Kategoria: blog

  • Kraje, których już nie ma

     

     
    Martin Pollack, Dlaczego rozstrzelali Stanisławów?
    Czarne 2009
    W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Martin Pollack powiedział: Opowiadam historie z krajów, których już nie ma. Zdanie to najlepiej charakteryzuje zbiór – tym razem, w przeciwieństwie do innych jego książek, jest to zbiór reportaży. Pollack oddaje w ręce czytelnika tom składający się z tekstów rozproszonych, pisanych i publikowanych w różnych czasopismach na przestrzeni lat. Ten brak spójności widać i osłabia on wymowę zbioru.
    Reportaże opowiadają o Austrii, Niemczech, Ukrainie, Polsce, Słowenii, Chorwacji, Bułgarii i Jugosławii. Pollack nazywa je krajami, których już nie ma z powodu przemian, jakie przeorały ludzką świadomość, przekształcając zarazem porządek ustrojowy i społeczny. A nawet jeśli politycznie państwa te nie rozpadły się, to zatriumfował w nich zupełnie nowy ład, który narzucił inny klimat, dokonał destrukcji starych wartości. Taki obraz Polski wyłania się z tekstu Nowi panowie Gdańska, który opisuje mafię: 
    W eleganckiej restauracji przy ulicy Długiej w Gdańsku […] tuzin młodych ludzi, połyskujące złote łańcuchy, wyzywające sygnety, wszyscy w kolorowych dresach i drogich markowych adidasach. Wszyscy też z zacięciem kulturystycznym, co widać po szerokich barach, byczych karkach i potężnych muskułach. Rozmawiają, mieszając języki, polski, ukraiński, rosyjski: „jak idą geszefty?”, „kurwa twoja mać!” 
    Pollack dostrzega tę nową rasę, nowy typ człowieka we wszystkich krajach dawnego bloku wschodniego. Jego zdaniem, to właśnie ci młodzi są prawdziwymi beneficjentami przełomu. W latach 80., gdy system chwiał się już w posadach, uciekli oni do piwnic, gdzie śmierdziało męskim potem i brylantyną, i stamtąd zaczęli narzucać rzeczywistości swoje nowe prawa. Tekst ten pochodzi z roku 1995 i dziś widać, jak stracił na aktualności. Faktycznie, rzeczywistość lat 90. skrzypiała niczym łóżko polowe używane na targu i „nowi ludzie” byli zjawiskiem często spotykanym, jednak dziś nasza mafia doszlusowała do poziomu zachodnioeuropejskiego.
    Tematem Pollacka jest zmiana i stałość, konflikt i napięcie, jakie wytwarzają one w ludzkim życiu, dynamika i niejednoznaczność, jakie nadają historii. Część reportaży opowiada o zdarzeniach rozgrywających się w czasie II wojny światowej. W tekście tytułowym na przykład autor stara się odnaleźć przyczyny, które doprowadziły do tego, że zamordowano dwóch robotników przymusowych pracujących w austriackich gospodarstwach. Ironia historii polega na tym, że Austriacy traktowali ich dobrze, dawali lokum w domu, pozwalali nosić cywilne ubrania, zabierali do kina, a obu chłopaków zabili „wyzwalający” Rosjanie. W Obrazkowej historii analizuje garść fotografii odnalezionych w antykwariacie, a które zostały zrobione na terenach okupowanej Polski przez niemieckiego żołnierza. W Niechcianych wnukach marszałka Tity szuka powodów, dla których młode pokolenie Jugosławian nie może znieść już dłużej mitu armii partyzanckiej i zaczyna dekonstruować utarte wyobrażenia o przeszłości.
    Jednakże wojna w Europie nie jest dla Pollacka problemem zamkniętym. Obok reportaży odwołujących się do zjawisk z lat 40., znajdziemy tu również BajaUczciwi handlarze ludźmi, w którym Pollack opisuje miejscowość przy granicy węgiersko-serbskiej, gdzie przewodnicy przemycają uciekinierów z Bośni. Nie interesują go tu jednak budzący współczucie muzułmańscy uchodźcy, lecz ci, którzy zarabiają na „przemyśle”, jakim staje się przeprowadzanie ludzi przez zieloną granicę. Hotel w Baja doskonale prosperuje, wszystkie miejsca są w nim nieustannie zajęte, ponieważ grupują się w nim krewni oczekujący na uchodźców. Portier kontaktuje się z przemytnikami, otrzymuje więc ciągle sute napiwki za choćby najkrótszą i mglistą wiadomość. Pollack przeprowadza paralelę między wojną w  Bośni w latach 90. i zdarzeniami z czasu II wojny światowej. Odwołuje się do haseł, jakimi posługiwano się po wojnie, gdy mówiono o humanitaryzmie, konieczności pomocy, negacji obojętności, gdy powtarzano „nigdy więcej!” Teraz jednak konflikt na Bałkanach jest traktowany jako wojna regionalna, nieznacząca z perspektywy polityki wielkich państw. Siłą Pollacka jest ukazywanie właśnie tych obszarów, które uznane są za drugorzędne w europejskim porządku i nigdy nie trafiają do gazet, bo wydają się peryferyjne, niereprezentatywne dla jednoczącej się Europy, po prostu prowincjonalne.
