Blog

  • Skrytki pamięci

    Skrytki pamięci

    Mam problem z pożądaniem. Należę do grona, które się poci i dyszy przy książkach nieoczekiwanych, a nie wzrusza przy obiektach wywołujących powszechny podziw. Na przykład nie elektryzuje mnie Booker, tętno nie łomocze przy Noblu, nawet Gdynia wywołuje tylko lekkie drżenie rąk.

    Stąd informacja, że wychodzi kolejna książka autorki nominowanej do Bookera, nie odesłała mnie do pośpiesznego reaserchu, jednak Karen Russell, bo to o niej mowa, napisała powieść, dla której tło stanowią burze piaskowe z lat 30., a o tym M. tłumaczył kiedyś genialny reportaż. I tak okrężną drogą sięgnęłam po „Antidotum” Russell, wielogłosową, opasłą powieści osadzoną na amerykańskiej prowincji doby kryzysu ekonomicznego, dewastowanej jeszcze dodatkowo przez ten, spowodowany przez człowieka, fenomen.

    I pociłam się przy niej z podniecenia, i dygotałam.

    Russell w „Antidotum” buduje duszną, halucynacyjną atmosferę katastrofy – ekonomicznej, ekologicznej, i egzystencjalnej też. Autorka przeskakuje między czterema punktami widzenia, prowadzi skomplikowaną i gęstą narrację w sposób niesłychanie klarowny. Tytuł odnosi się do firmy Neddy, preriowej wiedźmy, która w depozyt przyjmuje opowieści o traumie i strasznych doświadczeniach obcych ludzi. W momencie transferu działa jak medium, sama nie słyszy, jaką opowieść przyjmuje, na żądanie je też zwraca, ona jest tylko magazynem, rodzajem skrytki – pod takim mianem zresztą funkcjonuje w społeczności. Trafia do niej nastolatka, Asphodel, która sama chce zostać Skrytką, osierocona przez matkę – ofiarę seryjnego mordercy. Oskarżony o to i inne zabójstwa zostaje młody chłopak, robotnik sezonowy, aresztuje go szeryf, który w więzieniu umieszcza też Neddę. Potworna burza piaskowa sprawia jednak, że kobieta traci wszystkie depozyty – za przechowanie których wzięła już pieniądze. Jej praca stanowi metaforę zarówno pracy emocjonalnej, jak i kapitalizmu: bohaterka działa jak bank, przyjmuje „depozyty” traumy i sekretów, aż w końcu sama bankrutuje. Ten wątek pozwala autorce mówić o pamięci jako ciężarze i zasobie jednocześnie, o czymś, co można oddać, sprzedać, utracić.

    Ofiarami seryjnego mordercy padają kobiety białe, ale też kobiety rdzenne, co jednak nie interesuje ani mediów ani lokalnej wspólnoty. Russell nie wprowadza tu postaci rdzennych, operuje inaczej – podkreśla brak głosu, niemożliwość reprezentacji, inny rodzaj białej plamy. Nie chce tego miejsca zagadać i zapełnić, woli pozostawić je puste – bo tylko tak będzie to odpowiednie odwołanie do zamazywanej historii amerykańskiej. Dopiero w posłowiu pisze o setkach lat życia plemion Paunisów na tych terenach, o tym, jak potrafili prowadzić gospodarkę niewyjaławiającą. Tymczasem nadejście białych osadników i ich rabunkowa polityka karczowania i orania doprowadziła w krótkim czasie do katastrofy.

    „Anitdotum” łączy realizm historyczny z elementami magicznymi, świat skrajnej nędzy z Uz w Nebrasce jest tu metaforą współczesnej rzeczywistości, w takim samym stopniu, w jakim jest też opowieścią historyczną. Do miasteczka przybywa czarna fotografka, Cleo Allfrey, która ma na zlecenie robić bardzo precyzyjnie określone zdjęcia. Nie wywiązuje się jednak z tego zamówienia, uwiecznia to, co rzuciłoby się w oczy współcześnie – biedę, rasizm, przemoc.

    Narracja w „Antidotum” jest wielogłosowa, fragmentaryczna, często przechodzi między perspektywami, co wzmacnia wrażenie rozpadania się świata. Śmierdzi tu biedą, wszystko zatyka pył, rośnie śmiertelność spowodowana chorobami płuc. W tych okolicznościach ludzie reagują skrajną przemocą i religijnym fanatyzmem, wzmacnianiem reguł społecznych, których sami nie potrafią zastosować.

