Blog

  • Polska depresja kolonialna

    Polska depresja kolonialna

    Fabularne teksty Szczerka odsyłają mnie od razu do wspomnienia pandemii, bo wtedy ukazała się jego pierwsza powieść „Cham z kulą w głowie”. Teraz wyszła druga powieść, z tym samym bohaterem, odwołującym się trochę do „Psów” Pasikowskiego, a trochę do „Peaky Bliders”. Franciszek Kary, nazywany wiele razu Francem (stąd odniesienie do postaci granej przez Bogusława Lindę u Pasikowskiego), żyje w świecie alternatywnym – Polska pokonała Niemcy, nie było II wojny takiej, jaką znamy. Polska miała za to kolonie, a Kary brał udział w wojnach na ich terenie jako komandos. Teraz – jako weteran i detektyw – nadużywa substancji różnych, przeszedł jednak i terapię. Wypalony, cierpiący, cyniczny, musi przeprowadzić śledztwo, bo ktoś morduje baciarów, czyli członków lwowskiej mafii. Nie ma więc swojego dworku, żadna Helena nie rodzi mu tu 12 synów – nie wychowuje żadnego potomstwa w etosie polskiego oręża.

    „Baciary z piekła rodem” budują i świat przedstawiony, i głównego bohatera, mieszając różne warstwy kultury i historii, dokonując nowych fuzji starych elementów. Bo Polska jest tu mocarstwem, ma swój Lwów, boi się Rosji i ten strach jest coraz bardziej duszącym uczuciem. Trochę czujemy się jak w Berlinie lat 20. – nastroje dekadenckie coraz silniejsze, wyraźnie czuć w powietrzu nadciągającą katastrofę. Lwów u Szczerka jest modny, bogaty, kosmopolityczny, dekadencki i pełen nowych konfliktów. Jednocześnie jednak nie ma tu nostalgii i unoszenia się nad wielką Lechią, poglądy nacjonalistyczne są Szczerkowi zasadniczo obmierzłe i takie samo nastawienie przekazuje on bohaterowi. Kary ma na koncie wojnę w koloniach, ale w jej trakcie przechodzi na stronę Fernandyczyków, zdradzając swą imperialną ojczyznę. Szczerek stawia więc pytanie, jaka byłaby Polska, gdyby się tak głęboko nie okopała w kompleksie ofiary, jak by się rozwijała jako imperium kolonialne, wykorzystujące swych poddanych.

    Szczerek nie pisze historii alternatywnej po to, by pokazać lepszą wersję Polski. Przeciwnie – pokazuje Polskę, której spełniły się niemal wszystkie historyczne marzenia: zachowała Lwów, miała kolonie, wygrała wojny, weszła do centrum Europy. A mimo to jej mieszkańcy pozostają zmęczeni, podzieleni i zagubieni. Powieść jest więc nie fantazją o zwycięstwie, lecz krytyką przekonania, że jakakolwiek korekta historii mogłaby rozwiązać problemy zakorzenione głębiej niż polityka czy geografia. Bo w dalszym musiała przejść przez władzą autorytarną Snardza, poddają się nastrojom populistycznym. Najbardziej przewrotne w „Baciarach z piekła rodem” jest to, że Szczerek nie rozprawia się z polskimi kompleksami poprzez ich wyśmianie. Przeciwnie, pozwala im się spełnić. Daje Polsce Lwów, imperium, zwycięskie wojny i miejsce w centrum Europy. A następnie pokazuje, że nawet w takim świecie jego bohaterowie pozostają samotni, zagubieni i przerażeni przyszłością. Nie dlatego, że historia ich skrzywdziła, ale dlatego, że historia nigdy nie była źródłem ich problemów.