    Wszystkie teksty zebrane w tym tomie ukazują świat znikający – zniszczony przez wojnę, komunizm lub jego upadek. Te zdarzenia wyznaczają dla Pollacka kolejne przełomy w losach Europy Wschodniej – autor powołuje się nie na gigantyczne mechanizmy historyczne, lecz pochyla się nad życiem niepiśmiennych chłopów z małych słoweńskich wiosek czy sztetlów na Kresach Wschodnich i w ich biografiach odnajduje wpływy wielkiej historii. Ślady te notuje jednak przede wszystkim na fotografiach i w ruinach domów, a także dokumentach statystycznych, ponieważ większość jego bohaterów – polscy Żydzi, austriaccy Cyganie – zginęli w czasie zawieruchy wojennej. W reportażu zatytułowanym Żydzi, którzy zniknęli z Prokurawy Pollack przywołuje opowieść o losach Żydów, którzy przed wojną stanowili połowę społeczeństwa nad Prutem i Czeremoszem. Po wejściu Niemców ukrywali się w polach, w czasie sianokosów Huculi w zbożu znajdowali całe rodziny swoich dotychczasowych sąsiadów. Część z nich pomagała Żydom, ale inni dokonywali na nich rzezi – nad Czarnym Czeremoszem Żydów wrzucano do strumienia i topiono.
    Swoją recenzję z tego tomu reportaży Paweł Smoleński w „Gazecie Wyborczej” zatytułował Reportera kuferek z pamiątkami, uznał też książkę za ważną i wybitną. Owszem, jest to książka ważna, ale z pewnością nie wybitna – nie dorównuje ani Śmierci w bunkrzeOjcobójcy, ani nawet Cesarzowi Ameryki. Być może Pollack przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu swojej pisarskiej roboty, rozpieścił balansowaniem na pograniczu literatury i reportażu, byśmy teraz mogli przyjąć z zadowoleniem ten mały zbiorek. Widać w nim materiał na wiele fascynujących historii, widać bystre spostrzeżenia i świetne chwyty narracyjne, ale pozostaje jednak pewien niedosyt – związany chyba z powierzchownością tych tekstów, ich wymieszaniem tematycznym. Sądzić można, że to wydawca zaproponował autorowi wydanie takiego tomu, by podtrzymać obecność nazwiska na rynku. Nie było to jednak posunięcie dobre, bo na tych prasowych tekstach czas odcisnął swój ślad, część z nich straciła aktualność, inne stanowiły jedynie zapis momentu, nie miały wartości uniwersalnej. Zamiast umocnić miejsce pisarza w literackim rankingu, książka ta osłabiła jego pozycję. 
  • Mięso historii

     


    Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji
    Czarne 2011
    Po raz kolejny Pollack pokazuje mięso historii – masy, których los jest okrutny, anonimowy, zupełnie też nieznany historiografii, obojętny dla badaczy spraw politycznych. Próbuje więc opisać pewnego rodzaju brak, lukę w naszych dotychczasowych narracjach, wprowadzić do opowieści o przeszłości takich ludzi, którzy w żaden sposób się w niej nie zapisali, którzy przeminęli błyskawicznie i bez śladu. Jego bohaterem zbiorowym staje się  galicyjska biedota, uciskana, zacofana, głodująca i uciekająca z cesarstwa austro-węgierskiego ku biedzie amerykańskiej i innym odmianom ucisku.
    Autor sięga w swojej książce po tylko jeden temat – problem emigracji do Ameryki od drugiej połowy XIX wieku do wybuchu I wojny światowej. Nie jest to jednak opowieść o spełnionych marzeniach i budowaniu nowego silnego państwa, ale potworna historia o głodzie i głupocie, demoralizacji i okrucieństwie, prymitywizmie i naiwności. Mnóstwo tu obrazów dzieci głodzonych na śmierć, zarzynanych koni, dziewcząt wywożonych do burdeli w Buenos Aires i Stambule.
    W mniejszym stopniu interesuje Pollacka sama podróż do Nowego Jorku, a bardziej skupia się on na powodach opuszczania Europy. Zarysowuje z rozmachem społeczne tło – nędzę „Golicji i Głodomerii”, jej zacofanie gospodarcze i rozdrobnienie ziemi, rozwarstwienie i egoizm spoęłczny, luki prawne pozwalające na handel ludźmi. Odwołuje się też do obyczajów – to fale pogromów w głębi Rosji powodują, że o ile polscy czy słowaccy chłopi wracają po kilku latach z emigracji, o tyle żydowscy uciekinierzy – nigdy.  Tak więc historyczne rekonstrukcje Pollacka stanowią rodzaj uzupełnienia do tez Dostojewskiego o tym, że to bieda wpędza w zepsucie, prawdziwa nędza powoduje całkowitą degenerację.
    Uciekinierzy ze Wschodu – Rusini, Ukraińcy, Polacy, Słowacy – padają tu bowiem ofiarą pazerności agentów handlowych, którzy namawiają ich do wyjazdu. Europa w tej opowieści stanowi pewnego rodzaju sień, której centrum znajduje się w Hamburgu. Z tego miasta właśnie wyruszają kolejne okręty z gigantycznym ludzkim ładunkiem, do niego też trzeba ściągać chłopów z całej europejskiej prowincji. Do każdej wioseczki wyruszają agenci-naganiacze, każda stacja kolejowa jest przez nich kontrolowana. Gdy austriacki i pruski rząd uszczelniają granice, agenci prowadzą chłopów przez pola, bocznymi drogami. Wszystkie drogi prowadzą tu do Hamburga, do przedsiębiorstwa HAPAG.