    Wszystkie wątki, pozornie niepowiązane ze sobą, łączy funkcja demaskatorska. Russell dokonuje rewizji historii USA: demaskuje mit „pustej ziemi”, pokazuje Dust Bowl jako efekt kolonialnej eksploatacji, podkreśla rasizm lat 30., koszty moralności purytańskiej – 15-letnia, ciężarna Nedda trafia do ośrodka, który ma „ułatwiać adopcje”, a jest miejscem izolacji kobiet, które spodziewają się pozamałżeńskiego dziecka i pasem transmisyjnym do odbierania im dzieci, które nie mogą być wychowywane przez istoty pozbawione „kręgosłupa moralnego”.

    Tę książkę czyta się z gniewem – poza pożądaniem literackim spowodowanym świetną prozą – wytwarza się właśnie taka emocja, poczucie niesprawiedliwości uwiera. A to chyba najlepsze, co powieść może po sobie zostawić.

    Karen Russell, Antidotum

    tłum. Maria Makuch

    Znak  2026

  • Wszystkie wojny Diny

    Wszystkie wojny Diny

    Powieść Agaty Romaniuk pracuje na napięciu między miękkością a katastrofą, Zachodem i Wschodem. Z jednej strony mamy akwarelę – rozlewającą się, nieposłuszną, wymagającą światła i powietrza – z drugiej wojnę, która wdziera się w życie bez zapowiedzi i odbiera bohaterom kontrolę nad własną historią.Autorka prowadzi narrację dwutorowo: przez opowieść o Dinie i przez głos Izy, który filtruje wydarzenia, podważa ich wiarygodność, przypomina, że każda historia jest odbiciem w lustrze. To rozwiązanie działa, buduje dystans, ale też niepokój. Czytelniczka cały czas ma świadomość, że uczestniczy w rekonstrukcji, a nie w bezpośrednim doświadczeniu. I że do prawdy o cudzym życiu nie można się nigdy dodrapać.Najciekawsze w tej prozie jest skupienie na detalu. Akwarele, pędzle z sobolowego włosia, japońskie farby, etegami – to nie są ozdobniki, tylko elementy służące do opisania tożsamości bohaterki. Dina istnieje poprzez materię: kolor, fakturę, ruch ręki. Dlatego moment, w którym musi porzucić malowanie, wybrzmiewa tak mocno – jakby traciła narzędzie rozumienia świata. Nie chcę pisać, że to kolejna powieść o kobiecie, która porzuca swoje ambicje, by ratować rodzinę, bo Romaniuk podążą tutaj też w wiele innych kierunków.Jednocześnie powieść jest bardzo świadoma klasowo i kulturowo. Bolonia Contich – uporządkowana, estetyczna, „jak z Viscontiego” – kontrastuje z chaotycznym mieszkaniem matki Diny i pamięcią Charkowa. To nie są tylko różne przestrzenie, ale różne porządki rzeczywistości: stabilność kontra kruchość, ciągłość kontra pęknięcie. Dina porusza się między nimi, nigdzie do końca nie przynależąc, niby trochę włoska, ale jednak bardzo ukraińska.

    Dina to córka z włosko-ukraińskiego małżeństwa dwojga chirurgów – kiedy w 2022 roku wyrusza z Bolonii do Charkowa, jej podróż jest w gruncie rzeczy wymianą wojny psychologicznej, jaką rodzice toczą przez większość część trwania związku i dużo po nim, na wojnę polityczną i fizyczną, widoczną gołymi okiem. Romaniuk pyta tu też o przyzwolenie na picie, bo w powieści i Chiara i Wowa zdrowo chleją, rozładowując stres zawodowy. Ona, włoska, wybitna lekarka, zostaje sprawdzona do roli żony ordynatora, zapija frustracje i łamane przez niego obietnice wspólnego wyjazdu do miejsca, w którym oboje pracowaliby na równych prawach. On popija, żeby pokazać jej, że jest wolny i niezależny, że nie da się spętać więzami, kieliszek koniaku służy mu do manifestowania niepodległej męskości. Dina jest zatem DDA, dzieckiem skrzywdzonym przez własnych rodziców, młodą artystką, poszukującą wciąż jakiegoś miejsca, w którym byłaby widoczna i ważna, z którego nie chciałaby uciekać. Pęd ucieczki i zmiany, niemożność zakorzenienia i przekonanie, że korzenie w gruncie rzeczy nie są bezpieczne kieruje jednak całym jej życiem.

