Blog

  • Mizoginia jako kara

    Mizoginia jako kara

    To nie jest feministyczna wydmuszka, choć wydaje się, że o relacji Sylvii Plath i jej męża nie można powiedzieć już nic nowego. Emily Van Duyne pracuje na uniwersytecie, poświęciła Plath prace naukowe, a tutaj dokonuje rozliczenie nie tylko ze sposobem, w jaki Hughes traktował Sylvię i w jaki obchodził się z jej tekstami (dwa dzienniki pisane przez nią w ostatnich latach życia zniszczył lub zgubił), ale też ze sposobem opracowywania jej twórczości przez krytyków.

    To jest książka o umniejszaniu i podważaniu prawa do zabieraniu głosu – najpierw przez Teda Hughesa w odniesieniu do Sylvii, później przez część krytyki w odniesieniu do jej czytelników: gdy uważa się, że klucz biograficzny, poszukiwanie emocjonalnej prawdy, afektów w jej tekstach jest gorszym rodzajem lektury. Van Duyne bierze je wszystkie na warsztat, z wprawą porusza się nie tylko po biografii Sylvii, po nurtach literackich, ale też po historii feministycznych protestów w społeczeństwie amerykańskim, ostateczną, najszerszą ramą jest bowiem #metoo i momenty oporu sprzed 10 lat.

    W „Kochając Sylvię Plath” doprawdy nie chodzi o miłość – nie chodzi też w sumie o biografię. Owszem, pojawia się ona (biografia, bo o miłość tu naprawdę trudno), ale w sensie krytycznym, w ramach rewizji wcześniejszych wersji i odczytań. Van Duyne przesuwa akcenty, inaczej rozpisuje wydarzenia z życia autorki „Ariel”. Rewizjonizm jest tu jednak bardzo głęboko osadzony w dokumentach – autorka zagrzebała się w archiwach, do napisania tego eseju wykorzystała dane, które zbierała przez lata. W klasycznych biografiach Plath dużo pisze się o jej depresji, niestabilności albo po prostu „histerii” (nie ma gorszego oskarżenia wobec kobiet) oraz o autodestrukcyjnej osobowości. Van Duyne nie neguje epizodów załamania, ale pokazuje je na szerszym planie – na przykład na tle brutalnych metod leczenia, jakie wtedy stosowano (elektrowstrząsy), także wobec innych kobiet: Kennedy wysłał do tego samego szpitala swoją żonę Jacqueline. Dodatkowo też pokazuje presję akademicką, społeczną i ekonomiczną, opisuje różne rodzaje przemocowej kultury, z którą zderzały się kobiety w latach 50. Van Duyne próbuje też rozsadzić mit Plath jako złej matki, która poprzez samobójstwo porzuca swoje dzieci. Pokazuje, że jej macierzyństwo było samotne, że izolowało ją od życia, pogłębiając chorobę, a ona sama pracowała pod ogromną presją opieki. Większość jej życia, wyłaniająca się z tego eseju, to krzątanina: własna praca, praca domowa, poprawianie prac studentów męża, by on mógł pisać, promowanie jego poezji, przepisywanie jego wierszy na maszynie, wysyłanie ich na konkursy – to zajęcie asystentki, żony i pomocy domowej w jednym.

    To także esej feministyczny, wykorzystujący teorie różnych badaczek analizujących mechanizmy mizoginii. Dla Van Duyne mizoginia nie jest tu jedynie stałą, strukturalną cechą systemu patriarchalnego, ale aktywnie i jednostkowo karą stosowaną wobec tych kobiet, które w jakiś sposób okazują się „niepokorne”. Na tym poziomie jest to też autobiograficzny esej krytyczny, bo autorka wprowadza własne doświadczenie przemocy jako narzędzie interpretacyjne.

    Cała opowieść ma charakter śledztwa, które ma pokazać, jak mityzowano postać Sylvii Plath, czyniąc z niej poetkę obłąkaną, pochłoniętą przez sztukę. Tymczasem Van Duyne identyfikuje kluczowy błąd logiczny: czy twórczość spowodowała śmierć, czy śmierć tłumaczy twórczość? Jednocześnie nie pisze wcale listu gończego za Tedem Hughesem, nie pisze „Hughes zabił Plath”. Pisze raczej: „powstała narracja, która go chroniła”, a jednym z jej elementów była właśnie owa legenda Plath jako poetki przeklętej, skazanej na samobójstwo (oraz młodej, niedoświadczonej, pozbawionej sukcesów, stworzonej przez męża i dostrzeżonej dzięki jego sławie). To subtelne, ale fundamentalne przesunięcie. Najważniejsze zaś w jej opowieści jest pozbawione fatalizmu ukształtowanie perspektywy – uwaga autorki nie jest tutaj skupiona na śmierci Plath, to nie jest najważniejsze wydarzenie, rzucające cień na resztę historii.

