Mam problem z pożądaniem. Należę do grona, które się poci i dyszy przy książkach nieoczekiwanych, a nie wzrusza przy obiektach wywołujących powszechny podziw. Na przykład nie elektryzuje mnie Booker, tętno nie łomocze przy Noblu, nawet Gdynia wywołuje tylko lekkie drżenie rąk.
Stąd informacja, że wychodzi kolejna książka autorki nominowanej do Bookera, nie odesłała mnie do pośpiesznego reaserchu, jednak Karen Russell, bo to o niej mowa, napisała powieść, dla której tło stanowią burze piaskowe z lat 30., a o tym M. tłumaczył kiedyś genialny reportaż. I tak okrężną drogą sięgnęłam po „Antidotum” Russell, wielogłosową, opasłą powieści osadzoną na amerykańskiej prowincji doby kryzysu ekonomicznego, dewastowanej jeszcze dodatkowo przez ten, spowodowany przez człowieka, fenomen.
I pociłam się przy niej z podniecenia, i dygotałam.
Russell w „Antidotum” buduje duszną, halucynacyjną atmosferę katastrofy – ekonomicznej, ekologicznej, i egzystencjalnej też. Autorka przeskakuje między czterema punktami widzenia, prowadzi skomplikowaną i gęstą narrację w sposób niesłychanie klarowny. Tytuł odnosi się do firmy Neddy, preriowej wiedźmy, która w depozyt przyjmuje opowieści o traumie i strasznych doświadczeniach obcych ludzi. W momencie transferu działa jak medium, sama nie słyszy, jaką opowieść przyjmuje, na żądanie je też zwraca, ona jest tylko magazynem, rodzajem skrytki – pod takim mianem zresztą funkcjonuje w społeczności. Trafia do niej nastolatka, Asphodel, która sama chce zostać Skrytką, osierocona przez matkę – ofiarę seryjnego mordercy. Oskarżony o to i inne zabójstwa zostaje młody chłopak, robotnik sezonowy, aresztuje go szeryf, który w więzieniu umieszcza też Neddę. Potworna burza piaskowa sprawia jednak, że kobieta traci wszystkie depozyty – za przechowanie których wzięła już pieniądze. Jej praca stanowi metaforę zarówno pracy emocjonalnej, jak i kapitalizmu: bohaterka działa jak bank, przyjmuje „depozyty” traumy i sekretów, aż w końcu sama bankrutuje. Ten wątek pozwala autorce mówić o pamięci jako ciężarze i zasobie jednocześnie, o czymś, co można oddać, sprzedać, utracić.
Ofiarami seryjnego mordercy padają kobiety białe, ale też kobiety rdzenne, co jednak nie interesuje ani mediów ani lokalnej wspólnoty. Russell nie wprowadza tu postaci rdzennych, operuje inaczej – podkreśla brak głosu, niemożliwość reprezentacji, inny rodzaj białej plamy. Nie chce tego miejsca zagadać i zapełnić, woli pozostawić je puste – bo tylko tak będzie to odpowiednie odwołanie do zamazywanej historii amerykańskiej. Dopiero w posłowiu pisze o setkach lat życia plemion Paunisów na tych terenach, o tym, jak potrafili prowadzić gospodarkę niewyjaławiającą. Tymczasem nadejście białych osadników i ich rabunkowa polityka karczowania i orania doprowadziła w krótkim czasie do katastrofy.
„Anitdotum” łączy realizm historyczny z elementami magicznymi, świat skrajnej nędzy z Uz w Nebrasce jest tu metaforą współczesnej rzeczywistości, w takim samym stopniu, w jakim jest też opowieścią historyczną. Do miasteczka przybywa czarna fotografka, Cleo Allfrey, która ma na zlecenie robić bardzo precyzyjnie określone zdjęcia. Nie wywiązuje się jednak z tego zamówienia, uwiecznia to, co rzuciłoby się w oczy współcześnie – biedę, rasizm, przemoc.
Narracja w „Antidotum” jest wielogłosowa, fragmentaryczna, często przechodzi między perspektywami, co wzmacnia wrażenie rozpadania się świata. Śmierdzi tu biedą, wszystko zatyka pył, rośnie śmiertelność spowodowana chorobami płuc. W tych okolicznościach ludzie reagują skrajną przemocą i religijnym fanatyzmem, wzmacnianiem reguł społecznych, których sami nie potrafią zastosować.
Wszystkie wątki, pozornie niepowiązane ze sobą, łączy funkcja demaskatorska. Russell dokonuje rewizji historii USA: demaskuje mit „pustej ziemi”, pokazuje Dust Bowl jako efekt kolonialnej eksploatacji, podkreśla rasizm lat 30., koszty moralności purytańskiej – 15-letnia, ciężarna Nedda trafia do ośrodka, który ma „ułatwiać adopcje”, a jest miejscem izolacji kobiet, które spodziewają się pozamałżeńskiego dziecka i pasem transmisyjnym do odbierania im dzieci, które nie mogą być wychowywane przez istoty pozbawione „kręgosłupa moralnego”.
Tę książkę czyta się z gniewem – poza pożądaniem literackim spowodowanym świetną prozą – wytwarza się właśnie taka emocja, poczucie niesprawiedliwości uwiera. A to chyba najlepsze, co powieść może po sobie zostawić.
Karen Russell, Antidotum
tłum. Maria Makuch
Znak 2026