     Największą siłą książki jest sposób, w jaki mówi o wojnie: bez patosu, poprzez szczegół, przez mikrogesty, wyrażające niepokój. Romaniuk nie udaje, że jest na froncie, że na jej dach spadają bomby, ciągle podkreśla ten zewnętrzny punkt widzenia. Zderza obrazy cywilów ukrywających się na stacjach metra, doniesienia o śmierciach na froncie i patrolu, z wojną w wydaniu medialnym, na ekranie z pękniętą szybką, w głosówce, albo na portalu. Wojna nie jest tu wydarzeniem historycznym, lecz doświadczeniem percepcyjnym: czymś, co rozsadza język i odbiera zdolność nazywania, pożeramy ją tylko wzrokiem.

     

    Agata Romaniuk, Dina, dina

    WAB 2026

  • Mięśnie się prężą

    Mięśnie się prężą

    zazwyczaj wrzucam tu moje recenzje, teraz będzie zmiana – bo moja książka „Mięśnie, mam od miłości. O macierzyństwie” staje skromnie przed Państwem. 

     

    Renata Lis pisze o niej tak:

    „Nie należy jej umieszczać w nurcie konfesji zwanych autofikcją, nawet wysoce literacką. Jest o byciu matką tu i teraz i jest bardzo dobrze napisana, ale nie o to z nią chodzi. Jest o tym, jak nasze społeczeństwo i kultura używają macierzyństwa jako instytucji do totalnej tresury matek z uległości wobec patriarchatu i kapitalizmu, i jak totalną wojnę trzeba toczyć, żeby samej się nie dać i jeszcze uratować dziecko. I jak wredną rolę odgrywają w tej tresurze inne kobiety, te dysponujące jakąkolwiek władzą, ze szpitala, przychodni i placówek opiekuńczo-wychowawczych. Jest tu sporo genialnie przenikliwych obserwacji, a naprawdę potężnej erudycji w temacie nie odczuje jako ciężaru żadna czytelniczka ani czytelnik (czasem kilometr bieżący bibliotecznej półki streszcza się w jednym rzeczowym akapicie bez odnośników). Prześwituje dla mnie przez ten tekst to Brach-Czaina, to Maggie Nelson, ale przede wszystkim jest to Paulina Małochleb. Bardzo swoje i absolutnie „pionierskie” na naszym gruncie spojrzenie. Potrzebowaliście tej książki, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiecie. I ona zostanie, jestem tego pewna, nie tylko dlatego, że jest pierwsza”.

    Inga Iwasiów –  tak:

    „Esej Pauliny Małochleb Książki na ostro to jest robota maciestyczna!

    Autorka w kilku miejscach pisze, że jej tekst bywa rwany, a lektura przerywana, ponieważ zawsze., gdy się wzniesie na wyżyny skojarzeń, metafor i skupienia, kilkuletnia Mysia potrzebuje pilnej odpowiedzi na pytanie, nastolatek Jeż wymaga  rozładowania emocji, ginie klocek. Między dwojgiem dzieci, dwiema pracami, patriarchalno-religijną  „tradycją”, neoliberalizmem i kapitalizmem rozciąga się pole miłości, a ta nie zwolni matki, także w dobrze zaplanowanej rodzinie nuklearnej mającej wspólny mężowsko-żoniny kalendarz, od furii, zmęczenia, wypalenia, emocji. Nieprawdą jest jednak, że pisanie Małochleb – jak twierdzi w rozdziale „Dominacja” cechuje wybrakowanie, a zwłaszcza intelektualna płycizna. Krytyczka wie, co ma na myśli, gdy kieruje ostrze przeciw kanonowi wycyzelowanej męskiej nostalgii, której podziwiania uczono ją  na polonistycznych studiach, ale myli się w ocenie własnego języka. Nie brakuje w nim ani precyzji, ani metafory; ani przenikliwości, ani kronikarskiego zacięcia. „Mięśnie mam od miłości” to przenikliwy, piękny esej o macierzyństwie i dużo więcej (choć nie musi być więcej).  Dawno niczego podobnego nie czytałam. 

    (…) Pozwolę więc sobie stwierdzić: mamy w Polsce dwie wybitne eseistki miłości, Renatę Lis i Paulinę Małochleb”.

