp – wyd. Bona

    „Co za wspaniały dzień – powiedział pan Brumm, budząc się rano. – Słońce świeci, jest weekend, a jedyne, co mam dzisiaj w planie, to zjeść obfite śniadanko, a potem wypróbować w ogrodzie wytrzymałość hamaka”. Umówmy się – tak zaczyna się opowieść naszych marzeń. Pan Brumm zapomniał jednak o swoich urodzinach, nachodzi go banda przyjaciół, którzy liczą na urodzinowe przyjęcie. Pan Brumm zabiera ich zatem na łąkę i wymyśla dziwne, spontaniczne zabawy. Jak zwykle jednak udaje im się zniszczyć własność Ryjka i przyjęcie zamienia się w pracę w gospodarstwie – „rolnicze przyjęcie urodzinowe pana Brumma”.

    Pan Brumm to postać zabawna i dziwaczna – dorosły niedźwiedź, który ma wszystkie cechy dziecka, jest też zapominalski i nieco gamoniowaty. Przyjaźni się z Kaszalotem – złotą rybką pływającą w okrągłym akwarium, które nie przeszkadza mu w prowadzeniu lokomotywy, na przykład.

    Cały cykl przygód pana Brumma można polecić dzieciom, bo biednego niedźwiedzia ciągle spotykają jakieś nieszczęścia i niespodzianki (czytaj: przygody), z których w ostatnim momencie udaje mu się uratować. W jeziorze napotyka potwora, wjeżdża lokomotywą w kurnik Ryjka, musi urządzić Boże Narodzenie, choć nie ma z czego. Świetne, często dość absurdalne historie z konkretnym morałem, który wyłożony jest zawsze w sposób dowcipny i subtelny, bez nachalnej dydaktyki.

    1. W mieście – tekst i ilustracje Ali Mitgutsch, wydawnictwo Tatarak

    Kolejna ze świetnych, wartych polecenia książek obrazkowych. Tutaj wszystkie sceny rozgrywają się w mieście – na lotnisku, basenie, targowisku, w parku, zoo i sklepie. Nocą i za dnia, latem i zimą. Łatwo o tym opowiadać, bo wszystko to sceny znane dziecku z życia codziennego, a jednocześnie – przez swoje tematyczne powiązanie – ułatwiające opowiadanie. Realistyczna kreska, mnóstwo obrazków, humor, dystans i kilka scen dla gagatków: nocą do jednego z okien zakrada się złodziej, w innym widać całującą się parę, w zoo wrona przebija balonik, ktoś sika do basenu, albo wpycha kolegę. Nas jarmarku kot zasadza się na stoisko rybne, chudy mąż niesie stos paczek za grubą żoną. Nie ma nudy.

    1. Gruffalo – tekst Julia Donaldson, ilustracje Axel Scheffler – wyd. Eneduerabe

    „Mała mysz w ciemnym lesie chciała raz zażyć ruchu. Kiedy lis ją zobaczył, zaburczało mu w brzuchu” – tak zaczyna się opowieść o myszce, która musi pokonać wszystkie leśne drapieżniki, także potwornego Gruffalo. Bardzo zabawna, ale i pouczająca historia o tym, jak poradzić sobie za pomocą sprytu, jak pokonać silniejszego. Gruffalo ma też drugi poziom – opowiada o tym, jak stwarza się świat za pomocą słowa, bo mysz próbuje pokonać zagrażające jej zwierzęta opowieścią o potwornym Gruffalo, którego cechy wymyśla na poczekaniu. Prawdziwe przerażenie dopada ją jednak, gdy okazuje się, że to co wymyśliła, istnieje…

    Tomasz Pindel twierdzi, że ta opowieść spełnia wszystkie założenia gatunkowe bajki, analizuje ją też za pomocą Morfologii bajki Proppa.

    1. Na budowie – ilustracje Stephen Lomp – wyd. Babaryba

    Jeden z ciekawszych picture booków ostatniego czasu – bogata, ale nieprzeładowana, pełna śmiesznych, często przewrotnych scenek lektura.  Rodzice Mimika zlecają budowę domu na nowym osiedlu, prace na budowie wrą, choć jeden z robotników – Affe ciągle stoi w kolejce do ubikacji. Jeż z córką odnajduje kości dinozaura, babcia Pudela z uwiązanym na smyczy jamnikiem spaceruje po rozkopach. Kotek Urlopek wyleguje się na każdej dostępnej powierzchni, Mimik ucieka rodzicom na dach, pawian-szalony motocyklista flirtuje z małpką okularnicą. Na kolejnych stronach widać dziesiątki scen i postaci, o których można opowiadać godzinami.