    Napisałam na początku, że to nie wydmuszka – nie ma tu tonu sensacji, jest za to 50 stron przypisów. To nie jest sentymentalna opowieść o burzliwym małżeństwie i genialnej poetce, która wikła się w toksyczny związek, jakich dużo się już na jej temat ukazało. Van Duyne, sama ofiary przemocy ze strony partnera, potrafi wykorzystać furię i poczucie krzywdy w najlepszy możliwy sposób. Ujawnia się, ale nie skupia na sobie, pokazuje za to, przy użyciu różnych przykładów, w tym Sylvii i własnego, mechanizmy służące do intelektualnego wykorzystania pracy kobiet oraz podważenia ich poczucia wartości.

     

    Współpraca: Wydawnictwo Znak Literanova

    Emily Van Duyne

    Kochając Sylvię Plath

    przełożyła Agata Ostrowska

    Znak Literanova

    Kraków 2026

  • Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    W „Stygmacie…” antysemityzm nie jest historycznym tłem ani publicystycznym komentarzem. Jest doświadczeniem egzystencjalnym, które współtworzy biografię Heleny Wolińskiej Włodzimierza Brusa, kształtuje ich wybory życiowe i polityczne. Autorka, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz prowadzi czytelnika przez kolejne dekady XX wieku, pokazując, że przemoc wobec Żydów nie była ani incydentalna, ani lokalna. To jest cień, który unosi się nad całym XX wiekiem – niby zmienia formy, ale powraca w momentach kryzysu i zawsze śmierdzi tak samo.

    Trudno pisze się o książce, której każda z 792 stron zostanie przez polską prawicę prześwietlona – wiadomo, że atak nastąpi, znamy jego kierunek i przewidzieć możemy treść – pojawią się oskarżenia o to, że Kwiatkowska-Moskalewicz relatywizuje zło, jakie wyrządzili jej bohaterowie. No więc właśnie wcale go nie relatywizuje, ale pokazuje ich decyzje na bardzo szeroki tle epoki. Zastanawiałam się w ogóle, na jakiej zasadzie sięgnęła ona po ten temat, w jaki sposób uczyniła go własnym – odpowiedź jest tu zaskakująco prosta, bo autorka opisuje XX wiek w Polsce przez pryzmat mniejszości, ich dziejów, kolejnych represji, tumultów. Nie tylko „mniejszości” żydowskiej w międzywojniu, ale też ukraińskiej, białoruskiej i innych. I Polska nie wygląda tu ładnie, nie chciałoby się w niej mieszkać.

    Dwudziestolecie międzywojenne nie jawi się w tej książce jako czas spokojnej asymilacji i wiele jest tu przykładów przemocy – od pogromu w Płocku w czasie wojny polsko-bolszewickiej (Rabin Chaim Szpiro został rozstrzelany po pospiesznym sądzie polowym, choć – jak później ustalono – był niewinny), przez przymusowe modlitwy, niemożliwość odrzucenia religii, getta ławkowe, niedopuszczanie do studiów. W Warszawie ONR-Falanga nawoływała wprost do zabójstw: „Nie ma innej rozmowy z Żydem oprócz uderzenia sztyletem i kuli”. 1939 i wybuch wojny nic to nie zmieniają, bo Lwów, do którego trafiają młodzi uciekinierzy opisany jest jako miasto barwne i wielokulturowe, ale zarazem „miasto przemocy, gdzie polska armia zaczęła swe porządki od pogromowych mordów”. Uniwersytet Jana Kazimierza – miejsce, które miało być przestrzenią formacji intelektualnej – staje się areną nagonki. Lwów był pierwszym miastem, które wprowadziło getto ławkowe. Autorka przypomina konkretne nazwiska i okoliczności: na dziedzińcu politechniki zasztyletowano Samuela Prowellera, w laboratorium chemicznym zmiażdżono łomem czaszkę Markusowi Landesbergowi, na sali uniwersytetu medycznego znaleziono pocięte skalpelem ciało Karola Zellmeyera. „Stygmat…” jest tak potężnie gruby także dlatego – bo autorka potrzebuje miejsca, by wyliczyć mordy, miejsca tarć, zagrożenia życia. Wojna wcale nie osłabia walki – AK ma cały pion oddelegowany do walki z komunistami, a głównym zarzutem wobec nich jest żydowskie pochodzenie.

