Autor: admin

  • Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Joanna Olech, Edgar Bąk, Kto ty jesteś?

     

    Trudno opowiedzieć dzieciom o pojęciach abstrakcyjnych, jeszcze trudniej zaś opowiadać w Polsce o patriotyzmie, bo to chyba najtrudniejszy dla nas rodzaj abstrakcji. Tymczasem Joanna Olech konstruuje opowieść o patriotyzmie przez pryzmat jego przejawów – wybiera postawy i czynności, które dziecku wydadzą się oczywiste: oszczędzanie wody, zbieranie śmieci, pielęgnowanie języka, kasowanie biletu. Wszystkie te zachowania mają pokazać, że patriotyzm realizuje się poprzez zwykłą troskę o otoczenie, tworzenie wspólnoty i podtrzymywanie więzi społecznych.

    Olech wybiera na przemian formy żeńskie i męskie, pisze o patriotach i patriotkach, o tym, że trzeba słuchać opowieści dziadków, rozmawiać z nimi gwarą, żeby zachować wszystkie odrębności, które składają się na polszczyznę. Pisze też o tym, czego nie należy robić – bić, wyzywać, ściągać na sprawdzianach. Kładzie nacisk na życie wspólnoty, na codzienny wkład w jej tworzenie i pielęgnowanie – zamalowywanie napisów na murach, sprzątanie po psie, sadzenie drzew, porządkowanie zapomnianych cmentarzy. Za pomocą przyziemnych aktywności pozwala oswoić abstrakcję, przenieść patriotyzm z dziedziny niewyobrażalnych pojęć do doświadczenia codziennego. Wprowadza też małego Polaka-patriotę w życie nie tyle narodu, co społeczeństwa, w życie wspólnoty połączonej innymi i mocniejszymi więzami niż tylko fakt urodzenia w tym samym państwie.

    Jednocześnie czytać można tę książeczkę jako podręcznik dla dorosłych – jako przypomnienie, czym jest patriotyzm inny niż stadionowy i bojówkarski. Bo opowieść Olech to właśnie wywód na temat nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnego narodu, który nie idzie od razu na wojnę (o tej dominującej tradycji przypomina tytuł książki pochodzący z wierszyka Bełzy), ale w pokojowych warunkach pielęgnuje swój patriotyzm. Wspólnota jest tutaj ważniejsza niż naród, bo o budowę wspólnoty przecież chodzi, o więzi i zaufanie społeczne. Patriotyzm to także wiedza o historii i dlatego pisze Olech: „Wiem, skąd się wziął francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką”.

    To książka z 2013 roku, ale piszę o niej teraz, w sezonie zakupów przedświątecznych, bo warto ją mieć i warto podarować dzieciakom. Dzięki niej nie tylko nabrać można dystansu, ale i przypomnieć sobie, czym naprawdę jest patriotyzm.

  • Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Kupa, siku i dwuletni erudyta

    Jedna z najgłośniejszych książek dziecięcych tego roku. Mocna, budząca kontrowersje rzecz. I wbrew tytułowi, wcale nie chodzi o zwartość nocnika, a o język.

    Króliczek Henio mówi wciąż tylko jedno – właśnie „Kupa siku”. Odpowiada w ten sposób na wszystkie pytania i prośby. Zostaje jednak pożarty przez wilka i gdy ojciec-lekarz wyciąga go z wilczej paszczy, Henio wysławia się niczym dwuletni erudyta. Zaskakuje jednak na ostatniej stronie, gdy wraca do swej roli łobuza-rozrabiaki. Poproszony o umycie zębów, odpowiada bowiem dumnie: „Pierdu śmierdu!”.

