Kategoria: Czytanie dziecku

  • Kocia Szajka i sztuka skupienia

    Kocia Szajka i sztuka skupienia

    Kiedy próbuję wytłumaczyć znajomym, że prawdziwe kocie królestwo w polskiej literaturze to Kocia Szajka, a nie Kicia Kocia – zawsze odsyłam ich do audiobooków. Agata Romaniuk, socjolożka i reporterka, autorka kolejnych przygód Kociej Szajki, jest też lektorką w audiobookowych wydaniach.

    Rok temu Kocia Szajka była w moim domu wszędzie, ciągle, czytaliśmy Mańce kolejne tomy na zmianę, M. ganiał do biblioteki, próbując zainteresować dziecko czymś innym. Rezultat był zerowy, wysiłek ojca – godny politowania. Mańka miała jasno ustalone priorytety, a gust literacki wyrobiony niczym kapituła Nagrody Literackiej Gdynia. Morfeusz, Komandos, Lola, Precelek, Walerka Koczy, bracia Piksele, a nade wszystko Bronka od Cieślarów, mieszkały z nami przez kilkanaście miesięcy, zajmując większość powierzchni mieszkania.

    Kocia Szajka, zajęta rozwiązywaniem śledztw równie intensywnie co zasypianiem na czatach, podróżowaniem po świecie i jedzeniem, to nie jest polska odpowiedź na Psi Patrol, na szczęście. Przygody cieszyńskich kotów działają bowiem stabilizująco, uspokajają, pomagają w nauce skupienia. Działają jak plasterek z obrazkiem – koją, ale i dają sporo rozrywki. Uczą łagodności. Czytająca na Storytel książki Romaniuk jest świetna, gdy zaczyna mówić głosami – jako Lola ma bezbłędny czeski akcent, jako Bronka jest ostra, płynnie wplata gwarę cieszyńską. Jej despotyczne, krótkie zdania przeplata rozwlekły Morfeusz, taki facet zmierzający ku wcześniejszej emeryturze, niezdecydowany, wzruszający ramionami na szaleństwo świata. Na to wszystko przychodzą bracia Piksele, podejrzewani o przekręty w kocim darknecie i granie w Myszokrafta, do nich dołącza Komandos – 30-letni dżolo, bardzo pewny siebie. Każdej z kocich postaci autorka nadaje inny głos, a w intonacji odbija się charakter postaci.

    Kiedy Romaniuk swoim lekkim głosem zaczyna czytać tom „Kocia Szajka i ucho różowego jelenia”, obie z Mańką chichoczemy, gdy kotki pod cieszyńskim zamkiem robią WF tuż koło różowego jelonka.

    Zapomniałam już, że oglądana z zewnątrz Kocia Szajka to lewacko-hipsterska rozgrywka dla klasy średniej: kotki mają różowe pazurki w kolorze cieszyńskiego jelonka, ćwiczą jogę, a potem piją cappuccino i jedzą bezę w księgarnio-kawiarni. Cała seria porusza się jednak w obrębie świata bezpiecznego i znanego, uporządkowanego, w którym wstrząsy mają skalę dziecięcą. To nie bracia Grimm. Każdy, kto zna Kocią Szajkę, wie jednak, że jej autorka nie przepada za tradycyjnym podziałem ról, zwraca się przeciwko wściekłej deweloperce, daleko jej do pochwały kapitalizmu. Romaniuk przenosi skupienie na jednostkę, daje przestrzeń na celebrowanie małych radości, szanuje chodzenie nad rzekę.

    Po setnej lekturze książek mam wrażenie, że audiobook bardziej działa, autorka wyostrza humor, na przykład żarty dotyczące podziału ról męskich i damskich, ale też psów, bo jeden z nich, pojawiający się już na początku nagrania, ma taki nieszczery ogon! Ona też – dużo lepiej niż my czytający Mańce – mówi gwarą, wspaniale dyscyplinuje koty, gdy używa niskiego głosu komisarza Psoty.

    Dżingle na Storytel odliczają kolejne rozdziały, a my z Mańką spędzamy coraz dłuższe wieczory razem przy stole, ona zarysowuje otchłanie papieru, kilometry bloków (szanse na AGH spadają wprost proporcjonalnie do rosnących akcji ASP). Wznoszący i opadający płynnie głos Agaty Romaniuk oswaja pierwszy szkolny stres, osadza w znanej, udomowionej rzeczywistości. Świat na miarę Kociej Szajki jest bardziej przyjazny.

     

    Współpraca: Storytel. 