    Szczerek porusza się jednocześnie między prawicą i lewicą, konserwą i progresją, kolonią i zaściankiem, nacjonalizmem i wielokulturowością. Obraża tu wszystkich, wyśmiewa wszystko, co próbuje być spójne, sensowne i poważne: liberalny porządek, rewolucję, państwo, historię i męskość. Szydzi ze zdrady i wierności, z terapii i ćpania. Sięga po chwyty znane nie tylko z Pasikowskiego, ale też z „Króla” Twardocha i „Ziarna prawdy” Miłoszewskiego – jego lwowska mafia przypomina mafię żydowską, detektyw żyjący z daleka od Warszawy, traktowany na miejscu jako obcy, rytualne „wykończenie” zabójstw – to z kolei odniesienia do kryminału z Sandomierza. Porusza się więc tu płynnie po różnych skojarzeniach i obrazach, mieli je, jakby nie wierząc w możliwość opowiedzenia jeszcze jakiejś historii „oryginalnej”. Dużo tu krwi, mnóstwo rozpaczy i męskiego przygnębienia, a jednocześnie co chwilę wybucha się śmiechem, widzą tropy i skojarzenia łączone na nowe sposoby, przetasowania różnych tradycji, dających nieoczekiwane połączenia.

    Nieustannie i hojną ręką autor dokłada kolejne poziomy rzeczywistości: alternatywną historię, polityczną satyrę, kryminał, horror, fantastykę religijną, kolonialną przypowieść, opowieść o depresji i jeszcze rozważania o sensie historii. To wszystko by się mocno chwiało, gdyby miało być opowiadane, Szczerek wszystko to jednak głęboko zanurza w języku, nie opisuje alternatywnego świata, lecz go wygaduje. Miesza bałak, neołacinę, slang, język psychoterapii i politycznej nowomowy, i to z nich powstaje rzeczywistość tej powieści. Lwów istnieje przede wszystkim jako sposób mówienia.

    Ziemowit Szczerek, Baciary z piekła rodem

    Znak 2026

  • Egzorcyzmy

    Egzorcyzmy

    Kiedy ponad 20 lat temu przeprowadzałam się z krakowskiego Kazimierza do Huty, towarzyszyła mi ulga – wreszcie zero grobów, przejętych, zasiedlonych po Żydach mieszkań, czysta historia, robotnicza dzielnica. Nie udało się jednak – w tej starej części Nowej Huty, w której stoi mój blok, na początku lat 40. działał obóz. Przetrzymywano w nim radzieckich więźniów i żydowskie kobiety. Codziennie pędzono ich do pracy przy lotnisku w Czyżynach, po wykonanej pracy obóz – a wraz z nim robotnicy – został zlikwidowany. Kiedy napisała o tym „Gazeta Wyborcza”, powołując się m. in. na świadectwa chłopów zamieszkujących pobliską wieś, Mogiłę, przez dość długi czas źle spaliśmy. Nagle pod nami pojawiła się krew. Pod domem, balkonem, piwnicą, pod ławką przed blokiem, który miał mieć tylko robotniczą historię.

    Właśnie taki jest punkt wyjścia w zbiorze Reszki, jego bohaterowie tanio kupują dom na prowincji. Dopiero w czasie kolędy dowiadują się od proboszcza, dlaczego dokładnie dom miał tak atrakcyjną cenę: w jego sąsiedztwie w czasie wojny zamordowano żydowskiego krawca i jego dwóch synów, skrwawiona ziemia nie pozwoliła już polskiej rodzinie zaznać szczęścia. To jest punkt wyjścia, bardzo konkretny i przyziemny, z którego Reszka tka całą swoją historię – o dziedziczeniu traumy, o zaklinaniu klątwy, o lęku i wyrzutach sumienia kolejnych pokoleń, które jednak nie przeszkadzają chodzić po podwórku z wykrywaczem metalu.

    Znów punktem wyjścia jest polska współodpowiedzialność za Zagładę, wyprowadzanie małych chłopców, oddanych na przechowanie, do lasu. Ale Reszkę interesuje nie tylko okres wojenny, bo dużo więcej uwagi poświęca na analizowanie śledztw powojennych, czasem skazujących, czasem uniewinniających. Grzebie w aktach, zbiera wnioski, pokazuje dziury, niedociągnięcia, pośpiech śledczych. Nie ogranicza się do przedstawienia faktów. Zderza ze sobą zeznania, akta sądowe, wspomnienia świadków, rodzinne legendy i współczesne narracje mieszkańców. Szczególnie interesujący jest rozdźwięk między materiałem dowodowym a wyrokiem uniewinniającym oraz między pamięcią rodziny ofiar a pamięcią potomków sprawców.