     

    Natalia Mętrak-Ruda w recenzji dla dwutygodnik.com pisze:

    „Małochleb skupia się jednak również na popularnych ostatnio w feministycznym i „okołomacierzyńskim” dyskursie tematach pracy opiekuńczej i emocjonalnej. Nie tyle gotowaniu obiadu, ile gotowaniu takiego obiadu, który wywoła uśmiech na twarzach członków rodziny. Nie tyle robieniu prania, ile dbaniu o zaspokojenie emocjonalnych potrzeb, poczucia bezpieczeństwa, harmonijnego rozwoju. Patriarchalna kultura – Małochleb powołuje się tutaj na Arlie Russell Hochschild czy Rose Hackman – uwielbia tę pracę naturalizować, tworząc złudzenie, jakoby była matkom przyrodzona, jakoby – jak twierdził twórca psychologii macierzyństwa D.W. Winnicott – „matkowanie wynikało w sposób naturalny z samego bycia matką”, a empatia pozwalająca zareagować na potrzeby członków rodziny była po prostu cechą „naturalnie” kobiecą”

    https://www.dwutygodnik.com/artykul/12407-piekny-chaos-matczynego-serca.html

     

    Karolina Broda dla Vogue.pl:

    „Autorka książki Mięśnie mam od miłości pisze tak, że ma się poczucie, jakby tkanka tekstu pozostawała nierozerwalnie zrośnięta z tkanką ciała – zaraża emocjami, pobudza empatię, wzmacnia siłę współodczuwania, uwrażliwia, ale i ostrzy zmysł krytycznego myślenia”.

     

     

    Tutaj można przeczytać fragment:

    https://karakter.pl/Miesnie-mam-od-milosci-fragment-ccms-pol-115.html

     

    Książkę można kupić tutaj:

    https://karakter.pl/product-pol-781-Miesnie-mam-od-milosci-O-macierzynstwie.html

     

    Organizacją spotkań zajmuje się Agencja Opowieści:

    kontakt@agencjaopowiesci.pl

  • Mizoginia jako kara

    Mizoginia jako kara

    To nie jest feministyczna wydmuszka, choć wydaje się, że o relacji Sylvii Plath i jej męża nie można powiedzieć już nic nowego. Emily Van Duyne pracuje na uniwersytecie, poświęciła Plath prace naukowe, a tutaj dokonuje rozliczenie nie tylko ze sposobem, w jaki Hughes traktował Sylvię i w jaki obchodził się z jej tekstami (dwa dzienniki pisane przez nią w ostatnich latach życia zniszczył lub zgubił), ale też ze sposobem opracowywania jej twórczości przez krytyków.

    To jest książka o umniejszaniu i podważaniu prawa do zabieraniu głosu – najpierw przez Teda Hughesa w odniesieniu do Sylvii, później przez część krytyki w odniesieniu do jej czytelników: gdy uważa się, że klucz biograficzny, poszukiwanie emocjonalnej prawdy, afektów w jej tekstach jest gorszym rodzajem lektury. Van Duyne bierze je wszystkie na warsztat, z wprawą porusza się nie tylko po biografii Sylvii, po nurtach literackich, ale też po historii feministycznych protestów w społeczeństwie amerykańskim, ostateczną, najszerszą ramą jest bowiem #metoo i momenty oporu sprzed 10 lat.

    W „Kochając Sylvię Plath” doprawdy nie chodzi o miłość – nie chodzi też w sumie o biografię. Owszem, pojawia się ona (biografia, bo o miłość tu naprawdę trudno), ale w sensie krytycznym, w ramach rewizji wcześniejszych wersji i odczytań. Van Duyne przesuwa akcenty, inaczej rozpisuje wydarzenia z życia autorki „Ariel”. Rewizjonizm jest tu jednak bardzo głęboko osadzony w dokumentach – autorka zagrzebała się w archiwach, do napisania tego eseju wykorzystała dane, które zbierała przez lata. W klasycznych biografiach Plath dużo pisze się o jej depresji, niestabilności albo po prostu „histerii” (nie ma gorszego oskarżenia wobec kobiet) oraz o autodestrukcyjnej osobowości. Van Duyne nie neguje epizodów załamania, ale pokazuje je na szerszym planie – na przykład na tle brutalnych metod leczenia, jakie wtedy stosowano (elektrowstrząsy), także wobec innych kobiet: Kennedy wysłał do tego samego szpitala swoją żonę Jacqueline. Dodatkowo też pokazuje presję akademicką, społeczną i ekonomiczną, opisuje różne rodzaje przemocowej kultury, z którą zderzały się kobiety w latach 50. Van Duyne próbuje też rozsadzić mit Plath jako złej matki, która poprzez samobójstwo porzuca swoje dzieci. Pokazuje, że jej macierzyństwo było samotne, że izolowało ją od życia, pogłębiając chorobę, a ona sama pracowała pod ogromną presją opieki. Większość jej życia, wyłaniająca się z tego eseju, to krzątanina: własna praca, praca domowa, poprawianie prac studentów męża, by on mógł pisać, promowanie jego poezji, przepisywanie jego wierszy na maszynie, wysyłanie ich na konkursy – to zajęcie asystentki, żony i pomocy domowej w jednym.

