Łukasz Maurycy Stanaszek, Wampiry w średniowiecznej Polsce NCK 2016
Tuż przed Wszystkimi Świętymi, w okolicy Halloween i Dziadów zamierzałam opublikować lekki tekst o wampirze i o pochówkach, jakie organizowano, by na ziemiach dawnej Polski odpędzić zło. Podstawą do takiego rozrywkowego tekstu miała być książka Łukasza Maurycego Stanaszka Wampiry w średniowiecznej Polsce. Otóż nie będzie zabawy, jak zwykle będzie za to wytykanie punktów słabych. Gdy zorientowałam się, jaka to słaba książka, miałam zamiar ją w ogóle przemilczeć, ale we wczorajszym wydaniu „Gazety Wyborczej” znalazłam wywiad z autorem, który kreuje się na wybitnego specjalistę w swej dziedzinie. Co to to nie.  
 
Od początku jednak: Stanaszek bada tzw. dawne pochówki atypowe, czyli wszystkie te, które odbiegają od ustalonej przez archeologów normy. Interesuje go, na jakie sposoby grzebano ciało, bo sposoby te dowodziły, jak wyobrażano sobie zło oraz jego powrót zza grobu. Odwracano więc ciało zmarłego na brzuch, przykładano je kamieniami, odcinano wreszcie głowę i układano ją między nogami. Stanaszek robi także katalog cech, na podstawie których definiowano wampiryzm. Były to oczywiście cechy fizyczne, ale też niektóre choroby, których źródeł średniowieczna medycyna nie potrafiła wskazać.  
 
W ciągu ostatnich kilku tygodni w polskim Internecie krąży żart:
-Mamo, a mogę się przebrać na Halloween?
– Nie, bo to nie jest polskie święto, Brajanku (pojawił się nawet na Sztucznych Fiołkach)
dobitnie świadczący o tym, że ciągle trwa walka pogaństwa z chrześcijaństwem, która u nas ma jeszcze jeden poziom: ścierania się narodowej kultury z wpływami Zachodu, uwielbianego i nienawidzonego jednocześnie.
 
Ten sucharkowy żart mógłby otwierać książkę Stanaszka. Autor próbuje w niej pokazać, jak we wczesnych fazach chrześcijaństwa w Polsce ścierały się wpływy nowej wiary i starej demonologii ludowej, pogańskich kultów. To w gruncie rzeczy najciekawszy temat, bo o wampirach i wierzeniach ludowych, wokół których skupia się uwaga Stanaszka,  trudno dzisiaj wymyślić coś nowego. Ten ciekawy temat autor załatwia na kilku stronach i musimy przyjąć na wiarę wywody, które przytacza za innymi badaczami: chrześcijaństwo w wersji uproszczonej, ludowej stopniowo torowało sobie drogę do szerokiego grona wyznawców, ale jednocześnie głoszone przez nie tezy umacniały funkcjonowanie wielu wierzeń ludowych. Naukę o ukrzyżowaniu lud odbierał jako opowieść z pogranicza starej i nowej wiary. Przebicie boku Chrystusa przypominało użycie kołka, zwalenie wejścia do grotu głazem – przywalanie kamieniami, zmartwychwstanie po trzech dniach – powrót strzygonia lub innej mary. Podobnie sytuacja kształtowała się wśród duchowieństwa – walczący przeciwko zabobonom, gusłom i wierzeniom ludowym księża sami czasem sięgali po środki wskazane do walki z demonami, znali wszystkie rytuały „deviant burial” i potrafili je zastosować, by uchronić wiernych od złego powracającego zza światów.  
 
Dr Stanaszek wydał w Narodowym Centrum Kultury swoją pracę magisterską obronioną w 2000 roku i już na wstępie informuje czytelnika, że w ciągu ostatnich 15 lat badania w opisywanej przez niego dziedzinie posunęły się naprzód, on jednak ich nie uwzględnia w swojej książce. Każdy z nas, kto kiedykolwiek pisał jakiś tekst naukowy, wie, że jego największą wartością jest wykorzystanie badań najnowszych, ustosunkowanie się do ostatnich odkryć, a nie arbitralne porzucanie narracji w pewnym punkcie. Lenistwo nie jest tu żadnym wyjaśnieniem, trzeba było przepisać tekst na nowo, dodać mu w niektórych miejscach akapity o najnowszych badaniach, a nie deklarować szczerze i naiwnie, że jest się o 15 lat spóźnionym. Każdy, kto próbował kiedyś opublikować swój naukowy tekst, wie także, że to właśnie jest główny problem: opublikować artykuł, książkę czy inny esej na tyle szybko po zakończeniu badań, gdy jeszcze nie straciły one na aktualności. Jak inaczej nauka mogłaby się w ogóle rozwijać?
 
Po drugie, w pewien sposób oburza mnie postawa wyższości, jaką Stanaszek przyjmuje w swojej książce. Czytałam w swoim życiu kilka prac magisterskich i ta – delikatnie mówiąc  – nie należy do najlepszych. Nie można też bronić tej książki argumentem, że to praca popularnonaukowa, bo właśnie wyższość autora, pośpiesznie ferowane wyroki, lekceważenie to cechy, które wyraźnie pokazują, że autor (dzisiaj dr, a nie mgr) ma wysokie ambicje naukowe. Otóż wyższość objawia się w takich oto frazach: „świeżo ochrzczeni tubylcy”, „najbardziej wsteczne nurty nieoświeconej kultury ludowej”, „prawdy wiary były często rozumiane opacznie i błędnie interpretowane przez nieoświeconych mieszkańców wczesnośredniowiecznej Polski”. Na moich studiach uczono, że badaczom nie wolni używać słownictwa nacechowanego, wartościującego. Tutaj zaś roi się od epitetów: nieoświecony lud, wsteczny ruch, tubylcy itp. Jednakże badacz kultury nie możne na nią patrzeć wyłącznie w ramach perspektywy postępu cywilizacyjnego, zwłaszcza że idea ta dość mocno się już skompromitowała. Rozumiem jednak, że autor książki odczuwa silną potrzebę, by odróżnić się od niepiśmiennego chłopstwa, wierzącego w zabobon. XIX-wieczni naukowcy, aby odróżnić się od prymitywnych ludów, zawiązywali pod szyją fulary i zakładali kamizelki, zanim wyruszyli do buszu.  Dzisiaj jednak nie uprawia się już nauki w ten sposób.

 

Comments

Komentarzy