Kategoria: Czytanie dziecku

  • Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Joanna Olech, Edgar Bąk, Kto ty jesteś?

     

    Trudno opowiedzieć dzieciom o pojęciach abstrakcyjnych, jeszcze trudniej zaś opowiadać w Polsce o patriotyzmie, bo to chyba najtrudniejszy dla nas rodzaj abstrakcji. Tymczasem Joanna Olech konstruuje opowieść o patriotyzmie przez pryzmat jego przejawów – wybiera postawy i czynności, które dziecku wydadzą się oczywiste: oszczędzanie wody, zbieranie śmieci, pielęgnowanie języka, kasowanie biletu. Wszystkie te zachowania mają pokazać, że patriotyzm realizuje się poprzez zwykłą troskę o otoczenie, tworzenie wspólnoty i podtrzymywanie więzi społecznych.

    Olech wybiera na przemian formy żeńskie i męskie, pisze o patriotach i patriotkach, o tym, że trzeba słuchać opowieści dziadków, rozmawiać z nimi gwarą, żeby zachować wszystkie odrębności, które składają się na polszczyznę. Pisze też o tym, czego nie należy robić – bić, wyzywać, ściągać na sprawdzianach. Kładzie nacisk na życie wspólnoty, na codzienny wkład w jej tworzenie i pielęgnowanie – zamalowywanie napisów na murach, sprzątanie po psie, sadzenie drzew, porządkowanie zapomnianych cmentarzy. Za pomocą przyziemnych aktywności pozwala oswoić abstrakcję, przenieść patriotyzm z dziedziny niewyobrażalnych pojęć do doświadczenia codziennego. Wprowadza też małego Polaka-patriotę w życie nie tyle narodu, co społeczeństwa, w życie wspólnoty połączonej innymi i mocniejszymi więzami niż tylko fakt urodzenia w tym samym państwie.

    Jednocześnie czytać można tę książeczkę jako podręcznik dla dorosłych – jako przypomnienie, czym jest patriotyzm inny niż stadionowy i bojówkarski. Bo opowieść Olech to właśnie wywód na temat nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnego narodu, który nie idzie od razu na wojnę (o tej dominującej tradycji przypomina tytuł książki pochodzący z wierszyka Bełzy), ale w pokojowych warunkach pielęgnuje swój patriotyzm. Wspólnota jest tutaj ważniejsza niż naród, bo o budowę wspólnoty przecież chodzi, o więzi i zaufanie społeczne. Patriotyzm to także wiedza o historii i dlatego pisze Olech: „Wiem, skąd się wziął francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką”.

    To książka z 2013 roku, ale piszę o niej teraz, w sezonie zakupów przedświątecznych, bo warto ją mieć i warto podarować dzieciakom. Dzięki niej nie tylko nabrać można dystansu, ale i przypomnieć sobie, czym naprawdę jest patriotyzm.

  • 10 najgorszych książek dziecięcych

    10 najgorszych książek dziecięcych

    Paulina Małochleb

     

    Książka dziecięca – wbrew temu, co myśli część wydawców i czytelników – to jedna z najważniejszych sfer współczesnego życia: o ile starsza część społeczeństwa buduje swój światopogląd dzięki mediom społecznościowym, to wychowanie małych dzieci odbywa się w dalszym ciągu w dużym stopniu dzięki książce. Zatem każda głupia i ogłupiająca książka czytana trzylatkowi szkodzi bardziej niż zła książka dla dorosłych. Nie ma się co dziwić, że dziewczynki wyrastają na bezradne, różowe lale, jeśli taki wzór propaguje literatura, nic dziwnego też, że każdy chłopiec biega z karabinem i śni o rozwalaniu wrogich dywizji (czyli kolegów z przedszkola), jeśli takimi fabułami częstuje się go co wieczór. Książka dla dzieci to zatem teren ważny i wrażliwy, często jednak traktowany jak ziemia niczyja, zajęty przez książki durne i prymitywne. Wszyscy rodzice mają chyba w swoim domu półeczkę, mały schowek, do którego trafiają książki, które dzieci otrzymały w prezencie, ale ich lektura grozi stałą utratą zdolności intelektualnych.

    Nie wprowadziłam tu na listę żadnej książki z nurtu „baśnie na dobranoc”, czy z licznych wydań Biblii dla najmłodszych – choć wszyscy, którzy czytają dzieciom wiedzą, że to są także (a może przede wszystkim) kopalnie brzydoty, przestrzenie, w których ożywa co, co najgorszego w polskiej grafice. Jest to jednak temat tak rozległy, że zasługuje na osobne opracowanie.

    Z góry odpieram zarzut, że wyżywam się na małych wydawnictwa – literatura dziecięca to sfera zdominowana wyłącznie przez małe wydawnictwa. To, że w wydawnictwie pracują dwie osoby i nie ma pieniędzy na kosztowne produkcje, nie daje przecież przyzwolenia, żeby wydawać książki ohydne. Poza tym na liście znajduje się wiele książek wydanych przez gigantów: Muzę, Olesiejuka, Wilgę (czyli Foksal). Olesiejuk to najzamożniejszy wydawca, ze świetną siecią dystrybucyjną, co wcale nie przekłada się na wysoki estetyczny poziom jego publikacji.

    Poniżej moja krótka i subiektywna lista, do której kryterium wyboru była przede wszystkim treść – infantylna, stereotypowa, reprodukująca bezmyślnie przestarzałe wzorce, ogłupiająca rodziców lub dająca dzieciom zły przykład.

    10 najgorszych książek dziecięcych:

    1. „Polskie symbole narodowe” – opracowanie tekstu Jarosław Szarek.