    Wojna przynosi radykalne zerwanie tylko jeśli chodzi o skalę przyzwolenia na przemoc wobec Żydów i współpracy w jej ramach. Przykłady padają dziesiątkami, trudno je wszystkie tu wymienić. Wolińska i Brus tracą rodziców i młodsze rodzeństwo, przyjaciół, własne dziecko, gubią się. Odnajdą się dopiero po wojnie i w sposobie opracowania tego wątku najlepiej widać, że Kwiatkowska-Moskalewicz nie sentymentalizuje swoich postaci, nie usprawiedliwia ich. Mogłaby zrobić z ich związku wielkie love story, ale nie robi tego, podkreślając odpowiedzialność Brusa za całkowite porzucenie córek i ich okłamywanie, gdy odchodził do Wolińskiej („tatuś jedzie w daleką podróż”).

    Brus w czasie Zagłady przebywa w ZSRR, gdzie nie chcą go przyjąć do armii, bo jest Żydem. Wolińska spędza ją w Polsce – wiele razy w absolutnym zagrożeniu życia.  Zagłada nie jest w tej narracji abstrakcją ani symbolem – jest doświadczeniem biologicznego zagrożenia, w którym przynależność etniczna decyduje o życiu i śmierci. Po wojnie Wolińska nazywa partię „rodziną” i te słowa, jeśli zderzymy je z historią wojenną nabierają innego znaczenia: nie są deklaracją tępej, zaślepionej partyjniaczki, ale kogoś, kto tylko dzięki pracy w konspiracji PPR miał jakiekolwiek prawo do decydowania o sobie. Po utracie bliskich struktura polityczna stała się dla niej jedyną trwałą wspólnotą.

    Po wojnie przemoc nie znika, a Kwiatkowska-Moskalewicz nie powtarza przekonania prawicowych historyków o demonicznych wpływach Wolińskiej na całą strukturę policji politycznej. Autorka przypomina rozmowę w gabinecie premiera w dniu, gdy dotarła wiadomość o pogromie kieleckim. „Stało się wielkie nieszczęście, pogrom w Kielcach” – padają słowa. Choć Wolińska próbuje postawić sprawców przed sądem, ponosi porażkę. Tymczasem w reakcji części hierarchii kościelnej pojawiają się interpretacje, które powielają przedwojenne klisze o „żydokomunie” i rzekomych mordach rytualnych.

    W 1968 roku powraca język wykluczenia. W przemówieniu Gomułki obywatele żydowskiego pochodzenia zostają podzieleni na kategorie, a niektórym oferuje się „paszport w jedną stronę”. Atmosfera w Warszawie jest tak napięta, że część ludzi obawia się wybuchu pogromu. Choć do fizycznej masakry nie dochodzi, stygmat pozostaje.

    W „Stygmacie” antysemityzm jawi się więc jako ciągłość doświadczenia. Od pogromów pierwszych lat niepodległości, przez brutalność uniwersyteckich bojówkarzy, po Zagładę, Kielce i Marzec ’68 – kolejne odsłony przemocy i wykluczenia nakładają się na siebie. Biografia Wolińskiej i Brusa zostaje wpisana w ten długi cień. Autorka nie twierdzi, że doświadczenie antysemityzmu usprawiedliwia ich późniejsze decyzje. Pokazuje jednak, że bez uwzględnienia tej historii nie sposób zrozumieć ich lojalności wobec systemu.

    Antysemityzm w tej książce nie jest argumentem retorycznym. Jest jednym z kluczowych mechanizmów XX wieku – mechanizmem, który współtworzy zarówno prywatny los bohaterów, jak i zbiorową historię Polski.

    Lubię tę książkę dlatego, że gdy moje dzieci pokąpią się jeszcze trochę w sosie patriotycznym warzonym ciągle w szkołach (a słyszałam ostatnio uniesienia J., o geniuszu Piłsudskiego), to ja myk i dam im „Stygmat” do przeczytania na odtrutkę.

  • Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    W najnowszym zbiorze opowiadań Jacka Dehnela nie przegrywa się życia nagle i publicznie. Przegrywa się je po cichu, w czasie, który nie ma świadków, w biografiach zapamiętanych przez cudze anegdoty, policyjne akta albo jeden źle zachowany przedmiot. Historie łajdackie” są książką o tym, co zostaje po ludziach, których los nikogo nie zainteresował — ani państwa, ani wspólnoty, a często też ich samych. To proza gęsta, materialna, jednocześnie bezlitosna w diagnozie: wina nie daje tu sensu, kara nie przynosi oczyszczenia, pamięć okazuje się bardziej trwała w rzeczach niż w ludzkich opowieściach.

    Przegrane życie nie ma formy katastrofy – dokonuje się w drobnych, nieefektownych przesunięciach. Dehnel konsekwentnie pokazuje przegrywanie nie jako moment spektakularnego upadku, lecz jako ciąg drobnych decyzji, zaniechań i kompromisów, które z zewnątrz pozostają niezauważalne. Bohaterowie funkcjonują „normalnie”: pracują, rozmawiają, szukają relacji. Tymczasem ich życie się rozpada, bez punktu kulminacyjnego, bez dramatycznego gestu, który mógłby zostać rozpoznany jako klęska. Przegrana nie ma świadków, bo nie ma jednego momentu, który dałoby się nazwać porażką – jest procesem powolnym i rozproszonym.

    Nie można postawić jasnej tezy, że w świecie „Historii łajdackich” upadają ci, którzy są bierni i nie potrafią się wyłamać z konwenansu, normy społecznej (choć ich Dehnel nie znosi najbardziej i oni muszą przyjąć ciężar ironicznej narracji). Żeby było sprawiedliwie: przegrywają też ci, którzy ze wszystkich sił walczą o zmianę i lekceważą normy. Para kochanków z „Ćwiartki papieru” nie tylko porzuca swoich partnerów, ale też w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża z miasta, szuka pracy. Dehnel to jednak złośliwe bóstwo i nie wynagradza za podejmowanie starań, karze jednak za brak aktywności – ubodzy kochankowie uciekający do Nowego Sącza są w gruncie rzeczy równie nieszczęśliwi co aptekarz Stenzl, mieszczanin z XIX-wiecznego Kufsteinu, prowadzący na ryneczku swój zakład, zatrudniający subiektów. „Kochał, oczywiście, żonę i dzieci, swoich nieżyjących rodziców, Boga i kraj, ale każda z tych emocji miała swoje stałe miejsce, jak szufladkę w aptecznej komodzie, z pięknie wykaligrafowanym na emaliowanej tabliczce oznaczeniem; wystarczyło, by dbał o te szufladki jak o całą resztę swojej firmy, to jest pamiętał o zapełnianiu ich odpowiednimi rytuałami: żeby odezwać się do żony życzliwym słowem, a czasem nawet jakimś wyszukanym, nieco sztywnym komplementem, wziąć dzieci na kolana i kupić im pomarańczy czy pożytecznych książeczek na Święta, chodzić na msze i modlić się na grobach” – szaleństwo po prostu.

    W przypadku Stenzla samotność przegranej polega na niemożności jej nazwania – ani przed innymi, ani przed sobą. Najbardziej dotkliwa w Dehnelowskim obrazie przegrywania jest niemożność opowiedzenia własnej porażki. Bohaterowie nie tyle ukrywają swoje przegrane życie, ile nie dysponują językiem, który pozwoliłby im je rozpoznać. Otoczenie widzi ich w rolach społecznych – sąsiadów, pracowników, partnerów – i nie ma powodu podejrzewać katastrofy. Samotność polega więc na tym, że przegrywanie odbywa się bez narracji, w ciszy, która nie domaga się współczucia ani interwencji. To samotność egzystencjalna, a nie towarzyska.

    I ostatni wreszcie wątek tych ćwiczeń z porażki, które opowiada Dehnel w „Historiach łajdackich” – moralna ambiwalencja, bo przegrani nie są ani niewinni, ani winni – są uwikłani. Przegrywający bohaterowie nie są jednoznacznie skrzywdzeni przez los czy historię; często sami współtworzą własną klęskę, choć nie w sposób w pełni świadomy. Przegrywanie powstaje w bardzo konkretnych gestach: jak u bohaterki Nieznajomej z Sekwany”, która „odmawia życia, w którym go nie ma” i decyduje się na samobójczy skok, wiedząc, że jej dramat pozostanie nienazwany i wstydliwie przemilczany. Ta ambiwalencja wzmacnia samotność przegranej, nie można jej łatwo przypisać komuś innemu ani usprawiedliwić. Przegrywanie staje się stanem egzystencjalnym ludzi uwikłanych w czas, klasę, historię i własne słabości.