  • Dzieci wyjęte z bajki

    Dzieci wyjęte z bajki

    Katarzyna Gacek, Supercepcja (4 tomy)

    Wydawnictwo Znak Emotikon

    O tym, że nie lubię „Magicznego drzewa” pisałam już kilka razy. Nie chodzi mi nawet o styl Maleszki (prostacki), ale głównie o budowanie złych wartości i dawanie złych wzorów, bo autorowi tak łatwiej, bardziej na rękę: dzieci kradną jedzenie, ponieważ akcja musi posuwać się tak szybko na przód, że właściwie nie ma jak go zdobyć inaczej. Porwania i pościgi, nagłe pojedynki następują ciągle po sobie, więc nie ma czasu uporać się z takim drobnym problemem jak rodzice owych dzieci. Maleszka ucieka zatem w konwencjonalne rozwiązania: wyjazd na wycieczkę szkolną itp., żeby tylko jednym cięciem odseparować bohaterów głównych od ich nudnych, przyziemnych, ciągle się o nich lękających starych. A tego, że literatura przedstawia rodziców jako zbędnych nudziarzy, zawalidrogi blokujące dostęp do przygody i to z tak błahego powodu jak kłopot fabularny, jakoś wybaczyć nie umiem i nie zamierzam.

    Inna seria przeznaczona dla dziecięcego czytelnika (i nawet wydana w tej samej oficynie), autorstwa Katarzyny Gacek, unika tych pułapek. Co więcej, komplikuje akcję, wprowadzając do powieści postaci rodziców. Bohaterami jest tutaj grupa 11-latków z Warszawy, obdarzona niezwykłymi predyspozycjami i wplątująca się w coraz to nowsze przygody. Największą zaletą (z perspektywy rodzica) jest właśnie to rozmycie – przedstawienie różnych nadwrażliwości nie jako niepełnosprawności, ale właśnie jako supermocy. Wrodzone cechy sprawiają, że dzieci najpierw muszą się przystosować do otoczenia, znoszą z trudem drobne życiowe sytuacje, odstają od normy, są traktowane jako dziwadła. Jednak wraz z rozwojem akcji nabierają one znaczenia, wagi, w końcu nie tylko ratują im życie, ale też pozwalają pokonać groźnych dorosłych przeciwników. I nie chodzi tutaj o wybuch w laboratorium, jak w przypadku Petera Parkera-Spidermana, ale o dużo bardziej przyziemne, trudne do ukrycia zmiany w fizjologii dziecięcej, często narażające dzieci na śmieszność.

    Gacek zdaje sobie sprawę, jakie są pułapki pisania dla dzieci, jakie z reguły panują konwencje (na przykład wspomniana wyżej konieczność odseparowania bohatera dziecięcego od dorosłego), co się upraszcza, żeby dzieci nie zniechęcić (kasuje się system polityczno-społeczny), a co dynamizuje, żeby je przyciągnąć (przyyyygoda, panie, mnóstwo przygód, plus żarty okołosedesowe). I robi większość z tych rzeczy na odwrót.

    Na bohaterów wybiera sobie dzieci pochodzące z dość dobrze sytuowany rodzin, ale nie wolne od trosk, jakie wiążą się z taką przynależnością. Zamożna Klara marzy o tym, by ojciec spędzał z nią więcej czasu, bo jej nie lekceważył (poza wypowiedzeniem pozostaje uczucie widoczne dla czytelnika dorosłego: Klara ojca po prostu drażni i nudzi), matka zaś stara się córce zrekompensować nieobecność ojca i unosi się nad nią ciągle w charakterze helikoptera. O ile przyjaciel i wspólnik dziewczynki, Tymek, porusza się już metrem, o tyle Klara wszędzie jest dowożona, odbierana, a matka ciągle zagląda jej w oczy i stara się odgadnąć życzenia. Julka, uwielbiająca jazdę konną, może poruszać się po okolicy sama, ale ma zabierać telefon i odbierać, gdy dzwoni mama. Wiadomo, że telefon gubi, albo go nie zabiera – co powoduje kolejne perypetie. Ta komplikacja, której u Maleszki nie ma, sprawia, że dzieci muszą wykonać określone zadania, odbyć tajne schadzki w konkretnym czasie, dynamizuje zatem akcję, podkręca tempo i stopień trudności. Rodzice są tutaj czasem parawanem, czasem przeciwnikiem, ale są obecni i relacja z nimi stanowi ważną część życia bohaterów.

    Cały cykl „Supercepcji” pracuje też na największym polskim stereotypie – o nieważności dzieci. Chwała Gacek za to, że problemu nie unika, a raczej próbuje go ograć w konwencji przygodowo-fantastycznej. Bo dzieci się tu nie słucha, nie wierzy się im, zamyka, zagłusza. Mają zniknąć – cała Polska na jednym obrazku, można by powiedzieć. Taki jest właśnie punkt wyjścia, bo dzieci, spychane, ignorowane przez dorosłych, muszą odkryć prawdę na własną rękę, udowodnić, że mają rację. Pod tym względem trudno o bardziej realistyczną fabułę. I nie chodzi tutaj o tradycyjne przekonanie, że dzieci i ryby głosu nie mają, bo Gacek bije też w najnowsze stereotypy – gdy w jednym z kolejnych tomów nad brzegiem rzeki zostaje odnalezione ubranie Tymka, wszyscy dorośli zakładają, że chłopak popełnił samobójstwo, przecież ciągle się trąbi o tym, jak nastolatki nie radzą sobie ze światem. Tylko dzieci wiedzą, że prawda jest całkiem inna (bo Tymek nigdy by nie złożył ubrania w kostkę ;), że trzeba chłopca szukać, a nie odprawiać po nim żałobę…