    To także esej feministyczny, wykorzystujący teorie różnych badaczek analizujących mechanizmy mizoginii. Dla Van Duyne mizoginia nie jest tu jedynie stałą, strukturalną cechą systemu patriarchalnego, ale aktywnie i jednostkowo karą stosowaną wobec tych kobiet, które w jakiś sposób okazują się „niepokorne”. Na tym poziomie jest to też autobiograficzny esej krytyczny, bo autorka wprowadza własne doświadczenie przemocy jako narzędzie interpretacyjne.

    Cała opowieść ma charakter śledztwa, które ma pokazać, jak mityzowano postać Sylvii Plath, czyniąc z niej poetkę obłąkaną, pochłoniętą przez sztukę. Tymczasem Van Duyne identyfikuje kluczowy błąd logiczny: czy twórczość spowodowała śmierć, czy śmierć tłumaczy twórczość? Jednocześnie nie pisze wcale listu gończego za Tedem Hughesem, nie pisze „Hughes zabił Plath”. Pisze raczej: „powstała narracja, która go chroniła”, a jednym z jej elementów była właśnie owa legenda Plath jako poetki przeklętej, skazanej na samobójstwo (oraz młodej, niedoświadczonej, pozbawionej sukcesów, stworzonej przez męża i dostrzeżonej dzięki jego sławie). To subtelne, ale fundamentalne przesunięcie. Najważniejsze zaś w jej opowieści jest pozbawione fatalizmu ukształtowanie perspektywy – uwaga autorki nie jest tutaj skupiona na śmierci Plath, to nie jest najważniejsze wydarzenie, rzucające cień na resztę historii.

    Napisałam na początku, że to nie wydmuszka – nie ma tu tonu sensacji, jest za to 50 stron przypisów. To nie jest sentymentalna opowieść o burzliwym małżeństwie i genialnej poetce, która wikła się w toksyczny związek, jakich dużo się już na jej temat ukazało. Van Duyne, sama ofiary przemocy ze strony partnera, potrafi wykorzystać furię i poczucie krzywdy w najlepszy możliwy sposób. Ujawnia się, ale nie skupia na sobie, pokazuje za to, przy użyciu różnych przykładów, w tym Sylvii i własnego, mechanizmy służące do intelektualnego wykorzystania pracy kobiet oraz podważenia ich poczucia wartości.

     

    Współpraca: Wydawnictwo Znak Literanova

    Emily Van Duyne

    Kochając Sylvię Plath

    przełożyła Agata Ostrowska

    Znak Literanova

    Kraków 2026

  • Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    W „Stygmacie…” antysemityzm nie jest historycznym tłem ani publicystycznym komentarzem. Jest doświadczeniem egzystencjalnym, które współtworzy biografię Heleny Wolińskiej Włodzimierza Brusa, kształtuje ich wybory życiowe i polityczne. Autorka, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz prowadzi czytelnika przez kolejne dekady XX wieku, pokazując, że przemoc wobec Żydów nie była ani incydentalna, ani lokalna. To jest cień, który unosi się nad całym XX wiekiem – niby zmienia formy, ale powraca w momentach kryzysu i zawsze śmierdzi tak samo.

    Trudno pisze się o książce, której każda z 792 stron zostanie przez polską prawicę prześwietlona – wiadomo, że atak nastąpi, znamy jego kierunek i przewidzieć możemy treść – pojawią się oskarżenia o to, że Kwiatkowska-Moskalewicz relatywizuje zło, jakie wyrządzili jej bohaterowie. No więc właśnie wcale go nie relatywizuje, ale pokazuje ich decyzje na bardzo szeroki tle epoki. Zastanawiałam się w ogóle, na jakiej zasadzie sięgnęła ona po ten temat, w jaki sposób uczyniła go własnym – odpowiedź jest tu zaskakująco prosta, bo autorka opisuje XX wiek w Polsce przez pryzmat mniejszości, ich dziejów, kolejnych represji, tumultów. Nie tylko „mniejszości” żydowskiej w międzywojniu, ale też ukraińskiej, białoruskiej i innych. I Polska nie wygląda tu ładnie, nie chciałoby się w niej mieszkać.