    To nie jest pierwszy reportaż o ludowym antysemityzmie polskim, ale bardzo ciekawa – i chyba jedna z pierwszych – próba przyjrzeniu się ludowym próbom późniejszego nadania sensu tym wydarzeniom, także w wymiarze rodzinnym, w pamięci domowej. Do jakiego stopnia za alkoholizm, przemoc, więzienia, zawały i udary, wypadki przy pracy odpowiada tak naprawdę zabójstwo w stodole dokonane przez dziadka? Coś co w moim, nieudolnym streszczeniu brzmi jak banialuka i zabobon, w precyzyjnie skonstruowanych reportażach Reszki okazuje się jednym z ciekawszych tropów w refleksji nad pamięcią czasu wojny. No i jeszcze, o ironio, ten „czas wojny”, powoływanie się na straszliwą rzeczywistość wojenną, powraca tu w opowieściach wnuków bardzo często, jako rodzaj usprawiedliwienia przodków.

    Reszka ma niezwykły talent, to wiadomo, mistrzostwo osiągnął w „Płuczkach”, diabelskiej książce na diabelski temat (ale też niektóre historie z „Białych płatków, złotego środka” dalej leżą mi ciężką łapą na głowie). Mechanika jego talentu opiera się na tym, że potrafi bardzo abstrakcyjną, mglistą, mało uchwytną ideę przekuć na konkret, na plastyczne działanie, na opis konkretnych zachowań. Tak jest też i w „Tym domu już nie straszy” – kolejne antysemickie mity, tym razem o umierających Żydach rzucających klątwę, o cenie, którą kolejne pokolenia muszą zapłacić za dziadków-morderców, o domach, w których straszą duchy żydowskich dzieci i ich rodziców, Reszka ubiera w bardzo solidne reportaże śledcze.

    Zasadniczo nie znoszę jednego chwytu nadużywanego przez polski reportaż, czyli uobecniania autora, który nagle wjeżdża w tekst, opisuje swoje kroki, rozmowy, ustawia się „tu i teraz” w historii. Jego obecność, sprana i zasadniczo bardzo efekciarska, powinna służyć umocnieniu faktów, ich uprawomocnieniu, pokazaniu warsztatu. W polskiej wersji ma jednak nadzwyczaj często znamiona narcystyczne. Inaczej jest u Reszki – jego obecność w zebranych tu trzech tekstach (w czwartym się nie ujawnia) spełnia wiele ciekawych funkcji: po 1. Konfrontuje słowa i zachowania swoich rozmówców, sądzi ich po prostu, choć nie zabiera głosu, po 2. Pokazuje, jak łatwo w gruncie rzeczy namierzyć postaci z przeszłości, zderzyć różne wersje faktów, ujawnić nieścisłości w zeznaniach, wreszcie po 3. Przynosi ulgę potomkom, dopowiadając historie ich przodków, podsuwając dokumenty, rozwiązując zagadki z przeszłości.  

    „W tym domu już nie straszy” jest wspaniale skomponowane, oszczędne, z czterema tekstami na jeden temat, oświetlającymi go z różnych stron. Znów mocna historia, choć pozornie widmowa, poświęcona wielopokoleniowej traumie, chorobom i wypadkom, którym ulegają zarówno potomkowie tych, co mordowali i tych, co ratowali.

    Mało jest autorów, których traktuję serio, kiedy pytają, czy na pewno istnieje dobro i zło, jak są wynagradzane, Reszka należy jednak do tego wąskiego grona, choć po lekturze jego książki nie pamiętam innych nazwisk.

     

    Paweł Piotr Reszka, W tym domu już nie straszy

    Agora 2026

    Tekst powstał w ramach współpracy z wydawcą książki. 