    Literatura dziecięca tym bardziej się podoba, im bardziej jest zakręcona i eskapistyczna, im dalej odciąga małych czytelników od rzeczywistości. Gacek oczywiście też ucieka, ale jednak nie udaje, że żyje w Shire. W pierwszym tomie okazuje się, że rodzice Juli mogą stracić pensjonat, który prowadzą, wraz z całą ziemią i stajniami, bo ktoś chce wykupić grunt, bo jego wartość zaraz się podniesie ze względu na budowę drogi szybkiego ruchu. Chodzi zatem o przekupstwo, wymuszenie, łapówki – Gacek montuje trochę fabułę à la prokurator Szacki dla młodszych nastolatków. Historia w tym tomie nie jest oczywiście oparta na biurokratycznej inercji, to nie jest Expres Reporterów, ale uderza w środek różnych kapitalistycznych nadużyć w taki sposób, by dzieci nie tylko czytały z wypiekami, ale też po to, by uczyć je sceptycyzmu do tego najlepszego z systemów politycznych. W innym tomie zaś, gdy zawiązanie akcji wydaje się dość błahe, bo starszemu panu zaginął piesek, okazuje się później, że przeciwnikami dzieci stają się ludzie prowadzący nielegalną hodowlę zwierząt.

    I jeszcze słowo do rodziców ostrożnych (sama do nich nie należę, ale różne lęki traktuję z szacunkiem): sięgnijcie po Gacek, jeśli sądzicie, że wasze potomstwo wyrosło ze „Skarpetek” Justyny Bednarek, ale macie wrażenie, że nie dorosło jeszcze do „Harry’ego Pottera” albo „Władcy Pierścieni”, Flanagana czy Riordana. Jest tu akcja, pościgi, porwania, konfrontacje, pułapki i suspens, ale fabuła operuje jednak bardziej złagodzonym obrazem świata i żaden porządny Smeagol nie zamienia się w Goluma.  

  • Mentalność kłusownika. Roalda Dahla przygody z Panem Lisem

    Mentalność kłusownika. Roalda Dahla przygody z Panem Lisem

    Najbardziej autobiograficzna z książek dla dzieci Roalda Dahla – pisze jego biograf o Fantastycznym Panu Lisie. Ale też pierwsza po kilku latach milczenia po śmierci córki, antywojenna, klasowo świadoma, proekologiczna. A do tego makabryczna i zabawna. Moja rodzina ją uwielbia.

    Za kilka dni ukaże się w Znak Emotikon nowe wydanie jednej z ulubionych książek mojego syna – Fantastyczny Pan Lis to opowieść, którą czytaliśmy wiele raz i połowa z nas (to znaczy ja) ze łzami w oczach i śmiechem równocześnie.

    Fabuła jest zadziwiająco prosta: trzech farmerów nie może znieść kradzieży, jakich dopuszcza się Pan Lis i postanawia go zabić. Tylko Dahl mógł wymyślić, żeby z takiego tematu wyprowadzić historię dla dzieci. Zwłaszcza że Gnojek, Blagier i Szparag najpierw zasadzają się z bronią przy norze lisiej rodziny, a później próbują go wygrzebać koparkami, przekopują więc całe wzgórze. W końcu zaś organizują obławę składającą się z ponad stu ludzi, otaczających lisie wzgórze z ostrymi narzędziami i strzelbami. Makabra, która sprawia, że każde dziecko – przyzwyczajone do łagodnych historyjek z morałem, czarno-białymi postaciami i budującym zakończeniem – przestaje oddychać w trakcie lektury. Lisowi oczywiście udaje się przeżyć i oszukać, okraść farmerów. Zakończenie pokazuje triumf rodziny, gdy lisy, borsuki, króliki, łasice i krety uczują wspólnie, ciesząc się, że mogą wreszcie odetchnąć, nakarmić żony i dzieci, zapewnić im byt i bezpieczeństwo. Taką scenę widzi czytające dziecko, ale to nie koniec tej historii, a właściwie dopiero jej początek – i ona nadaje się już tylko dla dorosłych.