    Dwudziestolecie międzywojenne nie jawi się w tej książce jako czas spokojnej asymilacji i wiele jest tu przykładów przemocy – od pogromu w Płocku w czasie wojny polsko-bolszewickiej (Rabin Chaim Szpiro został rozstrzelany po pospiesznym sądzie polowym, choć – jak później ustalono – był niewinny), przez przymusowe modlitwy, niemożliwość odrzucenia religii, getta ławkowe, niedopuszczanie do studiów. W Warszawie ONR-Falanga nawoływała wprost do zabójstw: „Nie ma innej rozmowy z Żydem oprócz uderzenia sztyletem i kuli”. 1939 i wybuch wojny nic to nie zmieniają, bo Lwów, do którego trafiają młodzi uciekinierzy opisany jest jako miasto barwne i wielokulturowe, ale zarazem „miasto przemocy, gdzie polska armia zaczęła swe porządki od pogromowych mordów”. Uniwersytet Jana Kazimierza – miejsce, które miało być przestrzenią formacji intelektualnej – staje się areną nagonki. Lwów był pierwszym miastem, które wprowadziło getto ławkowe. Autorka przypomina konkretne nazwiska i okoliczności: na dziedzińcu politechniki zasztyletowano Samuela Prowellera, w laboratorium chemicznym zmiażdżono łomem czaszkę Markusowi Landesbergowi, na sali uniwersytetu medycznego znaleziono pocięte skalpelem ciało Karola Zellmeyera. „Stygmat…” jest tak potężnie gruby także dlatego – bo autorka potrzebuje miejsca, by wyliczyć mordy, miejsca tarć, zagrożenia życia. Wojna wcale nie osłabia walki – AK ma cały pion oddelegowany do walki z komunistami, a głównym zarzutem wobec nich jest żydowskie pochodzenie.

    Wojna przynosi radykalne zerwanie tylko jeśli chodzi o skalę przyzwolenia na przemoc wobec Żydów i współpracy w jej ramach. Przykłady padają dziesiątkami, trudno je wszystkie tu wymienić. Wolińska i Brus tracą rodziców i młodsze rodzeństwo, przyjaciół, własne dziecko, gubią się. Odnajdą się dopiero po wojnie i w sposobie opracowania tego wątku najlepiej widać, że Kwiatkowska-Moskalewicz nie sentymentalizuje swoich postaci, nie usprawiedliwia ich. Mogłaby zrobić z ich związku wielkie love story, ale nie robi tego, podkreślając odpowiedzialność Brusa za całkowite porzucenie córek i ich okłamywanie, gdy odchodził do Wolińskiej („tatuś jedzie w daleką podróż”).

    Brus w czasie Zagłady przebywa w ZSRR, gdzie nie chcą go przyjąć do armii, bo jest Żydem. Wolińska spędza ją w Polsce – wiele razy w absolutnym zagrożeniu życia.  Zagłada nie jest w tej narracji abstrakcją ani symbolem – jest doświadczeniem biologicznego zagrożenia, w którym przynależność etniczna decyduje o życiu i śmierci. Po wojnie Wolińska nazywa partię „rodziną” i te słowa, jeśli zderzymy je z historią wojenną nabierają innego znaczenia: nie są deklaracją tępej, zaślepionej partyjniaczki, ale kogoś, kto tylko dzięki pracy w konspiracji PPR miał jakiekolwiek prawo do decydowania o sobie. Po utracie bliskich struktura polityczna stała się dla niej jedyną trwałą wspólnotą.

    Po wojnie przemoc nie znika, a Kwiatkowska-Moskalewicz nie powtarza przekonania prawicowych historyków o demonicznych wpływach Wolińskiej na całą strukturę policji politycznej. Autorka przypomina rozmowę w gabinecie premiera w dniu, gdy dotarła wiadomość o pogromie kieleckim. „Stało się wielkie nieszczęście, pogrom w Kielcach” – padają słowa. Choć Wolińska próbuje postawić sprawców przed sądem, ponosi porażkę. Tymczasem w reakcji części hierarchii kościelnej pojawiają się interpretacje, które powielają przedwojenne klisze o „żydokomunie” i rzekomych mordach rytualnych.

    W 1968 roku powraca język wykluczenia. W przemówieniu Gomułki obywatele żydowskiego pochodzenia zostają podzieleni na kategorie, a niektórym oferuje się „paszport w jedną stronę”. Atmosfera w Warszawie jest tak napięta, że część ludzi obawia się wybuchu pogromu. Choć do fizycznej masakry nie dochodzi, stygmat pozostaje.