    To właśnie ta ostatnia strona budzi kontrowersje i sprzeciw rodziców. Bo sama opowieść jest świetna, poświęcona budowaniu tożsamości, poczucia indywidualności. Pełna różnych freudowskich podtekstów: wilk po pożarciu królika sam zaczyna mówić „Kupa siku” (przejęcie osobowości), dzięki czemu ojciec Henia domyśla się, co się stało z synem. Wydobywanie królika z paszczy wilka to przecież w psychoanalitycznym porządku scena ponownych narodzin! Niestety wszyscy jednak potykamy się na ostatniej stronie, w której tekst wypada jednak poza to, co wypada i staje się zbyt dosłowny.

    Stephanie Blake to we Francji potęga, nazwisko z wysokich pozycji list bestsellerów, autorka serii opowieści o Heniu. Wiele z nich ma charakter problemowy, pomaga odstawić smoczek, przesiąść się na nocnik, zaakceptować młodsze rodzeństwo. To wszystko książki odważne, przełamujące różne tabu, jeśli nie językowe, obyczajowe, to przynajmniej estetyczne – w jednej z niewydanych u nas książek Henio wydłubuje z nosa gigantyczną wprost kozę. Humor jest więc tu za każdym razem ostry, na granicy dobrego smaku. Ale może to jednak ciągle jest tylko dobry smak rodziców?

  • Najczulszy uśmiech

    Najczulszy uśmiech

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków.

    Poprzednią książkę duetu Wechterowicz & Dziubak umieściłam w rankingu najlepszych dziecięcych książek, warto więc przeczytać i tę. O ile historia dwóch niedźwiedzi to męska przygoda, bo w świat idą przytulać miś-tata i miś-syn, o tyle „Uśmiech dla żabki” to przygody mamy i córki. Podobnie jak „Proszę mnie przytulić” to szalenie optymistyczna opowieść o sile miłości. Mama żabka pracuje w leśnym sklepie, córeczka czeka na nią na liściu nenufaru w stawie. Stęskniona mama prosi, żeby zwierzęta przekazały córce uśmiech i tak po lesie wędruje mnóstwo roześmianych – miłośnie uśmiechniętych zwierząt. Każde z nich przekazuje uśmiech dalej, od mamy odebrał go Bóbr, przekazał kolejnemu zwierzakowi, a do córki dociera dopiero Kaczka. Żabia mama poprawia zatem nastrój nie tylko własnemu dziecku, ale i innym zwierzętom, które stają się bardziej radosne, szybsze, zwinniejsze, lżejsze…

    To jedna z takich książek, które po prostu są, nie ma w niej żadnych pouczeń, nie służy żadnym domowym interwencjom, nie pomaga rozwiązywać kłopotów rozwojowych, ani nie oswaja lęków. To zabawna, bardzo czuła opowieść o miłości. Prosta fabuła, uśmiech przekazywany przez kolejne zwierzęta dalej nawiązuje do jednego z modeli klasycznej bajki dziecięcej (powtarzania tego samego motywu poprzez jego rozpisywanie na różnych bohaterów), posłuży więc kolejnym rocznikom, nie ma w niej bowiem niczego, co mogłoby się postarzeć.

    Morał z tej książki jest bardzo pozytywny, słodki i zarazem bardzo gorzki: stanowi marzenie każdego z rodziców. „Mama mnie bardzo kocha, już nigdy nie będzie mi smutno” – mówi mała żabka. Cóż, to właśnie największe pragnienie rodziców, niestety okres, gdy dziecku do szczęścia wystarczy ich miłość, trwa dość krótko…

  • Najfajniejsza jest Klara

    Najfajniejsza jest Klara

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    To trzeci tom trylogii Barbro Lindgren, równie zabawny, jak dwa poprzednie, podobnie też skomplikowany na poziomie psychologicznym. Tym razem przygód doświadczają Boluś i Braciszek, który już trochę dorósł, wspólnie wyruszają nad staw tuż po tym, jak mama stanowczo takiej wyprawy zabrania. To staw jednak, a nie plac zabaw, stanowi centrum dziecięcego świata i na brzegu spotykają się dzieci grzeczne i niegrzeczne (wielki powrót klawych knurków!). Okazuje się, że Boluś i Braciszek dzielą fascynację miłosną: obaj bardzo kochają Klarę, ciemnoskórą, „najfajniejszą świnkę”. Gdy najgorszy klawy knurek, paskudny Rolcio, wpycha Braciszka do wody, to właśnie Klara bohatersko ratuje prosiaczka. Zazdrosny o siedzenie na kolanach Klary Boluś, stara się poślizgnąć, żeby także zostać uratowanym…