    Pollack pokazuje, że do rozpracowania każdej grupy narodowej agenci mieli inne techniki: Rusinom opowiadali, że cesarz Rudolf wcale nie zginął, lecz wyemigrował i w Brazylii tworzy właśnie nowe państwo, Polaków przekonywali, że wyjazdu wymaga papież, który nakazuje szerzyć katolicyzm wśród dzikich. W Brazylii też małpy miały wykonywać wszystkie obowiązki, między domami rosły drzewa chlebowe, a z innych płynęło mleko. Te opowieści – dziś budzące tylko śmiech – brzmią strasznie w tej historii, stanowią bowiem rewers chłopskiej głupoty i prymitywizmu:
    Mykołaj Malyniak, ten sam, który zegarek pierwszy raz w życiu zobaczył w agencji Herza, bełkocze coś w trudnym do zrozumienia ukraińskim dialekcie, sąd i słuchacze mogą z tego potoku słów wyłowić tylko dziandar, co ma chyba oznaczać żandarma, oraz stale powtarzające się głośne hej, hej!, którymi Malyniak kończy każde zdanie.
    Z drugiej strony jest to też historia o okrucieństwie sprawującej władzę arystokracji, która w obawie przed brakiem rąk do pracy nie chce polepszyć losu chłopów, ale domaga się wprowadzenia coraz bardziej restrykcyjnych praw i kolejnych form ograniczenia wolności – co też administracja cesarska czyni:
    Żniwa za pasem, a pracowite „mrówki”, parobkowie, służące, wyrobnicy i bezrolni chłopi, choć nie do zastąpienia i bardzo pomocni, zawsze żałośnie opłacani, przepadli jak kamień w wodę. Kto teraz będzie żął zboże, wykopywał kartofle, kosił trawę, zwoził plony, młócił, karmił i poił bydło? Wielcy panowie podnoszą wrzask, wzywają władze, żandarmów, żołnierzy, by siłą i pod bagnetami zatrzymywali ludzi w wioskach, pilnowali granic, a czcigodny gubernator we Lwowie niechby zakazał emigracji, najlepiej rozporządzeniem. 
     Pollack skupia się na drogach, którymi kandydaci na emigrantów próbują wydostać się z Galicji, sposobach, na jakie próbują oszukać administracją austriacką i pruską. Wyjazd za ocean nie jest tu wyborem wolnym – rząd austriacki obawia się ubytku materii ludzkiej, z kolei Prusacy lękają się, by niepiśmienni chłopi nie chcieli u nich zostać, zamiast okrętować się na transoceaniczne statki. W Stanach także nikt nie wita imigrantów z otwartymi ramionami – o niesławnej Ellis Island pisała u nas już wcześniej Małgorzata Szejnert w Wyspie klucz.
    Cesarza Ameryki czyta się świetnie, i to właśnie budzi moje największe podejrzenie. Pollack w swoim eseju stawia sobie taki sam cel, jaki przyświecał mu w poprzednich książkach – zarysowanie tła epoki, przedstawienie świadomości pewnej grupy, uchwycenie perspektyw życiowych w danym momencie historycznym. Jego praca okazuje się tu jednak trudniejsza niż w Śmierci w bunkrze czy Ojcobójcy – zabiera on tutaj głos w imieniu tysięcy bezimiennych analfabetów, ludzi, po których pozostało niewiele śladów, żaden materialny dowód ich nędzy. Za każdym razem Pollack skazany jest na rekonstrukcję, na budowanie obrazu z elementów obcych, zewnętrznych wobec swoich bohaterów: strzępków pamiętnikarskich, artykułów prasowych, policyjnych i sądowych protokołów, raportów organizacji charytatywnych. W poprzednich esejach miał Pollack więcej materiału, więcej tekstów źródłowych, czy też pracował na podstawie wiedzy o losach własnej rodziny, nie oburzała zatem spójność i logika. Tutaj jednak wchodzi on właściwie w dziurę historii – a nie widać tego w jego narracji, która okazuje się pełna, płynna, porządkująca wszystkie wątki. Nie ma tu miejsc pustych, niejasności, mało urwanych historii o pojedynczych osobach. I dlatego właśnie nie wierzę w tę opowieść – bo jest zbyt gładka, bo daje odpowiedzi na wszystkie pytania, a to po prostu niemożliwe. Zatem za wadę tego eseju uważam to, co wychwala Krzysztof Cieślik w „Polityce” – dynamikę, dramatyzm, poczucie naoczności. Cieślik unosi się nad stylem Pollacka: „nie tylko pisze znakomite książki, znalazł też wyjątkowy sposób opowiadania. Nikt nie tworzy reportaży tak, jak Austriak (…)”.
    No, na szczęście, bo coraz wyraźniej widać, że te reportaże są anachroniczne, pisane na przekór zmianom w historiografii. Że Pollack jest pewnego rodzaju hochsztaplerem, który ukrywa ściegi swojej historii.   