    Dahl zaczął pisać Fantastycznego Pana Lisa w 1968 roku, pod koniec dekady, która pozwoliła mu zaistnieć, rozwinąć skrzydła jako autorowi. Przestał być wtedy poszukującym pisarzem, utrzymankiem żony-aktorki. Gdy siadał do Fantastycznego Pana Lisa, miał już na koncie Jamesa i wielką brzoskwinię oraz Charliego i fabrykę czekolady, ostro negocjował z wydawcą zaliczkę i procent od sprzedaży kolejnych książek. W latach 60. urodziło mu się dwoje dzieci – Theo i Ofelia. Ale ten okres stanowił połączenie lat tłustych i chudych, bo poza tymi sukcesami, Dahl odchorowywał także wielką klęskę – śmierć w 1962 roku najstarszej córki, 7-letniej Olivii. I to jej właśnie dedykowany jest Fantastyczny Pan Lis. Dziewczynka zmarła z powodu odry, jaką zaraziła się w szkole. W tym okresie testowano już szczepionkę przeciwko odrze, jednak była ona trudno dostępna, sprowadzana zza granicy i przyjaciel rodziny, lekarz uznał, że należy podać ją jedynie najmłodszemu dziecku – Theo. Olivii i jej młodszej siostrze Tessie lekarz zalecił przechorowanie odry, uznając że to wzmocni ich odporność. Nikt nie zdawał sobie sprawy z powikłań, jakie odra wywołała u dziewczynki, tymczasem utrata przytomności, drgawki i śmierć następowały w ciągu kilkunastu godzin. Dahl jechał sam za karetką, potem chwilę rozmawiał z córką i wyszedł ze szpitala. Gdy do niego wrócił, dotknął już tylko ciepłego ciała nakrytego prześcieradłem. Piszę o tym tyle dlatego, że Fantastyczny Pan Lis dedykowany jest właśnie Olivii, że książka ta wyszła 8 lat po śmierci dziewczynki (BFG także jej jest dedykowany, a ukazał się ponad 20 lat po jej śmierci). W scenie, w której lisy ukrywają się w norze, kopią całą rodziną coraz głębiej, by umknąć koparkom farmerów, a małe liski są coraz bardziej osłabione z wysiłku, głodu i pragnienia, powraca echo bezsilności Dahla. Po śmierci córki miał powiedzieć do jednego ze swoich przyjaciół, że nie największy ból sprawia mu szybkość śmierci Olivii, fakt, że nie zdążył nawet o nią zawalczyć. W tym sensie Fantastyczny Pani Lis to rodzaj ukrytego trenu, bo Dahl pozwala swojemu bohaterowi podjąć działanie i wygrać, ocalić wszystkich. Pan Lis wpada na pomysł, którędy można się przekopać. I odnosi sukces – dokładnie odwrotnie niż sam Dahl, który nawet nie wiedział, że oto staje w godzinie próby. Ta bezsilność była dla niego akurat kompletnie obcym uczuciem – ten lotnik z czasu wojny, amant, szpieg, pisarz i biznesmen był jednym z największych awanturników swojej epoki. Jego biograf, Donald Stutton pisze, że Dahla i Pana Lisa łączy „mentalność kłusownika” – i zdanej się, że to właśnie jej najbardziej bał się wydawca.

    Sądzę, że Dahl należy do wąskiego grona pisarzy dziecięcych, którzy nie tylko prowadzili życie zgoła niegodne naśladowania, ale też byli mordercami (choć sankcjonowanymi przez prawo). Dahl zestrzeliwał samoloty jako żołnierz, w czasie wojny, ale czynów tych nie traktował lekko i znów echo tych wyborów powraca w Fantastycznym Panu Lisie. Pierwsza wersja tej opowieści miała bowiem bardzo mocno antywojenną wymowę: gdy Borsuk pyta, czy można uzasadnić kradzież, jakiej dopuszczają się na farmach Gnojka, Blagiera i Szparaga, Pan Lis miał odpowiedzieć:

    Boggis, Bunce i Bean wyszli, żeby nas zabić. Chyba to pojmujecie, co? Wypowiedzieli nam wojnę. A na wojnie nie ma czegoś takiego jak kradzież. Kiedy jeden kraj bije się z drugim krajem, jak zazwyczaj się to dzieje tam na górze, to czy generał mówi do swoich żołnierzy: nie wolno wam niczego ukraść wrogowi?” „Jasne, że nie” – odparł Borsuk. „Robią rzeczy gorsze od kradzieży” – powiedział pan Lis. „Bombardują, wysadzają w powietrze, zabijają i wychodzą ze skóry, żeby zniszczyć to, co ma wróg. Ale ani ty, ani ja nie zniżymy się do tego. Nie spalimy kurnika Boggisa ani spiżarni Bunce’a. A moglibyśmy, gdybyśmy zechcieli. Ale tego nie zrobimy. Nie przyszłoby nam to do głowy…