    Na tym tle wybijają się dwa opowiadania, takie, które w jakiś sposób nie dają mi spokoju: „Nieznajoma z Sekwany” i „Czterech, czwartek” – dlatego, że „porażka” jakoś nie pasuje do ciężaru obu tych opowieści. Dehnel lubi pisać tak, że wchodzi od razu w cudze buty, w inne życie. Wpadamy więc in medias res w obce jakieś dekoracje i musimy się połapać, kim i gdzie jesteśmy. „Nieznajoma…” pozwala się nam miękko osadzić – miękko, choć na katafalku. Oto nie ma bowiem żadnego zagrożenia etycznego dla nas, czytających, bo młoda służąca popełnia samobójstwo z miłości. Dehnel jednak zadaje tu pytania najważniejsze: odrzuca łatwe tezy o ciąży, o złamanym sercu, nie pozwala nam myśleć o niej jako o naiwnej panience. W jego wersji Nieznajoma skacze do Sekwany, bo nie chce żyć w świecie bez relacji, w samotności i zimnie i głodzie. I ta drobna zmiana jakoś zupełnie zmienia wydźwięk całego opowiadania, usuwa sentymentalne uniesienia, zdejmuje politurę, robi z tego trzeźwy głos w sprawie rozpadu więzi. Zaraz po tym opowiadaniu znajduje się w książce „Czterech, czwartek”, oparte na takim samym rozwiązaniu narracyjnym: wpadamy do stolika, przy którym po II wojnie siedzi i pije ostro czterech facetów. W książkach Dehnela trzeba jednak stąpać ostrożnie, bo lubi on wysyłać swoich czytelników nie tylko na dzikie poszukiwania ukrytej tajemnicy, ale też na manowce moralne. Współczujemy więc ubogim mężczyznom walczącym po wojnie o chleb, o rodzinę. Co więcej, trzymamy kciuki za tych z owej grupki, którzy rodziny jeszcze nie założyli, a o niej marzą. Wszystkie te nasze empatyczne odruchy autor „Historii łajdackich” potraktuje jednak właśnie po łajdacku. To jest chyba jeden z powodów, dla których czytamy – żeby dostać szoku i dyskomfortu?

    Większość recenzji z „Historii łajdackich” będzie się skupiać na roli przedmiotu, na tym, jak Dehnel pracuje z materią historyczną, jak przeżywa, wykorzystuje, wbudowuje w narrację elementy materialne – ale to tylko wierzch i pozłotka. To jednak, co mnie w tym zbiorze opowiadań najbardziej interesuje, to trwanie po katastrofie, życie po porażce. Dehnela opowiada nie tylko moment katastrofy, lecz i to, co dzieje się po niej: długie trwanie w milczeniu, izolacji i rutynie, kiedy przegrywanie życia dokonuje się bez świadków.

    No, w sam raz na koniec tej zimy, która trwała o 8 miesięcy za długo 🙂

    Współpraca: Znak Literanova

  • Zmęczony gniew

    Zmęczony gniew

     

     

    Ołeksandr Myched, Kotek, kogutek, szafka

    przeł. Andrej Saweneć, ilustr. Żenia Połosina

    Warsztaty Kultury 2025

    Podobno polskie społeczeństwo ma już dość Ukraińców – ich obecności, kultury, języka na ulicach. Nietrudno było pomagać w 2022, bo wtedy wszyscy nagle interesowali się kulturą, wpłacali na zbiórki i przyjmowali zziębnięte kobiety z małymi dziećmi (choć nawet wtedy w Krakowie było słychać, że oddawanie Ukraińcom biletów na zbirkom za darmo to już naprawdę przesada).

    Tym większy podziw dla tych instytucji, które wspierały i wspierają kulturę ukraińską, które starają się przybliżać przekłady, pokazywać wystawy dzieł ukraińskich osób artystycznych.

    Zwłaszcza że stałą cechą kultury ukraińskiej dzisiaj jest jej uwikłanie w wojenną świadomość – szukanie środków do opowiadania o niej w nowy sposób, jakby mierzenia się wciąż na nowo ze strasznymi obrazami wojennymi i rosnącą obojętnością potencjalnych czytelników. Czy to jest sytuacja podobna do tej z lat 50., kiedy jedni chcieli budować na nowo, a drudzy tkwili w niekończącej się pętli pamięci wojennej? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

    W każdym razie z tego ścierania się płyt Ołeksandr Myched, pisarz i żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy, próbuje wyjść przy użyciu konwencji baśniowej. M., w czasie mojej nieobecności otworzył paczkę kurierską i zobaczywszy ilustracje i tytuł, odłożył „Kotka, kogutka i szafkę” na stos dziecinny. Na szczęścia mała M. nie umie czytać całych tekstów, bo to kompletnie nie jest książka dla najmłodszych. Man nawet wrażenie, że dla starszych łatwa także nigdy nie będzie.