  • Glazurnik bohaterem naszych czasów

     


    Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów
    W. A. B. 2012
    Tekst Igora Ostachowicza należy do rozwijającego się ostatnio prężnie gatunku popularnych powieści historycznych. Noc żywych Żydów to oczywiście aluzja do Nocy żywych trupów, ale też odwołanie do horrorów, filmów grozy i pulp-u. Autor sięga tu bowiem po fabułę rodem z kultury masowej: Warszawę nachodzą zombie – duchy zmarłych w czasie wojny, którzy od czasu zakończenia działań zbrojnych żyją w kanałach i piwnicach, bo nie zakończyli jeszcze swoich interesów na tym świecie. Muszą więc pozostać tutaj, dopóki coś nie zmieni ich losu. Zombie mogą być ocalone przed złem tylko przez bohatera obdarzonego nadprzyrodzoną mocą, nazywanego w powieści „czołzenłan”.
    Ta rozrywkowa forma nabiera jednak głębszego wymiaru, gdy dopowiemy, że owymi zjawami są Żydzi, którzy zginęli w Warszawie w czasie II wojny, a „czołzenłan” ma z nimi kontakt, ponieważ mieszka na Muranowie, dzielnicy stworzonej na miejscu getta. Żydzi nie mogą udać się w dalszą drogę w zaświaty, bo zaginęła pamięć o nich – podobnie więc jak w II cz. Dziadów Mickiewicza – muszą prosić o upamiętnienie, jakiś przejaw troski. To pamięć właśnie w dzisiejszym świecie dzieli Polaków i Żydów, Ostachowicz pokazuje, że historia wzajemnych relacji wcale nie zakończyła się wraz z wojną, lecz trwa w jakieś uśpionej, kalekiej formie nadal, że realizuje się obecnie poprzez zapomnienie lub antysemityzm. Wyłażą tylko ci, o których nikt już nie pamięta, ci co nie mają rodzin, nikt nie zaduma się nad ich grobem
    Tymczasem
    Polacy są napasieni zniczami, kwiatami, modlitwami, wspominkami.
    Z jednej strony jest to historia o konieczności zachowania pamięci – o tym, co dzieje się, gdy nikt nie daje świadectwa, gdy przychodzi zapomnienie. Treści utajone nie znikają przecież, ale transformują i nawarstwiają się, narastają do gargantuicznych rozmiarów, kumulują się w scenie finałowej bitwy. Warszawa – wypierająca się żydowskiej pamięci – zostaje w końcu zalana przez zombie, żywi stanowią w mieście mniejszość wobec zjaw wyłaniających się z kanałów.
    Z drugiej jednak – Ostachowicz opowiada o człowieku, który z własnej woli przez całe życie wybiera łatwiejszą drogę: po studiach nie może znaleźć pracy, zostaje więc glazurnikiem. Nie angażuje się w nic poza pokątnymi romansami:
    olewka dla spraw patriotyczno-narodowych, aspołeczność, ahistoryczność, nihilizm, mizantropia
     – tak sam siebie charakteryzuje. Jednak pod wpływem wydarzeń glazurnik nie tylko oddaje wszystkie swoje pieniądze dziecięcym zombie, które nawiedzają jego dom, ale i decyduje się poświęcić w ramach łapówki cały majątek, konta inwestycyjne i mieszkanie, by uratować Żydów od nagonki organizowanej przez neofaszystów w galerii handlowej.
    U Ostachowicza dramatyzm miesza się z humorem – obok zupy z napletków, wegetarianko-weganki uzależnionej od coli light, fakira zajętego nauką norweskiego, zombiaczki Racheli, która chce, by nazywać ją Rejczel, znajdziemy mnóstwo scen przerażających, fantastycznych i frenetycznych. Kulminacją opisu zła staje się wizja nowego, piekielnego Auschwitz, do którego zabiera glazurnika szatan:
    Nie to [Auschwitz], które było na ziemi. To tutaj to taki sekłel albo rodzaj franszyzy. To na ziemi jest niedoścignione, przede wszystkim tam byli niewinni, często dobrzy ludzie, tutaj tacy są niedostępni.
    Główny bohater, który zawsze unikał zaangażowania i usprawiedliwiał się przeciętnością, nagle trafia do świata, w którym nie można pozostać z boku, bo każdy w końcu dostaje do ręki kij, by uderzyć bliźniego. I glazurnik, pomimo swojej super mocy, poddaje się porządkowi obozowemu, staje się „człowiekiem zlagrowanym”. Ostatecznie jednak przezwycięża w sobie tę słabość i staje przeciwko neofaszystom opętanym przez szatana. Na ich czele stoi Hitler, na widok skóry marynarza snujący marzenia o własnym dochodowym biznesie:
    Dzisiaj tatuaże są bez porównania ciekawsze (…). Przymknął oczy i już widział, interes się kręci, łapanki, transport, selekcja, ubojnia, garbarnia, sklep internetowy, wysyłka, kasa na koncie.
    Do grupy neofaszystów zaliczyć jeszcze trzeba Fritzla, którego podobieństwo do austriackiego przestępcy jest jak najbardziej zamierzone. Po przeciwnej stronie także jednak roi się od wyjątkowych typów: Doktor dokonuje obrzezania wszystkich neofaszystów i skinhedów – ten gest przypomina „Bękarty wojny” Tarantino, w których Aldo na czołach niemieckich żołnierzy wycinał swastykę. Pod opiekę glazurnika trafiają zaś mali chłopcy, organizujący w hipermarkecie wyścigi hazardowe i wchodzący w porozumienie z warszawską mafią, stylizowani na przedwojennych cwaniaczków.