  • Melancholia globalizacji

    Melancholia globalizacji

    Niby romans, ale zimny i intelektualny, niby powieść o wolności, ale zanurzonej w samotności, niby zderzenie kultury Zachodu i Wschodu, ale w gruncie rzeczy głuche łomoty pustych znaków – taka jest nowa, super gruba powieść Kiran Desai, skrupulatnej niczym XIX-wieczni francuscy realiści.

    Kiedy sięgałam po tę powieść, liczyłam bardzo na romans, bo mam cały czas poczucie, że ta formuła gatunkowa nie zużyła się jeszcze wcale, że może wiele nam powiedzieć. Jest też na tyle skonwencjonalizowana, że jej pogryzanie albo rozdzieranie daje ciekawe rozwiązania. Tymczasem jednak Kiran Desai bardziej pisze o niemożności porywów niż o namiętności, albo o cenie, jaką się za utratę głowy w tych porywach płaci. Jej bohaterka, dobijająca do trzydziestki Sonia musi uporać się z bagażem, jaki pozostał jej po związku z dużo starszym kochankiem-artystą, z rolą przedmiotu, niskim poczuciem wartości, własna nieważnością, odruchem przyglądania się i odpowiadania na uczucia partnera. Związek, jaki jej rodzina próbuje zaaranżować z potomkiem migrantów, Sunny’m, dziennikarzem poruszającym się swobodnie po świecie, właściwie dopiero się rysuje na horyzoncie, głębokie zaangażowanie może dopiero się między nimi wykształcić.

    Kiran Desai używa swoich bohaterów, żeby opowiedzieć o tożsamości postkolonialnej, zadaje pytanie, jak pisać o Indiach dla Zachodu, żeby nie kupczyć egzotyką, a jednocześnie wyjść z ram kolonializmu i postkolonializmu. I w tym wątku najciekawszy temat, który porusza, dotyczy melancholii globalizacji. Ten wątek przypomina trochę oglądanie drugiej strony księżyca – w kraju, który nie akceptuje zamieszkujących go migrantów i ekscytuje się biletami na tanie loty.

    Tymczasem melancholia globalizacji w Samotności Sonii i Sunny’ego” polega przede wszystkim na doświadczeniu życia „pomiędzy”: między Indiami a Zachodem, rodziną a indywidualizmem, lokalnością a globalnym przepływem ludzi. Bohaterowie Desai należą do pierwszego pokolenia naprawdę mobilnych Hindusów klasy średniej — studiują w Ameryce, podróżują po Europie, zakochują się ponad granicami, ale nigdzie nie potrafią poczuć się całkowicie u siebie. Jednocześnie jednak nie blokuje ich wcale kultura, bo Desai nie pozwala, byśmy oglądali tu skansen znany z zachodnich opowieści o kulturze Indii.

    Globalizacja w tej powieści nie oznacza wolności, lecz permanentne wykorzenienie. Sonia mieszka w Vermont, lecz jej wyobraźnia pozostaje zanurzona w Allahabadzie, w domu dziadków. Ameryka daje jej edukację i niezależność, ale równocześnie produkuje samotność, której jej rodzina wręcz nie rozumie. To także koszt kobiecej emancypacji, na jaką bohaterka nie bardzo mogłaby się zdobyć, gdyby pozostała blisko rodziny. Z kolei Sunny, podróżując między Indiami, USA i Europą, obsesyjnie analizuje własną pozycję emigranta i sposób, w jaki Hindusi są postrzegani przez Zachód. To oczywiście dylematy klasy średniej – zamożnej, wykształconej, zdolnej do podjęcia pracy w ciekawych miejscach. Całkowicie wolnej i pozbawionej przymusów ekonomicznych, ale z tego też powodu niezdolnej do zakorzenienia.