    Jeśli komuś się wydaje, że pierwsza książka w programie Cała Polska czyta dzieciom, albo ministerialny pierwszy podręcznik są brzydkie, powinien zobaczyć, jakie publikacje wydaje Instytut Pamięci Narodowej (z noty copyrightowej dowiadujemy się, że winna jest tu przede wszystkim Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, bo to ona zleciła realizację tego projektu). Jakieś biedne dzieciątka z przerostem główek i uśmiechów informują z każdej strony dość autorytarnie, że każdy, nawet najmniejszy Polak musi znać hymn, że biały kolor na fladze oznacza czystość (nie dowiadujemy się, o jaki rodzaj czystości chodzi tu dokładnie), a „czerwony wyraża waleczność, odwagę i krew przelaną przez Rodaków na polach bitew w obronie naszej Ojczyzny” – zachowałam oryginalny zapis, bo wiadomo, że waleczność Rodaków może spełniać się tylko na jeden sposób, czyli w walce zbrojnej, nie ma przecież innych możliwości służenia Ojczyźnie.  Kolejne kartonowe strony podają skrót z historii Polski – sami mężczyźni (z przerostem dolnej szczęki i niskimi czołami) na koniach, które dość mocno przypominają osły: najpierw Lech widzi orła na tle zachodzącego nieba, potem husaria, potem Józef Wybicki i sportowcy na stadionie.

    Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu nie konsultowała jednak książki z żadnym pedagogiem, bo wydała książkę na kartonie, z wysuwającymi się obrazkami, a więc dla małych dzieci, natomiast w tekście używa się sformułowań trudnych – nie tylko dekalog narodowy w wersji jak z elementarza, ale też odniesienia historyczne – do zaborów i tworzenia Legionów we Włoszech 200 lat temu.

    Komisja powinna zatem wziąć pod lupę swoje własne działania.

    1. Wioletta Piasecka, „Mała Cyganeczka”

    Z okładki spogląda na nas Dżasmina z disneyowskiej bajki o Alladynie, ale to tylko „nawiązanie”, bo bohaterką jest Lalka, mała Cyganeczka. Opowieść ta jest nie tylko brzydka, naiwna i wyjątkowo pretensjonalna, ale też bardzo groźna, bo utrwala stereotypy, choć robi to oczywiście w zbożnym celu. Gdy tabor cygański przybywa do wsi, wszyscy chowają dzieci w domach i nie pozwalają im wychodzić. Ojciec polskiej dziewczynki zamyka zwierzęta, spuszcza psa z łańcucha.Mała zaś jest przekonana, że Cyganie ją porwą. Później ten katalog rozwija się dalej: Cyganie „nie są jak my”, Lala zazdrości Marysi umiejętności czytania i pisania, nie może się tego nauczyć, bo kobietom w taborze nie wolno. Zupełnie nie zauważyłabym tej prymitywnej książki z ilustracjami przypominającymi komiksy dla dorosłych w „Angorze”, gdyby nie fakt, że ta publikacja została umieszczona na liście lektur dla najmłodszych w Wielkim Maratonie Czytelniczym organizowanym przez wojewódzką bibliotekę w Gdańsku. Nikt nie zabroni pisania i wydawania takich rzeczy, ale żeby czynić z nich lekturę?

    Nie dziwię się teraz, czemu upada czytelnictwo. Gdyby ktoś mi kazał czytać taką książkę, chętnie sięgnęłabym po „MortalKombat”, żeby to jakoś przepracować.

    1. Wóz strażacki Jacka i cała seria wydawnicza „Mały chłopiec”

    Wszyscy rodzice małych dzieci znają te potworną serię, bo Olesiejuk to wydawnictwo o najlepszej chyba sieci dystrybucyjnej. Straszą te książki z półek hipermarketów, z witryn kiosków i  sklepów z odzieżą dziecięcą. Kłopot z nimi polega na tym jednak, że są żałośnie prymitywne, że tłumaczeniom francuskich wierszyków na polski brakuje nie tylko rytmu, ale i rymu (co ucho dziecięce wychwytuje natychmiast). Powstałe zaś mimochodem treści sprawiają, że dorosły czytelnik nie wie, czy ma się czerwień i czy za czytanie na głos nie grozi mu paragraf:

    „Pospiesz się, Jacku! Okamgnienie i już zajmują dom płomienie.

    – Jacku, powtrzymaj katastrofę!

    – Julio, wytrzymaj jeszcze trochę!

    Aż nagle woda z węża wytrysła

    I ugasiła pożar natychmiast”.

    1. Juleczka mała laleczka, napisała Ramona Nadobnik-Piętka

    To taka książka, która najpierw powoduje ból oczu, a potem mózgu. Brzydkie ilustracje świetnie jednak współgrają z głupim tekstem. Zdrobnienia doprowadzają dorosłego czytelnika do szewskiej pasji, dziecko łamie sobie język próbując te wszystkie –szka i czka powtórzyć:

    „Już zrobili kroczków sporo

    Kiedy doszli nad jezioro (…)

    Nagle płynąc w dal po fali,

    zobaczyli brzeg w oddali”.

    Juleczka ma złotą grzywę i zadarty nosek, suknię z falbanami, „trenik, żabocik, rękawki” – oto jak wyobraża sobie autorka porządną dziewczynkę. Julcia nie może daleko podróżować, bo suknia się brudzi (ah!, suspens). Czytelnik musi siedzieć grzecznie (czytaj: nieruchomo) i słuchać jej opowieści, później lalka i kotek grzecznie spacerują. Nie jest więc to książka dla małych, nerwowych brudasków o słabych nerwach, ani dla ich nieodpornych rodziców.