    Wydawca uznał jednak, że ten fragment jest zbyt ostry, wymierzony w politykę prowojenną zogniskowaną na Wietnamie. Dahl zgodził się go usunąć, bo zależało mu na tym, by wydawca pozostawił lisa-złodzieja jako głównego bohatera, by nie łagodził, ani nie zmieniał scen lisiej kradzieży. Wydawca, Random House, z kolei obawiał się fali krytyki ze strony rodziców i rozważał w ogóle odrzucenie tej propozycji wydawniczej. Stanęło jednak na tym, że redaktor podsunął Dahlowi pomysł niewielkiej stosunkowo zmiany – Pan Lis mógł kraść, ale tylko w piwniczkach, spiżarniach i kurnikach Gnojka, Blagiera i Szparaga, nie zaś w supermarkecie. W ten sposób udało się ocalić klasowy wymiar tej historii i jej wymowę antykapitalistyczną: bo Pan Lis to przecież symbol biedy, która zazdrości bogactwu i chce trochę majątku uszczknąć dla siebie, nie po to jednak, by się wzbogacić, ale by utrzymać się przy życiu i wykarmić rodzinę. Przy tym genialny jest zmysł dydaktyczny Dahla, który potrafi bawić i uczyć w sposób subtelny. Mój syn, krytycznie nastawiony do wszystkich moralizujących opowieści, kupuje tę konwencję dahlowską (z dzikim chichotem dodaje przy tym, że najbardziej lubi Pana Lisa właśnie dlatego, że udaje mu się wszystkich oszukać. Nie wiem jeszcze, na kogo mój syn wyrośnie – na Karola Marksa, Robin Hooda czy zwykłego pensjonariusza Montelupich).

    Ważny jest tu jeszcze jeden wątek, którego nie wyłapali pierwsi czytelnicy, a który dzisiaj wydaje się ewidentny i pierwszoplanowy: Dahl-żołnierz dokonuje tu zrównania polowania na zwierzęta z wojną, stawia znak równości między tymi dwoma rodzajami przemocy. Farmerzy to przecież w pierwszej kolejności agresywni myśliwi, zasadzający się na lisa, nienawidzący go z powodu jego natury, organizujący wielką ofensywę przeciwko zwierzęciu i jego rodzinie. Każdy czytelnik staje zaś po stronie Pana Lisa i zgłodniałych lisiątek, skazanych na śmierć przez pragnących bogacić się ponad miarę Blagiera, Gnojka i Szparaga, łaknących krwi i futra, ohydnych, śmierdzących i rozwrzeszczanych. Nie ma zatem znaczenia, kogo lub co próbuje się zabić, bo liczy się samo pragnienie zadania śmierci.

    O ile uwielbiam książki Dahla, nie przepadałam jakoś wcześniej za nim samym. Wydawał mi się dość odpychającym kobieciarzem, uzależnionym od adrenaliny karierowiczem. Ale dzisiaj, dzień po Dniu Ojca, myślę o nim zgoła inaczej, głównie dlatego, że przeryłam się przez kilka jego biografii. Otóż Dahl był ojcem zupełnie niepasującym do normy swoich czasów. Pisał w domu, opiekował się dziećmi, gdy żona wyjeżdżała na plan filmowy. Gotował dla siebie i córki. Dopiero kiedy rodzina się powiększyła, zatrudniono nianię do dzieci, a on wybudował sobie w ogrodzie chatę, w której zaszywał się, by pisać. Rano jednak odwoził dzieci do szkoły, robił przerwę na lunch, który także spożywał z dziećmi. Był ojcem dostępnym i osiągalnym, ojcem, który znał świat dzieci, bo nie tylko sam był dużym dzieckiem, ale także dlatego, że ze swoimi dziećmi czas spędzał. Jego żona, Pat, charakteryzowała go jako „ojca bardzo matczynego”. Jak wspomina jedna z przyjaciółek jego córki, Tessy:

    Żadni ojcowie nie odwozili swoich dzieci do szkoły i nie byli tak aktywnie zaangażowani w życie rodzinne… Nikt nie miał ojca, który w ciągu tygodnia w porze lunchu przebywał w domu. Było to bardzo nietypowe zachowanie w społeczeństwie, które było bardzo konwencjonalne (cytat za biografią autorstwa Donalda Sturrocka Mistrz opowieści, przeł. Maria Makuch, Znak Emotikon 2016).

    Inaczej go dzisiaj sobie wyobrażam, inaczej też myślę o tym, co kryje się za historią Fantastycznego Pana Lisa. Cholera, znów nabrałam ochoty, by przeczytać tę książkę. Może Jeż da się namówić? A jeśli nie będzie chciał czytać, to chociaż zrobimy sobie tekst z wiedzy o książkach Dahla – na stronie www.roalddahl.pl jest ich pełno (to jest też strona fundacji, powołanej przez wdowę po Dahlu, zajmującej się m. innymi opieką nad ciężko chorymi dziećmi). O wynikach testów nie będę Państwa informować, od razu załóżcie, że Jeż mnie rozniesie.

    Roadl Dahl, Fantastyczny Pan Lis

    przeł. Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk,

    Znak Emotikon 2020

  • 5 książkowych prezentów dla dzieci i 2 antyprezenty

    5 książkowych prezentów dla dzieci i 2 antyprezenty

    Lista osobista, bez żadnych nowości. Stare i sprawdzone w ciągu kilka lat czytania. Zdążycie jeszcze przed Mikołajem, jeśli tych książek jeszcze nie macie.