    W „Stygmacie” antysemityzm jawi się więc jako ciągłość doświadczenia. Od pogromów pierwszych lat niepodległości, przez brutalność uniwersyteckich bojówkarzy, po Zagładę, Kielce i Marzec ’68 – kolejne odsłony przemocy i wykluczenia nakładają się na siebie. Biografia Wolińskiej i Brusa zostaje wpisana w ten długi cień. Autorka nie twierdzi, że doświadczenie antysemityzmu usprawiedliwia ich późniejsze decyzje. Pokazuje jednak, że bez uwzględnienia tej historii nie sposób zrozumieć ich lojalności wobec systemu.

    Antysemityzm w tej książce nie jest argumentem retorycznym. Jest jednym z kluczowych mechanizmów XX wieku – mechanizmem, który współtworzy zarówno prywatny los bohaterów, jak i zbiorową historię Polski.

    Lubię tę książkę dlatego, że gdy moje dzieci pokąpią się jeszcze trochę w sosie patriotycznym warzonym ciągle w szkołach (a słyszałam ostatnio uniesienia J., o geniuszu Piłsudskiego), to ja myk i dam im „Stygmat” do przeczytania na odtrutkę.

  • Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    W najnowszym zbiorze opowiadań Jacka Dehnela nie przegrywa się życia nagle i publicznie. Przegrywa się je po cichu, w czasie, który nie ma świadków, w biografiach zapamiętanych przez cudze anegdoty, policyjne akta albo jeden źle zachowany przedmiot. Historie łajdackie” są książką o tym, co zostaje po ludziach, których los nikogo nie zainteresował — ani państwa, ani wspólnoty, a często też ich samych. To proza gęsta, materialna, jednocześnie bezlitosna w diagnozie: wina nie daje tu sensu, kara nie przynosi oczyszczenia, pamięć okazuje się bardziej trwała w rzeczach niż w ludzkich opowieściach.

    Przegrane życie nie ma formy katastrofy – dokonuje się w drobnych, nieefektownych przesunięciach. Dehnel konsekwentnie pokazuje przegrywanie nie jako moment spektakularnego upadku, lecz jako ciąg drobnych decyzji, zaniechań i kompromisów, które z zewnątrz pozostają niezauważalne. Bohaterowie funkcjonują „normalnie”: pracują, rozmawiają, szukają relacji. Tymczasem ich życie się rozpada, bez punktu kulminacyjnego, bez dramatycznego gestu, który mógłby zostać rozpoznany jako klęska. Przegrana nie ma świadków, bo nie ma jednego momentu, który dałoby się nazwać porażką – jest procesem powolnym i rozproszonym.

    Nie można postawić jasnej tezy, że w świecie „Historii łajdackich” upadają ci, którzy są bierni i nie potrafią się wyłamać z konwenansu, normy społecznej (choć ich Dehnel nie znosi najbardziej i oni muszą przyjąć ciężar ironicznej narracji). Żeby było sprawiedliwie: przegrywają też ci, którzy ze wszystkich sił walczą o zmianę i lekceważą normy. Para kochanków z „Ćwiartki papieru” nie tylko porzuca swoich partnerów, ale też w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża z miasta, szuka pracy. Dehnel to jednak złośliwe bóstwo i nie wynagradza za podejmowanie starań, karze jednak za brak aktywności – ubodzy kochankowie uciekający do Nowego Sącza są w gruncie rzeczy równie nieszczęśliwi co aptekarz Stenzl, mieszczanin z XIX-wiecznego Kufsteinu, prowadzący na ryneczku swój zakład, zatrudniający subiektów. „Kochał, oczywiście, żonę i dzieci, swoich nieżyjących rodziców, Boga i kraj, ale każda z tych emocji miała swoje stałe miejsce, jak szufladkę w aptecznej komodzie, z pięknie wykaligrafowanym na emaliowanej tabliczce oznaczeniem; wystarczyło, by dbał o te szufladki jak o całą resztę swojej firmy, to jest pamiętał o zapełnianiu ich odpowiednimi rytuałami: żeby odezwać się do żony życzliwym słowem, a czasem nawet jakimś wyszukanym, nieco sztywnym komplementem, wziąć dzieci na kolana i kupić im pomarańczy czy pożytecznych książeczek na Święta, chodzić na msze i modlić się na grobach” – szaleństwo po prostu.