    1. Nadchodzi słoniątko – napisała Magdalena Zarębska, ilustracje Katarzyna Krakowiak.

    Książka wydana w serii Czytamy bez mamy, jej lektura jest jednak tak traumatyczna, że powinna odbywać się w towarzystwie całej rodziny i psychologów klinicznych. Całość utrzymana w pastelowych barwach, które jednak sprawiają wrażenie głębokich halucynacji. W odzyskaniu trzeźwego spojrzenia nie pomaga też ostatni rysunek – stad śpiących słoni przypomina cmentarzysko sflaczałych słoni. Małe słoniątko odczuwa świat, przebywając jeszcze w brzuchu mamy – abstrakcyjnym różowym bąblu, brzuch ciężarnej głaszczą słoniątka i słonice ze stada. Gdy przybywa starszy brat, dowiadujemy się za to, że: „Brat nie potrafił głaskać”, po przecież poważne samce nie zajmują się takimi głupotami. Stado składa się wyłącznie z samic i ich potomków, oni też witają małego na świecie, a gdy są niegrzeczni, matki uspokajają ich uderzeniami w głowę. Jak wiadomo, to zawsze pomaga.

    1. Przygody samochodu Franka – cały cykl. Autor: Elżbieta Wójcik.

    Autorce chyba coś się pomyliło. Książki dla dzieci mają być PROSTE, ale nie PROSTACKIE. Tutaj zaś zachodzi dokładnie ten drugi przypadek – we wszystkich częściach auto Franek przeżywa takie przygody, że nawet 3-latek nastawiony na jednowątkową fabułę, zdezorientowany czeka na puentę – nie doczeka się jednak. Franek jedzie odebrać paczkę z dworca, Franek jedzie na lotnisko, Franek zwiedza muzeum. Stoi w korku, wyciąga inne auta z rowu. Tej ubogiej treści nie rekompensuje grafika, bo rysunki są tak paskudne, że dorosłemu oczy ropieją w trakcie lektury. Każde auto mówi – spod masek pojawiają się jakieś tajemnicze półgębki, każdy element zarysowany mocnym, dławiącym kolorem.

    1. W wesołych wierszykach o zdrowych nawykach, napisał Adam Opaliński

    Jak wiadomo, największym kłopotem wieku dziecięcego są brudne rączki i niechęć do mycia ząbków. Im to właśnie poświęcona jest ta wyjątkowo brzydka książka. Dydaktyczna i umoralniająca ma pokazywać, jak ważna jest codzienna higiena:

    „weź się za czystość trochę

    Sąsiadom swym sprawisz radochę” – autor wprowadza rym zgoła wyrafinowany. I dalej:

    „Jak przekonać cię mam

    Do higienicznych przemian” – tutaj już akcent naturalny dla języka polskiego musi się poddać woli autora.

    Cztery zebrane tu wierszyki okazują się  nudne i łopatologiczne: małpka je za dużo bananów, wiewiórka ma brudne zęby – słowem Sodomia i Gomoria. Ciągle pokutuje przekonanie, że dzieci to jakieś istoty o niższym intelekcie, wymagające banalnych przykładów i kompozycji prostej jak konstrukcja cepa, jej zastosowanie widać w tym tekście. Po lekturze tej książki nikt, ale to nikt nie zmusi mnie, żebym umyła rączki.

    1. „TupcioChrupcio musi iść do przedszkola” – Eliza Piotrowska

    Cała seria o TupciuChrupciu wydaje się dość podejrzana, ten tom jednak nawet na jej tle wyróżnia się niekorzystnie: mama Tupcia wysyła syna do przedszkola, bo sama musi iść do pracy. Zrozpaczonemu synkowi tłumaczy, że musi pracować, bo rodzina nie ma pieniędzy. Gdyby nie ta potrzeba ekonomiczna, nigdy przecież nie zostawiałaby syna. Bardzo nie lubię książek, które umacniają stereotypy, które pokazują, że prawdziwe potrzeby kobiet ograniczają się do pielęgnowania ogniska domowego. Tata TupciaChrupcia wykonuje pracę intelektualną, mama zostaje robotnicą w fabryce cukierków i na pocieszenie przynosi synkowi worek słodyczy. Matka każdy swój powrót do domu musi przecież dziecku wynagrodzić i odkupić swe winy. Mamy więc matkę przykutą do taśmy i syna z dziurawymi zębami.

    1. Mój pierwszy alfabet. Kim będę – tekst i ilustracje Krzysztof Kiełbasiński

    Połączenie dwóch klasycznych gatunków – książki o alfabecie i książki o zawodach. Tutaj jednak wyjątkowo nieciekawe: wierszyki bez sensu, infantylne, zbyt abstrakcyjne. Jak wytłumaczyć dziecku wierszyk o jubilerze:

    „Pan jubiler był w galerii

    Na wystawie biżuterii.

    Oglądając kosztowności,

    Aż rumienił się z zazdrości”.

    Stereotypowe, bo M to musi przecież być modelka: „Ćwiczy kroki oraz grację, z wdziękiem nosi swe kreacje”, pod U – urzędniczka, która zgubiła pieczątkę. Szał. Na miejscu dzieci nie wybrałabym żadnego zawodu z tej listy. Tuwim to to nie jest.

    1. Wiersze dla dzieci grzecznych i niegrzecznych – Irena Suchorzewska, Muza

    Suchorzewska to autorka klasyk, jednak to wydanie i ten dobór tekstów pokazuje, że nawet klasyka się starzeje. Właściwie już tytuł daje do myślenia, bo wprowadza najbardziej zasadniczy i zarazem idiotyczny podział dzieci na grzeczne i niegrzeczne, na te, które zasługują na nagrodę i na te, które powinna spotkać jakaś kara.