    1. Roald Dahl, Charlie i fabryka czekolady, przeł. Magda Heydel i Wanda Heydel, SIW Znak – pouczenie moralne tak niezwykle subtelne i zabawne, że większość autorów mogłaby się od Dahla uczyć. Historie absurdalne, absolutne odjazdy, które jednocześnie rządzą się żelazną logiką. Nie mogę czytać scen sprzed momentu, gdy Charlie znajduje czekoladę. Zawsze płaczę, kiedy Dahl opisuje, jak Charlie słabnie z głodu, jak nie ma siły się poruszać, jak rodzina oddaje mu ostatnie kąski z zupy. Dahl trafia u mnie na emocjonalną nutę zawsze. Mam też problem, kiedy czytamy o tym, jak Pan Lis z dziećmi (z innej genialnej powieści) ukrywa się przed ludźmi rozkopującymi jego norę. To jest coming out – płaczę, gdy czytam Dahla.
    2. Michael Ende, Momo, przeł. Ryszard Wojnakowski, SIW Znak – Szarzy Panowie, mała Momo, bezdomna dziewczynka, która mieszka w ruinach antycznego teatru, ludzie w pośpiechu, oddalający się od siebie. Niewiele jest chyba książek tak poważnych, głębokich: o potrzebie ciepła, o samotności, o przyjaźni. W powieściach dla dorosłych te wątki zawsze wychodzą jak banał. A tu – mistrzostwo świata.
    3. Michael Ende, Niekończąca się historia, przeł. Ryszard Wojnakowski, SIW Znak – po tej książce także dorośli będą chodzić spać przy świetle. Ale jaka tu jest fraza, jakie przygody, jaki świat przedstawiony! Rozmowa Atreju z wilkołakiem, w czasie której dowiaduje się, że mieszkańcy Fantazjany przechodzą do świata ludzi jako ich kłamstwa, to najbardziej zakręcony dialog filozoficzny, jaki w życiu czytałam. I ten dziki, pusty, przegrany śmiech wilkołaka na koniec sceny. O mamo, co za książka!
    4. Ann-Cath. Vestly, 8+2 i ciężarówka, przeł. Adela Skrentni, Dwie Siostry. Uwaga, uwaga, fajna książka o BIEDZIE. Świetna opowieść dla dzieci z naszych średniozamożnych rodzin w modelu 2+3 maksymalnie, o 8 dzieci i rodzicach, mieszkających w 2 pokojach. Jest też babcia, która w młodości była służącą, nie odwiedza rodziny za często, bo ją na to nie stać. I niewiele się zmienia w kolejnych tomach, rodzina przeprowadza się do małego domku w lesie, daleko poza miastem, toaleta jest na polu, dzieci na wypoczynek jadą na pace nieogrzewanej ciężarówki, wannę w łazience widzą u kolegi z bloku. Cała historia ustawiona jest tak, że im nie współczujemy, nie ma pobudzić ciągot filantropijnych, ale chodzi o obserwowanie różnych zabaw, uczenie się świata razem z nimi. A świat poznają tu dzieci od 2 do kilkunastu lat, więc można czytać i z małymi, i z większymi dziećmi.
    5. Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, przeł. Anna Węgleńska, Nasza Księgarnia – jaka to jest genialna opowieść dla dziewczyn i dla chłopaków równocześnie. Rozbójnicy i gender, taki to powinno mieć dzisiaj podtytuł. Co ja wam będę pisać, tego się nie da opowiedzieć.  Zupełnie inna, zawieszona poza czasem, prawda o relacji rodzic-dziecko, o tym, że się zawodzimy, o tym, że nie spełniamy swoich oczekiwań nawzajem. Niezwykle piękna i bolesna jednocześnie.

    Lista książek, które odradzam, zaczyna się za to od przygód Mikołajka (Sempé i Gościnny, w Polsce najpierw Nasza Księgarnia, potem SIW Znak). Kiedyś to było śmieszne, ale bardzo się postarzało. Nie nadaje się już dla dzieci – bo skupiają się głównie na tym, jak chłopaki się tłuką. Szydzi z dzieci z nadwagą, ośmiesza nauczycieli, którzy ciągle dają kary i rodziców, którzy co jakiś czas muszą też dzieciom przywalić.

    To nie jest lektura dla dziewczynek, bo zupełnie o nich nie opowiada. Nie jest też dla chłopców, bo ciągle chodzi o bicie i niszczenie, albo o kłótnie.

    Nie nadaje się też za bardzo dla dorosłych, bo matka Mikołajka ciągle grozi, że wróci do rodzinnego domu, a jej mąż ma pretensje, że wydaje za dużo na dom. Słaby raczej model rodzinny. Czytam te opowieści teraz jako pewnego rodzaju dokument z epoki, jako historię o Francji lat 60., z modą na citroeny, tradycyjnym modelem rodziny i absolutną unifikacją. To jest świat, który za chwilę pęknie, zmieni się. Pojawią się imigranci, kobiety pójdą do pracy, będzie rewolucja obyczajowa, paryski maj. A na razie jest cisza.