    W przypadku Stenzla samotność przegranej polega na niemożności jej nazwania – ani przed innymi, ani przed sobą. Najbardziej dotkliwa w Dehnelowskim obrazie przegrywania jest niemożność opowiedzenia własnej porażki. Bohaterowie nie tyle ukrywają swoje przegrane życie, ile nie dysponują językiem, który pozwoliłby im je rozpoznać. Otoczenie widzi ich w rolach społecznych – sąsiadów, pracowników, partnerów – i nie ma powodu podejrzewać katastrofy. Samotność polega więc na tym, że przegrywanie odbywa się bez narracji, w ciszy, która nie domaga się współczucia ani interwencji. To samotność egzystencjalna, a nie towarzyska.

    I ostatni wreszcie wątek tych ćwiczeń z porażki, które opowiada Dehnel w „Historiach łajdackich” – moralna ambiwalencja, bo przegrani nie są ani niewinni, ani winni – są uwikłani. Przegrywający bohaterowie nie są jednoznacznie skrzywdzeni przez los czy historię; często sami współtworzą własną klęskę, choć nie w sposób w pełni świadomy. Przegrywanie powstaje w bardzo konkretnych gestach: jak u bohaterki Nieznajomej z Sekwany”, która „odmawia życia, w którym go nie ma” i decyduje się na samobójczy skok, wiedząc, że jej dramat pozostanie nienazwany i wstydliwie przemilczany. Ta ambiwalencja wzmacnia samotność przegranej, nie można jej łatwo przypisać komuś innemu ani usprawiedliwić. Przegrywanie staje się stanem egzystencjalnym ludzi uwikłanych w czas, klasę, historię i własne słabości.

    Na tym tle wybijają się dwa opowiadania, takie, które w jakiś sposób nie dają mi spokoju: „Nieznajoma z Sekwany” i „Czterech, czwartek” – dlatego, że „porażka” jakoś nie pasuje do ciężaru obu tych opowieści. Dehnel lubi pisać tak, że wchodzi od razu w cudze buty, w inne życie. Wpadamy więc in medias res w obce jakieś dekoracje i musimy się połapać, kim i gdzie jesteśmy. „Nieznajoma…” pozwala się nam miękko osadzić – miękko, choć na katafalku. Oto nie ma bowiem żadnego zagrożenia etycznego dla nas, czytających, bo młoda służąca popełnia samobójstwo z miłości. Dehnel jednak zadaje tu pytania najważniejsze: odrzuca łatwe tezy o ciąży, o złamanym sercu, nie pozwala nam myśleć o niej jako o naiwnej panience. W jego wersji Nieznajoma skacze do Sekwany, bo nie chce żyć w świecie bez relacji, w samotności i zimnie i głodzie. I ta drobna zmiana jakoś zupełnie zmienia wydźwięk całego opowiadania, usuwa sentymentalne uniesienia, zdejmuje politurę, robi z tego trzeźwy głos w sprawie rozpadu więzi. Zaraz po tym opowiadaniu znajduje się w książce „Czterech, czwartek”, oparte na takim samym rozwiązaniu narracyjnym: wpadamy do stolika, przy którym po II wojnie siedzi i pije ostro czterech facetów. W książkach Dehnela trzeba jednak stąpać ostrożnie, bo lubi on wysyłać swoich czytelników nie tylko na dzikie poszukiwania ukrytej tajemnicy, ale też na manowce moralne. Współczujemy więc ubogim mężczyznom walczącym po wojnie o chleb, o rodzinę. Co więcej, trzymamy kciuki za tych z owej grupki, którzy rodziny jeszcze nie założyli, a o niej marzą. Wszystkie te nasze empatyczne odruchy autor „Historii łajdackich” potraktuje jednak właśnie po łajdacku. To jest chyba jeden z powodów, dla których czytamy – żeby dostać szoku i dyskomfortu?

    Większość recenzji z „Historii łajdackich” będzie się skupiać na roli przedmiotu, na tym, jak Dehnel pracuje z materią historyczną, jak przeżywa, wykorzystuje, wbudowuje w narrację elementy materialne – ale to tylko wierzch i pozłotka. To jednak, co mnie w tym zbiorze opowiadań najbardziej interesuje, to trwanie po katastrofie, życie po porażce. Dehnela opowiada nie tylko moment katastrofy, lecz i to, co dzieje się po niej: długie trwanie w milczeniu, izolacji i rutynie, kiedy przegrywanie życia dokonuje się bez świadków.

    No, w sam raz na koniec tej zimy, która trwała o 8 miesięcy za długo 🙂

    Współpraca: Znak Literanova