    Zebrane tu przez wydawcę wiersze są literacko świetne, rytmiczne, obrazowe, zabawne. Tym gorzej właściwie, bo ich treść, przekaz, jaki niosą, jest absolutnie przerażający, bo te wiersze to  małe ramotki, stygmatyzujące, niedostosowane do współczesnych realiów i wartości – uczą, że nie wolno mówić nie (choć dzisiaj staramy się nauczyć dzieci właśnie tego, dla ich własnego bezpieczeństwa), że nie wolno opowiadać, co się dzieje w domu, że należy odczepić się od matki i nie prosić jej o pomoc, że trzeba być czystym i jeść zjadać cały obiadek. Uderza w tej książce zrównanie różnych zupełnie poziomów zachowań: brudne ręce są tu takim samym przestępstwem jak kłótnie z innymi dziećmi i ich bicie – Muza oddaje nam więc do rąk podręcznik małego pruskiego sierżanta. Po trzecie zaś, i to chyba przede wszystkim sprawiło, że tę pięknie wydaną, świetnie ilustrowaną książkę umieściłam na liście książek najgorszych, zastanawia mnie wpisane w tekst przekonanie, że dziecko nie jest podmiotem, że ma się podporządkować, nagiąć do woli dorosłego, że ma przyjąć i zastosować dorosły system wartości.

    1. Muza wydaje teraz cykl zatytułowany „Poczytajkipomagajki”, do którego piszą najlepsi autorzy, jednak, o ironio – cały system wartości tego cyklu stoi w całkowitej sprzeczności z książką Suchorzewskiej.

     

     

     

     

  • Kto zadba o najmłodszych? Czyli dlaczego dziewczynki walczą za pomocą brokatu

     
    Wychowano mnie w absolutnym kulcie książki, w domu inteligenckim, bez świadomości, że wobec książki istnieje w ogóle jakaś alternatywa. W latach 80. konkurencja dla książek faktycznie była słaba.  Miałam 7 lat i kompletnie nie rozumiałam, dlaczego nosi on ciemne okulary w zamkniętych pomieszczeniach. Skazana na brzydkie książki doby komunizmu, czytałam książki mojej matki, książki z lat 50. i 60. publikowane przez Naszą Księgarnię. W świadomości przedszkolaka nie było pęknięcia między toporną grafiką Tomasza Borowskiego do książki Samo się Jadwigi Jasny i cudownymi, awangardowymi ilustracjami Janiny Krzemińskiej, Bożeny Truchanowskiej, czy Jana Marcina Szancera (choć dzisiaj przepisuję te nazwiska z książki Moje książeczki. Księga pierwsza, którą Nasza Księgarnia wznowiła w 2015 roku po 50 latach). Przeżywałam historyczne ilustracje, którymi Zofia Fijałkowska odmalowywała O warszawskiej syrenie Ewy Szelburg-Zarembiny i absurdalne ilustracje Franciszki Themersonowej do wierszy Jana Brzechwy. Jednocześnie wałkowałam w kółko elementarz Falskiego, choć dość podejrzliwie traktowałam obecność w tej książce wsi – dla dziecka pierestrojki wieś stanowiła jakiś odległy, tajemniczy i egzotyczny krajobraz. W szkole czytaliśmy Czuka i Heka, w czwartej klasie szkoły podstawowej – Lema. Nic nie rozumiałam z Opowieści o pilocie Pirxie.
     
    Mój syn dzisiaj wybiera dla siebie książki, kierując się kluczem tematycznym – wszystko, co dotyczy pojazdów uprzywilejowanych, wyścigowych, placów budowy natychmiast ściąga z półki księgarskiej. Wychowany już w zupełnie innej epoce, traktuje książkę jako jeszcze jeden rodzaj zabawki  – książka to teraz taka sama zabawka jak elektroniczna mata do tańca, tablet, telewizor, smartfon, playstation. Psychologowie twierdzą, że dziecko uczy się przez naśladowanie, a to, co robią jego rodzice stanowi wzorzec najwyraźniejszy i najmocniejszy. Że zachowania swoich rodziców nosimy pod skórą, a model postępowania kopiujemy automatycznie. Nie będą więc czytać dzieci, których rodzice spędzają czas przed telewizorem, ci, którzy używają tabletu, by surfować wieczorami po internecie. Nie będą czytać gazet codziennych dzieci tych, którzy czytają tylko streszczenia seriali w kolorowych tygodnikach. Nie możemy mieć do nich pretensji – naśladują przecież swoich własnych rodziców. A zatem pozwalałam mojemu dziecku holować ze sobą książki, gdy oswajało nocnik, pakowałam kartonowe książeczki, gdy szliśmy do parku, choć później piasek kleił się do każdej strony. Czytaliśmy w czasie jedzenia kaszki, choć później zasychająca kaszka sklejała najczęściej oglądane strony. Czytaliśmy w tramwajach, w samochodzie na długich trasach, przed kąpielą i wcześnie rano, gdy światło dopiero szarzało, ale zegar biologiczny dwulatka przekonywał, że to już środek dnia. W ten sposób rodził się jego język, oswajał emocje, poznawał świat, rozpoznawał normy społeczne i obyczajowe. Dlatego też trzeba bardzo uważnie dobierać książki dla naszych najmłodszych.
     