    Z reguły bowiem konwencja baśni ułatwia, upraszcza, oczyszcza – pozwala lepiej wybrzmieć pamięci, przyciągnąć bliżej odległe doświadczenia. Baśń żywi się czasem mitycznym, wiecznym tu i teraz. Myched używa jej z wprawą, świadom, jakie ciśnienie można wywołać, zbliżając do siebie różne momenty. Jego bohaterkami są przede wszystkim Sonia, babka, pamiętająca II wojnę oraz jej wnuczka, młoda Liza. Tylko one pozostają na wysokim piętrze w bloku na osiedlu w Borodziance kilka minut po rozpoczęciu wojny. Sonia nosi w sobie równocześnie żałobę po zmarłym mężu, który osierocił ją na starość i dziecięce wspomnienia wojny, głodu, powszechnej śmierci. Dzięki baśniowej konwencji zlewają się one w jedno. Nie ma różnicy pomiędzy ostrzałem wtedy i teraz, lęk jest tylko większy, bo mała Sonia bała się o siebie, a teraz drży z lęku także o swoją wnuczkę i o syna, który – rozlazły, bezrobotny, zalegający na kanapie u starej matki w czasie pokoju – po rozpoczęciu wojny zaciąga się do wojsk obrony terytorialnej.

    Myched sam stracił dom w pierwszym tygodniu wojny – trafiony pociskiem rosyjskim. Teraz na kilkadziesiąt stron rozpisuje historię jednej rodziny z jednego bloku na początku wojny. Mieszkańcy bloku nie rozumieją, co się dzieje, jaki charakter będzie miał ten konflikt, przewagę nad nimi ma właśnie Sonia – paradoksalnie dzięki swojej dziecięcej, niezaleczonej traumie ona wie, że dynamika wojny czyni z ludzi potwory, wie, jakie są zagrożenia, skąd płyną i jak się wobec nich zachować. Właśnie dlatego udaje jej się uratować wnuczkę, choć to młoda dziewczyna wydaje się dużo sprawniejsza i zdolna do działania.

    Nie ma wyjścia z traumy, zdaje się mówić autor. Nadzieja leży tylko we wspólnocie, w relacjach. Kolejne pokolenia przychodzą, uratowane przez starsze, ciśnienie wojenne wytwarza też większą miłość (choć i większe PTSD). Życie może być jednocześnie wypełnione „zmęczonym gniewem” i miłością, one biegną koło siebie, zwłaszcza w tej części Europy.

    Wydaje mi się, że brak puenty w tej historii jest niejako w nią wpisany – Myched jest pewny zwycięstwa, bo nie może inaczej funkcjonować, nie da się żyć z inną myślą.

  • Porno w naszych głowach

    Porno w naszych głowach

    Już w latach 30., krótko po publikacji, uznano, że powieść Faulknera pod amerykańskim tytułem „Sanctuary”, jest pornografizacją przemocy. To ciekawe, bo ani nie jest ona jego powieścią najbrutalniejszą, ani nie opisuje jakichś wyrafinowanych w swej brutalności scen. Rodzą się one w głowach czytelników, nie na ich oczach. Właśnie na tym styku pracuje Faulkner – na sugestii, na językowym budowaniu emocji i zdarzeń, konstruowaniu scen tak, by nic nie pokazać, ale powiedzieć wszystko. Tym ważniejszy wydaje się w takich sytuacjach przekład i Michał Tabaczyński, ten ostatni melancholik, późny spadkobierca modernizmu, prawnuk z rodziny Wilde’a, Woolf i Joyce’a, wykonuje tytaniczną pracę, by pogodzić całą wiedzę o przemocy z obrazami stworzonymi prawie sto lat temu.