    Desai pokazuje też melancholię świata, w którym wszystko zostało już zamienione w estetyczne doświadczenie: Wenecja, w której tytułowi bohaterowie zbliżają się do siebie, jest jednocześnie realnym miastem i turystyczną dekoracją, Ilan, dojrzały wcześniejszy kochanek Sonii, zamienia ludzi w materiał dla sztuki, a relacje miłosne przypominają cytaty z książek i filmów. Bohaterowie nieustannie oglądają samych siebie z zewnątrz, jakby żyli w globalnym muzeum obrazów i narracji. Nie potrafią się zbliżyć do własnego doświadczenia, oddzieleni od własnych uczuć i jednocześnie ciągle je analizujący.

    Dlatego centralnym doświadczeniem powieści Kiran Desai jest samotność. Globalizacja obiecuje bliskość świata, ale tutaj prowadzi raczej do rozpadu trwałych więzi.

     

    Kiran Desai, Samotność Sonii i Sunny’ego

    Tłumaczył Jerzy Kozłowski

    Wydawnictwo Literackie 2026

     

  • Skrytki pamięci

    Skrytki pamięci

    Mam problem z pożądaniem. Należę do grona, które się poci i dyszy przy książkach nieoczekiwanych, a nie wzrusza przy obiektach wywołujących powszechny podziw. Na przykład nie elektryzuje mnie Booker, tętno nie łomocze przy Noblu, nawet Gdynia wywołuje tylko lekkie drżenie rąk.

    Stąd informacja, że wychodzi kolejna książka autorki nominowanej do Bookera, nie odesłała mnie do pośpiesznego reaserchu, jednak Karen Russell, bo to o niej mowa, napisała powieść, dla której tło stanowią burze piaskowe z lat 30., a o tym M. tłumaczył kiedyś genialny reportaż. I tak okrężną drogą sięgnęłam po „Antidotum” Russell, wielogłosową, opasłą powieści osadzoną na amerykańskiej prowincji doby kryzysu ekonomicznego, dewastowanej jeszcze dodatkowo przez ten, spowodowany przez człowieka, fenomen.

    I pociłam się przy niej z podniecenia, i dygotałam.

    Russell w „Antidotum” buduje duszną, halucynacyjną atmosferę katastrofy – ekonomicznej, ekologicznej, i egzystencjalnej też. Autorka przeskakuje między czterema punktami widzenia, prowadzi skomplikowaną i gęstą narrację w sposób niesłychanie klarowny. Tytuł odnosi się do firmy Neddy, preriowej wiedźmy, która w depozyt przyjmuje opowieści o traumie i strasznych doświadczeniach obcych ludzi. W momencie transferu działa jak medium, sama nie słyszy, jaką opowieść przyjmuje, na żądanie je też zwraca, ona jest tylko magazynem, rodzajem skrytki – pod takim mianem zresztą funkcjonuje w społeczności. Trafia do niej nastolatka, Asphodel, która sama chce zostać Skrytką, osierocona przez matkę – ofiarę seryjnego mordercy. Oskarżony o to i inne zabójstwa zostaje młody chłopak, robotnik sezonowy, aresztuje go szeryf, który w więzieniu umieszcza też Neddę. Potworna burza piaskowa sprawia jednak, że kobieta traci wszystkie depozyty – za przechowanie których wzięła już pieniądze. Jej praca stanowi metaforę zarówno pracy emocjonalnej, jak i kapitalizmu: bohaterka działa jak bank, przyjmuje „depozyty” traumy i sekretów, aż w końcu sama bankrutuje. Ten wątek pozwala autorce mówić o pamięci jako ciężarze i zasobie jednocześnie, o czymś, co można oddać, sprzedać, utracić.

    Ofiarami seryjnego mordercy padają kobiety białe, ale też kobiety rdzenne, co jednak nie interesuje ani mediów ani lokalnej wspólnoty. Russell nie wprowadza tu postaci rdzennych, operuje inaczej – podkreśla brak głosu, niemożliwość reprezentacji, inny rodzaj białej plamy. Nie chce tego miejsca zagadać i zapełnić, woli pozostawić je puste – bo tylko tak będzie to odpowiednie odwołanie do zamazywanej historii amerykańskiej. Dopiero w posłowiu pisze o setkach lat życia plemion Paunisów na tych terenach, o tym, jak potrafili prowadzić gospodarkę niewyjaławiającą. Tymczasem nadejście białych osadników i ich rabunkowa polityka karczowania i orania doprowadziła w krótkim czasie do katastrofy.