    Moi rodzice mieli kłopot, żeby kupić ładną dziecięcą książkę, bo nie było ich wiele. Dzisiaj rodzic może kupić wiele, ale nie bardzo wie, co wybrać i gdzie szukać – rynek książki dziecięcej, choć rozwinięty i stanowiący osobną gałąź produkcji wydawniczej, rozpadł się na naszych oczach na dwa przeciwne nurty. Jeden ma charakter komercyjny, pracują w nim wielkie wydawnictwa, które produkują brzydkie, głupiutkie i tanie książeczki, dostępne we wszystkich hipermarketach, a tam przede wszystkim robią zakupy rodzice. W tym segmencie rynku rządzi Wydawnictwo Olesiejuk, daleko za nim plasują się mniejsi specjaliści od brzydkich wydań – wydawnictwo Aksjomat czy Publicat.  Z drugiej strony ukazuje się coraz więcej książek pięknych, mądrych, rozwijających coś więcej niż zdolności motoryczne. Małe, rodzinne wydawnictwa publikują jednak książki droższe, w mniejszych nakładach. Na portalach internetowych i forach dla rodziców toczy się wokół wielu ich książek zażarta dyskusja, część z nich operuje bowiem taką wizją świata, która stoi w ostrej sprzeczności z tradycyjnym, polskim wyobrażeniem rodziny. Zakamarki i Dwie Siostry to polskie wydawnictwa, publikujące szalenie wartościowe i wysoce estetyczne książki dziecięce. W dużym stopniu są to jednak przekłady z literatury skandynawskiej, odwołującej się do aktualnych problemów społecznych, co w Polsce nie jest dobrze przyjmowane. Zlatanka ma dwóch wujków i lubi grać w piłkę, Alberta wychowuje tylko ojciec, Igor chciałby się pobawić lalkami, Tonia nie ma ochoty, by wycinać z koleżanką z sąsiedztwa, króliczek Henio powtarzający „Kupa siku” – to tylko kilka sytuacji fabularnych budzących sprzeciw polskich rodziców. Część uważa, że książki te przedstawiają zbyt kontrowersyjne tematy, uznając homoseksualizm na normę, część twierdzi, że w książkach tych zbyt dużo pesymizmu – rozbite rodziny, dzieci z problemami. Nie ma sensu jednak polemizować z tymi teoriami, bo to temat na tekst o modelu polskiej rodziny i światopoglądzie rodziców.   
     
    Piszę ten tekst przeciwko jednej właściwie sytuacji, jednemu skojarzeniu: przeciwko przekonaniu, że byle jaka książka wystarczy dziecku, że ważniejszy jest sam akt czytania, że wystarczy sięgnąć na regał sklepowy i podać dziecku książkę. Otóż nie, jest dokładnie odwrotnie. Dorosły czytelnik, z wyrobionym gustem i wiedzą o literaturze, nie zrazi się do czytania, jeśli trafi na kilka kiepskich książek. Dziecięcy czytelnik – sięgnie po wyścigówkę albo konika z kolorową grzywą. Dorosły czytelnik nie kształtuje już swojego gustu estetycznego w trakcie lektury, podczas gdy jest to ważny, choć niewidoczny proces dokonujący się w przypadku przedszkolaków. Mówiąc najprościej – to, co dziecko ogląda, wpływa na jego gust w wieku dorosłym. Im więcej ilustracji topornych, pstrokatych, rysowanych grubą kreską, bez finezji – tym bardziej prawdopodobne, że gust dziecięcy stanie się prymitywny, że będzie go interesowało tylko to, co przerysowane i wulgarne.
     
    Ta sama prawidłowość dotyczy i treści. Większość opowieści dla dzieci jest szalenie banalna, dziecięce historie operują uproszczoną poetyką, zawierają moralizującą treść, opartą na prostej zasadzie, że ten, kto jest grzeczny i posłuszny, zostanie nagrodzony (jako antyprzykład podać można W wesołych wierszykach o zdrowych nawykachAdama Opalińskiego). To pierwszy grzech książek dziecięcych – wynagradzanie podporządkowania, prezentowanie takiej wizji świata, w której to dorosły ma zawsze rację, a zadaniem dziecka jest podążanie za jego wolą. W XXI wieku ciągle operuje się świadomością dydaktyczną z wczesnych dekad wieku XIX – dziecko to mały dorosły, który nie ma żadnych typowych dla swej fazy rozwojowej uwarunkowań. Ma być czyste, siedzieć nieruchomo, wykonywać swoje obowiązki i nakazy dorosłych. Otóż rozwój dziecka nie przebiega w ten sposób, że można 3-latkowi wdrukować system zachowań właściwy dla dorosłych.
     
    Z takim warunkowaniem wiąże się grzech drugi – przekonanie, że w świecie dzieci nie zachodzą zmiany, które obserwujemy w rzeczywistości dorosłych. Współczesny przedszkolak ma zupełnie inne problemy niż mieli w dzieciństwie jego dziadkowie. Czystość, powracająca do znudzenia w książkach dziecięcych jako największy kłopot wychowawczy, nie stanowi we współczesnym świecie dużego problemu, budzi dzisiaj właściwie tylko nostalgię. Dzieci odreagowują rozwody swoich rodziców, domową przemoc, zderzają się dużo wcześniej niż poprzednie pokolenia z innymi kulturami i religiami, z rozwarstwieniem ekonomicznym i tym, że inni mają więcej albo dużo mniej. Trzeba zatem uczyć ich otwartości, wrażliwości na potrzeby innych, a nie tego, że należy siedzieć nieruchomo. Coraz częściej narażone są na molestowanie seksualne lub inne nadużycia ze strony dorosłych, dlatego nie wolno im wpajać, że nie mają prawa powiedzieć „nie”, że dorosły zawsze ma rację.
     
    Grzech trzeci – natychmiastowe, materialne wynagrodzenie pojawiające się w zakończeniu dziecięcych historii. Nie ma szans na wykształcenie wewnętrznej motywacji, zadowolenie z siebie nigdy nie stanie się wartością, bo dziecko liczyć będzie tylko na prezent, wartościowy przedmiot. W takiej sytuacji nie można też zbudować odpowiedzialności za innych, poczucia więzi, przynależności do wspólnoty, której dobro jest równie ważne jako dobro indywidualne. Wszystkie te uczucia są bowiem niewymierne, skomplikowane do przedstawienia w fabule, nie da się o nich opowiedzieć w prostej historii, w zakończeniu której pojawia się nagroda.
     