    Ostachowicz z niezwykłą zręcznością porusza się po kulturze masowej, ma lekkie pióro, doskonałe wyczucie ironii, ale to wszystko nie powinno przesłaniać treści najzupełniej poważnych, rozważań o konieczności zachowania pamięci, przepracowywaniu traumy, poświęceniu i współczuciu. Podział na dobro i zło nie jest tutaj też jednoznaczny, bo w imię ratowania żydowskich zombie dokonuje się w finale gigantyczna masakra, a pozytywni bohaterowie, przy okazji walki z neofaszystami, kradną z Arkadii biżuterię i pieniądze. I choć powieść ta śmieszy, to wcale nie ma szczęśliwego zakończenia, bo – jak stwierdza ostatecznie glazurnik:
     Zostałem wyleczony ze złudzeń, z bajek o tym, jak Śnieżka pomaga zwierzątkom, a potem zwierzątka Śnieżce.  
  • Feler rodzinny

    L. Włodek, Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów
    Wydawnictwo Literackie 2012
    Ludwika Włodek napisała książkę szalenie osobistą, choć ona sama rzadko pojawia się na jej stronach. Jako prawnuczka Jarosława i Anny, praktycznie wcale nie mogła oprzeć się na swojej pamięci, ale równocześnie zanurza się właśnie w pamięci rodzinnej. Cała jej opowieść zasadza się na paradoksach, dialektyce tego, co żartobliwe i pełne rozpaczy, trwałe i przemijające.
                Włodek wprowadza do swojej historii osoby ważne dla rodziny, nie zaś dla kultury polskiej – w tym sensie jej praca pokazuje inny obraz Stawiska, nie ogranicza się bowiem do nazwisk gości słynnego pisarza, ale charakteryzuje jego siostry, ciotki Anny, służbę domową, kolejnych członków rodziny, kolejne wnuki. Takie przesunięcie punktu widzenia sprawia, że widzimy też inne problemy – Stawisko nie jest tu miejscem spotkań intelektualistów, ale domem rodzinnym – pewnego rodzaju ostoją, ale zarazem domem źle prowadzonym i chaotycznie zarządzanym, wyciągającym z kieszeni Jarosława ostatnie pieniądze. Włodek pokazuje tu prozę życia, stronę praktyczną egzystencji poety i jego otoczenia. Iwaszkiewicz spowodował wielkie rozczarowanie rodziny, swą decyzją o utworzeniu na Stawisku muzeum, co odbierano jako rodzaj osierocenia, odrzucenia. Jednocześnie jednak autorka tłumaczy jego wolę względami ekonomicznymi – jako ten, który przez pół wieku utrzymywał dwór i majątek, zdawał sobie sprawę, że nikt z rodziny nie posiada ani pieniędzy, ani zdolności do podjęcia się tak olbrzymiej odpowiedzialności. Iwaszkiewicz w tej historii jest człowiekiem, który pracuje na wszystkich, stara się jakoś ogarnąć życie otoczenia, narzucić swoją wolę pana domu w miejscu, w którym nawet służba okazuje się niezależna. 
    Zastrzec należy, że Pra… nie jest adresowana do czytelnika wyspecjalizowanego, polonisty, ale raczej do kręgu wielbicieli Iwaszkiewicza, czytelników jego prozy. Nie znajdziemy tu nowych, nieznanych faktów, które rzucałyby nowe światło na interpretację twórczości Iwaszkiewicza. Nie należy jednak traktować tego spostrzeżenia jako zarzutu, po prostu autorka wybiera innego czytelnika, inny – pozapolonistyczny – obieg literacki. Jej książka wydaje się też bardzo „zachodnia” z ducha, nowoczesna. Włodek odsłania tu dużo siebie, zaznacza swoje miejsce w tej historii, wyraźnie opowiada się w konfliktach rodzinnych, pisze o porażkach osobistego życia – własnego i najbliższych, wpisze o swoim rozwodzie i rozwodzie swoich rodziców po wielu latach zgodnego pożycia. Nie kieruje jej nostalgiczne pragnienie wspomnienia przeszłości – choć wydaje się, że w przypadku biografii rodzinnych to podstawowy motor napędzający autora. Tutaj jest inaczej, bo można wyodrębnić dwa konkretne i zupełnie różne powody podjęcia rekonstrukcji historii rodzinnej: Ludwika Włodek poszukuje poczucia trwałości, sięga w przeszłość, by znaleźć coś stałego, co ukorzeniłoby jej świat – płynny i podatny na rozpad. Jednocześnie jednak próbuje ona wskazać pochodzenie szkodliwego genu, który sprawia, że cała jej rodzina i to od pokoleń nie była zdolna do tworzenia solidnych związków, stabilnych małżeństw:
    Nad naszą rodziną ciąży fatum, które kolejnym pokoleniom nie pozwala w pełni zaznać szczęścia rodzinnego
     – wyznaje autorka. Taki też pryzmat można wskazać w tej biografii rodzinnej – i z tej perspektywy jest to książka na wskroś ponowoczesna – Włodek opowiada o trwaniu rodziny i jej ciągłym przetasowaniu personalnym, odchodzeniu żon lub mężów, wprowadzaniu do Stawiska dzieci z poprzednich czy następnych związków, kolejnych partnerów. U zarania rodzinnych zdrad stoi odejście od męża matki Anny, Jadwigi, która Lilpopa wymieniła na pianistę – Józefa Śliwińskiego. Obie córki Iwaszkiewicza także zmieniały partnerów – Teresa wychodziła za mąż dwukrotnie, Maria – trzy razy. Na tym tle małżeństwo Jarosława i Anny pod każdym względem stanowiło wyjątek – jako jedyne przetrwało wiele lat, ale równocześnie tylko dlatego, że oboje nie uznawali wierności małżeńskiej za podstawę ich związku.
