Yaa Gyasi, Droga do domu

Wydawnictwo Literackie 2016
Dawno nie czytałam tak złej i jednocześnie tak przereklamowanej książki. Autorka ma 26 lat, Drogę do domu przedstawia się czytelnikowi jako jej rewelacyjny debiut i obawiam się, że faktycznie napisze ona w swoim życiu jeszcze wiele. Ale z pewnością zastanowię się dwa razy, zanim przeczytam jej kolejną książkę.
 
Droga do domu już na etapie komponowania całości powinna zostać przez redaktora poprawiona, sama autorka powinna zaś zauważyć, że nie da się opowiedzieć o całym niewolnictwie, wszystkich problemach mieszkańców Afryki i Afroamerykanów w USA na przestrzeni 400 stron. W tym kształcie, jaki otrzymaliśmy, to nie jest powieść, to  jest jakiś nędzny pokaz slajdów.
 
Yaa Gyasi wymyśliła, że będzie opowiadać o niewolnictwie poprzez serię portretów. I tak 14 historii indywidualnych ma nas przeprowadzić przez 300 lat historii. Rozpoczyna się od dwóch sióstr, które nie wiedzą o swoim istnieniu – jedna zostaje oficjalną czarną żoną naczelnika brytyjskiej twierdzy, drugą sprzedaje się jako niewolnicę. Jedna mieszka w twierdzy nad drugą, ich los jest skrajnie różny, jednak dzieje ich potomków nie odzwierciedlają tego podziału, wśród kolejnych 12 osób mamy wiejską wariatkę, nauczyciela, niespełnioną śpiewaczkę, niewolników z kopalni i plantacji bawełny, ale też handlarzy niewolników.
 
Wymowa tej powieści jest słuszna, poruszana historia zaś wzruszająca, nie ma tu na poziomie założeń żadnych uproszczeń ideologicznych: nie tylko biali odpowiedzialni są za niewolnictwo, w XVIII wieku interesy na nim robili też mieszkańcy wybrzeży afrykańskich, którzy swoich pobratymców sprzedawali w niewolę. Tak więc wszystkie wątki – czarnych handlarzy i czarnych niewolników muszą być splątane, wszystkie historie dramatyczne, wina musi rozkładać się po równo. Cóż z tego, skoro książka jest tak zła, płaska, dydaktyczna, wypowiada wprost wszystko do ostatniego zdania. Wielokrotnie już pisałam o tym, że jedną z najważniejszych pułapek, w które wpaść może autor, jest przekonanie, że czytelnik jest głupi, że trzeba go poprowadzić przez tekst za rękę, bo sam sobie nie poradzi. Może czytelnicy amerykańscy lubią tę strategię, bo faktycznie Gyasi dobrze się tam sprzedaje. Z pewnością lubi ją wielu polskich blogerów, skoro rozpływają się w zachwytach nad powieścią. Niesłusznie – co można udowodnić w prosty sposób: na 400 stronach mamy 14 historii biograficznych koncentrujących się na jednym epizodzie z życia postaci, ale jednocześnie zarysowujących całość jej życia. To oznacza, że autorka ma 28 stron, by opowiedzieć o każdym ze swoich bohaterów. Taka strategia kondensacji jest trudna, a dla debiutanta bardzo trudna, wymaga bowiem niezwykłej precyzji, lapidarności stylu, umiejętności wychwytywania szczegółu, który staje się nośnikiem dla całości historii. Gyasi nie tylko tych umiejętności nie ma, ale też chyba o nich w ogóle nie słyszała.
 
W swoim słusznym gniewie i pragnieniu opowiedzenia o całej historii niewolnictwa wprowadza zaś autorka dodatkowe utrudnienie: otóż los każdego z jej bohaterów musi łączyć się z jakiś elementem historii, stanowić odzwierciedlenie przemian politycznych i społecznych: mamy więc bohaterkę, której mąż zostaje zamordowany w pokazowej egzekucji za próbę ucieczki z plantacji, mamy bohaterkę, która nie może dostać pracy w Nowym Jorku ze względu na kolor skóry, mamy bohatera, którego żona zostaje porwana, gdy Południe wymusza wprowadzenie ustawy o karaniu uciekinierów.
 

 

Jeśli więc, drodzy Państwo, pragniecie lektury egzotycznej na lato, wciągającej powieści afrykańskiej, to zdecydowanie odradzam Drogę do domu, za to zachęcam do przeczytania Rybaków Chigozie Obiomy (o czym niedługo napiszę, a na razie proszę wierzyć mi na słowo). 

Comments

Komentarzy