    Po czwarte – operowanie przemocą. Wciąż mówi się o destruktywnym wpływie przemocy na świadomość dziecięcą, o ograniczeniach, jakie powoduje ona w rozwoju małego dziecka. Tymczasem autorzy wielu książek czują się rozgrzeszeni, wychodząc z założenia, że obrazy przemocy płyną do dzieci z otoczenia i nie da się ich uniknąć. Dlatego właśnie nie kupuję żadnych wydań baśni braci Grimm, ani baśni ludowych. Giganci, którzy mają ochotę schrupać małego chłopca, macocha, która namawia brzydkie córki, by odcięły sobie kawałek stopy, wypędzenie z domu głodnych sierot, to przecież klasyczne sytuacje baśniowe, dość bezmyślnie reprodukowane wciąż w kolejnych eleganckich i kosztownych wydaniach, kupowanych przez niczego nieświadomych krewnych na urodziwe prezenty.
     
    Po piąte – seksualizacja. W świecie, który za największe zło uważa wykorzystanie seksualne dziecka, seksualizacja fabuły i bohaterów wydaje się paradoksalna, tymczasem jest obecna w większości książek adresowanych do dziewczynek. Nie chodzi tutaj o tradycyjne opowieści o księżniczkach, ale o reprodukowanie i rozwijanie takiego systemu wartości, w którym uroda oraz miłosne perypetie stanowią główną oś świata. Pozornie te historie przefiltrowane są przez feministyczną wrażliwość i nowe perspektywy kulturowe, wystarczy jednak lekko poskrobać wierzch i ujawnia się prawdziwa zawartość bajek. Barbie, choć jest super-bohaterką, musi zdobyć uczucie. Jej główna moc polega zaś na tym, że posypuje swoich przeciwników brokatem.  Juleczka, mała laleczka Ramony Nadobnik-Piętki to książka o dziewczynce przypominającej różową piankę – Juleczka skupia się na swojej odzieży, nie może poznawać świata, bo jej sukienka mogłaby się pobrudzić. Trudno o większą ilość banałów i stereotypów płciowych. Fabuła związana z rozwijaniem własnej siły służy zawsze za pretekst do opowieści o uczuciach, do przedstawiania perypetii miłosnej. Dziewczęce bohaterki przedstawiane są jak małe kobietki, mają zminiaturyzowane figury dorosłych kobiet, stroją się, dbają o włosy, które zawsze muszą być długie i puszyste, najlepiej blond. Podobne stereotypy płciowe znajdziemy w książkach dla chłopców – silni, odważni, nie potrzebują wsparcia, nie okazują „niemęskich” uczuć i nie wzruszają się. Nie ma zatem szans na przełamanie tabu męskiego płaczu nawet w książkach dla przedszkolaków.
     
    Po szóste – utrwalanie tradycyjnego podziału ról społecznych – strażak-chłopiec ratuje uwięzioną w płomieniach dziewczynkę (to historia z serii Mały chłopiec wyd. Olesiejuk). W pozycji siły ustawia się tylko męskich bohaterów, postaci kobiece pełnią funkcje pomocniczo-usługowe, dostarczają posiłki, dbają o zdrowie. Matka idzie do pracy tylko dlatego, że musi – tak Eliza Piotrowska rysuje sytuację życiową w jednym z tomów o przygodach Tupcia Chrupcia. W książce Macieja Szymanowicza Najmniejszy słoń świata pojawiają się postaci dwóch szwaczek o zdrobniałych imionach. Pani Beatka i pani Justynka zaśmiewają się perlistym śmiechem, wykonując polecenia przełożonych. 
     
    Tymczasem jednak ukazuje się wiele książek świetnych, artystycznie wyrafinowanych, skomplikowanych fabularnie, nowoczesnych w wymowie. Bajka o włosie Patryku Maliny Prześlugi (ilustracje Agnieszki Woźniak, wyd. Tashka) opowiada o śmierci i przepracowaniu żałoby. Głównym bohaterem jest włos, jeszcze brązowy, rosnący za uchem bibliotekarza. Bibliotekarz siwieje i łysieje, kolejne włosy znikają z jego głowy. Patryk pyta Siwego, najstarszego włosa na głowie, co to znaczy wypaść. Siwy zaś mówi: „odejść na zawsze z miejsca, w którym się było”. W tej prostej, a zarazem absurdalnej historii udaje się autorce pokazać, jak przebiega umieranie, jakie wątpliwości towarzyszą śmierci, czym ona jest. Patryk rozmyśla o śmierci, o znikaniu, o ciemności, o marzeniach, o smutku i tęsknocie za bliskimi. Marzy o tym, by skręcić się w sprężynkę i by podążyć za ukochaną Anitą, która wypadła pierwsza i odfrunęła z wiatrem. Opowieść Patryka stanowi świetny pretekst dla rozmów z przedszkolakiem na temat śmierci, do oswojenia zjawiska, które w tej prostej historii daje bezpieczny dystans – nie dotyczy bowiem umierającego człowieka, a wypadających stopniowo włosów. Prześluga i Woźniak potrafią zatem opowiadać o kwestiach fundamentalnych prostym językiem, szanując swoich czytelników, zarówno dzieci, jak i ich rodziców, nie ma tu banału, ani pretensjonalnych wtrętów.
     