    Wydawnictwo Babaryba pokazuje, jak wydać dobrą książkę obrazkową na fali zapoczątkowanej przez Mizielińskich. W zalewie takich publikacji widać jednak, że to trudny gatunek, bo na stronie trzeba umieścić wiele scen i postaci, ale jednocześnie nie przeładować. Babaryba wypada świetnie.

    1. Opowiem ci mamo, co robią auta tekst Marcin Brykczyński, ilustracje Artur Nowicki – wydawnictwo Nasza Księgarnia

    „Spójrzmy, jakie są powody,

    Że się tłoczą samochody?” – otwiera kartonową, dużą opowieść o przygodach samochodów: w korku w mieście, w polu, w warsztacie i w czasie wypadku, w salonie samochodowym i na przejściu granicznym, w czasie pustynnego rajdu i w śnieżycy. To właśnie – w przeciwieństwie do przygód samochodu Franka (tu wstawić link) – świetny przykład na to, jak przygotować personifikację pojazdów, których maski przypominają twarze, ale nie powodują koszmarów. Na stronie tytułowej trzy auta sięgają po książki, kombajn nosi na głowie chusteczkę zawiązaną na wszystkich rogach, przemytnicy na granicy mają na przedniej szybie opaski złoczyńców, zepsuta limuzyna ma maskę przewiązaną szalikiem. Zabawna, lekka, bogata w szczegóły (motoryzacyjne) lektura – pozbawiona prawie w ogóle tekstu, która uczy dzieci opowiadać o zdarzeniach, ale też o emocjach.

    W warsztacie zawieruszył się widelec,  gdzie indziej trzeba policzyć wszystkie traktory, albo też na granicy dopasować elementy samochodów do całości, czy znaleźć wszystkie różnice między dwoma obrazkami. Mnóstwo zabawy z książką, która rośnie z dzieckiem i pozwala znajdować ciągle nowe elementy, wymyślać nowe zadania.

    1. Siri i okropna świnka – napisała Tiina Nopola, ilustracje Mervi Lidmann, wydawnictwo Wilga.

    Należący do Siri króliczek kończy swój ziemski żywot, wyeksploatowany do cna przez uczuciową właścicielkę. Dziewczynka oddaje go jednak do kliniki dla pluszaków i czeka niecierpliwie na jego powrót. W międzyczasie dostaje zastępczą przytulankę – małą świnkę. Świnka jest jednak obca i groźna, przywiązanie do królika nie pozwala zaakceptować innej maskotki. Książka dla wszystkich tych, którzy mają swoje najdroższe misie i dla ich rodziców, którzy nocą w pośpiechu i z błyskiem szaleństwa w oku próbują wyprać i zreperować owe przytulanki, by na rano były suche i nie usypywały watoliny.

    Świetna, fińska historia o dziewczynce, której najlepszymi przyjaciółmi są chłopcy: Mały Otto, Średni Otto i Duży Otto oraz Kerttu, dziewczynka hodująca biedronkę o imieniu Pchła (o tym drobnym semantycznym nieporozumieniu traktuje osobna część).

    1. Ja nie chcę do przedszkola – Stephanie Blake – wydawnictwo Dwie Siostry

    Oswajanie lęków to jedno z głównych zadań książek dziecięcych. Najczęściej jednak dorośli autorzy wybierają fabuły dydaktyczne i porządnickie, nudne z perspektywy dziecka. Tymczasem Stephanie Blake w tej książce w świetny sposób nie tylko oswaja przedszkole, ale daje też szansę, żeby oswoić lęk przed nim. Znany z kontrowersyjnej książki Kupa siku króliczek Henio tym razem na wszystkie propozycje związane z przedszkolem odpowiada wciąż: „co to, to nie” i robi to w różnych tonacjach i sytuacjach. Początkowo przerażony i oporny już w ciągu pierwszego dnia zakochuje się w swoim przedszkolu i nie bardzo ma ochotę wracać do domu. Lekka, zabawna historia, z fantastycznym i sprytnym układem graficznym, dająca szanse na poważne domowe rozmowy.