    „Anitdotum” łączy realizm historyczny z elementami magicznymi, świat skrajnej nędzy z Uz w Nebrasce jest tu metaforą współczesnej rzeczywistości, w takim samym stopniu, w jakim jest też opowieścią historyczną. Do miasteczka przybywa czarna fotografka, Cleo Allfrey, która ma na zlecenie robić bardzo precyzyjnie określone zdjęcia. Nie wywiązuje się jednak z tego zamówienia, uwiecznia to, co rzuciłoby się w oczy współcześnie – biedę, rasizm, przemoc.

    Narracja w „Antidotum” jest wielogłosowa, fragmentaryczna, często przechodzi między perspektywami, co wzmacnia wrażenie rozpadania się świata. Śmierdzi tu biedą, wszystko zatyka pył, rośnie śmiertelność spowodowana chorobami płuc. W tych okolicznościach ludzie reagują skrajną przemocą i religijnym fanatyzmem, wzmacnianiem reguł społecznych, których sami nie potrafią zastosować.

    Wszystkie wątki, pozornie niepowiązane ze sobą, łączy funkcja demaskatorska. Russell dokonuje rewizji historii USA: demaskuje mit „pustej ziemi”, pokazuje Dust Bowl jako efekt kolonialnej eksploatacji, podkreśla rasizm lat 30., koszty moralności purytańskiej – 15-letnia, ciężarna Nedda trafia do ośrodka, który ma „ułatwiać adopcje”, a jest miejscem izolacji kobiet, które spodziewają się pozamałżeńskiego dziecka i pasem transmisyjnym do odbierania im dzieci, które nie mogą być wychowywane przez istoty pozbawione „kręgosłupa moralnego”.

    Tę książkę czyta się z gniewem – poza pożądaniem literackim spowodowanym świetną prozą – wytwarza się właśnie taka emocja, poczucie niesprawiedliwości uwiera. A to chyba najlepsze, co powieść może po sobie zostawić.

    Karen Russell, Antidotum

    tłum. Maria Makuch

    Znak  2026

  • Wszystkie wojny Diny

    Wszystkie wojny Diny

    Powieść Agaty Romaniuk pracuje na napięciu między miękkością a katastrofą, Zachodem i Wschodem. Z jednej strony mamy akwarelę – rozlewającą się, nieposłuszną, wymagającą światła i powietrza – z drugiej wojnę, która wdziera się w życie bez zapowiedzi i odbiera bohaterom kontrolę nad własną historią.Autorka prowadzi narrację dwutorowo: przez opowieść o Dinie i przez głos Izy, który filtruje wydarzenia, podważa ich wiarygodność, przypomina, że każda historia jest odbiciem w lustrze. To rozwiązanie działa, buduje dystans, ale też niepokój. Czytelniczka cały czas ma świadomość, że uczestniczy w rekonstrukcji, a nie w bezpośrednim doświadczeniu. I że do prawdy o cudzym życiu nie można się nigdy dodrapać.Najciekawsze w tej prozie jest skupienie na detalu. Akwarele, pędzle z sobolowego włosia, japońskie farby, etegami – to nie są ozdobniki, tylko elementy służące do opisania tożsamości bohaterki. Dina istnieje poprzez materię: kolor, fakturę, ruch ręki. Dlatego moment, w którym musi porzucić malowanie, wybrzmiewa tak mocno – jakby traciła narzędzie rozumienia świata. Nie chcę pisać, że to kolejna powieść o kobiecie, która porzuca swoje ambicje, by ratować rodzinę, bo Romaniuk podążą tutaj też w wiele innych kierunków.Jednocześnie powieść jest bardzo świadoma klasowo i kulturowo. Bolonia Contich – uporządkowana, estetyczna, „jak z Viscontiego” – kontrastuje z chaotycznym mieszkaniem matki Diny i pamięcią Charkowa. To nie są tylko różne przestrzenie, ale różne porządki rzeczywistości: stabilność kontra kruchość, ciągłość kontra pęknięcie. Dina porusza się między nimi, nigdzie do końca nie przynależąc, niby trochę włoska, ale jednak bardzo ukraińska.