    Na zupełnie innej zasadzie zbudowana jest historia Zęboszczotki autorstwa francuskiego duetu Pittau i Gervais, którą po polsku wydała Babaryba. To opowieść obrazkowa, katalog szczotek do zębów: szczotka strażacka ciągnie za sobą wielki płomień, szczotka dla żołnierza jest cała pokryta farbą moro, szczotka dla prosiaczka zamiast nitek ma różowy, zakręcony ogon. Szczotka dla meteorologa ma kształt chmury, a szczotka rzeźbiarza jest granitowa. Szczotka dla niewidomych wyklejona jest śliską, przezroczystą folią, trzeba je „oglądać” za pomocą palców. Mnóstwo tu zabawy – dzieci śmieją się, odgadując dla kogo przeznaczone są kolejne zęboszczotki. Większość kształtów otwiera pole do dyskusji – o cechach zawodów, o konieczności higieny, o niepełnosprawnościach, o możliwościach różnych zmysłów. Pokazuje mycie zębów, za którym większość dzieci nie przepada, jako fantastyczną zabawę, daje pretekst, by pożartować w trakcie toalety. To książka lekka i zabawna, przy tym mądra, bo opowiada o czystości bez dydaktyczno-czytankowego tonu.
     
    Na szczególne miejsce zasługuje także książka Tuwim. Wiersze dla dzieci (wyd. Wytwórnia), książka, która w 2013 roku zdobyła szereg nagród: Nagrodę Główną Bolońskich Targów Książki dla dzieci, wyróżnienie specjalne BIB, Białego Kruka Międzynarodowej Biblioteki Książki dla dzieci i młodzieży w Monachium. Pomysł na nią był szalenie prosty – 7 ilustratorek (Gosia Urbańska-Macias, Monika Hanulak, Małgorzata Gurowska, Marta Ignerska, Anna Niemierko, Agnieszka Kucharska-Zajkowska, Justyna Wróblewska) wzięło na warsztat wiersze Tuwima i przedstawiło je w nowym opracowaniu graficznym. Powstała książka, która nie tylko przypomina o twórczości Tuwima, ale przywraca jej właściwą rangę – Tuwima znajdziemy przecież także w bardzo wielu wydaniach kartonowych, dla najmniejszych dzieci, często jednak w wyjątkowo ohydnym, ilustracyjnym wydaniu graficznym. Tymczasem tutaj graficzki nie ilustrują treści (co zazwyczaj stanowi duży grzech grafiki – uznanie, że ilustracja tekstu ma stanowić jego wierne odwzorowanie, zabija wyobraźnię dziecięcą, skraca tok skojarzeniowy), lecz tworzą własne, autonomiczne historie towarzyszące wierszom. Bawią się typografią, nawiązują do różnych prądów i nurtów graficznych, za każdym razem jednak zachowują umiar form i kolorów, nie przeładowują swoich obrazów.
     
    W poszukiwaniu ciekawych książek dziecięcych można podążać za autorami, ale można też być wiernym ulubionym grafikom. Ja jestem wierna dwojgu rysownikom – Janowi Bajtlikowi i Emilii Dziubak. Bajtlik to już uznana marka, choć autorowi brakuje jeszcze kilku lat do trzydziestki. Wielokrotnie nagradzany (Bologna Ragazzi Award, Polska Sekcja Ibby, STGU, Międzynarodowe Triennale Plakatu w Toyama), miał 15 wystaw własnych, wydał w Polsce kilka książek: Korek, Typogryzmoł, Sztuka latania, Europa pingwina Popo, Kto to jest artysta (wyd. Dwie Siostry) i właściwie nie trzeba go reklamować. Jego kreska jest bardzo charakterystyczna, bo to rysunki przypominające prace dziecięce – pozornie niedopracowane, geometryczne, uproszczone. Bajtlik pokazuje, że nie ma osobnej dziedziny sztuki dla dzieci, że istnieje tylko jeden rodzaj sztuki, różne są tylko sposoby jej percepcji. 
     
    Wszystkie prace Emilii Dziubak (a jest ich kilkadziesiąt) można znaleźć na jej blogu emiliaszewczyk.blogspot.com. Ilustrowała serię książek o Pożyczalskich wydawaną przez Dwie Siostry, A ja nie chcę być księżniczką Grzegorza Kasdepke (Nasza Księgarnia), Draka ekonieboraka (wyd. Elbus), Proszę mnie przytulić, Uśmiech dla żabki, W pogoni za życiemPrzemysława Wechterowicza (wyd. Ezop) ale także francuską wersję Czerwonego Kapturka dla wydawnictwa Fleurus. Bajtlik idzie w stronę nowoczesną, eksperymentuje z awangardową formą, upraszcza rysunek. Dziubak z kolej wybiera nawiązania do tradycyjnego nurtu grafiki, nie jest jednak w żadnym wypadku wtórna. Jej prace są bardzo atrakcyjne, nowoczesne w formie. Graficzka wie, że konkuruje z telewizją i Internetem, nie tylko z innymi książkami. Wybiera szczegół, starannie dopracowanie ilustracji, świadomie i ostrożnie operuje kolorem, operuje finezyjną, giętką kreską. Oboje tworzą ilustracje bardzo dynamiczne, są to jednak dwa zupełnie różne rodzaje dynamiki.
     
    Trudno dzisiaj być czytającym dzieckiem, bo książka, choćby nie wiadomo jak piękna, nigdy nie będzie tak atrakcyjna jak zabawki interaktywne. Trudno być czytającym rodzicem – w zalewie kiepskiej, ale błyszczącej literatury należy wyławiać to, co najcenniejsze, szukać w internecie, polować na targach książki, czytać więcej niż 20 minut dziennie. A przede wszystkim trzeba mieć nadzieję, że naszego trudu związanego z wychowaniem czytającego, myślącego dziecka nie zniweczy szkoła i narzucany przez nią kanon lektur. 