    Lindgren gra tu z różnymi stereotypami: to świnka-dziewczynka ratuje dwóch chłopaków, miłość sama nie wystarczy – bo obu prosiaczkom dość szybko nudzi się siedzenie na kolanach Klary i ruszają szukać przygód.

    W poprzednich częściach Boluś był zazdrosny o braciszka, o zainteresowanie matki i jego fantastyczny smoczek. Teraz zabiega o zainteresowanie Klary, ale poza tym Braciszek staje się partnerem jego chłopackich przygód: więź umacnia się, prosiaczki chrumkają sobie wspólnie na dworze. Oczywiście wszystko komplikuje się, bo klawe knurki knują.

    Nie ma w tej ksiące nachalnej pedagogiki, żadnych dydaktycznych zapędów, poza sugestywnym morałem: mokrzy po upadku do wody chłopcy szukają schronienia, bo wiedzą, że nie mogą wrócić do domu (mama od razu się domyśli, skąd przemoczone ubrania) – nie istnieje zaś żadne inne bezpieczne miejsce.

    Zabawna opowieść, świetne, proste ilustracje, nieskomplikowana fabuła, w której autorka zakorzenia mnóstwo znaczeń. Boluś rządzi.

  • Co tak burczy?

    Co tak burczy?

    W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”.

    To kolejna już świetnie zrobiona książka Oli Cieślak, dowcipna, pouczająca i dobrze narysowana. Nie ma tu żadnych realistycznych ilustracji, mnóstwo za to rozwichrzonych, pozornie tylko niedopracowanych linii. Cieślak daje nam nowoczesną książkę dziecięcą.

    „Co tak furczy? Co tak burczy?” – pyta mały słoń. Chodzi oczywiście o burczenie w brzuchu, o głód, a tym samym o uczenie się o tym, co można zjeść. Autorka pokazuje jedzenie jako przygodę, a nie smętne przedszkolno-domowe medytowanie nad talerzem. W tej historii nie znajdziemy najbardziej przerażającego zdania, które słyszeliśmy w dzieciństwie: „Nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”. Słoń i myszki codziennie zjadają coś innego. Jest to jadłospis egzotyczny, ale tylko na poziomie językowym. W środę zwierzątka spożywają renklody, w czwartek – radamer, w niedzielę – pavlovą. Cieślak pokazuje zatem, że jedzenie jest zabawne i ciekawe, nawet jeśli jemy ser żółty, śliwki albo tort z owocami i bezą. Na koniec: „Nie do wiary! Po tygodniu poluzować muszę spodium. Z taką dietą każdy zuch w tydzień wyhoduje brzuch!”. Cieślak przypomina, że za każdym daniem stoi jakaś historia, z każdą wiąże jakiś rymowany, prosty wierszyk, który wpadnie w ucho dwulatka-niejadka.

    To ważne, żeby dzieciom jedzenie nie kojarzyło się z tym, co nudne, żeby nie czuły się do niego zmuszane. Cieślak demokratycznie łączy w swojej książeczce to, co zdrowe (pomidorki ze szczypiorkiem) i to, co atrakcyjne (pizza, frytki), to, co dla dorosłych (camembert) i to, co dla dzieci (manna z miodem). Powstanie z tego książka-kuchnia fusion dla najmłodszych na grubych kartonowych stronach.

  • Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Będę cię chronił, czyli jak zaakceptować młodsze rodzeństwo

    Wśród dydaktycznych książek dziecięcych ważne miejsce zajmuje pewna wyraźna grupa tematyczna: książki przygotowujące na pojawienie się młodszego rodzeństwa.