    Jest jeszcze jeden tytuł, super popularny, który wydaje mi się wyjątkowo słaby – Magiczne drzewo Andrzeja Maleszki (SIW Znak). Nie dość, że wydawany w sposób, który urąga grafice, z brzydkimi, komputerowo machniętymi ilustracjami, przyprawiającymi o skurcze gałek ocznych, to treść przyprawia o skurcze mózgu. Kilkanaście tomów przygód dzieci, o których niczego się nie dowiadujemy, bo ciągle widzimy je jako figury działające, w ruchu. Maleszka – zgodnie z instrukcją Alfreda Hitchcocka – zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko mocniej. Przygody pędzą, niebezpieczeństwo ciągle narasta, zagrożone życie wisi ciągle na włosku. Przy lekturze kolejnych tomów jesteśmy w stanie przewidzieć, co się stanie dalej, bo permutacja rozwiązań fabularnych jest w końcu ograniczona. A nie ma nic gorszego niż nudna przygodówka.

    Nie ma tu żadnych obserwacji życia społecznego, obrazów ze świata, refleksji, portretów psychologicznych bohaterów. Jest za to, dość głęboko ukryta, nauka: o tym, że trzeba działać tak, żeby dorośli się niczego nie domyślili, że trzeba ich oszukiwać lub ich unikać. Że wolno zabierać ze sklepów jedzenie i ubrania (bo kolejne przygody rozciągają się w czasie, dzieci podróżują samodzielnie po hotelach, popadają w tarapaty i są głodne). Że jeśli się czegoś chce, to można sobie to wyczarować – co dotyczy też dorosłych, bo mama głównych bohaterów wyprawkę szkolną organizuje, siadając na magicznym krześle i zgłaszając całą listę potrzeb.

    Gdybym była złośliwa, napisałabym, że Maleszka ma też ograniczone słownictwo: onomatopeje ograniczają się do TRACH, nie ma ani bam, ani bum, ani łubudu. Wszystko robi trach. Ale nie jestem złośliwa, więc tylko mimochodem wspominam o tej nędzy językowej.

    Kiedy to piszę, mój syn mocno protestuje: najnowszy tom kupił sobie za własne pieniądze i jest wielkim fanem całej serii. Wymienia ją obok różnych tytułów Astrid Lindgren. Wiecie, jak to jest, kiedy własne potomstwo wbija nóż w serce??

    Zdjęcie: Thandy Yung on Unsplash

  • Mitologia uczesana

    Mitologia uczesana

    Coraz więcej na rynku książek antropologicznych dla dzieci – legend, mitologii, narodowych baśni. Jednak w trakcie lektury odkrywam, że większość jest tak infantylna, że w ogóle nie nadaje się dla dzieci.
    Ulubionym bohaterem Jeża jest Odyseusz, a najfajniejszą historią, jaką mu opowiadam – przygody Odyseusza, ale w wersji rozszerzonej, czyli najpierw musi być historia wojny trojańskiej, a dopiero potem Odyseja (w wersji: co matka pamięta z Homera). Wysłuchawszy któryś już raz tej historii syn skomentował: wolę Hektora od Achillesa, bo on się strasznie łatwo obraża (bo matka dużo pamięta z Homera i opowiada bardzo porządnie o przyczynach konfliktu między Agamemnonem i Achillesem). W ubiegłym roku, żeby wspomóc pamięć matki i żeby uspokoić ojca, który twierdzi, że wersje matczyne są zbyt drastyczne, nabyliśmy dwa tomy Mojej pierwszej mitologii. Szkoda, że po przeczytaniu nie dało się ich już oddać do księgarni.
    Dziecko, jak sądzę, nie potrzebuje tych wszystkich uwspółcześniaczy i mechanizmów uprawdopodobnienia, które są konieczne dla dorosłego. Wchodzi w świat fantazji naturalnie. W Mojej pierwszej mitologii czytamy zaś, że Demeter nie miałaby kłopotu z poszukiwaniem Kory, gdyby tylko istniały wtedy telefony komórkowe – mogłaby do niej po prostu zadzwonić. Charon zaś nie troszczy się o bezpieczeństwo podróżnych i nie wydaje ani kamizelek ratunkowych, ani kół. Nie myje się też przez cały rok.
    Drugi zarzut: niedopowiedzenie, złagodzenie treści ze względu na „delikatność dziecka”. Prometeuszowi, ukaranemu przez Zeusa, było zaś na skale „bardzo niewygodnie”. A później, nawet po uwolnieniu, tytan jest bardzo smutny, bo „tyle wycierpiał”. Ocenzurowano też polowania: Herakles wyrusza zaś na „ekologiczne łowy”.
    Autorka nie ma też za grosz daru opowiadania, w jednym zdaniu rozprawia się z sytuacjami, które stanowią sedno historii i ich opis powinien być nie tylko barwny, ale i dłuższy: woda z rzeki wpływa do stajni Augiasza i wypłukuje nawóz (jedno zdanie), Medea za pomocą czarów usypia smoka i pomaga Jazonowi (znów jedno zdanie), Bellerofont dusi Chimerę (2 zdania). Pyk, pyk – pisze Michalak, a moje dziecko patrzy na mnie z rozczarowaniem (wiemy wszyscy, jakie to paskudne uczucie).
    Choć większość mitów w opracowaniu Katarzyny Marciniak zawiera część lingwistyczną, w której autorka używa we współczesnej opowiastce danego związku frazeologicznego – a więc sugeruje, że książka przeznaczona jest dla dzieci trochę starszych, to przy lekturze kolejnych historii towarzyszy mi poczucie, że całość została rozwodniona i złagodzona, że to taka mitologia opływowa. Marciniak boi się trudniejszych terminów, wszystko więc opowiada językiem współczesnym, potocznym (choć bez tzw. wyrazów w najłagodniejszej choćby wersji). Jelonek, słuchający opowiadania o Heraklesie mówi „Ekstra”, ale w stajni Augiasza zalegają „góry nawozu”, bo tylko taki bezpłciowy, poprawny język jest tutaj dopuszczalny.
    Tymczasem ja nie chcę kolejnej książki, która będzie dostosowana poziomem do dziecka – chcę, żeby dziecko choć trochę rozwijało się w trakcie czytania, napotykało jakieś wyzwania. No i emocji trzeba, przygód, zwrotów akcji, drżenia i śmiechu. Tutaj zaś nie ma wrażeń, jest za to próba takiego wyjaśniania mitologii, z którego dziecko wynosi obraz epoki brudasów pozbawionych smartfonów.
    No więc nie udało się rozwiązać naszych rodzicielskich dylematów, więc co jakiś czas zaglądam do Mitologii Roberta Gravesa, żeby przypomnieć sobie szczegóły i opowiadam dalej.
    Katarzyna Marciniak, Moja pierwsza mitologia (t. 1 i 2)
    Nasza Księgarnia 2016