     

     Tekst ukazał się w „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, nr 1-2/2016
  • Przed twoim urodzeniem

    Rascal, Mandana Sadat, Przed twoim urodzeniem
    Wydawnictwo Czerwony konik 2016

    Tym razem polecam książkę, którą przełożyłam na język polski. Świetna historia dla maluchów. O tym, co nas na ten świat sprowadza:

    Przed twoim urodzeniem zrobiłem ludzika z kamyków, ale porwał go strumień. Zrobiłem ludzika z piasku, ale zmyło go morze. 

    Pewnego dnia poznałem twoją mamę i razem zrobiliśmy ludzika z miłości. 

     

  • Dom słowackiej księżniczki

    Carson Ellis, Domy
    Wilga 2016
     
    Gdybym musiała policzyć godziny, które spędzam na czytaniu, okazałoby się, że zdecydowanie więcej czasu poświęcam na czytanie literatury dziecięcej. Właściwie jakby się nad tym zastanowić, powinnam myśleć o sobie nie jako o jako o krytyczce, a nie lektorce, bajko-czytaczce. Rano, po przedszkolu, przed zaśnięciem czytam wciąż książki dziecięce. Analizujemy je w tramwaju, w czasie mycia zębów, przerzucamy się cytatami. Żadnej książki dla dorosłych nie przegaduję tyle razy, tak dogłębnie, jak książek dziecięcych. Żadnej też, z małymi wyjątkami, nie czytam tyle razy, co serii o Albercie Albertsonie (Zakamarki), dzieci z Bullerbyn (Nasza Księgarnia), nowego wydania Tuwima (Wytwórnia). A jeśli J. podsunie mi w tym tygodniu jeszcze raz Pod wodą, pod ziemią, to nie ręczę za siebie (książka świetna, J. ją uwielbia, ale mnie już pokonała, zajeździła na śmierć).
     
    Zasada jest taka: do domu można przynosić tylko ładne książki dziecięce. Książki brzydkie (a kilka nam się trafiło) – nie trafiają na półkę w pokoju. O tym, dlaczego tak robimy – napiszę kiedyś osobno.
     
    Książka Domy trafiła zaś na półkę dziecięcą bardzo szybko, bo jest piękna. Wyróżnia się i to nawet wśród wyjątkowo ładnych książek dla najmłodszych. To w gruncie rzeczy książka obrazkowa, nietypowy picture book, bo na każdej stronie jest tylko jedno zdanie. Nie jest to jednak książka dla najmniejszych dzieciaków, lecz dla tych powyżej 3 lat, bo pojedyncze zdanie odnosi do szczegółowych, z pietyzmem malowanych ilustracji. Dom na wsi i dom w mieście, dom niski, dom japońskiego biznesmena – to tylko kilka z obrazków realistycznych. Do nich jednak Carson Ellis dorabia drugi poziom – domy fantastyczne: dom nordyckiego boga, domy Atlantydy, dom księżycoluda, dom w bucie, dom Calineczki, dom w dziupli. I cała seria domów lokalnych: słowackiej księżniczki, dom francuski, dom z Kenii, bogato dekorowany domek z amerykańskiej prowincji, dom rosyjskiej babuszki.
     
    Ostatnie ilustracje przedstawiają rodzaj autotematycznej gry – pojawia się dom artystki, autorki, a w jej pokoju do pracy widać szereg elementów, które umieściła w innych domach (i tu zabawa w odnajdywanie elementów).
     
    Książka-bajka. Świetna do szybkiego oglądania, ale też do rozmowy o tym, jak mieszkają inni, czym się charakteryzują inne kultury. Sięgamy po mapę świata i pokazujemy kontynenty, na których ulokować można konkretne domy – świetna zabawa dla najmłodszych, dla rodziców małe wsparcie do wykładu z antropologii. Genialna, fantastyczna, ale też mocno zakorzeniona w rzeczywistości rzecz.

     

  • Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Jedna z najgłośniejszych książek dziecięcych tego roku. Mocna, budząca kontrowersje rzecz. I wbrew tytułowi, wcale nie chodzi o zwartość nocnika, a o język.

    Króliczek Henio mówi wciąż tylko jedno – właśnie „Kupa siku”. Odpowiada w ten sposób na wszystkie pytania i prośby. Zostaje jednak pożarty przez wilka i gdy ojciec-lekarz wyciąga go z wilczej paszczy, Henio wysławia się niczym dwuletni erudyta. Zaskakuje jednak na ostatniej stronie, gdy wraca do swej roli łobuza-rozrabiaki. Poproszony o umycie zębów, odpowiada bowiem dumnie: „Pierdu śmierdu!”.

    To właśnie ta ostatnia strona budzi kontrowersje i sprzeciw rodziców. Bo sama opowieść jest świetna, poświęcona budowaniu tożsamości, poczucia indywidualności. Pełna różnych freudowskich podtekstów: wilk po pożarciu królika sam zaczyna mówić „Kupa siku” (przejęcie osobowości), dzięki czemu ojciec Henia domyśla się, co się stało z synem. Wydobywanie królika z paszczy wilka to przecież w psychoanalitycznym porządku scena ponownych narodzin! Niestety wszyscy jednak potykamy się na ostatniej stronie, w której tekst wypada jednak poza to, co wypada i staje się zbyt dosłowny.

    Stephanie Blake to we Francji potęga, nazwisko z wysokich pozycji list bestsellerów, autorka serii opowieści o Heniu. Wiele z nich ma charakter problemowy, pomaga odstawić smoczek, przesiąść się na nocnik, zaakceptować młodsze rodzeństwo. To wszystko książki odważne, przełamujące różne tabu, jeśli nie językowe, obyczajowe, to przynajmniej estetyczne – w jednej z niewydanych u nas książek Henio wydłubuje z nosa gigantyczną wprost kozę. Humor jest więc tu za każdym razem ostry, na granicy dobrego smaku. Ale może to jednak ciągle jest tylko dobry smak rodziców?