    Problem ważny, źle rozwiązany powoduje poczucie odrzucenia, istotne jest więc znalezienie takiego tekstu, który oswoi zagadnienie, jakoś się przybliży. Kłopot z tym tematem polega jednak na tym, że szalenie trudno jest w interesujący sposób przedstawić powiększenie rodziny, narodziny jakiegoś młodszego zajmującego dorosłych potwora. Autorzy większości książek przynudzają albo dramatyzują – nadzwyczaj często dostajemy opowieść o tym, jak fantastycznie jest być starszym, że można dzielnie zajmować się kimś młodszym, pomóc rodzicom w opiece nad małym, płaczącym bobasem. Żadne rozsądne dziecko nie da się uwieść liście obowiązków! Tylko wyjątkowo tępym dorosłym, pozbawionym wyobraźni albo elementarnych wspomnień z dzieciństwa może się wydawać, że takie przesłanie zainteresuje nieszczęśliwych posiadaczy młodszego rodzeństwa. W innych tekstach problem rodzeństwa zostaje rozwiązany w wątku dramatycznym: starszy brat może się wykazać, uratować malucha z opałów, z prawdziwej katastrofy (wszyscy, którzy czytali tom Tupcio Chrupcio. Mam rodzeństwo wiedzą, o co chodzi). Nie jest to specjalnie praktyczne rozwiązanie: choć większość rodziców, zajmując się noworodkiem i zazdrosnym starszym dzieckiem, marzy często o trzęsieniu ziemi, to jednak nie ma co na nie liczyć w prawdziwym życiu.

    Wszystkich tych mielizn unika najnowszy tom przygód Henia. Stephanie Blake nie tylko pokazuje, jak czuje się każde starsze dziecko (zazdrosne, ale i niepewne miłości rodziców), ale i pokazuje w bardzo atrakcyjny sposób, jakie są korzyści z posiadania młodszego rodzeństwa. Nie ma tutaj przepływu dobra od starszego do młodszego (czyli wiecznego powtarzania, że jesteś starszy i MUSISZ się opiekować młodszym), a dokładnie odwrotny. Henio nie może spać w nocy, bo boi się „tysięcy milionów wielkich złych wilków”. Rodzice nie pozwalają mu się wdrapać do ich łóżka i Henio w korytarzu słyszy swojego młodszego brata. Zabiera go do swojego łóżka i dzięki obecności małego zasypia spokojnie, „głupi dzidziuś” chroni przed koszmarami. Takie proste rozwiązanie pozwala pokazać, że starsze rodzeństwo opiekuje się młodszym, ale też coś dzięki temu zyskuje. Nie ma tu żadnych słodkich, ale i okrutnych deklaracji, żadnego przymusu.

    Każda z książek cyklu zawiera jedną ilustrację składającą się z wielu mniejszych obrazków. W tym tomie, na tej właśnie stronie rozpisane są wątpliwości Henia: „Jest już u nas trzy dni… Może zostanie na zawsze… To straszne…”. Skrótowość pozwala osiągnąć dwa cele: z jednej strony mały czytelnik odczuwa wspólnotę losu i doświadczenia, utożsamia się z Heniem, z drugiej jednak – nie ma tu miejsca na długi i plastyczny opis nieszczęścia (co jest kolejną winą innych książek o młodszym rodzeństwie, rozbudowujących nadmiernie tę część ekspozycji, która poświęcona jest niepokojom starszaka).

    Stephanie Blake, autorka kontrowersyjnego Kupa siku i tym razem nie jest grzeczna. Henio mówi o swoim bracie „głupi dzidziuś”, co nie wszystkim rodzicom się spodoba. Sądzę jednak, że korzyści, jakie daje ta książka, jej pogodny nastrój, a nawet jej buntowniczy charakter świetnie pozwalają oswoić traumatyczne doświadczenie.