  • Dziadek będzie księżniczką

    Dziadek będzie księżniczką

    Grzegorz Kasdepke, A ja nie chcę być księżniczką

    Nasz Księgarnia 2015

    Lubię książki Grzegorza Kasdepke za ich przewrotność i humor – dokładnie taka jest właśnie A ja nie chcę być księżniczką. Marysia odgrywa scenki z rodzicami i dziadkami. Za każdym razem taka sama scenka: uwięziona księżniczka, smok, rycerz, który próbuje go pokonać, martwi rycerze, którzy polegli w walce. To Marysia przydziela jednak role – ona zawsze jest smokiem, królewną – mama, rycerzem – tata. Dziadkowie nudzą się na podłodze w strojach kościotrupów. Babcia wciąż namawia Marysię, by została księżniczką i Marysia, naciskana i lekko już znużona zabawą, decyduje się na zmianę. Smokiem zostaje babcia, a księżniczką dziadek. Marysia zaś zamienia się w basztę. Babcia jest oburzona: „Przecież jesteś śliczna jak księżniczka”. Marysia jednak nie tylko jest niezależna, ale i rezolutna, bo odpowiada: „No to będę ślicznym smokiem”.

    Kasdepke opowiada zatem mądrą historię o mądrej dziewczynce, która nie poddaje się naciskom starszych, nie godzi się na rolę ładnej panienki, wybiera aktywną zabawę. W gruncie rzeczy A ja nie chcę być księżniczką to książka o definiowaniu wizerunku i roli kobiety. Babcia, domowa despotka (to, że w drugim podziale ról ona właśnie zostaje smokiem ewidentnie o tym świadczy), próbuje wcisnąć Marysię w schemat dziewczynki ładnej, grzecznej i skupionej na ładnych, grzecznych i różowych zabawach. To także zabawna opowieść o nowej definicji męskości, która spełnia się nie w obowiązkach macho-rycerza, ale czułego ojca: tata jako rycerz nie może uwolnić księżniczki, za każdym razem zostaje pokonany przez smoka. Jego słabość wynika tu jednak z troski: „Może zdejmę zbroję (…). Żebyś nie skaleczyła się w język?” – pyta rycerz Marysię-smoka.

    Fantastyczne są też ilustracje Emilii Dziubak, której prace bardzo lubię. To ona właśnie ilustrowała dwie książki, o jakich już pisałam – Proszę mnie przytulić i Uśmiech dla żabkiPiotra Wechterowicza. Dziubak opowiada tę historię w dwóch wątkach: raz rysuje Marysię w stroju smoka z uroczym, dyndającym jej nad czołem pyskiem, a raz to, jak Marysia postrzega siebie – czyli smoka-giganta ziejącego ogniem, ledwo mieszącego się w domowym salonie.

     

    Świetna, dowcipna i mądra książka. Zabawna dla dzieci, dydaktyczna zaś dla rodziców.