    Dina to córka z włosko-ukraińskiego małżeństwa dwojga chirurgów – kiedy w 2022 roku wyrusza z Bolonii do Charkowa, jej podróż jest w gruncie rzeczy wymianą wojny psychologicznej, jaką rodzice toczą przez większość część trwania związku i dużo po nim, na wojnę polityczną i fizyczną, widoczną gołymi okiem. Romaniuk pyta tu też o przyzwolenie na picie, bo w powieści i Chiara i Wowa zdrowo chleją, rozładowując stres zawodowy. Ona, włoska, wybitna lekarka, zostaje sprawdzona do roli żony ordynatora, zapija frustracje i łamane przez niego obietnice wspólnego wyjazdu do miejsca, w którym oboje pracowaliby na równych prawach. On popija, żeby pokazać jej, że jest wolny i niezależny, że nie da się spętać więzami, kieliszek koniaku służy mu do manifestowania niepodległej męskości. Dina jest zatem DDA, dzieckiem skrzywdzonym przez własnych rodziców, młodą artystką, poszukującą wciąż jakiegoś miejsca, w którym byłaby widoczna i ważna, z którego nie chciałaby uciekać. Pęd ucieczki i zmiany, niemożność zakorzenienia i przekonanie, że korzenie w gruncie rzeczy nie są bezpieczne kieruje jednak całym jej życiem.

     Największą siłą książki jest sposób, w jaki mówi o wojnie: bez patosu, poprzez szczegół, przez mikrogesty, wyrażające niepokój. Romaniuk nie udaje, że jest na froncie, że na jej dach spadają bomby, ciągle podkreśla ten zewnętrzny punkt widzenia. Zderza obrazy cywilów ukrywających się na stacjach metra, doniesienia o śmierciach na froncie i patrolu, z wojną w wydaniu medialnym, na ekranie z pękniętą szybką, w głosówce, albo na portalu. Wojna nie jest tu wydarzeniem historycznym, lecz doświadczeniem percepcyjnym: czymś, co rozsadza język i odbiera zdolność nazywania, pożeramy ją tylko wzrokiem.

     

    Agata Romaniuk, Dina, dina

    WAB 2026

  • Mięśnie się prężą

    Mięśnie się prężą

    zazwyczaj wrzucam tu moje recenzje, teraz będzie zmiana – bo moja książka „Mięśnie, mam od miłości. O macierzyństwie” staje skromnie przed Państwem. 

     

    Renata Lis pisze o niej tak:

    „Nie należy jej umieszczać w nurcie konfesji zwanych autofikcją, nawet wysoce literacką. Jest o byciu matką tu i teraz i jest bardzo dobrze napisana, ale nie o to z nią chodzi. Jest o tym, jak nasze społeczeństwo i kultura używają macierzyństwa jako instytucji do totalnej tresury matek z uległości wobec patriarchatu i kapitalizmu, i jak totalną wojnę trzeba toczyć, żeby samej się nie dać i jeszcze uratować dziecko. I jak wredną rolę odgrywają w tej tresurze inne kobiety, te dysponujące jakąkolwiek władzą, ze szpitala, przychodni i placówek opiekuńczo-wychowawczych. Jest tu sporo genialnie przenikliwych obserwacji, a naprawdę potężnej erudycji w temacie nie odczuje jako ciężaru żadna czytelniczka ani czytelnik (czasem kilometr bieżący bibliotecznej półki streszcza się w jednym rzeczowym akapicie bez odnośników). Prześwituje dla mnie przez ten tekst to Brach-Czaina, to Maggie Nelson, ale przede wszystkim jest to Paulina Małochleb. Bardzo swoje i absolutnie „pionierskie” na naszym gruncie spojrzenie. Potrzebowaliście tej książki, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiecie. I ona zostanie, jestem tego pewna, nie tylko dlatego, że jest pierwsza”.