    „Schronienie” pochodzi z 1931 roku, ukazało się po „Wściekłości i wrzasku” a przed „Absalomie, Absalomie”. Przypomnę tylko, że we „Wściekłości…” chodzi o domnieniamie gwałtu, naruszenie czystości – trzech braci stanowczo za bardzo interesuje się życiem seksualnym siostry Caddy. Nie wiemy, kto jest ojcem jej dziecka, jak do tego dochodzi, jej zniknięcie stanowi fundament całego świata, ale jednocześnie Faulkner nigdy nie oddaje jej głosu. Później, w „Absalomie…” z 1936 roku Henry Sutpen zabija swojego brata z powodu czarnego, a więc w jego oczach niewłaściwego pochodzenia.

    Później już Faulner leci na pełnej – w każdej innej powieści będzie pojawiać się zbrodnia i przemoc, jeśli nie gwałt, to lincz, zabójstwo, pobicie lub bicie, nękanie głodem, kary fizyczne.  Większość ciał, które opisuje Faulkner, nosi ślady, wspomnienia przemocy: blizny, opuchliznę, sińce należą do najłagodniejszych i najszybciej gojących się.

    Na to pole wkracza Tabaczyński wyposażony w wiedzę, co ze scenami przemocy zrobiła kultura ostatnich stu lat – nie tylko scenami wojennymi, opowieściami o potężnym narzędziu, jakim jest gwałt, grami, jakie toczy się z przemocą w literaturze realistycznej i nierealistycznej. Tabaczyński wie, co ze spadkiem po Faulknerze zrobili inni amerykańscy autorzy, w tym przede wszystkim Cormac McCarthy. Faulkner łączy przemoc z rozkładem społecznym, dziedziczną winą, rasizmem i chaosem Południa, a McCarthy – z egzystencjalną pustką, brutalnością natury i nihilizmem.

    Wszystkie te ciśnienia w powieści sprzed 30 lat są trudne, bo tłumacz wie więcej niż autor i nie może tej pary wypuścić (nie tylko z tekstu, ale też z siebie). Tabaczyński wie też, bo czytał książki i oglądał filmy, co widzi oko, jak się kadruje obraz, jak się manipuluje historią, oddając głos lub go zabierając. To ciekawe, że Caddy we „Wściekłości…” nie mówi, a Temple w „Schronieniu…” może zabrać głos. Cała ta wiedza musi się skanalizować zatem w precyzyjnym pilnowaniu porządku scen – co Tabaczyński robi perfekcyjnie – kto mówi i do kogo, gdzie w tej chwili są wszyscy inni bohaterowie/aktorzy zgromadzeni w pomieszczeniu, jak pada światło na łóżko, w którym kilka razy leży Temple. Jak włosy opadają na czoło skazańca i kiedy opada zapadnia i napina się sznur.

    U Tabaczyńskiego powieść Faulknera zamienia się w teatr i to jest uwaga bardzo pozytywna. Scena bowiem staje się z gruntu obca, ale też maksymalnie czytelna – widzimy świat dokładnie, studiujemy go uważnie. Tabaczyński, specjalista od Europy Środkowej, wędrowiec po Morawach, facet zapuszczający się na Słowację, trafia nagle na amerykańskie Południe doby prohibicji i wspaniale oddaje obcość tego krajobrazu, jego kompletną inność wobec naszego doświadczenia. Idziemy powoli za nim, prowadzeni przez jasne klarowne zdania, które nagle zaczynają się zlewać w słynne faulknerowskie obszerne paragrafy, gdy tylko zapada zmrok, albo przyspieszają samochody, który bohaterowie jeżdżą po lesie i melinach.

  • Zespół Manna-Kocha

    Zespół Manna-Kocha

    Żeby się zamierzyć na klasykę, tłumacz musi mieć jakąś strategię – i to wcale nie wobec autora oryginału, ale wobec osoby tłumaczącej ów oryginał po raz pierwszy (albo też wobec wielu tłumaczy wcześniejszych wersji). Krystyna Rodowska, kiedy tłumaczyła Prousta, toczyła wojnę z czasem zaprzeszłym i skomplikowaną składnią francuskiego zdania, które w oryginale było konkretne, ale po polsku rozlewało się w słowiańskim braku precyzji. Jednak jej głównym przeciwnikiem był zaszyty w te zdania Boy-Żeleński – w większym stopniu walczyła z nim niż z Proustem. Inną zupełnie strategię przyjmuje w nowym przekładzie Manna jego drugi tłumacz, Jerzy Koch. Właśnie ukazał się jego przekład „Buddenbrooków. Upadek pewnej rodziny”, siłą rzeczy sięgający do przekładu z 1931 roku, autorstwa Ewy Librowiczowej. Otóż Koch, jak przyznaje we wstępie, przywołuje jej pamięć i przekład, bo nie chce jej pracy zaorać, ale upamiętnić. Inna jest oczywiście sytuacja Rodowskiej i Kocha, Librowiczowa nie miała statusu polskiego ojca literatury francuskiej, jakim cieszył się Boy-Żeleński, nie odcisnęła trwałego piętna (choć to jej tłumaczenie wznawiano wielokrotnie) i historia tego przekładu nie musi wcale zaczynać się od ojcobójstwa.