    We wszystkich relacjach Iwaszkiewiczów uwidacznia się jedno: absolutna niezależność osobista, rodzaj niepodległości wewnętrznej członków tej rodziny, którzy nie kierowali się nigdy pojęciem normy, nie zachowywali się zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami, ale działali zgodnie z własnymi pragnieniami, nawet jeśli były one dla innych szkodliwe. W jednej, iwaszkiewiczowskiej linii, widać to już u ojca pisarza, który służbą w powstaniu styczniowym przekreślił swoje szanse na jakikolwiek awans społeczny i karierę. W drugiej linii, postawa ta uwidacznia się u Jadwigi Śliwińskiej wybierającej mężczyznę ponad własne dziecko.
    Włodek ma do przeszłości stosunek ambiwalentny, nie cukruje, ale nie unika też ciepła wspomnień. Jednocześnie jednak burzy obraz rodzinnej idylli, mit Stawiska jako nowego Soplicowa. Wiele w jej książce bólu i zadawnionej goryczy – autorka otwarcie pisze o rozczarowaniu, jakie przeżyły córki Iwaszkiewicza, gdy opublikowano jego listy do nich. Przez lata blisko z nim związane, nagle odkryły nieprzyjemne słowa, rozczarowanie ojca nimi i niezadowolenie z ich życiowych wyborów.  Rozczarowanie ma jednak tu i odwrotny kierunek – wspomina o nim Maria, którą rodzice wyrzucili z domu, gdy dowiedzieli się, że zaszła w ciążę przed ślubem: rodzinnego oburzenie nie zmienił ani fakt, że szybko wyszła za mąż, ani pamięć o własnych preferencjach rodziców: Maria
    występuje w programach o tradycji – choć nienawidzi tego słowa i kpi, ilekroć ją pytają o tradycje Iwaszkiewiczów – w świątecznych wydaniach gazet i magazynów. Tego od niej oczekują i ona te oczekiwania spełnia. Ale ma żal do swoich rodziców. Sposób, w jaki ją kiedyś potraktowali, musiał ją bardzo zaboleć. Po kilkudziesięciu latach nie potrafi zapomnieć. Wytyka im pruderię.
    Właśnie dzięki tym półcieniom, wprowadzaniu anegdot i surowych ocen, Włodek udaje się osiągnąć efekt szczerości. Czytelnik otrzymuje tutaj obraz nieretuszowany, szczególny, bo nie zakłamany nadmiarem nostalgii, ale też zarazem nie przerysowany krytycznie. Widać tutaj, jak kolejne pokolenie upomina się o przeszłość, jak szuka w niej swoich korzeni, nawiązuje nić między historią a nowoczesnością.
  • Ratunek w tabelce

     

    Inga Iwasiów, Na krótko
    Wielka Litera 2012
    Iwasiów napisała książkę dobrą, mocną i gorzką. Jej poprzednie powieści pokazały już, że nie jest to autorka produkująca kobiece opowiastki, osładzająca rzeczywistość. Tym razem jednak idzie dalej w swojej kontestacji literatury kobiecej: jej bohaterki są tu bardziej ludźmi niż kobietami, mają też niekobiece problemy.
    Autorka przekuwa na tekst własne doświadczenie pracownika akademickiego, rozprawia się poniekąd ze zmianami, jakim obecnie próbuje się poddawać uczelnie. Nie ma co ukrywać – rozprawia się też po części z własnym żalem i frustracjami osoby zaangażowanej na różne sposoby w wytwarzanie kultury. Jej bohaterka, Sylwia to pracownica wydziału humanistycznego, traktowana przez otoczenie jako człowiek drugiej kategorii, gorszy, bo związany z nienowoczesną profesją. Z perspektywy konsumpcyjnie nastawionego społeczeństwa praca humanisty to rodzaj marnotrawstwa, nie przynosi bowiem wymiernych korzyści, jakichś efektów materialnych. Iwasiów próbuje pokazać narastające zniechęcenie, jakiemu poddają się adiunkci, przy czym brak chęci ma tu wymierne  konsekwencje – Sylwia cierpi na zaniki pamięci, nie potrafi trafić do wyjścia, rozpoznać otoczenia, spamiętać lektur z przeszłości, podjąć polemiki ze studentami. Nie jest to więc dowcipna powieść uniwersytecka w styla Davida Lodge’a. Ale też sytuacja uczelni brytyjskich różni się od polskiej.
                Bohaterka Iwasiów pada ofiarą procesu narzucania uniwersytetowi oczekiwań ekonomicznych, obliczonych na krótki czas. Skoro akademia nie generuje zysków, nie daje prestiżowego zawodu, nie otwiera wszystkich drzwi, zostaje skazana na wegetację na obrzeżach życia i tak samo dzieje się z pracującymi na niej ludźmi. Początkowo Sylwia jest naukowcem dynamicznym, aktywnym i płodnym:
    Robiła stopnie przed terminem, nie znała problemu przedłużania zatrudnienia (…). Zawsze gdy zbliżał się jakiś termin, była już gotowa, miała napisaną książkę, skończony artykuł, wypełnioną tabelkę, uzupełniony dorobek.