    Inga Iwasiów –  tak:

    „Esej Pauliny Małochleb Książki na ostro to jest robota maciestyczna!

    Autorka w kilku miejscach pisze, że jej tekst bywa rwany, a lektura przerywana, ponieważ zawsze., gdy się wzniesie na wyżyny skojarzeń, metafor i skupienia, kilkuletnia Mysia potrzebuje pilnej odpowiedzi na pytanie, nastolatek Jeż wymaga  rozładowania emocji, ginie klocek. Między dwojgiem dzieci, dwiema pracami, patriarchalno-religijną  „tradycją”, neoliberalizmem i kapitalizmem rozciąga się pole miłości, a ta nie zwolni matki, także w dobrze zaplanowanej rodzinie nuklearnej mającej wspólny mężowsko-żoniny kalendarz, od furii, zmęczenia, wypalenia, emocji. Nieprawdą jest jednak, że pisanie Małochleb – jak twierdzi w rozdziale „Dominacja” cechuje wybrakowanie, a zwłaszcza intelektualna płycizna. Krytyczka wie, co ma na myśli, gdy kieruje ostrze przeciw kanonowi wycyzelowanej męskiej nostalgii, której podziwiania uczono ją  na polonistycznych studiach, ale myli się w ocenie własnego języka. Nie brakuje w nim ani precyzji, ani metafory; ani przenikliwości, ani kronikarskiego zacięcia. „Mięśnie mam od miłości” to przenikliwy, piękny esej o macierzyństwie i dużo więcej (choć nie musi być więcej).  Dawno niczego podobnego nie czytałam. 

    (…) Pozwolę więc sobie stwierdzić: mamy w Polsce dwie wybitne eseistki miłości, Renatę Lis i Paulinę Małochleb”.

     

    Natalia Mętrak-Ruda w recenzji dla dwutygodnik.com pisze:

    „Małochleb skupia się jednak również na popularnych ostatnio w feministycznym i „okołomacierzyńskim” dyskursie tematach pracy opiekuńczej i emocjonalnej. Nie tyle gotowaniu obiadu, ile gotowaniu takiego obiadu, który wywoła uśmiech na twarzach członków rodziny. Nie tyle robieniu prania, ile dbaniu o zaspokojenie emocjonalnych potrzeb, poczucia bezpieczeństwa, harmonijnego rozwoju. Patriarchalna kultura – Małochleb powołuje się tutaj na Arlie Russell Hochschild czy Rose Hackman – uwielbia tę pracę naturalizować, tworząc złudzenie, jakoby była matkom przyrodzona, jakoby – jak twierdził twórca psychologii macierzyństwa D.W. Winnicott – „matkowanie wynikało w sposób naturalny z samego bycia matką”, a empatia pozwalająca zareagować na potrzeby członków rodziny była po prostu cechą „naturalnie” kobiecą”

    https://www.dwutygodnik.com/artykul/12407-piekny-chaos-matczynego-serca.html

     

    Karolina Broda dla Vogue.pl:

    „Autorka książki Mięśnie mam od miłości pisze tak, że ma się poczucie, jakby tkanka tekstu pozostawała nierozerwalnie zrośnięta z tkanką ciała – zaraża emocjami, pobudza empatię, wzmacnia siłę współodczuwania, uwrażliwia, ale i ostrzy zmysł krytycznego myślenia”.

     

     

    Tutaj można przeczytać fragment:

    https://karakter.pl/Miesnie-mam-od-milosci-fragment-ccms-pol-115.html

     

    Książkę można kupić tutaj:

    https://karakter.pl/product-pol-781-Miesnie-mam-od-milosci-O-macierzynstwie.html

     

    Organizacją spotkań zajmuje się Agencja Opowieści:

    kontakt@agencjaopowiesci.pl