    O ile Krystyna Rodowska mierzyła się z francuską precyzją i porządkiem zdania, o tyle Jerzy Koch zmagał się z „niemiecką fałdą” – jak sam ją nazywa. Nad jego przekładem jednak nie unosi się wcale zapach naftaliny, bo cała robota stylistyczna (akcja tej powieści osadzona jest przecież w I połowie wieku XIX) odbywa się tu niejako mimochodem, wypychając na przód język współczesny, nowoczesny. Mann pisze powieść, która zapowiada krach pewnej klasy społecznej i epoki, nastrój schyłku jest tu wyczuwalny na każdym kroku, choć nigdy nie zostaje nazwany. Tymczasem Koch przychodzi z końca czasów zapowiedzianych przez powieść noblisty, mając pełną wiedzę o zdarzeniach, które Mann dopiero przeczuwa.

    Justyna Sobolewska w dużym tekście o Mannie i Kochu dla „Polityki” napisała o dwóch kościołach – wyznawcach „Czarodziejskiej góry” i „Buddenbrooków”. Cóż, z lektury „Czarodziejskiej góry” wyniosłam głównie przekonanie, że madame Chauchat trzaskała drzwiami, a panowie kłócili się na spacerach. Być może na moją lekturę wpływ miał fakt, że wzięłam tę powieść na wakacje, kiedy pracowałam bardzo ciężko fizycznie i wylegiwanie na tarasie wydawało mi się luksusową fantazją. Zdecydowanie jednak palę świeczkę w sekcie „Buddenbrooków”, okadzam współwyznawców i wysyłam im tajne znaki na spotkaniach. Ta konkretna, mieszczańska powieść, która ze środka środowiska, z perspektywy Manna, spadkobiercy owej klasy mieszczańskiej, próbuje opowiedzieć o jej stopniowym zaniku, o samolikwidacji, a także o próbach wybicia się na jakiś rodzaj nadświadomości i jednoczesnego utrzymania wysokiej stopy życiowej, przemawia do mnie sto razy bardziej niż kaszel w Davos.

     Kiedy czytam tę nową wersję, wersję, w której Manna napisał Koch nowoczesnym polskim, zdramatyzowanym zdaniem, zwracając uwagę na wszystkie kolory i tekstury,  na kłamstwa bohaterów i ich miny, to nagle otwierają mi się „Buddenbrookowie” w nowym miejscu – jako powieść o wychowaniu.

    Od pierwszej sceny, w której mała Tonia niby siedzi na kolanach dziadka, ale jednak zdaje egzamin ze znajomości Biblii na pamięć, przez przymuszanie kolejnych dzieci młodszych, starszych i ludzi całkiem dorosłych, strategie subtelne, ale też bardzo przemocowe, czytam zupełnie inną historię. Dorosła Tonia musi wyjść za mąż za zamożnego przedsiębiorcę, wybranego przez rodziców – właściwie nie ma tu specjalnego przymusu, bo po prostu buntu, niezgody, nikt nie bierze pod uwagę. Serce pęka, kiedy na zakończenie wesela Tonia pyta ojca, zanim odjedzie ze swoim mężem: „Jesteś ze mnie zadowolony, papo?”. Tak samo tresuje się synów, uczniów w szkole – łamanie charakterów odbywa się powoli, małymi krokami, aż w końcu w dorosłość wchodzą wszyscy jako ludzie wytresowani. Za pierwszym razem, jakieś 20 lat temu, nie czytałam takiej książki, nie widziałam tych wątków w „Buddenbrookach”, może ornament był za gruby, żebym zobaczyła tę historię psychologiczną, a może ja byłam zbyt młoda, żeby to zobaczyć. Who knows.

    Jakbym żyła życiem rentierskim (rozmarzyłam się w trakcie lektury Manna), to chętnie bym napisała tekst o tłumaczach i ich relacjach wobec wcześniejszych tłumaczy tych samych tytułów.  

     

    Współpraca: Wydawnictwo WAB