    Najpierw sama narzuca kierunek dyskusjom, stymuluje studentów, stopniowo jednak traci pęd, energię:
    Czuła, że słowa za dużo ważą, mają trudny do pokonania ciężar: więzły jej w gardle. Rozpędzała się do wielosylabowych wyrazów, częstych w naukowej terminologii, ale robiła unik, wykręcała się od ich użycia.
     Sylwia wegetuje – żyjąc na utrzymaniu męża, a jednocześnie pracując. Zasłania się laptopem, walczy z zanikami pamięci i własnym wiekiem średnim. Aby przełamać ten impas, poczucie bycia społecznie nieprzydatną, zaczyna wyjeżdżać w delegacje, przystępować do postunijnych programów:
    Stwierdziła, że tabelka może być ratunkiem. Konkret, zadanie, umowa o dzieło. Porządek, brak wątpliwości, jasne wytyczne. Rezultat znany przed startem.
    Jej praca naukowa ustępuje miejsca uzupełnianiu rubryczek, prowadzeniu badań terenowych, robieniu ankiet i sporządzaniu raportów. Sylwia usuwa się stopniowo ze sfery akademickiej, bo pragnie zdobyć szacunek, mieć znaczenie, nie chce za to ograniczać się do pustych dyskusji. Ucieka w inny bezpieczny świat, bo uniwersytet przestał być bezpieczny, wpędził ją w chorobę o znamionach amnezji. W wizji Iwasiów rzeczywistość stawia wobec akademii nierealizowalne żądania, topi go w biurokracji, statystykach i rankingach.
    Społeczeństwo na forach internetowych wyrażało zadowolenie z faktu, że ten bezproduktywny dział nauki kisił się we własnym sosiku, i popierało politykę przykręcania śruby. Inni mogli zarabiać, niech się państwo humaniści wezmą do roboty i zajmą symulacjami tradycji jako obsługa muzeów.
    Jej bohaterka szybko jednak odkrywa, że i te programy unijne dają jedynie pozór życia.
    Autorka pokazuje więc świat w dobie kryzysu, a w nim pogrążony w chaosie uniwersytet, który nie potrafi odpowiedzieć na wyzwania rzeczywistości. Ten wątek powieści nie jest futurystyczny, bo taki układ zna każdy, kto choć otarł się o wydziały humanistyczne. Wydaje się, że stopniowa utrata pamięci u Sylwii stanowi odzwierciedlenie rozchodzenia się dróg  akademii i rynku. Sylwia, jako pracownik uniwersytetu, staje niema wobec studentów – przedstawicieli rynku, tzw. „prawdziwego świata”. Nie ma im nic do przekazania, żadnej wiedzy potrzebnej, którą mogłaby się podzielić. Przynależność do uniwersytetu sprawia, że równocześnie Sylwia uznawana jest za jakiś relikt, kogoś, kto nie potrafi iść z czasem:
    Nie pasowali do Najnowszego, tak jak nie zdążyli dopasować się do Nowego.
    Uniwersytet jednak unowocześnia się w dziwny sposób, bo władzę nad nim przejmuje pion administracyjny: „Administracja mogła istnieć bez reszty, a co by się stało z resztą bez administracji?” – pisze złośliwie Iwasiów i dodaje już z bezsilnością: „Potok papierów, teraz stabelaryzowanych, zdigitalizowanych, zankietowanych, potrzebował nowych rąk, nowych biurek, nowych komputerów”.
                W przeciwieństwie do Lodge’a, Na krótko jako powieść uniwersytecka nie leczy z frustracji, nie rozładowuje złych emocji. Raczej uświadamia je w pełni. Iwasiów diagnozuje bowiem na podstawie takiego wycinka rzeczywistości upadek całości świata kultury. Kryzys uniwersytetu nie ma tu wymiaru lokalnego, stanowi symptom kryzysu kultury i jeszcze szerzej – cywilizacji. Zdaje się mówić, że gdy wyginą takie osobniki jak Sylwia, pozostaną już tylko takie typy jak jej mąż, Tomek – żyjący w wiecznym pościgu za nowinkami technicznymi, niedojrzały, żarłoczny na romanse, podziw w damskim spojrzeniu, luksus, domagający się uległości otoczenia.
                Na krótko nie jest powieścią autobiograficzną, próżno tu szukać energii życiowej samej autorki. Widać tu jednak, że z tomu na tom jej książki stają się coraz bardziej pesymistyczne, odcinają od nadziei, coraz lepiej i dosadniej obnażają dojmujące uczucie samotności.

     

  • Matriarchat-patriarchat

       Marcin Szczygielski, Poczet królowych polskich
    Instytut Wydawniczy Latarnik i Oficyna Wydawnicza As 2011
    W najnowszej powieści Marcina Szczygielskiego łączy się żywioł płci i żywioł historii – autor snuje tu opowieść o przemianie pokoleń, o zmianach obyczajowych i seksualnych, wszystko to zaś umieszcza na tle wypadków XX wieku. Poczet królowych polskich to zarazem powieść sensacyjna, obyczajowa i historyczna, w której dwie pierwszoosobowe narracje przeplatają się, dając czytelnikowi wgląd w początek i koniec stulecia. Nie jest to jednak kolejna opowieść o polskim losie, ani nawet historia kobieca – Szczygielski łączy te motywy, opracowuje je jednak bardzo przewrotnie, za każdym razem dając pierwszeństwo sferze prywatnej nad publiczną, temu co nieoficjalne, uczuciowe i intymne nad tym co oficjalne, przyzwoite i odpowiednie.
    Bohaterkami są trzy kobiety – babka (aktorka), matka (przewodniczka miejska) i wnuczka (pracownica działu marketingu i reklamy). Każda z nich to niezwykle silna osobowość, skonfliktowana ze światem, zdystansowana wobec bliskich, niepodległa. Szczygielski buduje całą powieść ze sprzeczności, w ten sposób też tworzy swoje bohaterki – to silne kobiety, osierocone i zawsze samotne, w pojedynkę zmagające się ze światem.
    Wszystkie wątki tej sensacyjnej historii odsłaniają się stopniowo, ukazując bohaterki wydane na pastwę ironii losu – Magda zakochana jest przez całe życie w swoim homoseksualnym przyjacielu, jej matka – zagorzała komunistka, musi radzić sobie z milionami na koncie, babka zaś – ukrywa swą żydowską tożsamość i wikła się w związek z hitlerowcem.
    Poczet królowych polskich to tytuł wieloznaczny – chodzi o kobiety, które stoją na czele, przewodzą swojej epoce, stanowią kwintesencję jej cech – babka rządzi na ekranie filmowym, córka dosłownie idzie na czele – pochodów i marszów doby socjalizmu, wnuczka – ze swoją słabością do mody i życia wielkiego miasta, ucieleśnia ponowoczesny kobiecy life style.  W tym tytule można widzieć też aluzję do drag queen – symbolu mniejszości seksualnych. Trzecie znaczenie odsyła nas tymczasem do Matki Królów Brandysa: w jego tekście to rodzina Królów właśnie stanowiła pryzmat, przez który autor ukazywał wstrząsy polityczne od lat 30. do końca stalinizmu w Polsce. O ile jednak Brandys wybrał na swych bohaterów wyłącznie mężczyzn i rysował historię w sposób tradycyjny, skupiając się na politycznych i społecznych wstrząsach, o tyle Szczygielski sięga po postacie wyłącznie kobiece i przedstawia też kobiecy (a przynajmniej nie patriarchalny) sposób widzenia świata i historii.
     Szczygielski wybiera narrację kobiecą na swe medium powieściowe, wychodząc z założenia, że wiąże się z nią wszystko, co nie jest heteronormatywne. Nie jest to więc powieść feministyczna w tym sensie co książki Iwasiów, Gretkowskiej, czy Filipak (pomijając fakt, że Iwasiów należy też do wyższej ligi), bo w Poczcie… kobiecość stanowi pewnego rodzaju symbol. Jego świat jest przestrzenią słabych mężczyzn i silnych kobiet, to odwrócenie proporcji otwiera perspektywę na wiele sfer ukrywanych zazwyczaj w narracjach o przeszłości. Tymczasem autor stara się tutaj właśnie budować opowieść o tym, czego nie znamy dobrze i prowadzić ją poza utartymi ścieżkami. Przedstawia więc żydowski dom, w którym służy gojka, a także żydowskiego rzemieślnika, który staje się ojcem dwóch córek:  chrześcijanki i Żydówki, związek polskiej aktorki i niemieckiego żołnierza. Polscy przedwojenni oficerowie nie są tutaj bohaterami wojny o niepodległość, ale brutalnymi gwałcicielami, których życie kończy się w Katyniu.
    Obok tych opowieści Szczygielski sięga po narrację o płci – wprowadza wątki homoseksualne i genderowe, tworząc postaci „lal” – chłopców przebierających się za kobiety w okresie międzywojennym. Płeć to taki sam element tożsamości, jak narodowość, wyznanie i orientacja seksualna, przy czym wszystkie one nie są nam dane, lecz stanowią przestrzeń kreacji, wynik wyboru, a nie przyrodzenia – zdaje się mówić autor. O takim przekonaniu świadczą dwie sceny z pierwszej części powieści: gdy Ina – Żydówka z Warszawy – udając w Wilnie polską katoliczkę, uczy się katechizmu i gdy jej nastoletni kuzyn Alek nakłada makijaż, zamieniając się w kokietkę Dorę. Szczygielski daleki jest jednak od optymizmu, rzuca wyraźne światło na ograniczenia społeczne i biologiczne – czego dowodzi jedna z najlepszych scen tej powieści – gdy Alek prosi Inę, by pokazała mu swoje nagie ciało – w tej chwili ciało staje się obiektem pożądania – ale nie z powodu popędu seksualnego, a z powodu pragnienia przejęcia płci, zajęcia kobiecego ciała. Alek uwięziony w swoim ciele, męskim i nieakceptowany – zazdrości Inie tego, co jej wydaje się oczywiste i naturalne, co nie stanowi dla niej żadnego powodu do refleksji.
    Warto przeczytać powieść Szczygielskiego – nie tylko dlatego, że jest lekka i przyjemna (skrzący się od ironii język i niezła intryga sensacyjna), ale też dlatego, że intryga służy mu do pokazania rewersu historii, do napisania na nowo pewnego odcinka dziejów narodowych.